Jarosław Kaczyński

Jarosław Kaczyński / fot. flickr.com / CC

10 kwietnia Strajk Przedsiębiorców organizuje happening pod hasłem: „Narodowa Blokada Schodów Jarosława”. – Mam dwa cele – stworzyć ryzyko zagrożenie dla czarnej owcy, aby służby bezpieczeństwa odwołały owce do chlewika. Drugi to uniemożliwić owcy beczenie w ciszy przy czarnym pomniku. Niech nas usłyszy – stwierdził Krzysztof Łukowicz.

  • Strajk Przedsiębiorców organizuje akcję „Narodowa Blokada Schodów Jarosława”.
  • Wydarzenie uderza w Jarosława Kaczyńskiego.
  • W facebookowym wydarzeniu promującym inicjatywę 0,5 tys. osób zadeklarowało, że weźmie udział, a kolejne 2 tys., że jest zainteresowane.
  • Zobacz także: COVID szansą dla Marine Le Pen? Macron negatywnie oceniany

Na wydarzenie udostępnione w facebookowej grupie „Mazowieckie – Strajk Przedsiębiorców” zwrócił uwagę Tomasz Kalinowski. – Strajk Przedsiębiorców planuje jutro zablokować dojście wicepremierowi Kaczyńskiemu pod pomnik katastrofy smoleńskiej. Cel? „Stworzyć ryzyko zagrożenia” dla JK. Brak słów – napisał na Twitterze.

Łukowicz do swojego wpisu dołączył specjalną mapkę i rozpiskę tłumaczącą, jak mają się zachowywać uczestnicy blokady. W facebookowym wydarzeniu promującym inicjatywę 0,5 tys. osób zadeklarowało, że weźmie udział, a kolejne 2 tys., że jest zainteresowane.

– LEGALNA ZAREJESTROWANA DEMONSTRACJA 10 KWIETNIA 2021 POD SCHODAMI DO NIKĄD. Spotkanie z Kaczyńskim. STRAJK PRZEDSIĘBIORCÓW ZAPRASZA NA 8:00 do Warszawy. Udostępniajcie na maksa, aby odkręcić błędne przekazy prasowe – napisał Paweł Tanajno.

Jan Hernik

/ Fot. YouTube/MediaNarodoweEXTRA

Jan Hernik, amerykanista opowiedział o zmianach legislacyjnych w stanie Georgia w USA. Poruszył także temat poprawności politycznej i lewicowej narracji Demokratów.

Gościem Karola Plewy w Rozmowie Mediów Narodowych był Jan Hernik, amerykanista. Poruszonym tematem były zmiany dotyczące sposobu głosowania w wyborach w stanie Georgia.

Kultura wymazywania w USA

Gość odniósł się do wypowiedzi Donalda Trumpa dotyczącej kultury wymazywania. Wskazał na podmioty popierające cenzurę i poprawność polityczną. – Są to organizacje, które skrytykowały republikańską część stanu Georgia. Firmy skrytykowały Georgię za ustalenie legislacji, która docelowo rozszerza prawa wyborcze, mimo że zarówno organizacje i lewicowe organizacje, stronnictwa związane z partią demokratyczną mówią odwrotnie – powiedział Jan Hernik.

Zwolennicy Demokratów w USA, kłamliwie informują o ograniczeniu praw wyborczych. – Główna narracja środowisk lewicowych mówi o tym, że w Georgii w tej chwili są wielkie restrykcje, jeśli chodzi o głosowanie. Będą wymagane dowody tożsamości ze zdjęciem i to jest rasizm – ironizuje Hernik.

Niewielkie zmiany

Gość stwierdził, że w funkcjonowaniu systemu głosowania niewiele się zmieni. – W Georgii, jeśli chodzi o głosowanie osobiście w lokalu wyborczym, od lat wymagany jest dokument tożsamości ze zdjęciem. Nie jest to w żadnym stopniu nic nowego. System wyborczy będzie wymagał w miejsce podpisu podania numeru dowodu tożsamości – powiedział.

Jan Hernik podał przyczyny zmian. – Każdy uczciwy obywatel dzięki tej ustawie może zagłosować korespondencyjnie w Georgii. Każdy obywatel, który nie ma nic do ukrycia. Po to są te regulacje, aby ograniczyć oszustwa w wyborach korespondencyjnych – mówił.

Gość podał także inne zmiany wynikające z ustawy. – Limit urn wyborczych, jedna na 100 tys. obywateli. Dwie soboty przedterminowego głosowania przed oficjalnym pierwszym terminem głosowania w wyborach prezydenckich. Dodane zostały weekendy przedwyborcze. Przed uchwaleniem najnowszego prawa w Georgii można było głosować tylko w jeden z dwóch dni weekendu – kontynuował obecny w studiu.

Odnosząc się do lewicowej narracji powiedział – Nie ma nic wspólnego z prawdą i osoby, które popierają głosy wypływające ze środowisk demokratycznych najpewniej nie widziały na oczy tej ustawy. Hipokryzja, to jest słowo klucz do lewicy – mówił Hernik.

Proces w sprawie śmierci Georga Floyda

Gość w trakcie rozmowy odniósł się także do sprawy zabójstwa Georga Floyda. – Wątpię, że Derek Chauvin wyjdzie cało z tego procesu. Na pewno zostanie ukarany jako przykład tej poprawności politycznej. Na pewno dosięgnie go kara, bo jakby nie dosięgła to będziemy mieli kolejną falę Black Lives Matter. Kolejną falę podpalania Ameryki – podsumował gość.

tvDei uruchomiona przez stowarzyszenie Muza Dei.

/ Fot. Facebook

Na łamach „Gazety Wyborczej” ukazał się krytyczny tekst pod adresem Stowarzyszenia MuzaDei. To katolicka organizacja, od lat zajmująca się promocję i rozwojem kultury chrześcijańskiej. Sztandarowym wydarzeniem organizowanym przez MuzaDei są rekolekcje Strefa Chwały Festiwal w Starym Sączu. Tymczasem pismo Michnika doszukało się, że spektakle organizowane przez organizację reżyseruje mąż posłanki PiS Dominiki Chorosińskiej, co miałoby się położyć cieniem na ocenie MuzaDei.

  • „Gazeta Wyborcza” krytycznie oceniła przyznanie dotacji przez ministerstwo kultury dla stowarzyszenia MuzaDei.
  • Winą organizacji jest to, że współpracuje z aktorem Michałem Chorosińskim, mężem posłanki PiS.
  • Stowarzyszenie MuzaDei organizuje m.in. rekolekcje Strefa Chwały Festiwal, które od lat gromadzą artystów, muzyków, plastyków, sportowców, dziennikarzy, polityków, działaczy społecznych, liderów wspólnot i animatorów, a także ludzi biznesu.
  • Zobacz także: Ponad 100 mln dolarów na propagowanie ideologii gender. ONZ pracuje nad „strategią feministyczną”

„Wyborcza” grzmi: „Gliński rozdał granty. Rekordowa kwota na teatr męża posłanki Dominiki Figurskiej. Janda bez dotacji”. Tymczasem w rzeczywistości dotację otrzymał nie teatr należący do Michała Chorosińskiego, ale promująca od lat kulturę chrześcijańską MuzaDei, z którą aktor po prostu współpracuje, jak wiele innych osób. Co ciekawe, gazeta posłużyła się panieńskim nazwiskiem posłanki PiS, z którego używania ona już jakiś czas temu zrezygnowała. Podsumowując: nawet nazwisko przekręcili, nie mówiąc o innych informacjach.

„Wyborcza” zwróciła uwagę, że „najważniejszym graczem” w konkursie grantowym ministerstwa kultury „okazało się w środowisku teatralnym prawie nieznane stowarzyszenie Muza Dei – organizujące głównie religijne koncerty w rodzaju <<Strefa Chwały>>”.

Rekolekcje Strefa Chwały Festiwal od lat gromadzą artystów, muzyków, plastyków, sportowców, dziennikarzy, polityków, działaczy społecznych, liderów wspólnot i animatorów, a także ludzi biznesu. Wśród gości, którzy w ostatnich latach pojawili się w wydarzeniu byli m.in. były marszałek Sejmu Marek Jurek, dziennikarz TVN24 Krzysztof Skórzyński, aktor Dariusz Kowalski, jałmużnik papieski ks. kard. Konrad Krajewski czy abp Grzegorz Ryś.

Inną z inicjatyw stowarzyszenia MuzaDei jest tvDei, o której pisaliśmy jakiś czas temu. To profesjonalna platforma materiałów video, na której znajdują się filmy związane z kulturą chrześcijańską oraz wartościami rodzinnymi.

Michał Chorosiński reżyserem spektaklu „Zemsta”

– Z Państwem Chorosińskimi współpracujemy od wielu lat przy wybranych projektach. Pan Michał Chorosiński jest reżyserem spektaklu „Zemsta”. Bezpodstawne jest sugerowanie jakichkolwiek poza merytorycznymi przesłanek związanych z przyznaniem nam dotacji – podkreślił w wydanym oświadczeniu prezes zarządu stowarzyszenia MuzaDei, Andrzej Dubiel. – Pozyskane środki zostaną wydane między innymi na produkcję spektaklu i premierowy spektakl, a także honoraria artystów, działania organizacyjne oraz promocyjne. Wszystkie projekty, które realizujemy są dedykowane szerokiemu gronu odbiorców, zatem jesteśmy przekonani, że na ostateczne decyzje i przyznanie grantów wpłynęły nasze doświadczenie i koncepcje jakie przedstawiliśmy – wyjaśnił.

Warto zaznaczyć, że Michał Chorosiński, oprócz tego, że jest mężem posłanki PiS, a także reżyseruje dla MuzaDei, jest aktorem filmowym i serialowym. Można go było oglądać w serialach m.in. TVN (jak „Na Wspólnej”), Polsatu (jak „W rytmie serca”), TVP (jak „Na dobre i na złe”) czy TV Puls („Lombard. Życie pod zastaw”). Jednak nie zdarzyło się nigdy, żeby przez to „Gazeta Wyborcza” określiła np. TVN telewizją męża posłanki PiS.

zamieszki

/ fot. Wikipedia Commons/ Pablo Tupin-Noriega

Marine Le Pen poinformowała, że weźmie udział w wyborach prezydenckich. Restrykcje związane z COVID-19 wpływają na negatywne oceny Emmanuela Macrona.

W czasie wszechobecnych restrykcji związanych z wirusem COVID-19, we Francji funkcjonują restauracje dla elit. Telewizja M6 przygotowała materiał ujawniający kulisy funkcjonowania lokali. Dobrze usytuowani Francuzi nie muszą przestrzegać wytycznych w sprawie przeciwdziałania wirusowi.

Niezadowolenie społeczeństwa

Francuski instytut Elabe pod koniec 2020 roku przeprowadził sondaż dotyczący działania prezydenta Macrona w czasie pandemii. 61 procent obywateli negatywnie oceniło lidera wskazując, że nie radzi sobie z kryzysem wywołanym wirusem COVID-19.

Łukasz Jurczyszyn, dyrektor biura Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych w Brukseli, opisał sytuację prezydenta Francji. – Za wcześnie, by wyrokować, jaki wpływ ma pandemia na szanse prezydenta w zbliżających się wyborach. Przez ostatnie 10 miesięcy odbudował on swoją pozycję, ponieważ przez długi czas jego notowania były niekorzystne – powiedział w rozmowie z euractiv.pl.

Na krytykę obecnego prezydenta składają się również działania przez niego podjęte. Przeprowadził reformę emerytalną a w trakcie jego prezydentury szerokim echem odbiły się protesty żółtych kamizelek. Ponadto krytykowany był także za działania związane z obecnością muzułmanów we Francji.

Zmiana Le Pen

Marine Le Pen ogłosiła start w przyszłorocznych wyborach. Kandydatka dokonała przemiany wizerunkowej w stosunku do wyborów w 2017 roku. Jednym z najważniejszych ruchów była zmiana nazwy partii z Front Narodowy na Zjednoczenie Narodowe.

Polityk jest także bardziej powściągliwa w swoich wypowiedziach. Le Pen, przestała mówić o odejściu z Unii Europejskiej i krytykować Islam. „Wyraźnie więc próbuje pozyskać część wyborców tradycyjnej prawicy i tutaj jej rywalizacja z Macronem jest wyraźna, bo on też chce zyskać wyborców na prawo od centrum.” – stwierdził szef Agence France-Press Michel Viatteau.

euractiv.pl wprost.pl

/ fot. TT/@RoyalFamily

W wieku 99 lat zmarł jeden z najdłużej żyjących małżonków panującego monarchy. Książę Filip po walce z koronawirusem i trapiącymi na starość chorobami odszedł dzisiaj nad ranem. Rodzina Królewska poinformowała o smutnym wydarzeniu po kilku godzinach od stwierdzenia zgonu. Rząd Wielkiej Brytanii ogłosił 8 dniową żałobę.

  • Dzisiaj nad ranem zmarł 99-letni książę Filip, mąż królowej Elżbiety II
  • Cała rodzina królewska oraz naród brytyjski pogrążył się w żałobie po stracie cenionego ojca następcy tronu
  • W całym kraju opuszczono flagi do połowy masztu oraz ogłoszono 8-dniową żałobę narodową
  • Zobacz także: Brytyjczycy o krok od odporności stadnej. Naukowcy nie mają wątpliwości

Dzisiaj niespodziewanie odszedł z tego świata znany na całym świecie książę Edynburga. Mający obchodzić 10 czerwca tego roku swoje setne urodziny Filip, zmarł nad ranem w Pałacu Buckingham. Kilka dni temu książę wyszedł ze szpitala po trapiących go problemach kardiologicznych. Natomiast w zeszłym roku wraz ze swoją żoną, królową Wielkiej Brytanii Elżbietą II chorował na koronawirusa, na którego został zaszczepiony blisko miesiąc temu.

Zmarł surowy i troskliwy ojciec następcy tronu

Rodzina Królewska za pomocą swojej witryny internetowej oraz brytyjskiej telewizji narodowej BBC poinformowała tuż po południu o śmierci jednego z najdłużej żyjących małżonków panującego monarchy – “Z głębokim smutkiem Jej Wysokość Królowa ogłosiła śmierć swojego ukochanego męża, Jego Królewskiej Wysokości Księcia Filipa, Księcia Edynburga. Jego Królewska Wysokość odszedł spokojnie dziś rano na zamku Windsor” – czytamy.

Książę Filip całe życie pozostawał w cieniu koronowanej głowy, ale spełniał w rodzinie królewskiej kluczową funkcję. Był jednoosobową instytucją wsparcia monarchini. To na nim Elżbieta II mogła polegać w najtrudniejszych okresach jej panowania. Miało to swoją cenę. By wypełnić godnie tę rolę, książę wielokrotnie zmuszony był wyrzec się osobistych ambicji. Jeśli tupał nogą, robił to prywatnie. Nigdy nie protestował publicznie, by nie osłabić Korony, której symbolem była jego żona, brytyjska królowa. 

Flaga do połowy masztu i kilkudniowa żałoba narodowa

Pałac Buckingham oraz inne budynki państwowe na znak żałoby opuściły flagi korony brytyjskiej do połowy masztu. Rząd Borisa Johnsona ogłosił również 8 dniową żałobę narodową, a przed zamkiem królewskim wywieszona została na bramie specjalna nota informująca o śmierci ukochanego przez miliony Brytyjczyków, księciu Edynburga.

Do śmierci męża królowej Elżbiety II odniósł się Premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson, który ze smutkiem stwierdził, że odszedł wielki człowiek jednoczący Brytyjczyków – “Z wielkim smutkiem, otrzymaliśmy informację, że Jego Wysokość, Książę Edynburga odszedł w wieku 99 lat. Książę Filip zasłużył sobie na uczucia całych pokoleń w Wielkiej Brytanii i na całym świecie. Był najdłużej panującym małżonkiem królewskim w historii, jednym z ostatnich oficerów II wojny światowej” – powiedział.

rmf24.pl/gazeta.pl

Łukaszenkowski antypolonizm

Co robi niszowa gazeta, Myśl Polska, słusznie, jak widać, przezywana przez niektórych „Myślą Priwislańską” w sytuacji największej od lat fali represji wobec Polaków na Białorusi? Publikuje obrzydliwie tendencyjny i antypolski wywiad przeprowadzony przez znanego ze skrajnie rusofilskich poglądów Mateusza Piskorskiego. Wywiad z białoruskim parlamentarzystą, w którym społeczność Polska na Białorusi i państwo polskie są przedstawiane w najczarniejszych barwach. Gdy idzie atak na Polskę i Polaków na Kresach, Myśl publikuje tekst wspierający tę nagonkę. Trzeba odnotować ten obrzydliwy, antypolski akt.

Trzeba też po raz kolejny podkreślić, że bardzo nieliczne środowisko tej gazety, okraszone byłymi współpracownikami komunistycznych służb specjalnych, nie miało i nie ma nic wspólnego z głównym nurtem polskiej idei narodowej i największymi organizacjami odwołującymi się do dziedzictwa Narodowej Demokracji.

Fakty o prześladowaniach Polaków

Uporządkujmy jednak fakty i rozprawmy się raz na zawsze z propagandą jaką w temacie Polaków na Białorusi uprawiają niektóre kręgi. Po pierwsze, obecne prześladowania spadły nie tylko, a nawet nie w pierwszym rzędzie, na nieuznawaną przez władze w Mińsku organizację pani Andżeliki Borys. Związek Polaków na Białorusi, któremu ona szefuje, został zaatakowany niejako „w drugim rzucie”.

Na początek Łukaszenka uderzył w organizację, która od ZPB kilka lat temu się odłączyła i starała się prowadzić absolutnie niekonfrontacyjną wobec białoruskich władz działalność. Forum Polskich Inicjatyw Lokalnych w Brześciu, pod przewodnictwem Anny Paniszewej, było oficjalnie uznawane i honorowane przez białoruską administrację. Jakiekolwiek oskarżenia o nielojalność względem państwa białoruskiego wobec tych ludzi są czystym, propagandowym kłamstwem.

Zresztą, również nieuznawany i systemowo prześladowany przez władze w Mińsku Związek Polaków na Białorusi od dekad w białoruską politykę się nie angażuje i np. nie zajmował stanowiska również ws. ubiegłorocznych, masowych protestów w całym kraju. Które, swoją drogą, pokazały, że Łukaszenka po raz pierwszy od ćwierćwiecza stracił poparcie olbrzymiej większości obywateli Białorusi.

Polska i Polacy „sami sobie winni”

Rozprawmy się też z drugim mitem, pojawiającym się często w różnych internetowych komentarzach i przejawiającym się też w omawianym, obrzydliwym wywiadzie. Brzmi ten fałszywy mit mniej więcej tak: „Polacy na Białorusi cierpią i są prześladowani ze względu na wrogą politykę Polski wobec Łukaszenki, gdyby ta polityka była przyjazna to Łukaszenka białoruskim Polakom pozwalałby żyć i działać w spokoju”. Jest to w niektórych kręgach popularne a fundamentalne kłamstwo.

Neosowietyzm

Ideologia państwowa jaką zaprowadził w drugiej połowie lat 90. na Białorusi Łukaszenka, tożsamość jaką nadał tej nowej republice to nic innego jak po prostu neosowietyzm. Znajdziemy tam proporcjonalnie najwięcej pomników sowieckich, „Leninów”, białoruskie służby specjalne nawet nie zmieniły nazwy (to wciąż KGB choć nawet Rosja zmieniła nazwę na FSB), największymi świętami są te sławiące Armię Czerwoną.
Ma to swoje proste przełożenie na narrację wobec Polski i Polaków. Przedwojenna Polska to wróg i okupant a żołnierze Armii Krajowej i innych polskich formacji zbrojnych okresu II wojny światowej to mordercy i bandyci. Przy każdej możliwej okazji taka właśnie narracja jest prezentowana a polscy kombatanci zestawiani nierzadko wręcz z niemieckimi nazistami.

Prześladowania

Co za tym idzie, wszelkie formy polskiej pamięci historycznej, fundamentalne dla utrzymania tożsamości Polaków na Białorusi, są z miejsca narażone i klasyfikowane jako „antypaństwowe” (bo antysowieckie a sowiecka historia i tożsamość są podstawami funkcjonowania państwa Łukaszenki). Wiedząc o tym kontekście łatwiej pewne rzeczy zrozumieć.
Co więcej, represjonowane są nie tylko polskie szkoły, organizacje, polscy księża, nauczyciele i działacze. Nawet grupy kibicowskie, jeśli tylko mają polski charakter, są prześladowane, inwigilowane i rozbijane. Taki stan rzeczy trwa ciągle, NIEZALEŻNIE OD TEGO JAKIE SĄ RELACJE MIĘDZY WARSZAWĄ A MIŃSKIEM. Represje trwają, ze zmiennym natężeniem, już 20 lat!

Próby „dogadania się z Łukaszenką”

Pamiętacie jak na początku rządów PiSu nastąpiła odwilż między Warszawą a Mińskiem? Ożywiły się kontakty, marszałek Senatu Karczewski pojechał do Mińska, mówił o Łukaszence per „ciepły człowiek”. Były rozważania o zamknięciu działalności Biełsatu, czyli telewizji wspierającej białoruską opozycję. W Sejmie po raz pierwszy od 10 lat powstała parlamentarna grupa polsko-białoruska. Wszedłem w jej skład licząc, że uda się być może wywalczyć jakieś polepszenie losu dla Polaków na Białorusi.

Łukaszenka żadnym konstruktywnym dialogiem ani współpracą nie był zainteresowany. W odpowiedzi na serię pozytywnych gestów z polskiej strony wprowadził do swojego parlamentu… ustawę de facto likwidującą ostatnie dwie polskie szkoły publiczne na Białorusi. Ostatnie dwie! Na Litwie, gdzie Polaków jest dwa-trzy razy mniej niż na Białorusi i gdzie również nasi rodacy muszą się zmagać z dyskryminacją państwa litewskiego, mają jednak do dyspozycji około sześćdziesięciu szkół, dla porównania.

Walczyć o Polaków, minimalizować straty

Łukaszence nie zależało i nie zależy na żadnym porozumieniu ani partnerstwie z Polską. Już w 2015 roku jego zależność od Moskwy była tak duża, że jedyne co zrobił to użył „odmrożenia” relacji z rządem w Warszawie żeby wynegocjować u Putina korzystniejsze warunki współpracy. A potem wrócił do swojej starej, antypolskiej polityki, a właściwie nigdy z niej nie zrezygnował.

Myśmy w Konfederacji oczywiście o tym wszystkim wiedzieli w ubiegłym roku. Wiedzieliśmy po pierwsze, że Łukaszenka trzyma Polaków na Białorusi jako zakładników a po drugie, że państwo polskie ma bardzo ograniczone możliwości wpływania na sytuację w tym kraju. Tam po prostu od dłuższego czasu, z zewnątrz, karty rozdaje już tylko Moskwa a co więcej, Zachód tę sytuację zaakceptował.

Dlatego postulowaliśmy ostrożność i minimalizowanie ewentualnych strat dla Polski i Polaków na Białorusi. Nikt nie powinien jednak wyciągać z tego wniosku, że jesteśmy naiwni wobec Łukaszenki albo wierzymy w jego dobrą wolę wobec Polski i Polaków w tym kraju. Nigdy, w żadnym momencie jego trwających ponad 25 lat rządów, takiej dobrej woli nie było.

Bezdroża demokratycznego mesjanizmu

W tym miejscu rozprawmy się też z drugim, obok „łukaszenkofilskiego”, typem myślenia o Białorusi, jaki dominuje u większości polityków i elit nad Wisłą, które deklarują i realizują bezkrytyczne wsparcie dla tamtejszej opozycji i uważają to za cel ważniejszy niż walkę o prawa Polaków za Bugiem. Nie będę się zajmował tymi fantastami, którzy twierdzą, że misją polskiego państwa jest „walka o demokrację liberalną” i w imię tej walki powinniśmy poświęcać nasze interesy narodowe. To są zwykli, utopijni szkodnicy, których niestety nadmiar jest w Polsce zwłaszcza wśród elit.
Odniosę się jedynie do tych, którzy mówią mniej więcej tak: „skoro z Łukaszenką nie można się dogadać i porozumieć (co jest prawdą, jak opisałem powyżej) to nie pozostaje nic innego niż wspierać opozycję i liczyć, że gdy kiedyś będzie ona rządzić a zainwestowane w nią poparcie „zwróci się” w postaci dobrej współpracy Warszawy i Mińska”. Otóż relacje z opozycją warto zawsze mieć, jak i kanały komunikacji z samym Łukaszenką, niezależnie od sytuacji, bo polityka międzynarodowa to gra, w której nie należy wykluczać z góry żadnych opcji, ale to podejście ma dwa, fundamentalne błędy.

Po pierwsze, nie jest wcale powiedziane, że Łukaszenka zostanie zastąpiony ekipą wywodzącą się z dzisiejszej opozycji. Pamiętajmy, że kluczowa jest tu rola Moskwy na Białorusi, która w coraz większym stopniu kontroluje wszystkie resorty siłowe, zwłaszcza armię i dostawy surowców. Po drugie, inwestowanie w dobre relacje z ludźmi, którzy kiedyś mogą rządzić innym państwem jest oczywiście co do zasady słuszne, ale zupełnie nie przesądza o charakterze przyszłych relacji.

Liczy się siła, a nie przyjaźń

O tym, czy Polska będzie liczącym się graczem w tej części Europy zdecyduje nasz potencjał gospodarczy, polityczny, kulturowy, militarny. Jeśli będziemy silni, jeśli będziemy mieli niepodważalne argumenty w postaci pozytywnej oferty, ale i instrumenty nacisku, wtedy nawet nieżyczliwi będą się musieli z nami liczyć i współpracować. Jeśli będziemy słabi i całkowicie zależni od polityki obcych stolic, nawet życzliwi będą nasze interesy, opinie i współpracę z nami olewać.

Dlatego polityka państwa polskiego, zamiast miotać się między bezkrytycznym popieraniem opozycji a próbami obłaskawienia Łukaszenki, powinna po prostu zawsze stawiać prawa kulturowe, oświatowe i językowe Polaków na Białorusi jako najważniejszy temat w relacjach dwustronnych. Jesteśmy to po prostu winni setkom tysięcy rodaków mieszkających na ziemi przodków i chcących Polakami pozostać. Bez aktywnej solidarności z rodakami na Kresach kwestionujemy w ogóle istnienie kategorii dobra wspólnego w naszym życiu publicznym, a co za tym idzie – de facto uderzamy w rdzeń istnienia naszego narodu i państwa.

Cele skromne, ale realne

Co więcej – wywalczenie Polakom na Kresach znośnych warunków funkcjonowania jest dosyć skromnym, ale możliwym do osiągnięcia celem. Tymczasem naszą debatę o Białorusi zdominowali utopiści. Jedni wbrew oczywistym faktom będą sławić rzekome cnoty Łukaszenki i możliwość głębokiej współpracy. Drudzy – głosić demokratyczny imperializm i mesjanizm, którego nikt poza Polską w Europie nie rozumie i nie czuje, a na którego skuteczne prowadzenie nasze państwo nie miało ani sił, ani środków.

Tak jak w ubiegłym roku apelowaliśmy o ostrożność by nie pogorszyć losu Polaków, tak z tych samych powodów dziś domagamy się od rządu w Warszawie wyciagnięcia wobec Łukaszenki najdalej idących konsekwencji w związku z jego polityką represji. Blokada gospodarcza, uderzająca przede wszystkim w białoruski transport (my poradzimy sobie dużo łatwiej przez państwa bałtyckie i Ukrainę), zabieganie o sankcje wobec wszystkich urzędników każdego szczebla, którzy w prześladowania są zaangażowani, wreszcie – nieograniczona pomoc dla wszystkich organizacji i środowisk polskich na Białorusi.

Podkreślmy – pole manewru państwa polskiego na Białorusi jest radykalnie ograniczone a próby rozmów „po dobroci” z Łukaszenką straciły sens. Trzeba po prostu wykorzystywać posiadane przez Polskę narzędzia nacisku w tej priorytetowej sprawie jakim jest możliwość życia i działania naszych rodaków w tym państwie. W perspektywie najdalej kilku lat jest zresztą prawdopodobne, że nawet dla Moskwy koszty utrzymywania obecnego prezydenta Białorusi u władzy, po jego gwałtownej i wciąż trwającej konfrontacji z większością obywateli, okażą się zbyt duże.

Zobacz także: Zatrzymano 13 cudzoziemców. Chcieli dostać się do Polski pod pretekstem dołączenia do współmałżonków

Łukaszenka musi tymczasem bardzo namacalnie odczuć, że prześladowanie Polaków ma swoją bardzo wysoką cenę a na dłuższą metę, wobec trudnej sytuacji ekonomicznej i politycznej na Białorusi – po prostu mu się nie opłaca. Musimy w tym temacie oczekiwać i wymagać od wszystkich partnerów naszego państwa na arenie międzynarodowej, którym Polska świadczy różne przysługi, solidarnej i aktywnej postawy. Taka agenda musi stać się celem, sednem polityki państwa polskiego wobec Białorusi.

Robert Winnicki

Poseł Konfederacji

Prezes Ruchu Narodowego

Lewicowi aktywiści obrzucili prawicową manifestację kamieniami.

/ Fot. Twitter

W środę odbył się wiec wyborczy hiszpańskiej konserwatywnej partii VOX. Grupa manifestantów zakłóciła spotkanie. Kilkanaście osób trafiło do szpitala.

Jak informuje VOX Polonia, „Vox zaatakowany wczoraj w Madrycie przez Antifę wspieraną przez socjalistyczny rząd komunistyczny podczas oficjalnej prezentacji kandydata do Madrytu”.

Atak rozpoczął się podczas przemówienia Santiago Abascala, lidera partii VOX. Kilkudziesięciu napastników rzucało kamieniami, celując w mównicę.

Ofiary ataku

Lewicowi aktywiści ranili 13 zwolenników partii VOX oraz 20 policjantów. Lider partii podsumował działanie bojówkarzy. – Oto do czego dopuściło Ministerstwo Spraw Wewnętrznych kierowane przez Fernando Grande-Marlaskę – wykrzyczał Santiago Abascal

Po zamieszkach, wieczorem, Irene Montero, hiszpańska minister do spraw równouprawnienia poparła atak. – Mieszkańcy dzielnicy Vallecas bronili się jedynie przed rasizmem, przesadną męskością, wrogością wobec mniejszości seksualnych i biednych. – stwierdziła.

4 maja zaplanowano wybory do parlamentu w Madrycie. Warto przypomnieć, że podobne incydenty miały już miejsce. Przed lutowymi wyborami do parlamentu w Katalonii, politycy partii VOX kilkukrotnie byli obrzucani kamieniami.

tvp.info, wnp.pl

Niemiecki Federalny Trybunał Konstytucyjny ma rozpatrzyć sprawę Funduszu Odbudowy. Jak się okazuje, na ostateczny werdykt być może trzeba będzie czekać wiele miesięcy. To może storpedować unijną inicjatywę.

Wartość Funduszu Odbudowy ma opiewać na kwotę 750 miliardów euro. Kwota ta ma zostać przekazana obszarom unijnym najbardziej poszkodowanym w czasie pandemii koronawirusa.

Zarzuty wobec programu

Wątpliwości podnoszone w Niemczech dotyczą sprzeczności funduszu z traktatami unijnymi. Wysnuto także zarzut, że program narusza konstytucję państwową. Najbliższe kilka tygodni pokaże, czy sąd niemiecki wyda nakaz opóźniający ratyfikację.

Grupa eurosceptyków Bündnis Bürgerwille złożyła wniosek o zablokowanie funduszu. Głównym zarzutem jest stwierdzenie, iż Unia Europejska nadużywa uprawnień zaciągając długi. W związku z tym naruszona zostaje także wewnętrzna suwerenność budżetowa.

Niemiecki ekonomista i polityk Bernd Lucke złożył skargę w sprawie programu. Oznajmił, że „nie ma zamiaru blokować Funduszu Odbudowy. Chcę mieć pewność, że sposób finansowania jest zgodny z prawem i nie narusza traktatów UE”.

Jego zdaniem Fundusz Odbudowy należałoby sfinansować z zadłużeń państw członkowskich, a nie samej Unii. Zdaniem lewicowych polityków, jeśli zarzuty złożone przez polityka zostaną uwzględnione, osłabiona gospodarka krajów UE może pogrążyć się jeszcze bardziej. – Oznaczałoby to porażkę europejskiej solidarności podczas pandemii – stwierdziła Katja Keul, rzecznik Partii Zielonych.

Zawieszenie ratyfikacji przez Trybunał Konstytucyjny Niemiec może zablokować wprowadzenie ustaleń Funduszu Odbudowy na dłuższy czas.

Na twitterze sprawę skomentował także publicysta Andrzej Krajewski.

ft.com

Holandia

Holandia / Fot. Pixabay

W Holandii zmieniono założenia godziny policyjnej na skutek prośby muzułmanów. Powoływali się oni na muzułmańskie święto, Ramadan. Dziennikarze prowokowali wiernych idących do kościoła. Skutkowało to ostrymi reakcjami ludzi.

Mark Rutte, premier Holandii, postanowił poluzować obostrzenia covidowe, które w kraju wciąż obowiązują. Zmieniono mi.in. założenia godziny policyjnej na skutek prośby muzułmanów, którzy powoływali się na Ramadan.

– Godzina policyjna została utrzymana, ale został zmieniony jej czas trwania z 21 na 22. Niby ze względu na zmianę czasu – mówiła Ewa Żyźniewska, korespondent z Holandii na kanale Media Narodowe.

Codzienny post w Ramadanie kończy się w tym roku między 21 a 21:30. Okazuje się, że wielu muzułmanów ma wtedy ochotę na odwiedzenie swoich rodzin. Burmistrzowie Rady Bezpieczeństwa zwrócili się wprost do odchodzącego ministra sprawiedliwości Grapperhausa, o przesunięcie godziny policyjnej o jedną godzinę.

Dziennikarze prowokowali wiernych

E. Żyźniewska odniosła się również do sytuacji wyznawców protestantyzmu, którzy w trakcie Wielkiego Tygodnia licznie przybywali do kościołów w Holandii.

Przed kościołami na wiernych czekali dziennikarze. Redaktorzy prowokowali ich, pytając m.in. dlaczego tak masową idą do kościoła lub czy zrobili testy na koronawirusa. Dziennikarze zadręczali ludzi pytaniami, przy czym sami nie zachowując zasad sanitarnych, stali po trzydziestu pod jednym kościołem.

– Ci ludzie po prostu mają do tego kościoła chodzić. To jest ich obowiązek, to wynika z ich wiary i to nie ma nic wspólnego z prawem. Podkreślali, że jest to prawo boskie – powiedziała E. Żyźniewska.

Prowokacje skutkowały nerwowymi reakcjami ludzi. Jeden z dziennikarzy został potrącony samochodem, innego uderzono.  

Na forum Organizacji Narodów Zjednoczonych doszło do kolejnej próby przeforsowania do międzynarodowego dyskursu takich pojęć jak prawa reprodukcyjne i seksualne, edukacja seksualna czy prawo do aborcji. W Meksyku odbyła się pierwsza część przełożonego z powodu pandemii Generation Equality Forum. Celem wydarzenia było m.in. opracowanie „strategii feministycznej”. Organizatorzy zobowiązali się do przekazania co najmniej 100 mln dolarów na propagowanie ideologii gender i walkę ze „stereotypami genderowymi”. Z okazji Forum, wsparcie finansowe dla ruchów feministycznych zapowiedzieli też Bill i Melinda Gates.

Wydarzenie, pierwotnie zaplanowane na 2020 r., miało za zadanie uczcić 25. rocznicę uchwalenia Pekińskiej Platformy Działań – dokumentu wieńczącego IV Światową Konferencję Praw Kobiet w Pekinie. Forum zostało zwołane przez UN Women we współpracy z rządami Francji i Meksyku oraz przy wsparciu organizacji pozarządowych. Wydarzenie ma charakter dwuetapowy – rozpoczęło się w mieście Meksyk, a jego kulminacja będzie miała miejsce w Paryżu.

Jak wskazują organizatorzy, jednym z celów forum ma być opracowanie wielostronnej strategii feministycznej w celu propagowania i promowania przyspieszonych zmian w kierunku równości genderowej przed 2030 r. Kolejnymi rezultatami wydarzenia mają być utworzenie wspólnej „Koalicji działania” (polegającej na zawarciu partnerstw z różnymi podmiotami celem podjęcia pilnych działań na większą skalę) oraz stworzenie wielostronnego sojuszu krajów w podobnych celach.

Wydarzenie odbyło się w formie online. Konferencja składała się z wielu interaktywnych sesji, w których wzięli udział przedstawiciele rządów, organizacji pozarządowych, aktywiści LGBT oraz interesariusze sektora prywatnego. Mieli oni „świętować” siłę aktywizmu, solidarności feministycznej, a także opracować wspólne strategie na rzecz wspierania równości genderowej. Ostatecznie, organizatorzy zobowiązali się do przekazania minimum 100 mln dolarów na rzecz przyspieszenia działań na rzecz propagowania ideologii gender oraz walki z tzw. stereotypami genderowymi. Gospodarz wydarzenia – rząd Meksyku zapowiedział „rewolucyjne zmiany” w państwie poprzez wdrożenie ideologicznej agendy w celu wzmocnienia działań na rzecz zmiany kulturowej oraz „wykorzenienia” stereotypów. W wydarzeniu mieli również swój udział Bill i Melinda Gatesowie – postaci znane ze swojej szerokiej działalności na rzecz propagowania ideologicznych rozwiązań oraz finansowania aborcji. Zapowiedzieli swoje wsparcie finansowe dla ruchów feministycznych celem przyspieszenia zmian.

Brytyjczycy o krok od odporności stadnej. Naukowcy nie mają wątpliwości

W ramach Forum, państwa chcące dołączyć do koalicji mają przyjąć tzw. dobrowolne „zobowiązania”. Jest to nowa formuła wpływania na obowiązujące prawo międzynarodowe. Choć zobowiązania są niewiążące, a przystąpienie do nich ma charakter dobrowolny, wpływają one w istotny sposób na język, którym posługują się międzynarodowe organizacje. Ich prawdziwym celem jest podważenie dotychczas obowiązującego konsensusu w sprawach takich jak prawa reprodukcyjne, aborcja oraz działalność na rzecz równości kobiet i mężczyzn. Tak jak celem szczytu w Nairobi było podważenie ustaleń wynikających z Konferencji w Kairze (1994), podczas której państwa stwierdziły, że aborcja nie może być uznawana za jedną z metod planowania rodziny i obowiązkiem wspólnoty na każdym szczeblu jest minimalizacja aborcji, tak zamierzeniem Generation Equality Forum jest redefinicja postanowień Konferencji w Pekinie (1995). Co istotne, podczas pekińskiej konferencji do oficjalnego języka międzynarodowego wprowadzony został termin „gender”, jednakże państwa zaznaczyły, że powinien być on interpretowany w sposób neutralny – jako kobieta i mężczyzna w kontekście kulturowym. W żadnym razie nie miał się on odwoływać do radykalnych koncepcji twierdzących, że kobiecość i męskość są wyłącznie społecznymi konstruktami powstałymi na przestrzeni dziejów w wyniku odwiecznej walki płci. W Pekinie powtórzono również przyjęte w Kairze zobowiązania dotyczące zmniejszania ilości przeprowadzanych aborcji. Pomimo licznych prób ponawianych przez 25 lat przez radykalne środowiska, państwa członkowskie ONZ nigdy nie zgodziły się na zmianę tych postulatów.

– Podczas szczytu w Nairobi po raz pierwszy zastosowano nową taktykę obchodzenia międzynarodowego konsensusu i tworzenia alternatywnych zobowiązań mających rzekomo dotyczyć tylko niektórych państw i organizacji. Jak pokazują doświadczenia ostatniego roku, ich prawdziwym celem jest wpłynięcie na oficjalny język prawa międzynarodowego, a przede wszystkim akty miękkiego prawa międzynarodowego, w których projektach – pomimo sprzeciwu tak wielu państw – nieustannie pojawiają się odwołania do kontrowersyjnych postanowień szczytu w Nairobi. Nie ma wątpliwości, że ta sama strategia zastosowana zostanie również do „zobowiązań”, które mają być przyjęte podczas Generation Equality Forum – podkreśla Karolina Pawłowska, dyrektor Centrum Prawa Międzynarodowego Ordo Iuris.

Przedstawiciele Instytutu Ordo Iuris byli obecni na kluczowych wydarzeniach organizowanych w ramach Forum w Meksyku. Jak zostało to już wskazane, forum to miało charakter przygotowawczy wobec kulminacyjnego wydarzenia planowanego na lipiec w Paryżu.