Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej

Sala rozpraw TSUE / fot. TT/@MicWawrykiewicz

Trybunał Sprawiedliwości UE wydał niekorzystny wyrok dla rządu Mateusza Morawieckiego. Chodzi o element tzw. reformy sądownictwa, dotyczący KRS oraz zniesienia skutecznej kontroli ws. nominacji do Sądu Najwyższego, co nie spodobało się biurokratom z Luksemburga. Zdaniem opiniodawców postępowanie rządu polskiego może naruszać unijne prawo w zakresie sądownictwa.

Niektórzy polscy sędziowie, którzy nie zostali powołani do Izby Karnej oraz Izby Cywilnej Sądu Najwyższego postanowili odwołać się do Trybunału Sprawiedliwości UE w Luksemburgu. Uznali oni przeprowadzone przez rządy Prawa i Sprawiedliwości zmiany w ustawie z 29. kwietnia 2019 roku, nie dają im jednakże prawa do odwołania się do KRS w sprawie podjętych nominacji. Tym samym postępowanie odwoławcze zostało umorzone.

Wtorkowa decyzja TSUE przybliża zbuntowanych sędziów oraz Naczelny Sąd Administracyjny do sukcesu w bieżącym sporze politycznym z polskim rządem. Trybunał z Luksemburgu postanowił dzisiaj pozytywnie odpowiedzieć na wezwanie polskich sędziów.

Niekorzystny dla polskiego rządu wyrok TSUE

W dzisiejszym orzeczeniu TSUE dowiadujemy się, iż został nałożony obowiązek odstąpienia od wprowadzonych zmian – “Kolejne nowelizacje ustawy o KRS, które doprowadziły do zniesienia skutecznej kontroli sądowej rozstrzygnięć Rady o przedstawieniu prezydentowi RP wniosków o powołanie kandydatów na sędziów SN, mogą naruszać prawo UE” – czytamy.

Wprowadzone w 2018 roku reformy w sądownictwie mogą ulec zniwelowaniu, gdy krajowe sądownictwo postanowi, iż były one wprowadzane nie zgodnie z obowiązującym prawem unijnym. Wcześniejsze prawo będzie działało na mocy pierwszeństwa, a sędziowie będą mogli na nowo ocenić powstające przepisy.

“Orzeczenie Trybunału w Luksemburgu może pomóc uzdrowić Sąd Najwyższy, doprowadzić do usunięcia z niego osób, które zajęły tam stanowiska po wadliwym konkursie” – ucieszyło się z takiego obrotu spraw Stowarzyszenie Sędziów Polskich “Iustitia”.

Natomiast jeden z członków tego stowarzyszenia, sędzia Piotr Gąciorek nie krył się ze swoimi politycznymi zamiarami przeprowadzenia reformy sądownictwa według własnego upodobania – “Stawką jest nie tylko przyszłość Sądu Najwyższego, ale przede wszystkim tego, czy Rzeczpospolita Polska będzie państwem prawa, które chroni prawa i wolności obywateli, gwarantując im to poprzez niezależne od polityków sądy”.

Wiceminister Sprawiedliwości broni swoich racji

Na podkreślenie zasługuje również istotny fakt, iż dzisiejsze postanowienie TSUE jest wyłącznie wskazówką dla polskiego sądownictwa – “Jednoznaczny wyrok TSUE może wydać tylko w przypadku konkretnej skargi. Dzisiejszy wyrok to “orzeczenie prejudycjalne”, które zawsze ma charakter interpretacyjny, zawiera wskazówki. I tych wskazówek dla sądu krajowego (NSA) jest w nim bardzo wiele” – przekazuje Dorota Bawołek, podając informację z wewnętrznych źródeł.

Na niekorzystny wyrok zareagował również Wiceminister Sprawiedliwości, Sebastian Kaleta, który jasno dał do zrozumienia, że obecne działania Trybunału Sprawiedliwości przekraczają ramy Traktatu Lizbońskiego.

“TSUE orzekł,że sądy krajowe w sprawie sądownictwa mogą pomijać polski porządek konstytucyjny pod pretekstem braku niezależności(nawet jeśli zgodnie z Konstytucją jest zachowana). Orzekł tak pomimo tego, że traktaty nie dają UE żadnych kompetencji w sprawie organizacji sądownictwa” – napisał Kaleta.

Jego zdaniem to pokazuje, że wciąż trwają próby federalizacji Unii Europejskiej za pomocą sędziów TSUE, z pominięciem suwerennych decyzji krajów członkowskich.

wp.pl

Joe Biden

/ Fot. screen

Zgodnie z apelem Izby Reprezentantów, prezydent Joe Biden będzie musiał uzyskać zgodę innych “najwyższych urzędników”, nim zdecyduje się na wystrzelenie pocisku broni jądrowej.

  • Prezydent USA Joe Biden otrzymał od poprzednika teczkę z kodami do broni atomowej, których może użyć praktycznie w każdej chwili.
  • Przedstawiciele Izby Reprezentantów uważają, iż jest to zbyt wielka odpowiedzialność dla jednostki.
  • W apelu do prezydenta napisano, iż użycie kodów i wszczęcie konfliktu atomowego powinno być konsultowane z innymi, najwyższymi urzędnikami.
  • Przeczytaj również: [WIDEO] USA: Studenci zszokowani słowami Bidena, iż ludobójstwo Ujgurów to „norma kulturowa”

Prezydent Joe Biden został wezwany przez członków Izby Reprezentantów do zrzeczenia się niepodzielnej władzy nad bronią jądrową USA. Zdaniem polityków, moc i odpowiedzialność są zbyt duże dla jednostki. Uwagę opinii publicznej zwrócił list Jimmy’ego Panetty, demokraty i członka Izby Reprezentantów, skierowany do prezydenta. List, podpisany przez ponad trzydziestu członków partii i członków Izby, wzywa Bidena do zrzeczenia się kodów do broni jądrowej.

Jak podaje Politico, celem odebrania kodów prezydentowi jest uniknięcie sytuacji, w której pojedyncza osoba mogłaby rozpocząć wojnę nuklearną. „Umocnienie osoby posiadającej taką władzę niesie za sobą ryzyko” – napisano w liście. „Poprzedni prezydenci grozili atakiem na inne kraje bronią jądrową lub przejawiali zachowania, które skłoniły innych urzędników do wyrażenia zaniepokojenia zachowaniem prezydentów”. Panetta wezwał w poniedziałek za pośrednictwem mediów społecznościowych, do bliższego przyjrzenia się strukturom kontroli nad bronią jądrową w USA.

„Chociaż prezydent prawdopodobnie skonsultowałby się z innymi przed rozkazem ataku nuklearnego, nie ma takiego wymogu. Wojsko jest obowiązane do wykonania rozkazu, jeżeli uznają to za dopuszczalne zgodnie z prawem wojennym. W tej chwili atak nuklearny może nastąpić w przeciągu kilku minut” – zauważył w liście. Z tego powodu, zdaniem Izby Reprezentantów, konieczne są nowelizacje. Proponowane alternatywy obejmują zatwierdzanie zarządzenia o użyciu “czerwonego przycisku” przez wiceprezydenta lub przewodniczącego Izby Reprezentantów. Wytypowano te osoby, ponieważ prezydent nie może ich odwołać, jeśli się nie zgodzą.

Stany Zjednoczone są jedynym krajem, który użył na wojnie broni atomowej. Prezydent Biden otrzymał teczkę z kodami niezbędnymi do zainicjowania ataku po swoim poprzedniku, Donaldzie Trumpie.

Politico

Joe Biden.

/ Fot. Twitter/ screen

Prezydent USA, Joe Biden skomentował kwestię ludobójstwa Ujgurów w Chinach, mówiąc iż „istnieją różne normy kulturowe”. Jego słowa wywołały oburzenie.

Nowy prezydent USA, Joe Biden skomentował w ostatnim czasie ludobójczą politykę Chin. Nie potępił jednak czystek etnicznych, za to wspomniał o “różnorodnych oczekiwaniach”, jakie stawia się rządom w różnych rejonach świata. „Pod względem kulturowym istnieją różne normy, których oczekuje się od każdego kraju i od jego przywódców” – powiedział. Nie jest jasne, w jaki sposób popełnienie ludobójstwa jest rzekomo częścią norm kulturowych Chin.

Słowa te odebrano, jako usprawiedliwianie praktyk reżimu. Stanowisku prezydenta sprzeciwili się m.in. studenci. Organizacja Campus Reform opublikowała w czwartek materiał wideo, w którym przeprowadzono wywiady ze studentami na kampusie Uniwersytetu Florydy. Uczniowie dzielili się swoją reakcją na oświadczenie Bidena o ludobójstwie Ujgurów. Komentarze były krytyczne wobec prezydenta USA niezależnie od tego, z jaką opcją polityczną identyfikowali się pytani. Republikanie oskarżali go o zbyt łagodne podejście do Chin, zaś liberałowie podnosili, iż jego komentarze były rasistowskie.

“Studenci University of Florida również byli zszokowani uwagami, zwłaszcza gdy dowiedzieli się, że wypowiedział je Biden, a nie były prezydent Donald Trump” – zauważa Post Millennial. “Na pytanie, który były prezydent wypowiedział się na temat Chin, większość studentów domyśliła się, że został on dokonany przez Trumpa, chociaż jeden powiedział, że mógł to być Bill Clinton, a inny stwierdził, że był to Barack Obama”.

Wszyscy uczniowie, z których niektórzy przyznali, że głosowali na prezydenta Bidena, wyrazili zszokowanie i rozczarowanie, że ten skomentował w ten sposób ludobójstwo. Chiński reżim komunistyczny od lat stara się wykorzenić kulturę Ujgurów. Dwa miliony mieszkańców zostały deportowane do obozów koncentracyjnych.

The Post Millennial

Sytuacja kobiet w “postępowej” Europie jest dramatyczna, a tolerancyjna i przychylna imigrantom Szwecja znajduje się na szóstym miejscu na świecie pod względem ilości gwałtów.

  • Szwecja ochoczo przyjmuje dziesiątki tysięcy nielegalnych imigrantów z Afryki i Azji, nie stawiając wobec nich żadnych wymagań.
  • Kraj posiada również “pierwszy na świecie rząd feministyczny”.
  • Wszystko to nie zmienia jednak nieubłaganych statystyk, mówiących iż kobiety w Szwecji są coraz bardziej zagrożone.
  • Państwo znalazło się na szóstym miejscu na świecie pod względem ilości gwałtów. Za Szwecją plasuje się Kostaryka, Nikaragua czy Grenada.
  • Przeczytaj również: [WIDEO] Przykleiła się do drzwi Kancelarii Sejmu. Protest ekologiczny

Szwecja brnie na oślep w “postępowość” i “tolerancję”, jednocześnie zbierając żniwa swoich własnych poczynań. Rządząca krajem lewica wspiera żarliwie zarówno feminizm, jak i nielegalną imigrację. Władze przygarniają tysiące przybyszy z Afryki i Azji pod byle pretekstem, zapewniając im wikt i opierunek na “piękne oczy” i nie oczekując niczego w zamian. Któż by się spodziewał, iż takie połączenie doprowadzi do tragedii?

Portal Svenska Dagbladet opublikował artykuł, traktujący o niechlubnej kwestii zatrważającej ilości gwałtów w kraju. Dla porównania, Szwecja została zestawiona w rankingu z najbardziej niebezpiecznymi dla kobiet krajami. I zajęła szóste miejsce. Na “10 krajów z najwyższym wskaźnikiem ilości gwałtów” to właśnie postępowa, tęczowa i feministyczna Szwecja niemal znalazła się w pierwszej piątce ze wskaźnikiem 63.50. Pierwsze miejsce zajęła RPA (132.40), drugie Botswana (92.90), kolejne Lesotho (82.70), Suazi (77.50), Bermudy (67.30). I tu właśnie plasuje się Szwecja ze swoim feministycznym rządem.

Znacznie mniejszy wskaźnik, bo już 45.20, posiada leżący w Ameryce Południowej Surinam. Następnie w kolejce stoją Kostaryka (36.70), Nikaragua (31.60) i Grenada (30.60). Szwedzkie portale są przerażone zestawieniem. “Szwecja staje się coraz gorszym i bardziej niebezpiecznym krajem dla kobiet. Na liście World Population Reviews krajów z największą liczbą gwałtów Szwecja zajmuje szóste miejsce w otoczeniu krajów afrykańskich i karaibskich” – zauważa Samnytt. Wszystko to zaś “pomimo faktu, że Szwecja jest zarówno rzekomym supermocarstwem humanitarnym, jak i posiada rzekomo pierwszy na świecie rząd feministyczny”.

Co jednak najbardziej niepokojące to fakt, iż użyte dane pochodzą z 2015 roku. “W porównaniu z Norwegią Szwecja ma 3,3 razy więcej gwałtów, 4,2 razy więcej gwałtów niż Finlandia i 9,9 razy więcej gwałtów niż Dania” – zauważają szwedzcy dziennikarze. “Liczby są straszne dla kobiet w Szwecji. Absolutnie okropne i nikt nie może odrzucić „strachu przed zgwałceniem”. Nie możesz też próbować znaleźć wyjaśnień, ale statystyki są takie, jakie są i nie można ich tłumić ani ignorować. Co robiono w Szwecji od dziesięcioleci. To tyle, jeśli chodzi o „rząd feministyczny”, brak troski o kobiety w kraju, czego rząd absolutnie nie pokazał” – czytamy.

Samnytt.se

/ Fot. Twitter

“Aktywista LGBT”, Bart Staszewski, pochwalił się, iż udzielił wywiadu na temat ciężkiego losu LGBTI+ w Polsce muzułmańskiemu medium.

  • Bart Staszewski “zasłynął” jeżdżeniem po Polsce ze zrobionym własnoręcznie znakiem “strefy wolne od LGBT” aby pokazywać, jak źle traktowane są mniejszości w naszym kraju.
  • Na Zachodzie został uznany zasłużonym działaczem “praw LGBTI”, znalazł się również na liście 100NEXT Timesa.
  • Teraz Staszewski, wprowadzający w błąd opinię publiczną, udzielił wywiadu katarskiej telewizji.
  • Przeczytaj również: [WIDEO] Syria: Izrael zaatakował obrzeża Damaszku. Celem „irańskie bazy”

Bart Staszewski pochwalił się na swoim Twitterze, iż miał okazję ponarzekać na Polskę w wywiadzie dla katarskiej Al Jazeery. “Dzisiaj dla Al Jazeera opowiadałem o strefach wolnych od LGBT w Polsce. Byliśmy tez w kilku miejscowościach na Lubelszczyźnie” – napisał z dumą aktywista. Nie omieszkał dodać, jak bardzo sytuacja środowisk LGBT w Polsce jest tragiczna – a mianowicie tak bardzo, iż nawet dziennikarze Al Jazeery byli w szoku. “Dziennikarze byli w szoku, że takie rezolucje, wycelowane w osoby LGBT istnieją w Polsce” – podkreślił dobitnie Staszewski.

Słowa Barta na temat LGBT spotkały się ze sporym zainteresowaniem Internautów. Nie jest bowiem tajemnicą, iż katarska stacja działa w kraju, w którym homoseksualizm jest nielegalny ze względów religijnych. Prawo szariatu wyjątkowo jasno określa stosunek muzułmanów choćby do homoseksualizmu. Mimo to, Staszewski narzekał jej dziennikarzom na rzekomo okrutne prześladowania LGBT w Polsce. Fakt ten szybko i celnie wypunktowali komentujący.

“Homoseksualizm jest nielegalny w Katarze, grozi karą do 3 lat więzienia i grzywną dla wyrażających zgodę mężczyzn i może prowadzić do kary śmierci dla muzułmanów na mocy prawa szariatu” – padło w komentarzach. “Al-Dżazira – arabska stacja telewizyjna z siedzibą w Ad-Dausze, stolicy Kataru”.

“To musiała być jakaś “lewa” Al Jazeera… Nie powiedzieli Ci, że tam zrzucają homoseksualistów z ostatniego piętra. I to wcale nie budynku co ma 1 piętro? A w Polsce wybierają ich posłów i europosłów. Tak to są u nas prześladowani! Dramat!” – komentują inni post Staszewskiego. “Pomogli zorganizować kilka nowych stref wolnych od gejów? W końcu to dosyć mocno muzułmańska telewizja” – zapytują.

“Rozumiem ten szok. Powszechnie wiadomo, że w krajach islamskich gejów darzy się powszechnym szacunkiem. Jeśli gejować to tylko tam” – piszą z przekąsem. “Czy sprawa już była rozpatrywana przez Radę Kobiet w Arabii Saudyjskiej w której występują sami faceci ? [ponieważ kobiety nie mają praw] Czekam też na posiedzenie w Turcji i innych krajach islamskich / arabskich”. “Brawo, rozmawia Pan z telewizją finansowaną przez katarski rząd, gdzie homoseksualizm jest zakazany, kary to 7 lat więzienia lub kara śmierci” – podsumowują Internauci.

Twitter

– Życzę wszystkim dobrego przeżywania czasu Wielkiego Postu. I rekomenduję wam post, ale taki, który nie przyniesie wam głodu; post od plotek i oszczerstw – powiedział Ojciec Święty Franciszek. – Taki post jest piękny – dodał.

  • Ojciec Święty rekomenduje wiernym podjęcie “postu od plotek i oszczerstw”.
  • Wyraził także solidarność z uprowadzonymi w Nigerii dziewczętami. – Módlmy się za te dziewczęta, aby mogły szybko wrócić do domu. Zapewniam o swej bliskości ich rodziny i je same – stwierdził.
  • Ojciec Święty nawiązał również do obchodzonego w niedzielę Światowego Dnia Chorób Rzadkich.
  • Zobacz także: Lewica boi się „W pustyni i w puszczy”? „Rasizm, kolonializm i patriarchat!”

Post od plotek i oszczerstw to zdaniem papieża bardzo dobra forma przeżywania czasu przygotowania do Świąt Wielkanocnych. Ojciec Święty zauważył też, że misją chrześcijan jest “rozpalanie małych światełek w sercach ludzi”, by nieść miłość i nadzieję. – Czasem zdarza się, że przechodzimy przez mroczne momenty w życiu osobistym, rodzinnym i społecznym i jest obawa, że nie ma z tego wyjścia. Czujemy się wystraszeni wobec tak wielkich niewiadomych, jak choroba, ból czy tajemnica śmierci – powiedział.

Papież Franciszek wspomniał też o porwaniu grupy dziewcząt w Nigerii. Powiedział, że przyłącza się do głosu biskupów z Nigerii i potępia “nikczemne porwanie” 317 dziewcząt uprowadzonych ze szkoły w północno-zachodniej części kraju. – Módlmy się za te dziewczęta, aby mogły szybko wrócić do domu. Zapewniam o swej bliskości ich rodziny i je same – stwierdził.

Ojciec Święty nawiązał również do obchodzonego w niedzielę Światowego Dnia Chorób Rzadkich. – W przypadku chorób rzadkich bardziej niż kiedykolwiek ważna jest sieć solidarności między rodzinami, wspierana przez te stowarzyszenia. Pomaga ona w tym, by nie czuć się osamotnionymi, w wymianie doświadczeń i rad – mówił Franciszek. Zachęcam do inicjatyw wspierających badania naukowe i leczenie, a także wyrażam moją bliskość z chorymi, z rodzinami, ale zwłaszcza z chorymi dziećmi, które cierpią – powiedział.

rmf24.pl

/ Fot. Gates Notes

Bill Gates, współzałożyciel Microsoftu i jeden ze sponsorów COVAX, globalnego programu szczepień przeciwko koronawirusowi, w rozmowie z CNN przedstawił swoje teorie i przewidywania nt. końca pandemii.

  • Zdaniem Billa Gatesa na jesieni 2021 roku Amerykanie będą mogli wrócić do “prawie normalnego życia”.
  • Pełne zniesienie obostrzeń miliarder przewiduje na koniec 2020 roku.
  • Gates powstanie pierwszej szczepionki na koronawirusa w ciągu zaledwie roku ocenił mianem “cudu”.
  • Jego zdaniem świat nie robi „wystarczająco dużo, aby szybko uporać się z pandemią”. Podkreślił, że proces szczepień postępuje za wolno, a ponadto preparaty są nierównomiernie rozdysponowane pomiędzy kraje bogatsze i biedniejsze.
  • Zobacz także: Szaleńcze tempo Brytyjczyków. Zaszczepiono już 20 mln osób!

Jego zdaniem, koniec pandemii i powrót do normalnego życia będzie możliwy tylko dzięki masowemu zaszczepieniu ludzi na koronawirusa. Jak ocenił, Amerykanie do “prawie normalnego” życia będą mogli powrócić na jesieni tego roku.

Choć Gates powstanie pierwszej szczepionki na koronawirusa w ciągu zaledwie roku ocenił mianem “cudu”, to wyraził zastrzeżenia co do tempa działań społeczności międzynarodowej w tej sprawie. Jak stwierdził, świat nie robi „wystarczająco dużo, aby szybko uporać się z pandemią”. Podkreślił, że proces szczepień postępuje za wolno, a ponadto preparaty są nierównomiernie rozdysponowane pomiędzy kraje bogatsze i biedniejsze.

Według Billa Gatesa na całkowite zniesienie obostrzeń trzeba będzie poczekać do drugiej połowy 2022 roku. Zaznaczył jednak, że wszystko może się zmienić, jeśli pojawią się nowe mutacje koronawirusa, które pokonają szczepionki.

nczas.com

Tajwan wezwał społeczność międzynarodową do pociągnięcia komunistycznych Chin do odpowiedzialności za prześladowania religijne, po tym jak władze państwa ze stolicą w Pekinie wprowadziły nowe przepisy, które wymagają od grup religijnych patriotyzmu i lojalności wobec Komunistycznej Partii Chin (KPCh).

  • Narodowa Administracja Spraw Religijnych Chin ogłosiła, że 1 maja wejdą w życie nowe przepisy, wymagające od duchownych “żarliwej miłości do ojczyzny, popierania przywództwa Komunistycznej Partii Chin i przestrzegania zasad systemu socjalistycznego”.
  • Władze Tajwanu oskarżyły komunistyczne Chiny o prowadzenie prześladowań religijnych.
  • Zobacz także: Lewica boi się „W pustyni i w puszczy”? „Rasizm, kolonializm i patriarchat!”

Narodowa Administracja Spraw Religijnych Chin ogłosiła 9 lutego nowoopracowane przepisy dotyczące zarządzania personelem religijnym, które wejdą w życie 1 maja. Pismo “Global Times” podało, że przepisy mają na celu uniemożliwienie duchownym religijnym ulegania “wpływom zagranicznych sił lub angażowania się w działania, które zagrażają jedności etnicznej lub bezpieczeństwu narodowemu”. Władze Tajwanu postrzegają takie działania jako prześladowania religijne.

Poza określeniem kwalifikacji i praw personelu religijnego, nowe przepisy wymagają od duchownych “żarliwej miłości do ojczyzny, popierania przywództwa Komunistycznej Partii Chin i przestrzegania zasad systemu socjalistycznego”. Ponadto, partia oczekuje, że grupy religijne będą traktowały utrzymanie narodowej i “etnicznej jedności”, stabilności społecznej, jak również bezpieczeństwa narodowego jako część swoich obowiązków.

Rzecznik Ministerstwa Spraw Zagranicznych Tajwanu Joanne Ou powiedziała, że ministerstwo uważnie śledzi pogarszanie się standardów chińskich władz w zakresie wolności religijnej i ochrony praw człowieka. Rząd tajwański poinformował, że zamierza nadal wzmacniać współpracę z Watykanem i Kościołem katolickim, aby promować wolność religijną. O prześladowaniach religijnych w Chinach od lat donoszą organizacje zajmujące się tą tematyką.

taiwannews.com.tw

– Cyfrowa zielona przepustka powinna ułatwić życie Europejczykom. Celem jest też stopniowe umożliwienie im bezpiecznego przemieszczania się po Unii Europejskiej lub za granicą – w celach zarobkowych lub turystycznych – powiedziała szefowa KE Ursula von der Leyen. “Zielone przepustki” mogą się pojawić w UE już latem tego roku.

  • Szefowa KE Ursula von der Leyen jeszcze w marcu zamierza złożyć wniosek legislacyjny ws. wprowadzenia “zielonych przepustek”.
  • Takie dokumenty są już w Izraelu. Ich posiadacze mogą wejść do znacznie większej ilości miejsc.
  • Przeciw łączeniu szczepień ze swobodą przemieszczania się po Europie zaprotestowała wicepremier Belgii.
  • Zobacz także: Horban zakpił z przedsiębiorców: „Niech produkują maseczki to przeżyją”

“Zielone przepustki” jeszcze nie zostały wprowadzone, a już wywołały kontrowersje. – W przypadku Belgii nie ma mowy o łączeniu szczepień ze swobodą przemieszczania się po Europie. Poszanowanie zasady niedyskryminacji jest bardziej fundamentalne niż kiedykolwiek, ponieważ szczepienia nie są obowiązkowe, a dostęp do szczepionki nie jest jeszcze powszechny – podkreśliła wicepremier Belgii Sophie Wilmes.

– Pomysł na ujednolicony europejski system, który umożliwia każdej osobie gromadzenie informacji o swoich szczepieniach, testach COVID itp. Na jednym dokumencie cyfrowym, jest dobry. Jednak… we wniosku pani Ursuli von der Leyen, pojęcie „przepustki” jest mylące w stosunku do celu, któremu to ma służyć – stwierdziła belgijska polityk.

– Celem jest dostarczenie: dowodu, że dana osoba została zaszczepiona, wyników testów tych, którzy nie mogli jeszcze otrzymać szczepionki i informacji o przejściu Covid19 – zaznaczyła von der Leyen. Jednocześnie zapowiedziała, że złoży stosowny wniosek legislacyjny jeszcze w marcu.

“Zielone przepustki” zostały już wprowadzone w Izraelu. Przysługują tym osobom, które co najmniej tydzień wcześniej przyjęły drugą dawkę szczepionki oraz ponad 700 tys. osób, które przeszły zakażenie koronawirusem. Dokument jest ważny sześć miesięcy. Posiadacze przepustek mogą wejść do znacznie większej ilości miejsc niż osoby, które takiego dokumentu nie mają.

nczas.com

/ Fot. Wikimedia Commons

Poseł Lewicy Maciej Gdula w swoim felietonie opublikowanym przez Krytykę Polityczną przyznał, że marksizm kulturowy istnieje, ale… prawica go nie rozumie.

Marksizm kulturowy? Tak, ale nie

W licznych publikacjach i wywiadach lewicowi komentatorzy nieustannie powtarzają, że żaden marksizm kulturowy nie istnieje, a jest jedynie teorią spiskową wymyśloną przez skrajną prawicę. W skrócie, radykałowie szukają „sił zła”, z którymi mogliby walczyć przy poparciu zastraszonego społeczeństwa. W podobnym tonie mówi się o „genderyzmie” czy „ideologii LGBT” – wszystkie te zjawiska są sprowadzane do chochoła, w którego biją obrońcy cywilizacji Zachodu.

Zobacz także: Lewica boi się „W pustyni i w puszczy”? „Rasizm, kolonializm i patriarchat!”

Jak się okazuje, nieco odmiennego zdania jest poseł Lewicy Maciej Gdula, socjolog i doktor habilitowany nauk społecznych, który od lat współpracuje z Krytyką Polityczną. W swoim artykule „Czym jest marksizm kulturowy, a co o nim myśli prawica?” zaprezentował ciekawy punkt widzenia. Otóż nie zanegował istnienia marksizmu we współczesnej wersji, a „jedynie” skrytykował jego interpretację w wydaniu prawicy. Innymi słowy, przyznał, że marksizm kulturowy jest realną ideologią, tyle że zdemonizowaną przez obóz konserwatystów. To bardzo cenny głos w dyskusji, więc dziękuję, Panie Profesorze.

„Ofensywa, która zniszczyć ma chrześcijańską tradycję europejską”

Przeanalizujmy tekst p. Gduli, który z mojej perspektywy jest bardzo ożywczy intelektualnie. Oczywiście pominiemy znęcanie się nad PiS-em w wykonaniu autora, ponieważ polityczne wtręty nie mają w tym przypadku żadnego znaczenia. Wpisują się jedynie w schemat wojny z obozem rządzącym. Najpierw przyjrzyjmy się temu, jak zdaniem posła marksizm kulturowy postrzega „prawica”:

Na początek musimy zrozumieć, co dokładnie dla prawicy kryje się za marksizmem kulturowym. Jest to ofensywa, która zniszczyć ma chrześcijańską tradycję europejską, wspólnotę narodową i rodzinę. U jej źródeł tkwi dążenie do wyzwolenia wszystkich złych pragnień w człowieku – głównie seksualnych. Zwyczajni ludzie przy pewnym wysiłku trzymają się tego, co sprawdzone i służące innym.

Trudno nie odnieść wrażenia, że poseł zarysował w tym miejscu iście epicką wizję starcia dobra ze złem, gdzie tradycyjne społeczeństwo chrześcijańskie broni się przed naporem upiornych marksistów kulturowych. Oczywiście celem tychże jest zniszczenie nieśmiertelnego trio, a więc rodziny, narodu i tradycji. Gdyby w ich miejsce wstawić wiarę, ojczyznę i cywilizację albo Kościół, państwo i kulturę, to pewnie wyszłoby na to samo. Sens jest jeden – prawica niczym ostatni bastion walczy o utrzymanie człowieczeństwa w obliczu nadciągającej barbarii.

Oczywiście takie zero-jedynkowe ujęcie jest zabiegiem celowym, mającym wywołać niedowierzanie, względnie śmieszność. Gdy operujemy tylko na poziomie sloganów, przeciwstawiając sobie wspaniałą cywilizację Zachodu i jakieś niedookreślone marksizmy, genderyzmy i inne –izmy, to trudno o merytoryczną dyskusję. Można zbyć oponentów, używając wygodnego „argumentu” o teorii spiskowej. Taki zabieg blokuje dostęp do głębszego poziomu dyskusji, a więc szczegółów, faktów i konkretów.

„To analiza i krytyka społeczeństwa”

Co kluczowe dla naszych rozważań, w dalszej części felietonu Maciej Gdula przystępuje do wyjaśnienia, czym w rzeczywistości jest ten cały marksizm kulturowy. Czyniąc to, potwierdza, że „tropiciele marksistów” wcale nie walczą z wyimaginowaną ideologią. Punkt dla profesora. Spójrzmy:

A teraz szybko o tym, czym naprawdę jest marksizm kulturowy. To analiza i krytyka społeczeństwa, porzucająca optymistyczny obraz dziejów, który możemy znaleźć u Marksa. U niego szybciej lub wolniej, ale sprawy idą jednoznacznie w dobrym kierunku. Postęp sił wytwórczych niszczy panowanie kapitalistów wyzyskujących robotników. Zaprowadzony zostaje w końcu rozumny porządek społeczny, w którym potrzeby wszystkich ludzi zostają zaspokojone i jednocześnie mogą oni rozwijać indywidualny potencjał.

Pisząc o „analizie i krytyce społeczeństwa”, ma na myśli teorię krytyczną, czyli akademicką nazwę marksizmu, który za sprawą szkoły frankfurckiej przeniknął na zachodnie uniwersytety. Myśl frankfurtczyków stanowi przedłużenie „działalności praktyczno-krytycznej” Karola Marksa (sformułowanie z „Tez o Feuerbachu” z 1845 roku). Omawiane podejście sprowadza się do nieustannego krytykowania status quo i niszczenia tradycyjnego systemu, który rzekomo u swoich fundamentów opiera się na represji, wyzysku i niesprawiedliwości. Jego całkowite zanegowanie nie podlega kompromisom.

Polemizowałbym również ze stwierdzeniem, że neomarksiści nie posiadają optymistycznego obrazu dziejów. Chociaż musieli uporać się z faktem, że przewidywania ich proroka okazały się błędne, to jednak fiasko rewolucji na Zachodzie wcale nie zniechęciło ich do marksizmu. Po prostu trzeba było zrewidować taktykę działania, czyli dostosować ją do zmieniających warunków w taki sposób, aby w końcu udało się zrealizować wizję świata powszechnej szczęśliwości. „Cóż, to właśnie negatyw był pozytywny: ta świadomość nie pójścia dalej, odmowa. Istotą teorii krytycznej jest naprawdę nieubłagana analiza tego, co jest” – stwierdził Leo Löwenthal w wywiadzie z 1981 roku. Jak wynika z jego słów, destrukcja sama w sobie jest powodem do optymizmu, bo – w domyśle – przybliża do komunizmu. Dalej:

Marksiści kulturowi na swojej skórze doświadczyli narodzin faszyzmu, drugiej wojny światowej i bomby atomowej. Część z nich – zwłaszcza Herbert Marcuse – nie porzucali nadziei, ale prosty optymizm nie był dla nich. Przede wszystkim uznali, że społeczeństwo to coś więcej niż gmach zbudowany na bazie środków produkcji. Społeczeństwo to są oczywiście siły wytwórcze, ale także pragnienia, stosunki w rodzinie i sposoby samorealizacji.

Po pierwsze, pod pojęciem „faszyzm” autor ma zapewne na myśli reżim narodowosocjalistyczny, przez co posługuje się komunistyczną propagandą. Już w latach 20. XX wieku na posiedzeniach Kominternu zaczęto wyklinać włoskich faszystów, którzy przejęli władzę w wyniku „Marszu na Rzym”, a następnie inne siły zagrażające rewolucji w europejskich krajach. Ciekawe, czy profesor wie o tym, że w Niemczech pierwszymi „faszystami”, których atakowali komuniści, byli… socjaldemokraci. Zgadza się, zanim w 1935 roku Józef Stalin wdrożył koncepcję Frontów Ludowych, zwykłych socjalistów traktowano jako tzw. socjalfaszystów, czyli ideologicznych braci faszystów. Później zmieniła się mądrość etapu, ale o tym innym razem.

Po drugie, poseł ma całkowitą rację – neomarksiści, w tym wymieniony Herbert Marcuse, zauważyli, że nie można ograniczać się wyłącznie do sfery produkcji, a co za tym idzie robotników tworzących proletariat (czytaj: mięso armatnie). Frankfurtczycy wyszli poza analizę „reżimu fabrycznego” i dostrzegli, że na społeczeństwo oddziałują również inne czynniki, np. rodzina, Kościół czy kultura popularna. Dzięki przyswojeniu odkryć z zakresu psychoanalizy pojęli, jak wielki wpływ na człowieka ma sfera reprodukcji, rozumiana jako te czynniki, które podtrzymują kapitalizm.

W kolejnym felietonie pociągnę wątek rozważań prof. Gduli i skupię się na zagadnieniu rewolucji seksualnej, której ramy skonstruowali frankfurtczycy. Poseł mniej lub bardziej świadomie odniósł się do tej problematyki, przez co znowu okazał się niezwykle pomocny.

Jakub Zgierski