/ Fot. Facebook

Festiwal książki Booktown postanowił zbojkotować Harry’ego Potter. Autorka serii, J.K. Rowling jest bowiem oskarżana o “transfobiczne” wypowiedzi.

  • Festiwal książki odciął się od jednej z najpopularniejszych książkowych serii dla młodzieży
  • Powodem bojkotu Harry’ego Pottera ma być rzekoma “transfobia” autorki, J.K. Rowling
  • Booktown podkreśla, iż chciało uniknąć “potencjalnego zdenerwowania” ze strony tłumu.

„Zawsze uważaliśmy, że Booktown powinno być otwartym i przyjaznym miejscem dla wszystkich, więc zdecydowaliśmy się nie łączyć go z Harrym Potterem” – poinformowali organizatorzy. Tym oto sposobem, festiwal książki odciął się od jednej z najpopularniejszych książkowych serii dla młodzieży. Powodem bojkotu Harry’ego Pottera ma być rzekoma “transfobia” autorki, J.K. Rowling. Czym postępowa, zagorzała feministka “wspierająca gejów” zasłużyła sobie na miano “transfobki” tudzież “terf’a”? Zdaje się, iż wszystko zaczęło się od komentarzy na Twitterze, po których to tęczowa społeczność dosłownie rzuciła się na autorkę.

Rowling od lat starała się iść w zgodzie z prądem lewicowych mądrości. Jeszcze w 2017 roku autorka ogłosiła, iż Albus Dumbledore – mentor samego Pottera – był gejem. Wówczas jej słowa spotkały się z ogromną aprobatą “postępowej” części społeczeństwa. Później pojawiły się jeszcze wzmianki na temat czarnoskórej Hermiony. Wydawać by się mogło, iż Rowling po wsze czasy zajmie wygodną pozycję wśród “progresywnych” pisarzy, ciesząc się szacunkiem i zachwytami skrajnej lewicy. Okazuje się jednak po raz kolejny, iż każda rewolucja w końcu pożera własne dzieci i nawet uwielbiana dotychczas Rowling może zostać znienawidzona. Wszystko zaczęło się, gdy autorka wsparła Mayę Forstater, która straciła pracę przez rzekomo “transfobiczne” tweety.

Poparcie ofiary tęczowej społeczności nie skończyło się dla Rowling zbyt dobrze. „Wiedziałem doskonale, co się stanie, gdy poprę Mayę (…) Spodziewałam się gróźb przemocy, powiedziano mi, że dosłownie zabijam osoby transpłciowe swoją nienawiścią, że będę zwany “cunt” and “bitch” i, oczywiście, że będą palić moje książki, chociaż jeden szczególnie agresywny mężczyzna powiedział mi, że je kompostował” – przyznała później autorka. Innym razem na feministkę wylała się fala oburzenia, gdy ośmieliła się nazwać “osoby z macicami” “kobietami”. Cały Twitter zdawał się grzmieć o “transfobii” oraz “nienawiści”, z jaką przemawia autorka Harry’ego Pottera.

Niechęć wobec niej wryła się w kulturę masową do tego stopnia, iż festiwal książki Booktown postanowił zrezygnować z panelu poświęconego jej twórczości. Decyzję uargumentowano przede wszystkim obawą, iż obecność Rowling może “wywołać niepokój wśród członków społeczności trans”. Booktown podkreśla, iż chciało uniknąć “potencjalnego zdenerwowania” ze strony tłumu. Jest to już kolejny raz, gdy feministka Rowling zostaje wykluczona za swoją “transfobię”. W zeszłym miesiącu The Daily Wire doniósł, że Uniwersytet Stanforda przerwał prowadzenie dormitorium o tematyce Harry’ego Pottera z powodu podobnych zarzutów o transfobię. Rowling najwyraźniej okazała się nie dość postępowa.

Post Millennial

/ Fot. Twitter

Jak informuje Departament Policji w Seattle, podczas majowego marszu Antifa “popełniła wiele przestępstw i dokonała napaści na małe dziecko”.

  • Antifa zorganizowała w Seattle marsz ulicami miasta w ramach majowego protestu
  • Funkcjonariusze policji aresztowali 14 bojowników Antify, którzy maszerowali w sobotę, popełniając różne przestępstwa, w tym napad na małe dziecko
  • Podczas marszu „demonstranci rzucali w oficerów butelkami, kamieniami, farbą, jajkami wypełnionymi farbą, zwykłymi jajkami i niezidentyfikowanym płynem w plastikowej torbie zapinanej na suwak”
  • Przeczytaj również: Czarnoskóry opiekun zamordował rocznego chłopca. „Zdenerwował się”

Antifa zorganizowała w Seattle marsz ulicami miasta w ramach majowego protestu. Funkcjonariusze policji aresztowali 14 bojowników Antify, którzy maszerowali w sobotę, popełniając różne przestępstwa, w tym napad na małe dziecko. Marsz rozpoczął się o godzinie 14:00, po spotkaniu w Seattle Central College na Capitol Hill. Jest to ta sama okolica, w której BLM zajęło w zeszłym roku teren sześciu bloków mieszkalnych, tworząc Autonomiczną Strefę Capitol Hill (CHAZ).

Antifa miała maszerować Pike Street. Bojownicy byli ubrani na czarno i przeważnie zamaskowani. W okolicy Olive Way doszło do konfrontacji z osobą, która filmowała marsz wraz ze swoim dzieckiem. Grupa napadła na filmującą osobę, nie zważając na dziecko. Incydent zwrócił uwagę policji i zadecydował o jej interwencji. „Ta grupa popełniła wiele przestępstw i niedawno dokonała napaści na małe dziecko. To jest niedopuszczalne zachowanie. Śledzimy tę osobę i kiedy będzie to bezpieczne i wykonalne, osoba ta zostanie zatrzymana” – ogłosił Departament Policji w Seattle za pośrednictwem LRAD. „Szanujemy prawo do wolności słowa, ale zachowania przestępcze nie będą tolerowane”.

Podczas marszu Antifa miała wielokrotnie atakować funkcjonariuszy policji i rzucać w nich butelkami z wodą. Po zmianie kierunku marszu, bojownicy zaczęli ciskać zapalonymi racami. Jedna z nich wylądowała na krzaku, omal nie powodując jego zapalenia się. Ten incydent również doprowadził do licznych aresztowań. “Stamtąd grupa udała się do Cal Anderson Park, dawnej lokalizacji CHAZ. Po przybyciu na Cal Anderson bojownicy Antify zaatakowali więcej osób, co doprowadziło do wielokrotnych aresztowań przez Departament Policji Seattle” – informuje Post Millennial. Trzy osoby zostały aresztowane za napaść. Podczas marszu „demonstranci rzucali w oficerów butelkami, kamieniami, farbą, jajkami wypełnionymi farbą, zwykłymi jajkami i niezidentyfikowanym płynem w plastikowej torbie zapinanej na suwak”. Łącznie aresztowano 14 osób.

Post Millennial

Dziecko poczęte.

Zdjęcie ilustracyjne / Fot. Pixabay

– Prawnie ten wyrok nigdy nie straci znaczenia, bo taki jest system prawny w USA – powiedział Dominik Cwikła z portalu „Kontrewolucja.net” na kanale Media Narodowe. Gość odniósł się do wyroku Roe v. Wade i poruszył temat podpisywania ustaw zaostrzających przepisy aborcyjne w USA.

15 stanów Ameryki poprzez przyjęcie ustaw zwiększyło prawną ochronę życia. Takie prawo przyjęły już m.in. Arizona, Karolina Południowa czy Arkansas. Zgodnie z orzeczeniem Sądu Najwyższego z 1973 r. aborcja została uznana w USA za legalną przez cały okres ciąży. Wyrok Roe v. Wade zezwolił jednak, żeby poszczególne stany USA wprowadzały przepisy aborcyjne ograniczające zabijanie dzieci w drugim i trzecim trymestrze ciąży.

Wyrok, który prawnie nie starci znaczenia

Dominik Cwikła zapytany, czy myśli, że wyrok z 1973 r. traci na znaczeniu, jeśli chodzi o Stany Zjednoczone odpowiedział, że prawnie nie straci znaczenia. – Prawnie ten wyrok nigdy nie straci znaczenia, bo taki jest system prawny w USA. Natomiast w wyniku przyjęcia zmiany prawa poszczególne stany mogą się w ten sposób obronić. I owszem, część będzie w ten sposób szła – powiedział gość Agnieszki Borkiewicz.

Cwikła zaznaczył, że na południu Ameryki, gdzie społeczeństwo kojarzone jest z konserwatyzmem, tego typu propozycje częściej przechodzą. Gość odniósł się również do kwestii możliwości zaskarżania ustawy m.in. przez Planned Parenthood, ponieważ jest sprzeczna z wyrokiem Roe v. Wade.

– Każdy stan wprowadza sobie własną ustawę, w związku z tym Planned Parenthood, ani żadne proaborcyjne organizacje nie mogą zaskarżyć jednej ustawy i z jedną walczyć, ponieważ każdy stan będzie miał swoją ustawę. I nawet jeżeli w jednym stanie polegnie, to w drugim może się obronić, bo te ustawy będą się różniły. Pewne punkty wspólne oczywiście muszą być, ale warto, aby były w tym przypadku skomplikowane, żeby nie można było tego tak łatwo obalić – powiedział Cwikła.

Cwikła: Film prawa nie zmieni

Na pytanie, czy filmy typu „Wyrok na niewinnych” mogą coś zmienić w Stanach Zjednoczonych gość zaznaczył, że nie będą one miały wpływu na prawo. – Jeśli chodzi o USA to wątpię, żeby film miał wpływ na prawo. Natomiast myślę, że jak najbardziej będzie miał wpływ na społeczeństwo – powiedział Dominik Cwikła. Gość wyraził nadzieję, że być może dzięki temu zmniejszy się ilość osób, które będą chciały dokonać aborcji.

– Jeśli będzie nacisk opinii społecznej, bo zmienią zdanie, to wtedy jest szansa, że to prawo łatwiej przejdzie. Sam film jednak prawa nie zmieni – dodał.

Zdjęcie ilustracyjne.

Zdjęcie ilustracyjne. / Fot. pixabay

Były szef brytyjskiego wywiadu MI6 Richard Dearlove twierdzi, że bardzo prawdopodobne jest, że COVID-19 wymknął się z chińskiego laboratorium. Poprosił o otwartą debatę na temat pochodzenia wirusa.

  • Były szef brytyjskiego wywiadu MI6 twierdzi, że znacznie bardziej prawdopodobne jest, że COVID-19 wymknął się z chińskiego laboratorium.
  • Dearlove potępił ukrywanie istotnych danych przez Komunistyczną Partię Chin, a dochodzenie Światowej Organizacji Zdrowia nazwał farsą.
  • Dearlove poprosił również o otwartą debatę na temat pochodzenia COVID-19.
  • Zobacz także: „Lekcje rapu” w szkole. Tak imigranci uczą się szwedzkiego

Były szef brytyjskiego wywiadu MI6 Richard Dearlove twierdzi, że znacznie bardziej prawdopodobne jest, że COVID-19 wymknął się z chińskiego laboratorium, a nie powstał w sposób naturalny. Sir Richard Dearlove dodał, że aspekty wirusa wskazują na to, że jest on nieco dostosowany. Dearlove potępił również ukrywanie istotnych danych przez Komunistyczną Partię Chin, a dochodzenie Światowej Organizacji Zdrowia nazwał farsą.

Były szef brytyjskiego wywiadu sądzi, że istnieje równowaga prawdopodobieństw. Niewykluczone jest, że COVID-19 wymknął się z laboratorium. Dearlove powiedział, że jeśli nie można tego udowodnić, to tylko dlatego, że dowody zostały zniszczone przez chińskie władze.

Richard Dearlove nie odrzuca też możliwości, że COVID-19 został przeniesiony ze zwierząt na ludzi. Stwierdza jednak, że bardziej prawdopodobne jest, że został złożony w całość przez naukowców. Jego zdaniem są kluczowe elementy w sekwencji genetycznej, które nie ewoluowały naturalnie.

– Myślę, że to na Chińczykach spoczywa ciężar udowodnienia, że ​​jest to choroba odzwierzęca, ponieważ dowody mocno wskazują, że istnieje większe prawdopodobieństwo, że jest to uciekinier z laboratorium – powiedział. Dearlove poprosił również o otwartą debatę na temat pochodzenia COVID-19. – Myślę, że na tym konkretnym obszarze działają znaczące chińskie wpływy, a Chiny bardzo ciężko pracowały, jeśli chodzi o wpływy finansowe, aby upewnić się, że ich narracja jest dominująca – podkreślił Dearlove.

thenationalpulse.com

/ fot. flickr.com

– Nadmierne przygotowywanie nas pod świat cyfrowy jest tutaj ewidentne – powiedziała Beata Kempa w TV Trwam. Europoseł zaznaczyła, że paszporty szczepionkowe dają tylko pozorne bezpieczeństwo. Dodała również, że jest to dyskryminacja osób, które nie mogą przyjąć szczepionki z różnych powodów.

  • Przeciw wprowadzeniu certyfikatów szczepień głosowała europoseł Beata Kempa, która podkreślała, że paszporty szczepionkowe niczego nie rozwiązują.
  • Kempa: UE powinna dołożyć wszelkich starań, aby mądrzy ludzie jak najszybciej mogli przygotować lek, aby można było tą chorobę leczyć.
  • Polityk powiedziała, że paszporty szczepionkowe mają być przygotowaniem pod globalną cyfryzację.
  • Zobacz także: Przymusowe paszporty szczepionkowe. Utrudnione podróże po Europie

Parlament Europejski przyjął projekt wprowadzenia paszportów szczepionkowych w państwach członkowskich Unii Europejskiej. Dokument będzie wydawany w formie cyfrowej bądź papierowej. Będzie zawierać informacje o szczepieniu lub o uzyskaniu negatywnego wyniku testu na obecność koronawirusa. Bez posiadania tego paszportu osoby niezaszczepione nie będą mogły m.in. podróżować za granicę, korzystać z hoteli czy restauracji.

Przeciw wprowadzeniu paszportom szczepionkowym głosowała europoseł Beata Kempa, która podkreślała, że nowe certyfikaty niczego nie rozwiązują. – Mamy już książeczki WHO, każdy kto jeździł do krajów tropikalnych wie, że są tam odpowiednie rubryki, gdzie można by wpisać także COVID-19. Nie potrzeba nowych certyfikatów z kolejnymi kodami QR do monitorowania obywateli – powiedziała Beata Kempa podczas programu „Z Parlamentu Europejskiego” w TV Trwam.

Europoseł zaznaczyła, że powinniśmy się skupić na szybkich i bezpłatnych testach na obecność koronawirusa. Powinny być również wprowadzone jasne procedury co do leczenia COVID-19. – Poza tym: lek, lek i jeszcze raz lek. UE powinna dołożyć wszelkich starań, aby mądrzy ludzie jak najszybciej mogli przygotować lek, aby można było tą chorobę leczyć – podkreśliła Beata Kempa.

Kempa: certyfikaty mają być przygotowaniem pod globalną cyfryzację

Podczas unijnej debaty wybrzmiało, że pomysł wprowadzenia paszportów szczepionkowych to chęć ratowania turystyki. Polityk powiedziała, że te certyfikaty mają być przygotowaniem pod globalną cyfryzację. Akcentowała również, że UE powinna przeznaczyć zdecydowanie więcej środków na badania naukowe idące w kierunku wynalezienie leku.

– Nadmierne przygotowywanie nas pod świat cyfrowy jest tutaj ewidentne. Dodatkowa kontrola – z punktu widzenia wolności – jest absolutnie zbędna. Paszporty szczepionkowe dają tylko pozorne bezpieczeństwo, nie dają całkowitego bezpieczeństwa (…). Można zachorować, nawet jeśli przyjmie się szczepionkę. Jest także kwestia dyskryminacji osób, które nie szczepią się z różnych powodów. Na przykład nie mogą się zaszczepić z powodów decyzji lekarskich. Te osoby będą dyskryminowane. Lek jest w tej chwili najważniejszą kwestią, na której powinniśmy się skupić – powiedziała Beata Kempa.

radiomaryja.pl

/ ordoiuris.pl

Instytut na rzecz Kultury Prawnej Ordo Iuris zapowiedział własny projekt akademicki we współpracy z Węgrami. Lewicowy portal „OKO.press” opisuje działania Ordo Iuris i zaznacza, że projekt będzie „motorem konserwatywnego odrodzenia”.

  • 25 kwietnia szefowie Ordo Iuris poinformowali, że w maju ogłoszą nowy międzynarodowy projekt naukowy.
  • Portal „OKO.press” niepochlebnie odniósł się do wymienionych przez Tymoteusza Zycha konserwatywnych zwolenników z Zachodu.
  • „Polskie Ordo Iuris wraz z Centrum Praw Podstawowych rozpoczyna projekt na poziomie europejskim, który będzie motorem konserwatywnego odrodzenia”.
  • Zobacz także: Były dyrektor Netflixa uznany winnym. Grozi mu do 20 lat więzienia

25 kwietnia na Twitterze Jerzy Kwaśniewski i Tymoteusz Zych z Ordo Iuris poinformowali, że w maju ogłoszą nowy międzynarodowy projekt naukowy. – W rozmowie z węgierskim tygodnikiem „Mandiner” mówiłem, że Europa środkowa potrzebuje nowej platformy współpracy akademickiej. Brakuje przestrzeni dla strategicznych badań i wolnej debaty – pisał na swoim Twitterze Tymoteusz Zych.

– W nowe przedsięwzięcie włożyliśmy serce i wyjątkowe na skalę regionu doświadczenie międzynarodowe. A do tego zaangażowaliśmy sztab najlepszych ekspertów z Europy i szerzej. Wspólnie z partnerami wprowadzamy jakościową zmianę do Międzymorza – dodał Jerzy Kwaśniewski.

„OKO.press”: Ordo Iuris jest wsparciem katolickich konserwatystów

„OKO.press” szczegółowo śledzi działania Ordo Iuris, odniósł się również do nowego projektu akademickiego, który zapowiedziany jest na maj. Na portalu można przeczytać, że więcej szczegółów można znaleźć w węgierskim wywiadzie Zycha. Tekst otwiera informacja, że „polskie Ordo Iuris wraz z Centrum Praw Podstawowych rozpoczyna projekt na poziomie europejskim, który będzie motorem konserwatywnego odrodzenia” – ma to być „nowa platforma nauki, nowa instytucja życia akademickiego”.

Portal niepochlebnie odniósł się do wymienionych przez Tymoteusza Zycha konserwatywnych zwolenników z Zachodu. Wśród wymienionych są m.in. Gladen Pappin, określany przez portal jako „konserwatywny prawicowy akademik” czy Adrian Vermeule, prawnik z Harvardu znany ze swoich antyliberalnych poglądów.

– Wsparcie z Zachodu dla akademickiego projektu Ordo Iuris jest więc w rzeczywistości wsparciem katolickich konserwatystów. Niektórzy byli związani ze środowiskiem prezydenta Donalda Trumpa, a dziś szukają zapewne nowych projektów politycznych – czytamy na portalu „OKO.press”.

oko.press

Flaga Litwy

/ Fot. Pixabay

Poseł Konfederacji Robert Winnicki na swoim Twitterze upominał się o prawa Polaków na Litwie. Zaznaczył, że dobra współpraca musi opierać się o poszanowanie praw mniejszości narodowych, które Republika Litewska łamie.

  • Ministerstwo Oświaty, Nauki i Sportu Republiki Litewskiej chciało usunąć język polski z puli przedmiotów obowiązkowych.
  • Dziś w Warszawie obchody 230. rocznicy przyjęcia Konstytucji 3 Maja rozpoczęły się od wspólnego posiedzenia parlamentarzystów Polski i Litwy.
  • Winnicki upominał się o prawa Polaków na Litwie: dobra współpraca demokratycznych państw w XXI w. musi opierać się o poszanowanie praw mniejszości narodowych, które RL łamie.
  • Zobacz także: BLM wystawia żądania. Chce skazać Donalda Trumpa i „wykorzenić białą supremację”

Jakiś czas temu Ministerstwo Oświaty, Nauki i Sportu Republiki Litewskiej chciało usunąć język polski z puli przedmiotów obowiązkowych. Do ministerstwa swoje pismo wysłało Stowarzyszenie Polonistów na Litwie. Reforma miała dotyczyć programu nauczania w klasach średnich. Chodziło o klasy gimnazjalne III-IV lub 11-12 w szkołach średnich. Pierwsze plany zakładały, że język ojczysty nie będzie obowiązkowy, a do wyboru będzie możliwy tylko w zakresie 4 godzin tygodniowo.

Ostatecznie jednak ministerstwo poprawiło dokument. Trzecia aktualizacja pozostawiła język ojczysty jako obowiązkowy. Do wyboru 4 bądź 5 godzin tygodniowo, czyli pełny zakres tego, co wcześniej.

Winnicki: dobra współpraca opiera się o poszanowanie praw mniejszości narodowych

Dziś w Warszawie obchody 230 rocznicy przyjęcia Konstytucji 3 Maja rozpoczęły się od wspólnego posiedzenia parlamentarzystów Polski i Litwy. Poseł Konfederacji Robert Winnicki na swoim Twitterze upominał się o prawa Polaków na Litwie. Napisał, że nikt w Kancelarii Prezydenta nie zadbał o to, by pojawiło się choć wspomnienie o tym, że jednym z fundamentów relacji jest szanowanie praw mniejszości narodowych.

– Zgodnie z moimi przewidywaniami nikt z rządzących nie przypomina prezydentowi Litwy o tym, że dobra współpraca demokratycznych państw w XXI w. musi opierać się o poszanowanie praw mniejszości narodowych, które RL łamie od 30 lat. Dlatego pokazałem mu tę karteczkę. My pamiętamy – napisał na swoim Twitterze Robert Winnicki.

kurierwilenski.lt

/ Fot. Wikimedia Commons

W święto Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski oraz w 230 rocznicę uchwalenia Konstytucji 3 maja podczas porannej Mszy Świętej nastąpił atak na księdza w Dusznikach-Zdrój. Napastnik najpierw podszedł do ołtarza i dyskutował z kapłanem, gdy nagle wyjął atrapę broni. Wierni natychmiastowo obezwładnili mężczyznę i wyprowadzili na zewnątrz oczekując na przyjazd policji. Napastnik został aresztowany i oczekuje na przedstawienie zarzutów przestępstwa.

  • W uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski oraz 230 rocznicę Konstytucji 3 maja nastąpił atak na księdza katolickiego
  • Napastnik najpierw dyskutował celebransem, a następnie wyciągnął replikę broni
  • Mężczyzna został aresztowany przez funkcjonariuszy i oczekuje na przedstawienie mu zarzutów
  • Zobacz także: Szwajcarskie miasto pozbywa się bezdomnych. „Bilet w jedną stronę”

Dzisiaj w Polsce obchodzimy 230 rocznicę uchwalenia Konstytucji 3 maja natomiast w Kościele Katolickim święto Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski. Niestety w jednej z parafii w dolnośląskim pewien 38-letni mężczyzna nie uszanował świętości tego czasu. Zaburzył on ciągłość nabożeństwa oraz zakłócił wiernym modlitwę.

Atak na katolickiego kapłana

Tuż po godzinie 8 do świątyni w Dusznikach-Zdrój nastąpił atak na księdza odprawiającego uroczystą Mszę Świętą. Mężczyzna podszedł pod próg ołtarza, gdzie przez chwilę dyskutował z celebransem. W pewnym momencie wyciągnął on replikę broni, a ksiądz uciekł do zakrystii. Napastnik został natychmiastowo powalony przez wiernych i wyciągnięty na zewnątrz kościoła.

W oczekiwaniu na przyjazd funkcjonariuszy, 38-latek wyrwał się obezwładniającym go mężczyznom i uciekł z miejsca zdarzenia. Jednakże po kilkunastu minutach został schwytany przez policjantów. Po zbadaniu alkomatem okazało się, że mężczyzna miał ponad 2 promile alkoholu we krwi.

Napastnik trafił do ostatecznie do tymczasowego aresztu, aby wrócił do pełnej sprawności. Gdy 38-letni mężczyzna wytrzeźwieje zostanie przesłuchany przez prokuraturę i zostaną mu przedstawione zarzuty popełnienia przestępstwa.

rmf24.pl

Kod QR - paszport szczepionkowy w telefonie.

Paszport szczepionkowy, kod QR, koronawirus, covid-19, szczepienia / fot. TT/@MirrorPolitics

Po przyjęciu ustawy Komisja Europejska chce, aby przymusowe paszporty szczepionkowe zaczęły obowiązywać jak najszybciej. Podróżujący po Europie będą musieli wyrobić odpowiednie zaświadczenie, by móc przekraczać granice. Bruksela oczekuje, że w najbliższym czasie zostaną złagodzone obostrzenia specjalnie dla tych osób, które przyjęły ostatnią zalecaną dawkę preparatu w tym również dopuszczonych przez WHO. Powstanie również mechanizm bezpieczeństwa w przypadku pojawienia się nowego wariantu koronawirusa.

Kilka dni temu Parlament Europejski zdecydował w głosowaniu, że do życia wejdą specjalne zaświadczenia o szczepieniu na koronawirusa, który ma obowiązywać każdą podróżującą osobę po Unii Europejskiej. Zdecydowana większość europosłów tj. 540 było za wprowadzeniem paszportów covidowych, przeciwnych segregacji społecznej było 119 europarlamentarzystów, natomiast 31 wstrzymało się od głosu.

Ponadto według zapowiedzi Brukselskich urzędników dokument będzie miał charakter tymczasowy i ma obowiązywać przez 12 miesięcy. Gdy rozporządzenie zostanie zaakceptowane przez Radę Europy to “Unijny certyfikat COVID-19” ma zacząć obowiązywać od 25 czerwca. Nadal po krajach europejskich będą mogli podróżować wszyscy, lecz te osoby, które się nie zaszczepią będą musiały przestrzegać obostrzeń obowiązujących w danym państwie.

Przymusowe paszporty dla zaszczepionych

Według oficjalnych zapowiedzi Komisji Europejskiej ma nastąpić złagodzenie obostrzeń dla tych osób, które będą posiadać certyfikaty zaszczepienia się ostatnio zalecaną dawką – “Komisja proponuje zezwolenie na wjazd do UE – z innych niż istotne powodów – nie tylko wszystkim osobom pochodzącym z krajów o dobrej sytuacji epidemiologicznej, ale także wszystkim osobom, które otrzymały ostatnią zalecaną dawkę szczepionki zatwierdzonej w UE. Można to rozszerzyć na szczepionki, które przeszły procedurę awaryjnego dopuszczenia przez WHO” – czytamy w komunikacie.

Bruksela oczekuje również, że w krajach wspólnoty zostanie podwyższony próg zakażeń, służącego do określania, czy wszystkie podróże z konkretnego kraju powinny być dozwolone. Równocześnie zaleca się, aby rządy zachowały czujność w przypadku pojawienia się nowego wariantu wirusa.

“Jako środek zaradczy Komisja proponuje nowy mechanizm ‘hamulca bezpieczeństwa’, który należy koordynować na szczeblu Unii i który ograniczyłby ryzyko dostania się takich wariantów do UE. Umożliwi to państwom członkowskim szybkie i tymczasowe ograniczenie do ścisłego minimum wszystkich podróży z krajów dotkniętych katastrofą na czas potrzebny do wprowadzenia odpowiednich środków sanitarnych” – ostrzega Komisja Europejska.

interia.pl/fly4free.pl

Zamiast tradycyjnych lekcji języka szwedzkiego, uczniowie Andersbergsskolan w Halmstad uczą się “poprzez muzykę rap”. Uważa się, iż w ten sposób imigranci łatwiej przyswoją język.

  • Szkoła Andersbergsskolan w Halmstad szczyci się faktem, iż jest “najbardziej międzynarodową placówką w Halland”
  • Władze szkoły postanowiły pochylić się nad problemem nieznajomości języka szwedzkiego wśród uczniów, organizując im… lekcje rapu
  • Młodzi imigranci mogą poznawać na nich nowe słowa, przy okazji ucząc się rapować
  • Przeczytaj również: Czarnoskóry opiekun zamordował rocznego chłopca. „Zdenerwował się”

Szkoła Andersbergsskolan w Halmstad szczyci się faktem, iż jest “najbardziej międzynarodową placówką w Halland”. Na tamtejsze lekcje uczęszczają dzieci z około 30 różnych krajów. Według szwedzkich mediów, pięć lat temu 90 procent uczniów tej szkoły stanowili imigranci z pierwszego lub drugiego pokolenia. Jak można się domyślić, jednym z podstawowych zadań szkoły jest nauczenie przybyszy języka szwedzkiego. Całkiem niedawno wymyślono nowy sposób na osiągnięcie celu, jakim mają być… lekcje rapu.

Szwedzka telewizja państwowa przygotowała nawet reportaż na temat nietypowych lekcji języka szwedzkiego. „Ej, yo! Tu, w mieście, najważniejszy jest rap” – padają słowa już na początku. Dalej pada wyjaśnienie, iż celem lekcji rapu jest, aby mali imigranci nauczyli się “formułować swoje myśli, aby móc lepiej porozumiewać się w mowie i piśmie”. W tym celu uczniowie będą m.in. analizować teksty rapowe. “Powinni rozumieć, o czym mówią i że to nie są tylko fajne słowa” – stwierdził kierownik projektu, raper Essa Cham.

Pomysłodawcy nie wydają się zniechęceni faktem, iż wielu znanych raperów często wykonuje swoje utwory w słabym, kulawym szwedzkim. Jak zauważa cytowany w reportażu student, na specyficznej lekcji szwedzkiego “nauczysz się wielu nowych słów, zarówno złych, jak i dobrych”. Jak podaje SVT, zainteresowanie projektem wśród uczniów jest tak duże, że wielu z nich bierze udział w dobrowolnych zajęciach pozaszkolnych. Jeśli zaś chodzi o szkołę, od lat posiada ona witrynę internetową zarówno z informacjami napisanymi po szwedzku, jak i po arabsku.

Samnytt.se