Zdjęcie ilustracyjne

Zdjęcie ilustracyjne / Fot. Pixabay

Naczelny Sąd Lekarski skazał na karę pieniężną w wysokości dwukrotnego średniego miesięcznego wynagrodzenia dr Annę Martynowską. Powodem skazania lekarki miało być naruszenie dóbr osobistych i dobrego imienia członków Okręgowego Sądu Lekarskiego. Wcześniej Okręgowy Sąd Lekarski skazał dr Martynowską na karę zawieszenia prawa wykonywania zawodu lekarza na okres jednego roku, który to wyrok zmienił później Naczelny Sąd Lekarski. Lekarka została postawiona przed sądem m.in. za określenie „sąd nie kapturowy, ale maseczkowy” oraz za słowa o tym, że zmarły pacjent „bez towarzyszenia rodziny, bez kontroli ze strony rodziny” jest „ofiarą panów z Sądu Lekarskiego”. Instytut Ordo Iuris dołączył do postępowania po tym jak zostało złożone odwołanie od wyroku Okręgowego Sądu Lekarskiego. Prawnicy analizują sprawę pod kątem wniesienia kasacji do Sądu Najwyższego.

Sprawa dotyczy słów lekarki, która użyła sformułowania „sąd nie kapturowy, ale maseczkowy” w odniesieniu do Okręgowego Sądu Lekarskiego. Powiedziała też, że pacjent zmarły „bez towarzyszenia rodziny, bez kontroli ze strony rodziny” jest „ofiarą panów z Sądu Lekarskiego”. Okręgowy Rzecznik Dyscypliny Odpowiedzialności Zawodowej zarzucił dr Martynowskiej, że wypowiadając powyższe słowa, „dopuściła się zachowania nieetycznego” i „naruszyła dobra osobiste oraz dobre imię członków Okręgowego Sądu Lekarskiego”. Jedna z wypowiedzi lekarki miała związek z wcześniejszą sytuacją, kiedy to sąd kazał jej opuścić salę w trakcie rozprawy, ze względu na fakt, że dr Martynowska nie chciała założyć maseczki. Okręgowy Sąd Lekarski uznał ją winną popełnienia zarzucanego jej czynu i skazał na karę zawieszenia prawa wykonywania zawodu lekarza na okres jednego roku.

W uzasadnieniu orzeczenia sąd nie ustosunkował się jednak do meritum sprawy, czyli do treści wypowiedzi lekarki i nie uzasadnił, dlaczego jej słowa miałyby nosić znamiona nieetycznego zachowania oraz naruszać dobra osobiste oraz dobre imię członków Okręgowego Sądu Lekarskiego. Sąd odniósł się za to szeroko do innych medialnych wypowiedzi dr Martynowskiej, niebędących przedmiotem postępowania. Słowa te rzekomo noszą „znamiona podważania konieczności przestrzegania obowiązujących zasad postępowania w czasie zagrożenia zdrowia publicznego pandemią Covid-19 oraz kwestionowania istnienia wirusa Covid-19”.

Obwiniona lekarka wniosła odwołanie od orzeczenia do Naczelnego Sądu Lekarskiego. W toku rozprawy Naczelny Sąd Lekarski oddalił wniosek dowodowy z wyjaśnień dr Martynowskiej jako – zdaniem sądu – początkowo niemający znaczenia dla rozstrzygnięcia sprawy i zmierzający do przedłużenia postępowania. Po dokonanym na wniosek obrońcy obwinionej ponownym rozpatrzeniu postanowienia w tym zakresie, sąd również oddalił wniosek dowodowy, podtrzymując opinię o braku jego znaczenia dla sprawy. Sąd zrezygnował jednak z przesłanki mówiącej o zamiarze przedłużenia postępowania. Ostatecznie Naczelny Sąd Lekarski uznał dr Martynowską winną zarzucanego jej czynu, jednak zmienił orzeczenie co do kary i orzekł karę pieniężną w wysokości dwukrotności przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia.

– Jak stanowi art. 54 ust. 1 Konstytucji RP, „każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji”. Polskie sądy powszechne, a także Europejski Trybunał Praw Człowieka wielokrotnie wskazywały, że swoboda wypowiedzi musi również obejmować poglądy, które oburzają czy wprowadzają niepokój. Działanie obwinionej lekarz zdaniem obrony mieściło się w granicach wolności wyrażania poglądów – podkreśla Bartosz Malewski z Centrum Interwencji Procesowej Ordo Iuris.

Obrońcy obwinionej lekarz zapowiadają, że po zapoznaniu się z pisemnym uzasadnieniem orzeczenia, rozważą wniesienie w tej sprawie kasacji do Sądu Najwyższego.

Zobacz także: Dobromir Sośnierz: W konfederacji byliśmy stroną defensywną. Mieliśmy dość korwinizmów [NASZ WYWIAD]

Zdjęcie ilustracyjne

Zdjęcie ilustracyjne / Fot. Pixabay

  • Wiceminister aktywów państwowych Karol Rabenda, przedstawił we wtorek informacje o systemie dystrybucji węgla.
  • System działa sprawnie, a w umowach dopisano jeszcze dystrybucję około miliona ton.
  • Wiceszef MAP-u przekazał, że do końca czerwca zostanie również wydłużona tzw. sprzedaż końcowa dla osób uprawnionych.
  • Zobacz także: Mięso zdrowsze od burgerów wegetariańskich. Badacze apelują do producentów

Wiceminister aktywów państwowych Karol Rabenda, przedstawił we wtorek informacje o systemie dystrybucji przez gminy surowca importowanego przez spółki Skarbu Państwa.

Jak podkreślił, działa on sprawnie. W umowach zapisano jeszcze dystrybucję około miliona ton węgla. Zaznaczył również, że nie ma obecnie żadnych zakłóceń, a węgiel mogą stale odbierać samorządy.

Zbliżamy się do 2 mln dostarczonego węgla, ale to nie wszystko. Przed wejściem systemu dostarczyliśmy do gospodarstw domowych ok. 3 mln ton z wydobycia. W umowach pozostało do dostarczenia ok. 1 mln ton. Zobaczymy, czy to będzie wynosiło tyle, czy te umowy będą korygowane. Jeśli chodzi o system dystrybucji, to nie mamy żadnych zakłóceń. Węgiel można odbierać praktycznie z dnia na dzień, jeśli jest taka potrzeba i samorządy go odbierają

– powiedział wiceminister aktywów państwowych Karol Rabenda.

W ocenie wiceministra dane te potwierdzają, że spółki Skarbu Państwa dostarczyły Polakom w tym sezonie grzewczym około 90 proc. węgla, na który było zapotrzebowanie.

Czytaj więcej: Badanie NIK ws. Polskich Szwalni. Banaś: “Brak pełnej przejrzystości”

W gminach zalega węgiel

Karol Rabenda zapowiedział, że w środę podczas Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu zostaną zaproponowane rozwiązania dotyczące wykorzystania surowca, który pozostał jeszcze gminom.

Wiceszef MAP-u przekazał, że do końca czerwca zostanie również wydłużona tzw. sprzedaż końcowa dla osób uprawnionych. Gminy dadzą w ten sposób mieszkańcom możliwość zrobienia zapasów na kolejny sezon grzewczy.

Zobacz także: Koalicja coraz bliżej? PiS rozmawia z Konfederacją. Szczegóły tajnych spotkań na Nowogrodzkiej

Chcesz być na bieżąco? Czytaj codziennie MediaNarodowe.com

radiomaryja.pl

Zdjęcie ilustracyjne

Zdjęcie ilustracyjne / Fot. Flickr

Ukraińskie drony zaatakowały m.in. rafinerię w Tuapse nad Morzem Czarnym, która znajduje się 700 km od linii frontu. Co ciekawe, na tym samym wybrzeżu znajduje się słynny pałac Putina w mieście Gelendżyk.

Takie ataki mocno odbijają się na społeczeństwie, bo nagle okazuje się, że dron może uderzyć daleko od linii frontu. Mieszkańcy regionu przekonują się naocznie, że rosyjskie wojsko nie jest w stanie ochronić zarówno strategicznej infrastruktury, jak i ludności. To bardzo ważny aspekt psychologiczny prowadzonej wojny

– zauważył ppłk rez. Maciej Korowaj w rozmowie dla portalu “wp.pl”.

Media donoszą, że w ataku na rafinerię nikt nie zginął. Oprócz tego dwa drony uderzyły w rosyjski maszt obserwacyjno-komunikacyjny w obwodzie briańskim, a w Biełgorodzie zestrzelono kolejne cztery maszyny. Jeszcze jeden dron spadł we wsi w regionie Adygeja kilkaset kilometrów od granicy Ukrainy.

Korowaj przekonuje, że Ukraina w ten sposób wysłała Rosji sygnał, że potrafi atakować dalekie cele.

Czytaj więcej: Nadwyżka w budżecie. Morawiecki: “Możemy realizować politykę inwestycyjną”

Wybuch na lotnisku

Rankiem 26 lutego w bazie lotniczej Maczuliszcze doszło do eksplozji. Obiekt został otoczony przez wojsko, a funkcjonariusze policji drogowej zaczęli sprawdzać wszystkie przejeżdżające samochody. Z miejsca zdarzenia otrzymano informację, że w wyniku zdarzenia uszkodzony został rosyjski wojskowy samolot transportowy.

Białoruska grupa partyzancka BYPOL poinformowała o uszkodzonym w wybuchach samolocie. Jest on elementem systemu obrony powietrznej A-50U Sił Powietrznych Rosji o numerze RF-5060. Samolot po raz pierwszy pojawił się na terytorium Białorusi w połowie stycznia, a ostatni przylot miał miejsce 24 lutego.

Grupa monitorująca “Białoruski Gajun” poinformowała, że wybuch zorganizowali partyzanci z Białorusi. Użyli dwóch dronów, których panele kontrolne zostały później znalezione przez siły bezpieczeństwa Łukaszenki.

Chcesz być na bieżąco? Czytaj codziennie MediaNarodowe.com

dorzeczy.pl, wp.pl

  • Na polecenie białoruskich władz w kościele Matki Bożej Różańcowej zamalowano historyczny fresk “Cud nad Wisłą”.
  • Wcześniej dziennikarka Ksienia Lebiediewa w programie telewizyjnym stwierdziła, że obraz nawołuje do nienawiści.
  • Jak się okazuje, w przeszłości komunistyczne władze również kazały zamalować fresk, a po upadku Związku Sowieckiego został odmalowany.
  • Zobacz także: Prorosyjski protest w Mołdawii. Przeciwnicy rządu blokują ruch na autostradzie

Fresk, zamalowany w kościele pod wezwaniem Matki Bożej Różańcowej, wcześniej został skrytykowany w białoruskiej państwowej telewizji. Dziennikarka Ksienia Lebiediewa oceniła w programie wyemitowanym w grudniu, że dzieło rzekomo podżega do nienawiści na tle narodowościowym i religijnym.

Serwis “katolik.life” podał, że fresk już raz był zamalowany w przeszłości – w czasach sowieckich. Po upadku ZSRR znajdujące się przy ołtarzu dzieło odrestaurowano i ponownie poświęcono.

Tak już było za czasów komunistów, ale później dzieło, przedstawiające bitwę, w której rosyjską agresję powstrzymała polska armia, nie dopuszczając do rozprzestrzenienia się bolszewickiego ateistycznego reżimu, odrestaurowano

– zauważył portal “katolik.life”.

Czytaj więcej: Serbia dementuje sprzedaż uzbrojenia. Rosja osamotniona na wojnie

Rzecznik MSZ potępia akt wandalizmu

Z kolei ze strony polskich władz wypowiedział się rzecznik ministerstwa spraw zagranicznych Łukasz Jasina, który skrytykował tę decyzję i akt wandalizmu.

Potępiamy niszczenie polskiego dziedzictwa kulturowego na Białorusi przez łukaszenkowski reżim. Dziedzictwo to stanowi integralną część historii Białorusi. Jego zniszczenie jest niegodne i niezgodne z zasadami cywilizowanego świata

– napisał na Twitterze Łukasz Jasina.

Fresk w kościele w Sołach powstał wkrótce po Bitwie Warszawskiej z 1920 roku.

Chcesz być na bieżąco? Czytaj codziennie MediaNarodowe.com

gosc.pl

Zdjęcie ilustracyjne

Zdjęcie ilustracyjne / Fot. Canva/Andy bARBOUR

  • Władze samorządowe Krasławia na Łotwie zadecydowały kilka dni temu zamknięciu Polskiej Szkoły Podstawowej im. hrabiów Platerów.
  • W bieżącym roku szkolnym uczęszczało do niej 44 uczniów.
  • Przewodniczący krasławskiej rady Gunars Upenieks zasugerował, że Polska oraz litewskie ministerstwo edukacji powinny wspierać finansowo szkołę.
  • Zobacz także: Nadwyżka w budżecie. Morawiecki: “Możemy realizować politykę inwestycyjną”

Polska szkoła w inflanckim mieście od lat była na celowniku władz samorządowych, które nie widziały celowości w utrzymywaniu małej placówki. W bieżącym roku szkolnym uczęszczało do niej 44 uczniów. Przewodniczący krasławskiej rady Gunars Upenieks właśnie brakiem funduszy tłumaczył decyzję o likwidacji szkoły, która została podjęta 23 lutego.

Upenieks stwierdził, że ma nadzieję, że decyzja wywoła refleksję w Ministerstwie Edukacji i Nauki Łotwy oraz polskiej ambasady w Rydze, co było sugestią, że gmina oczekuje wsparcia finansowego z zewnątrz. Ujawnił on, że jest niewielka szansa, że właśnie rząd Łotwy przeznaczy pieniądze, które pozwolą na zachowanie oświaty sprofilowanej na polską mniejszość narodową.

Czytaj więcej: Nadwyżka w budżecie. Morawiecki: “Możemy realizować politykę inwestycyjną”

Polskie szkoły na Litwie

Jak czytamy na portalu “polak.lt”, polskie szkolnictwo na Łotwie, odrodzone w niepodległej Republice Łotewskiej, nie miało łatwego startu, ani warunków i, niestety, z powstałych kilkunastu szkół z polskim językiem nauczania do dziś przetrwały: Polska Ogólnokształcąca Szkoła Średnia im. Ity Kozakiewicz w Rydze, Państwowe Gimnazjum Polskie im. Józefa Piłsudskiego w Dyneburgu (Daugavpils), Państwowe Gimnazjum Polskie w Rzeżycy (Rezekne) oraz Polska Szkoła Podstawowa im. Rodu hr. Platerów w Krasławiu. Liczba uczniów w polskich gimnazjach oscyluje w granicy 400 uczniów, w szkole podstawowej – ok. 40.

Według założeń reformy z 2004 r., nie mniej niż 60 proc. wykładanych przedmiotów musiało być prowadzone w szkołach średnich w języku państwowym. Od 2017 roku proces przechodzenia na język łotewski został jeszcze bardziej zintensyfikowany. Zakładano, że w systemie nauczania początkowego ma to być 50 proc. na 50, a średniego 80 i 20 proc. Ostatnio w klasach gimnazjalnych nauka odbywa się tylko w języku łotewskim. Język polski lub rosyjski jest wykładany jako przedmiot, w języku polskim nauczana była też historia Polski, tematy związane z polską kulturą, tradycjami.

W polskich szkołach na Łotwie pracują też nauczyciele z Polski. Uczniowie, którzy planują studia w Polsce, są szykowani przez nauczycieli dodatkowo, by mogli poznać terminologię z różnych przedmiotów w języku polskim. Należy odnotować, że działające placówki z nauczaniem języka polskiego cieszą się dobrą opinią i są też wybierane nie tylko przez polskie rodziny, jak jest np. w Dyneburgu. Polskie gimnazjum w Rzeżycy jest w czołówce szkół tego miasta.

Przyjęcie we wrześniu poprawek do ustawy, które zakładają przejście od roku szkolnego 2025-2026 we wszystkich szkołach na nauczanie w języku państwowym, zostało przyspieszone z powodu wojny na Ukrainie i napiętej sytuacji wokół rosyjskiej mniejszości, której integrację postanowiono zaktywizować. Ale, jak też nie raz już na Litwie bywało, to przyspieszone przejście na nauczanie wyłącznie w języku państwowym obejmie też polskie placówki.

Według przyjętego harmonogramu, od roku szkolnego 2023-2024 na język łotewski przejść mają przedszkola; od 1 września 2023 r. – również klasy 4 i 7; od roku 2024 – klasy 5 i 8, zaś od 1 września 2025 r. – 6 i 9. Język ojczysty i przedmioty związane z poznawaniem historii i kultury ojczystej będą uznawane jako zajęcia fakultatywne, a ich rodzaj i treść będą zatwierdzane przez władze oświatowe. Rodzice nie będą musieli za nie płacić – będą finansowane z budżetu państwa lub samorządów. Nie jest to dobra wiadomość dla szkół polskich, w których polskość jeszcze bardziej zostanie uszczuplona, a faktycznie sprowadzona do minimum.

Chcesz być na bieżąco? Czytaj codziennie MediaNarodowe.com

magnapolonia.org, kresy.pl, polak.lt

Zdjęcie ilustracyjne

Zdjęcie ilustracyjne / Fot. Twitter

  • Szef ukraińskiego wywiadu wojskowego Kyryło Budanow, przyznał, że Rosjanie wszędzie szukali sprzętu, lecz kraje sprzyjające im odmawiają.
  • Serbia również jako jeden z niewielu europejskich państw bliskich Kremlowi nie udziela wsparcia Rosji i Ukrainie.
  • Minister obrony Milosz Vuczević, stwierdził, że rządowe spółki nie sprzedają stronom broni, choć prywatne nie są pod kontrolą Belgradu.
  • Zobacz także: Zniszczono białoruski samolot. Szef BYPOL: “W kraju mamy 200 tys. partyzantów”

Jak informuje szef ukraińskiego wywiadu wojskowego Kyryło Budanow, Kreml szukał sprzętu w różnych krajach. Próbował pozyskać uzbrojenie od Serbii, lecz władze tego kraju ostatecznie odmówiły.

Jedyny kraj, który wysyła Rosji w miarę poważne uzbrojenie, to Iran. Pojawiały się informację o sprzęcie z Korei Północnej, ale nie mamy żadnego potwierdzenia. Teraz próbują kupić coś w Birmie

– stwierdził szef ukraińskiego wywiadu wojskowego.

Czytaj więcej: Stepan Bandera Żołnierzem Wyklętym? Pokaz laserowy wzbudził kontrowersje

Serbia nie wysłała uzbrojenia dla Rosji?

Minister obrony Serbii Milosz Vuczević odniósł się w poniedziałek do plotek na temat wysyłania uzbrojenia Ukrainie. Jeszcze raz zaznaczył, że Belgrad nie wysyła żadnego sprzętu do Rosji, ani do Ukrainy. Jednakże sprawa ta dotyczy wyłącznie sfery rządowej, gdy firmy prywatne działają według własnych reguł.

To, czy prywatne firmy kupują uzbrojenie na innych rynkach i sprzedają je firmom w innych krajach, nie dotyczy serbskich władz, to handel międzynarodowy

– podkreślił minister obrony Serbii Milosz Vuczević.

Serbska firma Kruszik, która według rosyjskich mediów dostarcza na Ukrainę pociski do wyrzutni rakietowych Grad, zdementowała we wtorek te informacje i zapewniła, że jej rakiety nie zostały sprzedane siłom zbrojnym Ukrainy.

Chcesz być na bieżąco? Czytaj codziennie MediaNarodowe.com

tysol.pl

Bartłomiej Sienkiewicz zatacza się w sejmie

Bartłomiej Sienkiewicz zatacza się w sejmie. / Fot. YouTube

Opozycja wystawi wspólnych kandydatów do wyborów w Senacie. Porozumienie zawarły KO, Nowa Lewica, PSL, Polska 2050 i samorządowcy.

Pakt senacki, to zobowiązanie wszystkich partii opozycyjnych. My wiemy, jaka jest waga tych wyborów. Wiemy, jak wiele zależy od tego, żebyśmy byli razem i żebyśmy wygrali

– wyjaśnił sekretarz generalny Platformy Obywatelskiej.

Czytaj więcej: Fundacja Życie i Rodzina rusza z kampanią “Sejm bez aborterów”

Wspólna lista gwarantem sukcesu?

Polityk podkreśla, że jego ugrupowanie jest otwarte na inne środowiska, które ma być jego zdaniem jedynym gwarantem na odniesienie sukcesu w najbliższych wyborach parlamentarnych.

PO zdaje sobie sprawę, że tylko bycie razem w tych wyborach gwarantuje sukces

– powiedział Marcin Kierwiński.

Jak dodał, pakt senacki jest narzędziem, które ma umożliwić zwycięstwo wyborcze w Senacie.

Senat był i jest ostoją demokracji, jeśli chodzi o stanowienie prawa. Mamy nadzieję, że ten wynik partii opozycyjnych będzie powtórzony

– dodał polityk.

Jego zdaniem w ostatnich latach to właśnie izba wyższa Parlamentu była tzw. ostoją normalności. Negocjacje na temat konkretnych kandydatów cały czas jednak trwają.

Chcesz być na bieżąco? Czytaj codziennie MediaNarodowe.com

dorzeczy.pl, 300polityka.pl

Antyrządowe protesty w Mołdawii

Antyrządowe protesty w Kiszyniowie / Fot. Twitter

We wtorek zagraniczne media zaczęły publikować informacje o pojawiających się antyrządowych protestach w Kiszyniowie. Po południu doszło do pierwszych blokad na autostradzie na północy od stolicy Mołdawii.

Ludzie blokują ruch na autostradzie na północ od Kiszyniowa w Mołdawii

– podają za pośrednictwem Twittera internauci.

Według dotychczasowych informacji policja przystąpiła do działania i blokuje autobusy, w których znajdują się osoby, chcące wziąć udział w protestach w stolicy Mołdawii. Pojawiają się informacje o olbrzymich korkach na drogach prowadzących do Kiszyniowa. Służby komunikacji miejskiej informują o objazdach.

Czytaj więcej: Fundacja Życie i Rodzina rusza z kampanią “Sejm bez aborterów”

Prorosyjskie hasła w Kiszyniowie

Agencja “Moldova Libera” informuje, że policja zdementowała doniesienia o blokadzie autobusów uczestniczących w proteście. Jednocześnie na nagraniach pojawiających się w sieci widać, funkcjonariusze użyli siły. Według służb, demonstranci zablokowali ruch karetek.

Tłum skanduje hasła wymierzone przeciwko prezydent Mai Sandu, porównujące jej rządy z dyktaturą. Wśród haseł pojawia się np: Tylko Rosja, tylko Rosja nam pomoże.

Manifestacja pojawiła się też w centrum Kiszyniowa i zmierzała w stronę budynków rządowych. Została zablokowana przez policję.

Za protest w stolicy Mołdawii odpowiada prorosyjska partia opozycyjna Szor. Manifestacja ma charakter antyrządowy.

Chcesz być na bieżąco? Czytaj codziennie MediaNarodowe.com

interia.pl

Marian Banaś

Marian Banaś / Fot. YouTube

  • Jak wskazano w raporcie Najwyższej Izby Kontroli, wykazano wiele braków w przejrzystości wyboru producentów maseczek.
  • Również pojawiły się wątpliwości przy zakupie 9 linii produkcyjnych w Stalowej Woli, które nigdy nie rozpoczęły prac.
  • Zasłonięcie się tajemnicą przez byłego szefa kancelarii premiera Michała Dworczyka i odmowa zeznań przez marszałek Sejmu Elżbietę Witek utrudniło wydanie konkluzji.
  • Zobacz także: Stepan Bandera Żołnierzem Wyklętym? Pokaz laserowy wzbudził kontrowersje

W ostatnim czasie Najwyższa Izba Kontroli przeprowadziła badanie wśród kancelarii premiera, ministerstwa rozwoju oraz Agencji Rozwoju Przemysłu. Wśród zastrzeżeń wskazano brak przejrzystości wyboru producentów maseczek, a także brak dokumentacji 10 z 13 przypadków zawieranych umów.

NIK zwraca uwagę także na brak w kontroli jakości oraz realizacji kontraktów. Ma zastrzeżenia także do wydania potężnej kwoty na zakup 9 linii produkcyjnych w Stalowej Woli, które nigdy nie rozpoczęły produkcji.

Brak pełnej przejrzystości w wydatkowaniu tych pieniędzy. Nie wiemy nawet dokładnie, czy rzeczywiście wykonawcami byli wszyscy przedsiębiorcy polscy, czy też podwykonawcy sprowadzali te maseczki z zagranicy

– przekazał szef Narodowej Izby Kontroli Marian Banaś.

Bogusław Wójcik z delegatury w Szczecinie tłumaczy brak stanowczych konkluzji. Jednym z powodów ma być odmowa zeznań przez marszałek Sejmu Elżbietę Witek w charakterze świadka, a także zasłonięcie się tajemnicą przez byłego szefa kancelarii premiera Michała Dworczyka. 

Chcesz być na bieżąco? Czytaj codziennie MediaNarodowe.com

rmf24.pl

Rosjanie grożą Japonii za nowe sankcje

Premier Japonii Fumio Kishida / Fot. PAP/EPA/Sean Gallup. Sfinansowano przez Narodowy Instytut Wolności ze środków Programu Rozwoju Organizacji Obywatelskich na lata 2018 – 2030

Rząd Japonii ogłosił we wtorek dopisanie 143 osób i instytucji do listy podmiotów objętych sankcjami za inwazję Rosji na Ukrainę. Są wśród nich rosyjscy politycy, wojskowi, biznesmeni, instytuty badawcze i firmy, w tym Grupa Wagnera i Rosbank.

Sankcje polegają między innymi na zamrożeniu aktywów tych osób i instytucji w Japonii i zakazie eksportu do tych podmiotów przez japońskie firmy

– podaje agencja Kyodo.

Na liście są wysokiej rangi rosyjscy urzędnicy państwowi i wojskowi, prezes koncernu zbrojeniowego Kałasznikow, Alan Łusznikow, firmy z branży zbrojeniowej, lotniczej i stoczniowej, a także ultranacjonalistyczna bojówka Rosyjski Ruch Imperialny i firma najemnicza znana jako Grupa Wagnera. Zakazem eksportu objęto szereg rosyjskich firm i instytucji naukowych.

Japońskie ministerstwo spraw zagranicznych podaje, że sankcjami objęto również powołanych przez Władimira Putina administratorów okupowanych terenów na wschodniej Ukrainie. Brali oni również udział w nielegalnej i nie uznawanej przez resztę świata aneksji.

Czytaj więcej: Emerytura wstecz. Zobacz komu przysługuje i do kiedy można składać wnioski

Japoński rząd od początku potępił rosyjską inwazję

Rząd w Tokio stanowczo potępia agresję Rosji przeciwko Ukrainie i już na początku inwazji wspólnie z krajami zachodnimi nałożył sankcje na Moskwę, ograniczając możliwość eksportu zaawansowanych technologii i zamrażając aktywa Putina, a także osób z jego otoczenia oraz rosyjskiego banku centralnego.

Chcesz być na bieżąco? Czytaj codziennie MediaNarodowe.com

radiomaryja.pl