/ fot. TT/@MirrorFootball

Czarnoskóry piłkarz Valencii CF, Mouctar Diakhaby oskarżył swojego boiskowego rywala o rasizm. W trakcie trwania spotkania zawodnik zszedł ostentacyjnie z murawy wraz z całą drużyną. Jak się dzisiaj okazało, po weryfikacji nagrań wideo oraz analizie ruchu warg Juan Cala z Cadiz CF został podany szykanom całkowicie niesłusznie.

Hiszpańskie media oraz klub z najwyższej klasy rozgrywkowej Cadiz CF wydali oficjalne oświadczenie wywracające całą dotychczasową narrację środowiska po meczu z Valencią. Raporty LaLiga czekają na ostateczne zakończenie sprawy przez komisję, która przychyliła się pozytywnie ku stronie oskarżanej o niestosowne zachowanie.

Piłkarz Cadiz CF niesłusznie oskarżony o rasizm

W trakcie niedzielnego spotkania pomiędzy Valencią, a Cadiz doszło do sprzeczki pomiędzy dwoma zawodnikami. Piłkarz gospodarzy Juan Cala miał powiedzieć w kierunku Mouctara Diakhaby – “Ty piep***ny czar****u”. Tuż po tym zdarzeniu Francuz wraz z kolegami z drużyny zszedł ostentacyjnie z murawy i przez kilka minut oczekiwali w szatni na reakcję sędziów w sprawie rzekomego rasizmu.

Klub Cadiz CF oraz sam piłkarz jednoznacznie oświadczyli po meczu, że w kierunku francuskiego zawodnika nie padły żadne rasistowskie słowa – “To jakiś cyrk. Diakhaby albo zmyśla, albo coś źle zrozumiał” – powiedział Juan Cala. Komisja La Ligi zdecydowała się przyjrzeć się sprawie. Wraz z firmą specjalizująca się w odczytywaniu z ruchu warg oraz dokładnej analizie materiałów wideo i nagrań audio ustalono, brak winy ze strony Juana Cali.

“Przeanalizowaliśmy wszelkie dostępne nagrania audio i wideo, także te udostępnione w mediach społecznościowych, jednak nie znaleźliśmy dowodów rasistowskiego zachowania. Aby sfinalizować śledztwo, zatrudniliśmy firmę specjalizującą się w odczytywaniu słów z ruchu warg, by przeanalizowała rozmowy Cali z Diakhabym” – czytamy w komunikacie La Liga.

sport.pl

Do Knesetu wpłynął wniosek izraelskiego posła, niezadowolonego, że wyznaczono mu miejsce obok kobiety. Szczęśliwie, biuro parlamentu znalazło innego parlamentarzystę, który zgodził się zamienić miejscem. Jemu siedzenie obok kobiety nie przeszkadza.

  • Biuro Knesetu, izraelskiego parlamentu zmieniło miejsce ultraortodoksyjnego posła, ponieważ nie zgodził się siedzieć obok kobiety.
  • Inny polityk zgodził zamienić się miejscem.
  • Biuro Knesetu nie chce ujawnić, jak nazywa się poseł, którego dotyczy ta sprawa.
  • Zobacz także: PILNE: YouTube cenzuruje Media Narodowe. Poszło o wywiad z lekarzem

Niedawno w Izraelu miały miejsce kolejne przedterminowe wybory parlamentarne. Przyszedł więc czas na wyznaczenie miejsc, które na sali obrad zajmą poszczególni parlamentarzyści. Okazało się, że dokonany przez biuro Knesetu wybór nie zadowolił izraelskiego ultraortodoksyjnego posła, który dowiedział się, że miałby siedzieć obok kobiety. Jednak udało się uniknąć dramatu parlamentarzysty, bo inny z polityków zgodził się zamienić miejscem.

Biuro Knesetu nie chce ujawnić, jak nazywa się poseł, którego dotyczy ta sprawa. – Dwie partie ultraortodoksów, Zjednoczony Judaizm Tory i Sefardyjska Partia Strażników Tory, z zasady nie mają kobiet na listach i są przeciwne ich udziałowi w polityce – wyjaśnił Kacper Kita. – Biuro Knesetu tłumaczy, że zgodziło się na taką prośbę ze względu na „szacunek dla przekonań” posła – poinformował.

„Każde dziecko wiedziało kiedyś, co to jest Żyd, a co to jest goj”

– Możliwe też, że chodziło o posła z nowo powstałej partii Noam (przyjemność/dobroć), która weszła do Knesetu z listy koalicji Religijny Syjonizm. Noam założono pod patronatem grupy ortodoksyjnych rabinów uważających za priorytet walkę z LGBT i obronę tradycyjnej rodziny – napisał.

– W spocie wyborczym Noam lewicowi aktywiści, reformowani (nieortodoksyjni) Żydzi i homoseksualiści byli zestawieni z nazistami i palestyńskimi terrorystami pod hasłem „wszyscy oni chcą nas zniszczyć”. Partia chce m.in. zakazać kobietom służby w armii – zauważył.

– Dekadę temu każde dziecko można było zapytać, co to jest rodzina – ojciec, matka i dzieci. Można je też było zapytać, czym jest naród Izraela. Każde dziecko wiedziało kiedyś, co to jest Żyd, a co to jest goj – powiedział szef Noam, poseł Awi Maoz.

/ fot. TT/@wrkclasshistory

Wczoraj amerykański wywiad opublikował specjalny raport “Global Trends”, który informuje o zmianach klimatu na świecie. Zdaniem Krajowej Rady Wywiadu za 20 lat każdy kraj odczuje skutki nadchodzących zmian związanych z globalnym ociepleniem. Międzynarodowy system nie jest odpowiednio przygotowany, aby sprostać nadciągającym wyzwaniom.

  • Krajowa Rada Wywiadu w USA opublikowała raport “Global Trend” informując o nadchodzących zagrożeniach
  • Świat czekają nowe i poważne konflikty spowodowane skutkami kryzysu gospodarczego po epidemii koronawirusa
  • Partie ekologiczne mają zdominować rządy w krajach Unii Europejskiej oraz w Brukseli
  • Raporty NIC posiadają niezwykłą trafność swoich przewidywań
  • Zobacz także: Napięta sytuacja na linii Tajwan – ChRL. Chińskie okręty u wybrzeży Lan Yu

Zwolennicy teorii o globalnym ociepleniu spowodowanym dzięki szkodliwej działalności człowieka od lat postulują wdrażanie radykalnych zmian. Tak zwana zielona energia pozyskiwana z odnawialnych źródeł ma bardzo mocno ograniczyć dotychczasową emisję gazów mających odpowiadać za wzrost temperatury na planecie.

Amerykański wywiad na tropie katastrofy naturalnej

Wczoraj amerykański urząd wywiadowczy złożył raport, który spisywany jest co cztery lata przez Krajową Radę Wywiadu. Zatytułowany jako “Global Trend” dokument informuje rząd oraz amerykańskich obywateli o nadchodzących zmianach w ich kraju i na świecie. Tegoroczny raport zawiera informacje dotyczące bezpieczeństwa narodowego Stanów Zjednoczonych połączonego z rolą innych mocarstw na świecie. Wskazuje również bieżące i nadchodzące trendy technologiczne oraz pogłębiono debatę nad rolą internetu w podziałach społecznych.

Dokument, opierając się na danych wywiadowczych przewiduje niepokoje społeczne po ustąpieniu epidemii koronawirusa. Głównym wyzwaniem dla ludzkości ma być zmiana klimatu, masowa migracja, a także zaostrzająca się rywalizacja wschodzącej potęgi gospodarczej Chin, a słabnącą hegemonią USA. Ludzkość stanie również przed wyzwaniem rosnącego rozdźwięku pomiędzy społeczeństwem, a politykami i powszechną dezinformacją.

“Nadchodzi coraz większa liczba globalnych wyzwań, począwszy od chorób, przez zmiany klimatyczne, po zakłócenia spowodowane nowymi technologiami i kryzysami finansowymi” – napisano w dokumencie.

Następnie zwrócono uwagę na fakt, że globalny system nie jest odpowiednio przygotowany do walki z nadchodzącymi zmianami – “System międzynarodowy – w tym organizacje, sojusze, zasady i normy – nie jest skonstruowany odpowiednio, by sprostać narastającym globalnym wyzwaniom” – ostrzega amerykański wywiad.

Pogłębione konflikty w tle globalnego ocieplenia

Zmiany klimatu, a także pogłębiony kryzys gospodarczy spowodowany epidemią koronawirusa doprowadzi do globalnych podziałów oraz otworzy nowe konflikty. W ciągu następnych dwóch dekad może dojść do zwiększenia niedoborów żywnościowych w biednych krajach, a także dojdzie do masowej fali przemocy.

“W ciągu następnych 20 lat skutki zmiany klimatu, wyższych temperatur, podniesienia się poziomu morza i ekstremalnych zjawisk pogodowych będą miały wpływ na każdy kraj, a nieproporcjonalnie wysokie koszty spadną na kraje rozwijające się” – informuje raport Krajowej Rady Wywiadu.

Jedyną siłą zdolna odwrócić niepokojące trendy ma być współpraca Chin i Stanów Zjednoczonych dążących do zmniejszenia emisji gazów cieplarnianych, a przede wszystkim te dwa mocarstwa muszą złapać nić porozumienia, dzięki któremu ma zniknąć ryzyko światowego konfliktu, czy też zmniejszy ryzyko powstawania nowych etapów wojny gospodarczej.

Raport wywiadu spekuluje, że w przyszłości Unia Europejska może zostać zdominowana przez partie ekologiczne i położy większy akcent na zrównoważony rozwój. Chiny przyłączają się częściowo do tych wysiłków, by stłumić niepokoje w miastach dotkniętych głodem. NIC z zadowoleniem odnotowuje pakiety gospodarcze UE, uruchomione w ramach Funduszu Odbudowy w związku z epidemią, oceniając, że mogą one pozytywnie wpłynąć na dalszy rozwój integracji europejskiej.

Niezwykła i niepokojąca trafność raportów

Raporty Krajowej Rady Wywiadu, które składane są co cztery lata wykazują się niezwykłą i niepokojącą trafnością. Amerykański wywiad wielokrotnie przewidywał nadchodzące zmiany, które ziszczały się kilkanaście lat po wydaniu dokumentu.

W 2008 roku raport “Global Trends” przewidywał, że w 2025 roku dolar amerykański przestanie być główną walutą na świecie, co więcej aktualnie rosnące znaczenie Chin, będące przed Stanami Zjednoczonymi pod względem gospodarczym trafnie wpisuje się w sugestie sprzed kilkunastu lat. Zapowiadał on również, wzrost niedoborów surowców, żywności i wody będącego przyczyną nowych i poważnych konfliktów. Przewidziano również wzrost znaczenia Chin, Indii oraz Brazylii, a także ostrzeżono przed większym ryzykiem ataku atomowego.

13 lat temu wywiad USA prognozował, iż do trzeciej dekady XXI wieku w niestabilnym świecie zahamowany zostanie postęp demokracji w stylu zachodnim i pojawi się groźba przejęcia kontroli w niektórych krajach przez przestępcze gangi i mafie. W coraz bardziej wielobiegunowym świecie topnieć miała także potęga Stanów Zjednoczonych.

Ostatni z raportów NIC, datowany na 2017 rok, ostrzegał natomiast przed możliwością wybuchu globalnej epidemii i spowodowanymi przez nią zakłóceniami w transporcie oraz kryzysami gospodarczymi. Warto tutaj zwrócić uwagę na wyjątkową trafność, gdyż obecnie świat mierzy się od 2020 roku z epidemią koronawirusa, która rozpoczęła się w grudniu 2019 roku w chińskim mieście Wuhan.

cire.pl

Restauracja.

/ fot. TT/@otwieramy

Trwająca od ponad roku epidemia oraz związany z nią lockdown powoduje katastrofalne skutki dla polskiej gospodarki. Według analiz statystycznych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor i BIK tylko w ciągu roku zadłużanie branży gastronomicznej wzrosło do 715 milionów złotych. Największe straty z powodu epidemii i działań polskiego rządu odczuwają restauratorzy oraz właściciele stacjonarnych punktów gastronomicznych.

Sytuacja polskich przedsiębiorców oraz pracowników pogorszyła się znacząco w ciągu ostatniego roku. Polska gospodarka osiąga katastrofalne wyniki, tylko dzięki wprowadzonym przez rząd Mateusza Morawieckiego przepisom ograniczającym działalność w czasie epidemii.

Skutki lockdownu najbardziej odczuwają branże pozostające w permanentnym zamknięciu lub ograniczeniu od marca 2020 roku, gdy do Polski przyszła pierwsza fala zakażeń. Jedną z tych brań bez wątpienia jest gastronomia, gdzie lokale od listopada pozostają całkowicie zamknięte dla potencjalnych klientów. Restauratorzy mogą sprzedawać wyłącznie jedzenie na wynos, co znacząco wpływa na spadek zainteresowania i przekłada się na kilkadziesiąt procent niższe zyski.

Gastronomia odczuwa katastrofalne skutki lockdownu

Słabą kondycję firm gastronomicznych zauważył urząd ds. informacji gospodarczej – “Zaległości branży rosną, w 11 miesięcy pandemii od kwietnia ubiegłego roku do lutego podwyższyły się o jedną dziesiątą, do prawie 715 mln zł. 7 na 10 firm określa swoją sytuację finansową jako słabą i złą” – pokazują dane z Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor oraz Dun & Bradstreet. Według kolejnych informacji branża gastronomiczna mogła stracić nawet do 30 miliardów złotych w ciągu minionego roku.

Poproszony o komentarz prezes BIG InfoMonitor przypomniał, że zamknięcie branży gastronomicznej w zeszłym roku obowiązywało od marca do maja oraz trwa do dzisiaj od 24 października 2020 roku. Co więcej, jego zdaniem nic nie zapowiada rychłych zmian przepisów w tym sektorze.

“Niektóre lokale prowadzą sprzedaż na wynos, częściowo rekompensując sobie w ten sposób spadek obrotów. Ich trudna sytuacja skłoniła władze do wyjścia z pomysłem czasowego obniżenia podatku VAT na usługi gastronomiczne, a także wprowadzenia na wzór bonów turystycznych bonów żywnościowych. Pojawiają się również zapowiedzi otwarcia ogródków” – zauważył Sławomir Grzelczak.

Dał jasno do zrozumienia, że w ciągu jedenastu miesięcy obowiązujących restrykcji w czasie epidemii zwiększa zadłużanie firm gastronomicznych ponad dwukrotnie szybciej niż inne sektory polskiej gospodarki.

Rośnie liczba zadłużonych lokali

Jak pokazują dane Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor i bazy BIK, na koniec marca 2020 roku, na starcie pandemii, zaległości wobec dostawców i banków miało 9830 firm (aktywnych, zawieszonych i zamkniętych) prowadzących działalność usługową związaną z wyżywieniem. Do końca lutego tego roku liczba ta wzrosła o 342 podmiotów, do 10 172.

Z raportu BIG InfoMonitor wynika, że przed lockdownem zadłużenie wynosiło 647 mln złotych – “I choć w ciągu roku odsetek podmiotów z problemami utrzymał się na poziomie 7,30 proc., to kwota zobowiązań wzrosła o 67,4 mln zł, czyli ponad 10 proc.” – wskazują dane.

Katastrofalne wyniki osiągają tymczasem restauracje oraz stacjonarne punkty gastronomiczne, które pozbawione są szansy zarabiania poprzez zamknięcie lokali – “Największa kwota nieopłaconych zobowiązań spoczywa jednak na restauracjach i stacjonarnych punktach gastronomicznych – ponad 590 mln zł, tu jest też największy odsetek firm, które opóźniają rozliczenia z dostawcami i bankami – 8,1 proc., przy średniej dla całej gospodarki wynoszącej 5,9 proc.” – podano w raporcie.

Rośnie również liczba zamkniętych lokali z powodu ogłoszonego bankructwa – “Wedle szacunków w całym 2020 roku zawieszono działalność blisko 10 proc. wszystkich lokali gastronomicznych. Z czego trwale zbankrutowało i zostało wykreślonych 341, w zawieszeniu nadal pozostawało 4861, a na rynek w 2020 r. powróciło tylko 1516” – podkreślono w informacji publicznej.

Biuro Informacji Gospodarczej InfoMonitor prowadzi Rejestr Dłużników BIG; przechowuje i udostępnia informacje gospodarcze o przeterminowanym zadłużeniu osób i firm.

rmf24.pl

/ fot. @Twitter

Do zaskakujących wniosków doszli naukowcy z University College London. Uważają oni, że już w najbliższy poniedziałek Brytyjczycy uzyskają odporność stadną przeciwko koronawirusowi. Pomimo tego tonują oni oczekiwania społeczeństwa podkreślając, że nie należy znosić szybko obowiązujących restrykcji.

Badacze jednej z brytyjskiej uczelni od kilku miesięcy opracowywali model mający ustalić okres uzyskania przez ludność Wielkiej Brytanii masowej odporności przeciwko koronawirusowi. Warto również zauważyć, że wyspy brytyjskie mają bardzo ostre ograniczenia społeczno-gospodarcze pomimo szybko wprowadzonej akcji szczepionkowej. Rząd Borisa Johnsona nie zamierza w najbliższym czasie łagodzić restrykcji, choć zaszczepiono kilkadziesiąt milionów Brytyjczyków dwoma dawkami preparatów przeciwko koronawirusowi.

Brytyjczycy w poniedziałek uzyskają odporność stadną

Na antenie “Sky News” naukowiec z University College London, zapowiedział, że już w najbliższy poniedziałek Brytyjczycy osiągną długo oczekiwaną odporność stadną na koronawirusa. Jak podaje brytyjski uczony, z wyliczeń uniwersytetu wynika, że 12. kwietnia 73,4 procent społeczności osiągnie odporność dzięki szczepieniom, czy też wcześniejszą infekcję oraz uzyskanie naturalnej bariery ochronnej – “To jest jak reakcja łańcuchowa. Jeśli usunie się możliwość przenoszenia wirusa przez jedną osobę na więcej niż jedną następną, wtedy on wymrze” – wyjaśnił prof. Karl Friston.

“Jest to ważny kamień milowy, który jest odzwierciedleniem faktu, że sprawy idą zgodnie z planem. To sugeruje, że jest mało prawdopodobne, aby po lecie lub jesienią nastąpił gwałtowny wzrost liczby ofiar śmiertelnych lub hospitalizacji” – podkreślił podekscytowany naukowiec.

Jednakże podczas wywiadu zwrócił uwagę Brytyjskiej społeczności, że uzyskanie masowej odporności nie wiąże się jednocześnie z ekspresowym tempem znoszenia panujących obostrzeń. Zdaniem eksperta utrzymywanie dystansu społecznego oraz dezynfekcja rąk i zasłanianie dróg oddechowych wpływa korzystnie na zwiększenie progu odporności.

“Nie oznacza to, że powinniśmy nagle zmienić nasze podejście do odblokowywania lub dystansu społecznego. Sam próg odporności zbiorowej będzie zależał od ryzyka transmisji, a to zależy od takich rzeczy jak dystans społeczny” – oznajmił prof. Friston.

Ponad połowa populacji zaszczepiona

Brytyjczycy odnotowali w ciągu ostatniej doby 3030 nowych zakażeń na COVID-19 oraz ogłoszono, że 53 osoby zmarły z powodu koronawirusa. Jest to wyraźny spadek zarejestrowany na przełomie całego tygodnia.W liczbie zakażeń nastąpił spadek o 37,3 procent, w liczbie zgonów o 32,5 procent. Od początku epidemii wykryto 4,37 mln zakażeń, z powodu których zmarło 126 980 osób.

Liczba osób, które dostały obie dawki szczepionki, przekroczyła tymczasem sześć mln. Do środy włącznie pierwszą dawkę otrzymało 31,8 mln osób, co stanowi 60,4 procent dorosłych mieszkańców kraju, a obie prawie 6,1 mln, czyli 11,6 procent dorosłych.

interia.pl

Ministerstwo Zdrowia

W Polsce rozpoczęto podawać czwartą dawkę szczepionki przeciwko COVID-19 – poinformowało w poniedziałek Ministerstwo Zdrowia. / Fot.pixabay.com

Rosyjska szczepionka, którą sprowadzono na Słowację, okazała się nie być identyczna z opisywaną w „Lancet”. Twierdzi portal słowackiej gazety „DennikN” dysponujący raportem Państwowego Urzędu Kontroli Leków i ministerstwa zdrowia. Są też braki w dokumentacji.

Faktu istnienia raportu i jego treści nie potwierdziły SUKL i ministerstwo zdrowia.

Według portalu w raporcie ma być stwierdzenie, że rosyjska szczepionka, okazała się nie być taka, jak opisywano w lutym 2021 r. w czasopiśmie „Lancet”. Sputnika V na Słowację sprowadził ówczesny premier Igor Matovicz.

Szczepionka przeszła badania w laboratoriach SUKL. Na ich podstawie nie można jednak definitywnie zdecydować o użyciu preparatu, który nie ma akceptacji Europejskiej Agencji Leków. Nie ma też dostępu do wszystkich dokumentów dotyczących samej produkcji i bezpieczeństwa Sputnika V.

Badane próbki mają się też różnić od rosyjskich szczepionek podawanych w innych krajach. Słowacja sprowadziła 1 marca br. partię 200 tys. sztuk szczepionek z zamówionych dwóch milionów. Władze słowackie nie potwierdziły przyjęcia kolejnych dostaw rosyjskiej szczepionki.

Kryzys w rządzie Słowacji

Okazało się, że sprowadzanie szczepionki na Słowację odbywało się w trybie tajnym. Wpłynęło to na stosunki między partiami koalicji rządowej, kryzysu między nimi i ostatecznie rekonstrukcji gabinetu.

Nowym premierem został Eduard Heger, dotychczasowy minister finansów. Były premier natomiast objął jego resort. W rządzie nie ma także Marka Krajcziego, który był ministrem zdrowia i wydał zgodę na jej wykorzystanie, uzależniając je od wyników badań SUKL.

forsal.pl

lotnisko

Zdjęcie ilustracyjne / Fot. Pixabay

13 cudzoziemców chciało dostać do Polski pod pretekstem dołączenia do współmałżonków. Wszyscy przylecieli na krakowskie lotnisko, otrzymali jednak odmowę wjazdu do Polski.

  • Cudzoziemcy chcieli dostać się do Polski na podstawie unijnych przepisów o łączeniu rodzin.
  • Okazało się, że zdaniem przedstawicielki Straży Granicznej, żaden z cudzoziemców nie był w stanie racjonalnie uzasadnić celu swojej podróży
  • Czworo obywateli Indii w niedzielę odleciało samolotem rejsowym do Pafos. Pozostała dziewiątka ma wrócić na Cypr w środę
  • Zobacz także: Zamieszki w Belfaście. Spalono autobus

13 cudzoziemców – pięć kobiet i ośmiu mężczyzn chciało dostać się do Polski na podstawie unijnych przepisów o łączeniu rodzin. Poinformowała o tym we wtorek Justyna Drożdż z Karpackiego Oddziału Straży Granicznej. Najpierw – 31 marca przyleciało z Pafos 4 obywateli Indii. Następnie w poniedziałek na krakowskim lotnisku z tego samego kierunku pojawiło się 2 Hindusów, 3 Pakistańczyków, 3 Nepalczyków oraz 1 Banglijczyk.

13 cudzoziemców było w wieku od 24 do 38 lat. Każdy z nich podczas odprawy granicznej przedstawiał dokumenty do kontroli. Był to paszport, zezwolenie na pobyt dla członka rodziny obywatela UE oraz cypryjski certyfikat małżeństwa.

Wszyscy, jako cel swojej podróży deklarowali chęć dołączenia do żony lub męża. Najczęściej obywatela Rumunii, dwukrotnie Bułgarii, a w jednym przypadku obywatela Łotwy, z którymi to mieli się spotkać w Polsce.

Tłumaczyli się, że ich małżonkowie mają przebywać w celach turystycznych w Krakowie. Po kilku dniach zaś, bezpośrednio lub też przez Niemcy wrócić na Cypr.

Podejrzana sytuacja

Okazało się, że zdaniem przedstawicielki Straży Granicznej, żaden z cudzoziemców nie był w stanie racjonalnie uzasadnić celu swojej podróży. Dotyczyło to również innych szczegółów.

– Dodatkowo, biorąc pod uwagę obecnie panujące ograniczenia, związane z wynajmem miejsc hotelowych na terytorium Polski oraz deklarowany cel podróży każdego z obywateli państw trzecich – tj. wjazd w celu dołączenia do współmałżonka, a następnie pobyt w celu turystycznym – całą sytuację funkcjonariusze z podkrakowskich Balic uznali za podejrzaną – zaznaczyła przedstawicielka Straży Granicznej.

Każdemu z nich wręczono decyzje o odmowie wjazdu oraz informację dotyczącą procedury szczegółowej kontroli. Realizowana jest ona wobec obywateli państw trzecich. Wiązało się to z wątpliwościami dotyczącymi warunków wjazdu i pobytu cudzoziemców na terytorium Polski. Ponadto, każdemu z cudzoziemców wydano decyzję o nakazie przebywania w pomieszczeniach dla osób niezaakceptowanych. Mieszczą się one w Placówce SG na krakowskim lotnisku.

Czworo obywateli Indii w niedzielę odleciało samolotem rejsowym do Pafos. Pozostała dziewiątka ma wrócić na Cypr w środę.

Prawo do łączenia rodzin ma na celu ochronę komórki rodzinnej i ułatwianie integracji obywateli państw trzecich. Pozwala ona członkom rodzin obywateli państw spoza UE przebywających legalnie na terytorium UE dołączanie do nich w państwie UE, w którym zamieszkują.

radiomaryja.pl

Budynki

/ Fot. https://pixabay.com

Ta pandemia z pewnością postawiła przed architektami i projektantami zupełnie nowe wyzwania – stwierdziła Agnieszka Szczepaniak, architekt. Opowiedziała, jak zmieni się architektura po pandemii.

Na pytanie jakie zmiany może przynieść pandemia, jeśli chodzi o architekturę Agnieszka Szczepaniak odpowiedziała: – Pandemia COVID-19 wymusiła na nas nowy sposób myślenia o przestrzeni, jednocześnie stawiając na pierwszym miejscu zdrowie i bezpieczeństwo.

Zaznaczyła, że to globalne wydarzenie, które zmusiło ludzi do zatrzymania, dało architektom możliwość na wprowadzanie innowacji. – Po koronawirusie świat będzie musiał zmierzyć się z jeszcze większym zagrożeniem. Jest to zmiana klimatu – powiedziała A. Szczepaniak.

Większe mieszkania?

Na pytanie, czy zmieniły się priorytety kupujących mieszkania A. Szczepaniak powiedziała, że deweloperzy chcą teraz większych przestrzeni do życia. Okazuje się, że pożądane są wielofunkcyjne meble czy możliwość mobilnego wydzielenia przestrzeni. – Te wszystkie potrzeby pojawiły się przed pandemią – pojawienie się wirusa tylko to przyspieszyło – zaznaczyła. Dodała również, że od początku pandemii znacznie wzrosło nasze uznanie dla przyrody.

Odnosząc się do standardów i tego, czego ludzie będą oczekiwać A. Szczepaniak wspomniała o higienie. – Wielu projektantów i architektów przewiduje szerokie wdrożenie zautomatyzowanych technologii bezdotykowych – powiedziała. Wspomniane zostały m.in. windy sterowane głosem czy przełączniki światła bez użycia rąk.

– Duży nacisk zostanie położony na układy pomieszczeń. Konieczne będzie rozproszenie ludzi. Jest to wyzwaniem nie tylko przy budowie nowych budynków, ale także przy modernizacji istniejących – powiedziała. – Ta pandemia z pewnością postawiła przed architektami i projektantami zupełnie nowe wyzwania.

Izolacja nam nie służy

A. Szczepaniak jasno zaznaczyła, że ludzie potrzebują więzi społecznych: – Ludzie są „zwierzętami stadnymi” izolacja im nie służy – powiedziała. – Mamy to w naszej naturze, dlatego nie możemy założyć, że trendy, które obserwujemy dzisiaj wynikające ze strachu, paniki, utrzymają się długoterminowo.

Przy czym zaznaczyła, że architekci mają przed sobą duże wyzwanie. Tworzyć budynki, które poprawią jakość życia i będą sprzyjały interakcjom międzyludzkim.

pixabay.com

rzeszów

/ Fot. pixabay.com

Waldemar Kotula, kandydat na prezydenta Rzeszowa, chciałby co roku przeznaczać 300 tys. zł dla każdej rady osiedla. Taki pomysł wdrożony jest już w innych miastach. Kandydat zaznaczył, że nie chciałby rezygnować również z budżetu obywatelskiego.

Waldemar Kotula powiedział, że jeśli mieszkańcy wybraliby go na prezydenta Rzeszowa, mógłby zrealizować swój pomysł. Przeznaczałby co roku po 300 tys. zł dla każdej rady osiedla. Zaznaczył przy tym, że nie chciałby rezygnować z budżetu obywatelskiego, a pieniądze o których mowa, są dodatkowymi środkami.

Nie jest to innowacyjny pomysł

 – Jeżeli mieszkańcy zaufaliby mojej kandydaturze i wybrali na prezydenta Rzeszowa, to chciałbym przeznaczyć po 300 tys. zł dla każdej rady osiedla na zadania inwestycyjne. 300 tys. zł razy 33 osiedla daje to kwotę prawie 10 mln zł – powiedział w środę Kotula.

Nie jest to innowacyjny pomysł, jak zaznaczył kandydat: – On już istnieje w innych miastach. Takie środki mają rady osiedli m.in. w Gdańsku, Krakowie, Lublinie. Wydawany są one na potrzeby lokalne, np. budowa miejsc parkingowych, oświetlenia, placów zabaw – powiedział Kotula.

Zaznaczył, że nie chciałby rezygnować z budżetu obywatelskiego i dodał, że byłyby to dodatkowe środki przeznaczone na inwestycje.

Tadeusz Ferenc, rządzący Rzeszowem od 2002 r., złożył rezygnację 10 lutego po tym, jak przeszedł COVID-19. Wybory w mieście mają odbyć się 9 maja. Waldemar Kotula to rzeszowski radny. Jego kandydatura została wyłoniona w partyjnych prawyborach na Podkarpaciu.

Dotychczas zgłosili m.in. popierana przez Prawo i Sprawiedliwość wojewoda podkarpacki Ewa Leniart, proponowany i konsekwentnie wspierany w trakcie kampanii przez Ferenca wiceminister sprawiedliwości Marcin Warchoł, b. współpracownik Ferenca, wiceprzewodniczący rady miasta i szef klubu Rozwój Rzeszowa Konrad Fijołek; popierają go m.in. PO, Lewica, PSL i Ruch Polska 2050, poseł Konfederacji Grzegorz Braun oraz były poseł Kukiz’15 Maciej Masłowski.

se.pl

– Umowa koalicyjna została jednostronnie zawieszona przez PiS w momencie udzielenia poparcia dla próby obalenia legalnych władz Porozumienia – powiedział Jarosław Gowin w Polsat News. Zrozumienia dla zarzutów koalicjantów nie ma w PiS. – Chętnie bym się ich pozbył – ujawnił Ryszard Terlecki.

  • Prezes Porozumienia, Jarosław Gowin stwierdził, że „umowa koalicyjna została jednostronnie zawieszona przez PiS w momencie udzielenia poparcia dla próby obalenia legalnych władz Porozumienia”.
  • Z kolei Ryszard Terlecki czy Marek Suski z PiS chętnie pozbyliby się koalicjantów. Problem w tym, że i tak jakichś musieliby mieć.
  • Z kolei europoseł PiS Witold Waszczykowski stwierdził, że problemy w koalicji to wina Jarosława Gowina.
  • Zobacz także: Fundusz Odbudowy, Rzeuska: „Przyczyną tragicznej sytuacji są zaniedbania pana Szymańskiego” [WIDEO]

Biorąc pod uwagę wymianę ostrych wypowiedzi na linii PiS – koalicjanci, można wnioskować, że sytuacja jest poważna. Wypowiedź, której udzielił Jarosław Gowin, mówiąc o tym, że umowa koalicyjna została z winy PiS zawieszona, to nie pierwszy taki przypadek w historii partii rządzącej. W 2015 roku Prawica Marka Jurka poinformowała, że PiS złamał wszystkie punkty podpisanego z tą formacją porozumienia, doprowadzając tym samym do jego wygaśnięcia.

Trudno tak razem być ze sobą

Na przestrzeni lat swojej historii PiS notorycznie spotyka się z zarzutem nieszanowania koalicjantów. Swego czasu rozpowszechniona była także opinia, że partia Jarosława Kaczyńskiego nie ma możliwości koalicyjnych. Natomiast zarzuty o dosyć swobodne podejście do podpisywanych porozumień pojawiały się już na początku XXI wieku, gdy PiS łączył się z Przymierzem Prawicy, potem przy okazji rządów z LPR i Samoobroną, wreszcie teraz. Politycy największej partii rządzącej zarzekają się, że wina leży nie u nich, a po stronie koalicjantów. Koalicjanci się zmieniali, a punktem łączącym tych wszystkich historii był właśnie PiS.

– Uważam, że obóz Zjednoczonej Prawicy wszedł na niebezpieczną ścieżkę, ale można z tej ścieżki jeszcze zawrócić – ocenił Gowin. – Jeśli nie będzie porozumienia w ramach Zjednoczonej Prawicy, to alternatywą będą przyspieszone wybory – dodał.

Powtórka z 2007 roku?

Aktualna sytuacja może przypominać tę z 2007 roku, kiedy Renata Beger prowadziła rozmowy z PiS na temat rozbicia Samoobrony. Tym razem rolę Beger zdaje się pełnić Adam Bielan. Oczywiście zdaniem polityków PiS winni są jedynie źli koalicjanci. Można odnieść wrażenie, że formacja Kaczyńskiego nie ma ani trochę szczęścia w ich doborze.

– Niestety mamy problemy z koalicjantami, ja tu jestem radykałem i chętnie bym się ich pozbył, ale utrzymujemy jedność w Zjednoczonej Prawicy tak długo, jak to możliwe i mam nadzieję, że razem pójdziemy do wyborów – stwierdził wicemarszałek Ryszard Terlecki, przewodniczący klubu PiS. Takie zdanie podzielają inni politycy partii Kaczyńskiego. – Podpisuje się pod słowami pana marszałka – powiedział poseł Krzysztof Sobolewski.

Wina Gowina

Z kolei europoseł PiS Witold Waszczykowski stwierdził, że problemy w koalicji to wina Jarosława Gowina. O nieodpowiedzialnym zachowaniu Gowina mówił też Marek Suski. Jednocześnie stwierdził, że nie rozumie, o co mu chodzi.

Suski czy Terlecki nie kryją, że najchętniej pozbyliby się dotychczasowych koalicjantów z rządu. Jednak, żeby PiS miał większość, musieliby oni zostać zastąpieni nowymi. Kolejna koalicja rządząca mogłaby się więc zakończyć jak poprzednie w wykonaniu PiS.

twitter.com, tysol.pl, wpolityce.pl, interia.pl, rmf24.pl