Janusz Korwin-Mikke, Konfederacja, fast-food, KFC / Fot. Twitter
Janusz Korwin-Mikke rozpoczął eksperyment związany z jedzeniem typu fast-food. Polityk Konfederacji chce udowodnić, że nie jest ono groźne dla zdrowia.
Eksperyment, który podjął Janusz Korwin-Mikke, potrwa miesiąc.
Po tym czasie polityk Konfederacji ma ogłosić wyniki.
Poseł przekonuje, że jedzenie typu fast-food nie jest niezdrowe.
– Pewien lekarz z kliniki w Londynie przez miesiąc jadł fast foody i stwierdził, że jest to zabójcze. Przytył o 6,5 kilograma, przybyło mu dziesięć lat i w ogóle to ledwo żyje – stwierdził poseł. – On jadł 80 procent fast foodów. Ja postanowiłem przez miesiąc jeść 100 procent fast foodów i pokazać, że nie umrę – powiedział polityk. Janusz Korwin-Mikke za miesiąc zamierza ogłosić, czy eksperyment się powiódł.
Jednemu z liderów Konfederacji w jego konferencji prasowej towarzyszyli inni działacze, którzy ostentacyjnie jedli fast-foody. Korwin-Mikke, z kubełkiem KFC w dłoni, zauważył, że Amerykanie żyją o 30 lat dłużej niż 100 lat temu. Jednocześnie jedzą 30 razy więcej fast foodów niż na początku XX wieku. Nie odniósł się do tego, czy na takie zmiany wpływ nie miały może inne czynniki, jak np. postęp w medycynie czy zmiana jakości życia.
Steven Seagal / Fot. Western Center for Journalism/Gage Skidmore
Steven Seagal dołącza do partii Sprawiedliwa Rosja, która stanowi koncesjonowaną opozycję wobec rządów Putina. – Ma się w niej zająć problematyką ekologiczną – wyjaśnia dziennikarz “Dziennika Gazety Prawnej”, Michał Potocki.
Steven Seagal, mimo zaangażowania w działania rosyjskiej partii, nie zamierza startować w wyborach.
Według przedstawicieli partii, aktor nie będzie startował w wyborach, ze względu na swoje amerykańskie obywatelstwo. Otrzymał też rosyjskie – w listopadzie 2016 roku.
– Aktor i specjalny przedstawiciel MSZ Rosji ds. rosyjsko-amerykańskich więzi humanitarnych Steven Seagal w sobotę oficjalnie wstąpił do partii politycznej “Sprawiedliwa Rosja – Za Prawdą”, gdzie będzie zajmował się sprawami ekologii – poinformowała rosyjska agencja TASS.
Według przedstawicieli partii, aktor nie będzie startował w wyborach, ze względu na swoje amerykańskie obywatelstwo. Seagal otrzymał obywatelstwo rosyjskie w listopadzie 2016 roku. Zgodnie z rosyjskim prawem do pełnienia funkcji członka partii politycznej uprawnieni są obywatele Rosji, którzy ukończyli 18 lat.
Służba prasowa partii “Sprawiedliwa Rosja – Za Prawdą” dodała, że osoby z obcym obywatelstwem nie mają zakazu bycia członkami partii politycznych, o ile posiadają również obywatelstwo rosyjskie. “Prawo przewiduje, że [cudzoziemcy] nie mogą wstępować do partii, jeśli nie mają rosyjskiego obywatelstwa” – przekazała partia.
Steven Seagal dołącza do partii Sprawiedliwa Rosja, która stanowi koncesjonowaną opozycję wobec rządów Putina 🇷🇺https://t.co/Ya6pPaCg6t
Świętokrzyski Festiwal Smaków, PiS, Ryszard Terlecki, Marek Pęk. / Fot. YouTube
Państwo stopniowo luzuje kolejne obostrzenia sanitarne. Jednak nadal zaleca zachowanie dystansu społecznego lub zakładanie maseczek. Czy wszyscy wzięli sobie to do serca? – Hipokryzja rządzących daje po raz kolejny swe znaki. W miniony weekend odbył się Świętokrzyski Festiwal Smaków, zorganizowany m.in. przez Muzeum Wsi Kieleckiej i Urząd Marszałkowski Województwa Świętokrzyskiego – poinformował krakowski oddział Konfederacji.
Świętokrzyski Festiwal Smaków odbył się przed tygodniem.
Mimo apeli organizatorów, zebrani uczestnicy, wśród nich czołowi politycy PiS, bawili się bez zachowanego dystansu społecznego, czy maseczek.
Według lokalnych mediów, wydarzenie cieszyło się rekordową frekwencją.
– Organizatorzy apelowali o zachowanie dystansu, noszenie masek oraz dezynfekcję – zaznaczono we wpisie w mediach społecznościowych. Jak przestrzegano te obostrzenia sanitarne, widzimy na opublikowanych zdjęciach i nagranicach. Przedstawiają one m.in. tańczących w kółku, trzymających się za ręcę, bez założonych maseczek, ludzi, wśród nich czołowych polityków PiS. – Na festiwalu zjawił się wicemarszałek Sejmu Ryszard Terlecki, wicemarszałek Senatu Marek Pęk, szef Prawa i Sprawiedliwości w regionie Krzysztof Lipiec czy senator Krzysztof Słoń. Według portalu echodnia.eu w wydarzeniu brało udział tysiące osób oraz z pewnością został pobity jeden z rekordów frekwencji – zaznaczyła Konfederacja.
– Wszelakie branże zostały pozbawione możliwości zarobku, a zwykli ludzie poznawania kultury, czy zaznania zwyczajnego, towarzyskiego życia. W tym samym momencie przedstawiciele PiS dają poPiS swojej hipokryzji, z jednej strony apelując o rozsądek oraz dostosowanie się do reżimu sanitarnego, a z drugiej strony hucznie i beztrosko bawiąc się na ogromnym festiwalu – podkreślono.
– Ta absurdalna sytuacja po raz kolejny ukazuje, iż są wśród nas równi i równiejsi – wskazała Konfederacja. Hulaj dusza, koronawirusa nie ma… ciśnie się na usta.
Pielęgniarki, NFZ, służba zdrowia / Fot. TT/@rdcpolskieradio
Pielęgniarki po czwartkowym posiedzeniu sejmowej Komisji Zdrowia są rozczarowane. Był tam omawiany projekt ustawy o minimalnych wynagrodzeniach w ochronie zdrowia. Wszystkie poprawki zostały jednak odrzucone. Pielęgniarki planują strajk ostrzegawczy.
Strajk pielęgniarek i położnych ma się odbyć 7 czerwca.
Pielęgniarki w najbliższych dniach planują rozmowy na temat ustawy o minimalnych wynagrodzeniach z senatorami.
Sejmowa Komisja Zdrowia i Komisja Finansów Publicznych w czwartek rozpatrywały 13 poprawek. Żadna z nich nie zyskała poparcia.
Strajk pielęgniarek i położnych ma się odbyć 7 czerwca, mają one protestować we wszystkich województwach. Pielęgniarki zapowiadają pikiety przed urzędami marszałkowskimi i wojewódzkimi, albo tak jak w Łodzi przemarsze.
Pielęgniarki mają też ograniczyć swoją pracę na dwie godziny. Zapewniają przy tym, że pacjenci nie będą pozostawieni bez opieki. Szczegóły mają być ustalone w przyszłym tygodniu.
Natomiast leczyca.naszemiasto.pl informuje, że strajkować nie będą pielęgniarki szpitala w Łęczycy. – Popieramy strajk pielęgniarek. Nie odejdziemy jednak od łóżek naszych pacjentów, ale planujemy tego dnia przypiąć do ubrań plakietki z symbolem protestu. Jeśli dyrektor łęczyckiego szpitala wyrazi zgodę, to pojawią się także plakaty – mówi Halina Kowalska.
– Chcemy pokazać pacjentom, że dzieje się źle. Nie wyobrażam sobie oddziału, na którym mamy lekarzy, inny personel, a nie ma pielęgniarek. Tak się nie da – mówiła Krystyna Ptok, przewodnicząca Ogólnopolskiego Związku Pielęgniarek i Położnych w rozmowie z RMF FM.
Pielęgniarki w najbliższych dniach planują rozmowy na temat ustawy o minimalnych wynagrodzeniach z senatorami, bo projekt ma teraz trafić do senackiej komisji.
Żadna z poprawek nie została przyjęta
Sejmowa Komisja Zdrowia i Komisja Finansów Publicznych w czwartek rozpatrywały 13 poprawek do rządowego projektu ustawy o wynagrodzeniach w ochronie zdrowia. Żadna z nich nie zyskała poparcia.
Zgłaszane poprawki zakładały głównie zwiększenie współczynników pracy. Pozwoliłoby to pielęgniarkom na uzyskiwanie wyższych wynagrodzeń. Dodatkowo Lewica zgłaszała propozycję, aby przy ustalaniu minimalnych wynagrodzeń brać pod uwagę nie kwalifikacje wymagane, ale zajmowane na konkretnym stanowisku.
Koalicja Obywatelska wnosiła również, aby pracodawca był zobowiązany do poniesienia wynagrodzenia pracownikowi, który podniósł swoje kwalifikacje.
Dragon-21, największe tegoroczne ćwiczenie wojsk w Polsce, rozpocznie się w przyszłym tygodniu. Dowództwo 18. Dywizji Zmechanizowanej jest pierwszoplanowym uczestnikiem tegorocznej edycji. Związany z ćwiczeniami ruch wojsk na drogach już się rozpoczął. – Przemarsze wojsk potrwają jeszcze przez najbliższe trzy tygodnie – powiedział mjr Lipczyński.
Ćwiczenie Dragon-21 odbędzie się od 2 do 18 czerwca w całym kraju, głównie we wschodnich rejonach Polski.
Lipczyński: Transporty ze sprzętem 18. Dywizji Zmechanizowanej wyruszyły w miejsca prowadzenia ćwiczenia w ubiegły poniedziałek.
Dowództwo 18. Dywizji Zmechanizowanej zostanie poddane certyfikacji, dlatego też scenariusze nie są dowództwu znane.
Ćwiczenie Dragon-21 odbędzie się od 2 do 18 czerwca w całym kraju, głównie we wschodnich rejonach Polski. 18. Dywizja Zmechanizowana będzie pierwszoplanowym ćwiczącym tegorocznej edycji Dragona. Podczas ćwiczenia Dragon-21 jej dowództwo zostanie poddane certyfikacji.
– Transporty ze sprzętem 18. Dywizji Zmechanizowanej wyruszyły w miejsca prowadzenia ćwiczenia w ubiegły poniedziałek; przemarsze wojsk potrwają jeszcze przez najbliższe trzy tygodnie – powiedział mjr Lipczyński.
Transporty poruszające się głównie po wschodniej Polsce, będą organizowane w systemie kombinowanym. Pojazdy gąsienicowe będą transportowane w rejon ćwiczenia Dragon-21 koleją. – Przewozy zostały zsynchronizowane z ruchem cywilnym, by nie zakłócać ruchu pasażerskiego – podkreślił rzecznik prasowy 18. DZ.
Dodał, że pojazdy kołowe poruszają się po drogach publicznych, głównie w kolumnach, a ta może liczyć do 20 pojazdów. Zwrócił uwagę, że dozwolone jest wyprzedzanie kolumny wojskowej. Trzeba jednak pamiętać, że nie można wjeżdżać pomiędzy pojazdy kolumny. – Stąd nasz apel o szczególną ostrożność – dodał.
Mjr Lipczyński podkreślił, że także samo przemieszczenie ludzi i sprzętu w rejon szkolenia i z powrotem do macierzystych jednostek również jest częścią ćwiczenia.
– Dla naszej dywizji, najmłodszej dywizji w Wojsku Polskim, jest to swoisty egzamin dojrzałości – dodał rzecznik związku taktycznego, którego formowanie rozpoczęło się w 2018 r.
Dowództwo zostanie poddane certyfikacji
Podkreślił, że ćwiczenie jest bardzo ważne, podczas niego dowództwo 18. Dywizji Zmechanizowanej zostanie poddane certyfikacji – sprawdzeniu zdolności stanowiska dowodzenia dywizji do planowania i organizowania walki oraz do współdziałania z innymi rodzajami wojsk.
Mjr Lipczyński zaznaczył, że połączenie ćwiczenia Dragon-21 z tym sprawdzianem oznacza także, że dowództwo 18DZ nie zna szczegółowych scenariuszy. Zaznaczył, że wiele elementów ćwiczenia będzie się odbywało poza terenami wojskowymi. Wykorzystana zostanie m.in. infrastruktura cywilna.
Dragon-21 to największe cykliczne przedsięwzięcie szkoleniowe Dowództwa Generalnego w tym roku. Celem tegorocznej edycji jest doskonalenie współpracy wojsk operacyjnych z WOT i układem pozamilitarnym.
Administracja prezydenta Joe Bidena ogłosiła w piątek wznowienie sankcji wobec reżimu Aleksandra Łukaszenki. Zmuszenie do lądowania samolotu linii Ryanair i zatrzymanie opozycyjnego aktywisty było „bezpośrednią zniewagą dla międzynarodowych standardów”.
USA wznawiają sankcje wobec Białorusi w związku z działaniami reżimu Łukaszenki.
Departament Stanu ostrzegł Amerykanów przed podróżami na Białoruś.
3 czerwca 2021 roku USA ponownie nałożą pełne sankcje na 9 białoruskich przedsiębiorstw państwowych.
USA wznawiają sankcje wobec Białorusi po tym, jak samolot linii Ryanair, lecący z Aten do Wilna, został zmuszony 23 maja do lądowania w Mińsku. Otrzymano bowiem nieprawdziwą informację o ładunku wybuchowym na pokładzie. Władze białoruskie zatrzymały opozycyjnego aktywistę Ramana Pratasiewicza i jego partnerkę.
USA ostrzega przed podróżami na Białoruś
Oświadczenie rzeczniczki Białego Domu Jen Psaki stwierdza, że incydent stanowi „bezpośrednią zniewagę dla międzynarodowych standardów”. Zbiegło się to z narastającą falą represji reżimu Łukaszenki wobec narodu białoruskiego.
W związku z tym Departament Stanu ostrzegł Amerykanów przed podróżami na Białoruś. Federalna Administracja Lotnictwa Cywilnego wezwała przewoźników pasażerskich USA do zachowania szczególnej ostrożności przy rozważaniu lotów w białoruskiej przestrzeni powietrznej.
Sankcje wobec reżimu Łukaszenki
3 czerwca 2021 roku USA ponownie nałożą pełne sankcje na 9 białoruskich przedsiębiorstw państwowych. Amerykanów będzie obowiązywał zakaz angażowania się w transakcje z tymi podmiotami.
We współpracy z UE i innymi sojusznikami USA opracowuje listę sankcji przeciwko reżimowi Łukaszenki, obwinionemu o naruszenie praw człowieka, korupcję, sfałszowaniem wyborów w 2020 roku oraz współudział w wydarzeniach 23 maja.
Ministerstwo skarbu pracuje nad zwiększeniem uprawnień do nakładania sankcji. Resort sprawiedliwości, w tym FBI, współpracują w sprawie reakcji na incydent z europejskimi partnerami. Waszyngton rozważa zawieszenie umowy z 2019 roku o usługach lotniczych USA-Białoruś.
– Podejmujemy te środki wraz z naszymi partnerami i sojusznikami, aby pociągnąć reżim do odpowiedzialności za jego działania i zademonstrować nasze poparcie aspiracji narodu białoruskiego – głosi oświadczenie.
Apeluje do Łukaszenki, aby zezwolił na międzynarodowe śledztwo w sprawie wydarzeń z 23 maja. Wzywa też do uwolnienia wszystkich więźniów politycznych. Ponadto chce rozpoczęcia wszechstronnego i prawdziwego dialogu politycznego z liderami opozycji demokratycznej i grupami społeczeństwa obywatelskiego.
Jen Psaki informuje w oświadczeniu, że Waszyngton przyłączył się do publicznego potępienia wydarzeń z 23 maja m.in. na forum ONZ, OBWE, G7 oraz NATO.
– Będziemy kontynuować nasze działania w tych gremiach, aby podjąć akcję przeciwko reżimowi Łukaszenki za jego pogwałcenie norm międzynarodowych oraz podważanie demokracji i praw człowieka – zapewnia rzeczniczka Białego Domu.
We Włoszech powstało stałe obserwatorium ds. monitorowania tzw. aborcji. Powodem jest niepokojący rozwój w tym kraju tzw. aborcji farmakologicznej, na którą zezwala obowiązujące od 40 lat prawo aborcyjne.
Decyzję w tej sprawie podjęli członkowie grupy roboczej. Opracowali oni pierwszy interdyscyplinarny raport na temat skutków prawa aborcyjnego.
W raporcie przypomina się, że we Włoszech w majestacie prawa zostało zabitych ponad 6 mln nienarodzonych dzieci.
Przeprowadzenie aborcji farmakologicznej niesie ze sobą poważne konsekwencje, które ponosi przede wszystkim kobieta.
We Włoszech powstało stałe obserwatorium ds. monitorowania tzw. aborcji. Decyzję w tej sprawie podjęli członkowie grupy roboczej. Opracowali oni pierwszy interdyscyplinarny raport na temat skutków prawa aborcyjnego, które obowiązuje od 43 lat. Przy współpracy wielu instytucji, między innymi Stowarzyszenia Katolickich Ginekologów i Położnych, powstał raport. Dla jego autorów szczególnie niepokojącym zjawiskiem jest dziś rozwój aborcji farmakologicznej.Przed przeszło 40 laty wprowadzono prawo aborcyjne, aby, jak twierdzono, wyprowadzić aborcję z podziemia. W raporcie przypomina się, że we Włoszech w majestacie prawa zostało zabitych ponad 6 mln nienarodzonych dzieci.
Magdalena Guziak-Nowak, sekretarz zarządu Polskiego Stowarzyszenia Obrońców Życia Człowieka zwraca uwagę, że przeprowadzenie w domu aborcji farmakologicznej niesie ze sobą poważne konsekwencje, które ponosi przede wszystkim kobieta.
– Przyjęcie tabletek, które mają wywołać aborcję farmakologiczną wiąże się nie tylko ze śmiercią dziecka, ale jest także skrajnie niebezpieczne dla matki o czym można przeczytać nawet na stronach klinik aborcyjnych, które przestrzegają, żeby absolutnie nie decydować się na takie „rozwiązanie ciąży” w domu. – powiedziała Magdalena Guziak-Nowak.
Podczas prezentacji raportu prof. Filippo Maria Boscia, przewodniczący Krajowego Stowarzyszenia Lekarzy Katolickich, przypomniał, że niektóre kobiety z po przeprowadzeniu aborcji farmakologicznej już nigdy nie będą mogły donosić kolejnej ciąży. Jego zdaniem młode dziewczęta i kobiety nie są o tym dostatecznie poinformowane. Jeśli na zawsze pozbawia się je macierzyństwa, to zdaniem prof. Boscii, jest to zbrodnia przeciw ludzkości.
Radni miejscy w Słupsku w środę przegłosowali uchwałę o nazwaniu jednego z rond w mieście „Rondem Praw Kobiet”. Za głosowali radni Platformy Obywatelskiej, mimo wcześniejszego sceptycznego nastawienia.
Radni w Słupsku zgodzili się na nadanie rondu u zbiegu ulic: Piłsudskiego i Małcużyńskiego nazwy „Rondo Praw Kobiet”.
Sceptycznie do nadania tej nazwy podchodził przewodniczący klubu PO Jan Lange.
Inicjatywa nadania nazwy „Rondo Praw Kobiet” wyszła od Rady Kobiet działającej przy prezydencie Słupska Krystynie Danileckiej-Wojewódzkiej.
Rada Miasta Słupska w woj. pomorskim zgodziła się na nadanie rondu u zbiegu ulic: Piłsudskiego i Małcużyńskiego nazwy „Rondo Praw Kobiet”. Uchwałę podjęto na ostatniej sesji w środę. Za nadaniem nazwy zagłosowało 14 radnych Koalicji Obywatelskiej oraz klubu Łączy Nas Słupsk prezydenta Krystyny Danileckiej-Wojewódzkiej. Przeciw był siedmioosobowy klub radnych PiS, jedna osoba wstrzymała się od głosu, jedna była nieobecna.
Przed głosowaniem nie było pewności, czy uchwała o nadaniu nazwy „Rondo Praw Kobiet” rondu w Słupsku przejdzie. Sceptyczny wobec niej był bowiem przewodniczący klubu PO Jan Lange.
– Osobiście mi się taka nazwa nie podoba, bo sugeruje, że w Polsce kobiety nie mają równych praw. Nie chciałbym, żeby nazwa ronda wiązała się z prawem do aborcji. Ale to jest moje zdanie. O tym, jak zagłosujemy, zdecyduje klub – powiedział przed głosowaniem.
– To rondo ma wzmocnić rolę kobiet w przestrzeni publicznej, podkreślić wagę nadania kobietom praw wyborczych w 1918 r. – przekonywał radnych przed głosowaniem zastępca prezydent Słupska Marek Goliński.
Konsultacje społeczne w sprawie nazwy „Rondo Praw Kobiet”
Inicjatywa nadania nazwy „Rondo Praw Kobiet” skrzyżowaniu u zbiegu ulic Piłsudskiego i Małcużyńskiego wyszła od Rady Kobiet działającej przy prezydencie Słupska Krystynie Danileckiej-Wojewódzkiej, która złożyła wniosek w tej sprawie. Wsparło ją Stowarzyszenie „Kobiecy Słupsk”. Stosowny wniosek, podpisany przez 53 uprawnione osoby, został złożony prezydentowi 4 lutego 2021 r.
Prezydent zorganizowała konsultacje społeczne w Słupsku w sprawie nadania nazwy „Rondo Praw Kobiet” jednemu z rond. Mieszkańcy mogli się w tej sprawie wypowiedzieć, wypełniając ankietę na stronie miasta lub dzwoniąc do urzędu. W konsultacjach wzięły udział 322 osoby, z czego ponad dwie trzecie poparło ten pomysł.
Radni wykonanie uchwały, która wejdzie w życie po 14 dniach od ogłoszenia jej w Dzienniku Urzędowym Województwa Pomorskiego, powierzyli prezydentowi Słupska.
Jacek Wilk, Konfederacja / Fot. Artur Andrzej/Wikimedia Commons
– Słucham w TOK FM gorzkich żali, że rodzi się za mało dzieci i znów jestem załamany bredniami – stwierdził polityk Konfederacji, prawnik Jacek Wilk. – Wbijcie sobie do głowy ciemniaki, że opieka nad dziećmi to też praca – napisał.
Wilk w ostrych słowach skrytykował tezę, że “matki 2-3 dzieci muszą mieć możliwość godzenia pracy z wychowaniem”.
Wskaźnik dzietności w Polsce w 2019 roku wyniósł 1,42. Aby następowała zastępowalność pokoleń, powinien być na poziomie przynajmniej 2,10.
Wilk nawiązał do audycji radia TOK FM, gdzie usłyszał “brednie, które znów wygadują uczone profesory”. – Te same mantry że matki 2-3 dzieci muszą mieć możliwość godzenia pracy z wychowaniem – doprecyzował. – Wbijcie sobie do głowy ciemniaki, że opieka nad dziećmi to też praca – napisał.
– Dlatego jeśli naprawdę wierzycie uczone ciemniaki, że jakimś idiotycznym programem państwowym zachęcicie kobiety do zapieprzania na dwóch/trzech etatach, to jesteście głupsi niż ustawa przewiduje – skwitował.
Dlatego jeśli naprawdę wierzycie uczone ciemniaki, że jakimś idiotycznym programem państwowym zachęcicie kobiety do zapieprzania na dwóch/trzech etatach, to jesteście głupsi niż ustawa przewiduje.
– Nie sądziliśmy, że gdzieś, w jakiejś gazecie można pracować w tak trudnych warunkach. Nie tylko socjalnych, ale też w takiej atmosferze, w której dyktuje się pewne zachowania i sposoby opowieści na temat świata – powiedział Krzysztof Skowroński, prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, redaktor naczelny „Kuriera Wnet”, podczas prezentacji raportu na temat warunków pracy dziennikarzy, wolności słowa w redakcjach oraz stosunkach w grupie medialnej “Polska Press” za czasów, gdy była ona własnością Verlagsgruppe Passau.
Nienajlepszy obraz grupy medialnej “Polska Press” z czasów, gdy była kontrolowana przez Verlagsgruppe Passau wyłania się z raportu przygotowanego przez CMWP SDP i “Kurier Wnet”.
Dziennikarze grupy ocenili m.in. poziom pluralizmu, wolności słowa, niezależności, czy sytuacji ocjalnej pracowników.
Jolanta Hajdasz zaapelowała o “pogłębione badania na ten temat”.
W badaniu, które było podstawą do stworzenia raportu, wzięło udział 10% dziennikarzy zatrudnionych w “Polska Press”. Jolanta Hajdasz, szefowa Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP, prezentację raportu rozpoczęła od przeprosin “wobec dziennikarzy, którzy wzięli udział w naszym badaniu”. – Jako Centrum Monitoringu Wolności Prasy taki raport powinniśmy zrobić kilka lat temu, kiedy do nas dochodziły pierwsze sygnały o różnego rodzaju nieprawidłowościach, jakie miały miejsce w spółkach będących własnością spółki “Polska Press” – podkreśliła.
– Żadna z tych historii opisanych w raporcie nie powinna się w ogóle w mediach zdarzyć, cieszę się, że możemy je ujawnić – zaznaczyła Hajdasz. – Podstawowe pytanie, jakie zadaliśmy w ankiecie to jak prezentowała się sytuacja pracownicza w redakcji po przejęciu gazety przez Polska Press. 72 proc. powiedziała, że się pogorszyła, dla 14 proc. pozostała bez zmian, 9 proc. nie pamięta lub nie udzieliło odpowiedzi, dla 5 proc. ta sytuacja poprawiła się. Muszę przyznać, że nie spodziewaliśmy się aż tak jednoznacznego wyniku – stwierdziła.
Krytyczne oceny dziennikarzy
Biorący udział w badaniu dziennikarze krytycznie ocenili poszczególne aspekty pracy w grupie medialnej. Tak było, jeżeli chodzi o pluralizm. – Pytaliśmy jak ta zasada była realizowana, dla 38 proc. było problematycznie, a dla 19 proc. źle, częściowo dobrze – dla 18 proc., dobrze – dla 19 proc., bardzo dobrze – dla 6 proc. – poinformowała Hajdasz.
W kolejnej kategorii, 31 proc. ankietowanych określiło poziom niezależności od władzy politycznej, rządowej, gospodarczej i religijnej, po przejęciu przez niemiecki koncern, jako „problematyczny”, 14 proc. – jako „niski”, 26 proc. – jako „przeciętny”, 15 proc. – jako „wysoki”, 9 proc. – jako „bardzo niski”, 5 proc. – jako „bardzo wysoki”. – I ocena subiektywna naszych respondentów, którzy oceniali warunki pracy dziennikarzy w redakcjach Polska Press. To dotyczyło warunków pracy pod kątem etyki zawodowej, czyli niezależności działania, swobody wypowiedzi, swobody doboru rozmówców i wyboru tematów. 35 proc. to ocena problematyczna, 17 proc. – zła, 7 proc. – bardzo zła, 15 proc. częściowo dobra, 17 proc. dobra, 9 proc. bardzo dobra” – powiedziała szefowa CMWP SDP. Niskie były także oceny sytuacji ocjalnej dziennikarzy grupy.
Ponad 50 proc. dziennikarzy biorących udział w badaniu stwierdziło, że istniała strategia redakcyjna rozumiana jako „wyraziste stanowisko w sprawach politycznych, społecznych, gospodarczych, historycznych i religijnych”. Zapytano ich także o realizację zasady wolności słowa „rozumianej jako prawo dziennikarza do wyrażania swoich poglądów, a w sytuacji konfliktowej oznaczającej także prawo do odmowy wykonania polecenia służbowego, gdy dziennikarz nie zgadza się z poglądami wyrażonymi przez przełożonego”. – Większość ankietowanych uważa, że ta zasada była realizowana w sposób problematyczny – 29 proc., w sposób zły – 22 proc., bardzo zły – 5 proc., częściowo dobry – 14 proc., dobry – 19 proc., bardzo dobry – 8 proc., brak odpowiedzi – 3 proc. – relacjonowała Hajdasz.
Będą kolejne badania?
– Nie sądziliśmy, że gdzieś, w jakiejś gazecie można pracować w tak trudnych warunkach. Nie tylko socjalnych, ale też w takiej atmosferze, w której dyktuje się pewne zachowania i sposoby opowieści na temat świata. Ten raport jest też naszą odpowiedzią na apel dziennikarzy niemieckich do Komisji Europejskiej, żeby zbadała czy zasada wolności słowa w kontekście sprzedaży Polska Press Orlenowi jest przestrzegana. To jest nasza odpowiedź, która pokazuje co działo się w koncernie, kiedy właściciel niemiecki nim rządził – podkreślił Krzysztof Skowroński. Jolanta Hajdasz zaapelowała o “pogłębione badania na ten temat”.