Ciemny dym dodano komputerowo

Ciemny dym dodano komputerowo / Fot. ZDF

Państwowy nadawca Zweites Deutsches Fernsehen (ZDF) znalazł się pod ostrzałem krytyki za zdjęcie wykorzystane w niedawnej audycji na temat dalszego wykorzystywania energii jądrowej w Niemczech. Wielu oskarżało stację telewizyjną o fotomontaż czarnych chmur w zdjęciu atomowej elektrowni.

W związku z trwającym kryzysem energetycznym, częściowo spowodowanym przez szaloną agendę klimatyczną kraju, niektórzy wzywają teraz do planowanej likwidacji pozostałych elektrowni jądrowych w państwie. Mają zostać wyłączone do końca roku, aby “pomóc złagodzić sytuację”.

Fot. ZDF

Jednak w materiale na ten temat wyemitowanym przez ZDF, zgodnie z artykułem opublikowanym przez “Bild”, nadawca najwyraźniej zmodyfikował zdjęcie przedstawiające elektrownię jądrową, dodając ciemne chmury. Takie elektrownie w naturalny sposób emitują tylko parę wodną, ​​która skroplona przybiera formę białych chmur.

“Dym z Mordoru”

Fotografia została wykorzystana zarówno w transmisji, jak i jako miniatura na wielu platformach internetowych, takich jak Youtube. “Bild” zastanawia się, czy czarne chmury zostały dodane, aby energia jądrowa – często postrzegana jako straszak przez bojowników o klimat, takich jak osoby kontrolujące Gretę Thunberg – wydawała się bardziej nieprzyjazna dla środowiska.

ZDF wprost temu zaprzeczył, deklarując, że ciemna chmura jest tam, aby reprezentować możliwość przerw w dostawie prądu i ogólnej niestabilności w sieci energetycznej. Czyli, że to taka metafora, symbol. Publiczny nadawca zastąpił jednak miniaturę swojej transmisji na Youtube innym obrazem elektrowni, tym razem z odpowiednio pokolorowanymi białymi chmurami.

Fot. ZDF

Wedle pojawiających się informacji nie jest to pierwszy przypadek przyłapania ZDF na dodawaniu czarnego dymu do zdjęcia elektrowni jądrowej. Nadawca publiczny został wcześniej przyłapany na podobnym wyczynie w lutym tego roku, a rzecznik organizacji miał twierdzić, że do fotografii dodano ciemniejszą warstwę, aby ułatwić czytanie tekstu. Aczkolwiek zwrócono uwagę na to, że czarny dym nie znajdował się akurat w miejscu tekstu. Rzecznik stacji oznajmił:

Niestety, ten poziom został nieprawidłowo ustawiony.

Chcesz być na bieżąco? Czytaj codziennie MediaNarodowe.com

Bild, Breitbeit News

Wpis grupy Stonewall i wybrane reakcje na niego.

Wpis grupy Stonewall i wybrane reakcje na niego. / Fot. Facebook/Twitter

Zobacz także: Szwedzkie Siły Zbrojne: “Wspieranie dumy gejowskiej jest tak samo ważne jak obronność kraju”

Prezes Ruchu Narodowego w Lublinie Piotr Zduńczyk zwrócił uwagę na hipokryzję lewicowych środowisk.

Pedofil ksiądz – cały kościół należy zniszczyć.
Pedofil gej – wielbiciel młodych mężczyzn – napisał w komentarzu.

Podobnych komentarzy było na tyle wiele, że przedstawiciel Stonewall w końcu zdecydował się do tego odnieść.

Za pedofilię uważa się „czynności seksualne wobec dzieci przed okresem dojrzewania”, a współczesny kodeks karny mówi, że karze podlega osoba, która „obcuje płciowo z małoletnim poniżej lat 15 lub dopuszcza się wobec takiej osoby innej czynności seksualnej”. Szymanowski nie tylko nie popełniał żadnych czynów zabronionych według dzisiejszych o wiele ostrzejszych kryteriów prawnych i obyczajowych, ale również nie popełniał ich – co o wiele ważniejsze – według wymogów prawnych czy obyczajowych czasów, w których żył. A żył w czasach, w których 23-letnie kobiety nazywano „starymi pannami”, a ślub brało się w wieku lat 19. Nie będę tu już nawet wspominał o tym, że oceniając przeszłość według dzisiejszych norm, należałoby uczyć w szkole, że Władysław Jagiełło to pedofil, bo był już po czterdziestce, kiedy ożenił się z 12-letnią Jadwigą Andegaweńską. Reasumując: można o Karolu Szymanowskim powiedzieć naprawdę wiele – był zakochany w samym sobie, był nieprawdopodobnym wręcz mizoginem, a nawet być może antysemitą, ale nie był Karol Szymanowski żadnym pedofilem i bez wątpienia wielbił młodych mężczyzn. Mike Urbaniak – napisał.

Chcesz być na bieżąco? Czytaj codziennie MediaNarodowe.com

Twitter, Facebook

Miniaturowe urządzenie zastąpi USG?

Miniaturowe urządzenie zastąpi USG? / Fot. YouTube

Zobacz także: Zapasy gazu w Europie. Jak wygląda sytuacja Polski? Zobacz wykres

Zamiast skomplikowanej i zajmującej wiele miejsca aparatury USG… urządzenia wielkości znaczka pocztowego, które wystarczy przykleić do skóry, by otrzymać obraz narządów wewnętrznych czy naczyń krwionośnych? To projekt amerykańskich naukowców z Massachusetts Institute of Technology, o czym poinformowali za pośrednictwem czasopisma “Science”.

Miniaturowe urządzenie do wyświetlenia obrazu narządów wewnętrznych musi połączyć się ze smartfonem albo komputerem. Zdaniem naukowców, choć wynalazek nadal jest w fazie testów, już teraz mógłby zostać udostępniony szpitalom.

W myśl naszej wizji, widzimy kilka plastrów przyklejonych do różnych miejsc na ciele. Plastry te komunikowałyby się z telefonem komórkowym, gdzie algorytmy AI analizowałyby przesyłane przez naklejki dane i generowały obrazy. Wierzymy, że [poprzez ten projekt] otworzyliśmy nową erę obrazowania typu wearable: dzięki kilku naklejkom na ciele, mógłbyś zobaczyć swoje organy wewnętrzne – powiedział Xuanhe Zhao – jeden z autorów badania.

Chcesz być na bieżąco? Czytaj codziennie MediaNarodowe.com

spidersweb.pl

Zdjęcie ilustracyjne

Zdjęcie ilustracyjne / Fot. Facebook

Grupa amerykańskich piątoklasistów zakpiła z absurdalnej lewackiej ideologii, gdy nauczycielka podczas lekcji poruszyła na temat “preferowanych zaimków”. W nagraniu z TikToka pani O’Dell radzi się widzów w tej sprawie. Najwyraźniej wg niej to anonimowi internauci mają mieć wpływ na jej sposób “kształcenia”.

O’Dell uczy piątą i szóstą klasę. W filmie wyjaśniła:

Jestem nauczycielką. Uczę 5 i 6 klasy, a dziś rano… w jakiś sposób pojawiła się koncepcja zaimków. Jeden z moich uczniów powiedział: “Cóż, pani O’Dell. Czy pytała pani mnie o moje zaimki?'” A ja na to: „Łał”, właściwie nie zapytałam go o zaimki. Nazwałam go „on” i powiedziałam: „Och. Tak mi przykro. Właściwie nie zapytałam cię, jakie są twoje zaimki”.

Pani O’Dell, która nie ogłosiła publicznie, gdzie uczy, powiedziała, że ​​kiedy zapytała ucznia o “preferowane zaimki”, uczeń odpowiedział:

banan i kamień.

Rewolucja pożera własne dzieci

Nauczycielka kontynuuje:

Właściwie byłam naprawdę zdenerwowana, ponieważ myślałam, że się z tego śmieje. I tak naprawdę nadal jestem prawie pewna, że ​​się z tego śmieje, ale wszyscy zgodzili się, że “nie”, możesz wybrać cokolwiek.

Uczniowie powiedzieli jej:

Jeśli chcesz, aby banan i kamień były twoim zaimkiem, banan i kamień to twój zaimek.

Niezwykle zdezorientowana O’Dell zakończyła film, pytając widzów, czy uczniowie są prawdomówni, jeśli chodzi o preferowane zaimki. Innymi słowy – nauczycielka zapytała anonimowych internautów na TikToku, czy “preferowane zaimki” jej uczniów to naprawdę banan i kamyk.

Czy to prawda? TikTok, powiedz mi. Czy tak?

Może to wydarzenie pomoże jej sobie uświadomić absurdalność lewactwa.

Chcesz być na bieżąco? Czytaj codziennie MediaNarodowe.com

The Post Millenial

Warszawa, uroczystości w rocznicę Rzezi Woli.

Warszawa, uroczystości w rocznicę Rzezi Woli. / Fot. PAP/Piotr Nowak. Sfinansowano przez Narodowy Instytut Wolności ze środków Programu Rozwoju Organizacji Obywatelskich na lata 2018 – 2030

Więcej o Rzezi Woli można przeczytać we wczorajszym artykule red. Jana Bodakowskiego. Wczoraj też odbyły się uroczystości upamiętniające ofiary tej masakry.

Już piątego dnia walk powstańczych Niemcy dopuścili się najokrutniejszej masakry ludności cywilnej. To właśnie 5 sierpnia zamordowano 50 tysięcy mieszkańców warszawskiej Woli.

Tradycyjnie jak co roku uczestniczyliśmy w uroczystościach na skwerze Pamięci w rozwidleniu ulic Leszno i Al. Solidarności, gdzie złożyliśmy wieniec pod pomnikiem upamiętniającym wydarzenia sprzed 78 lat.

Następnie wzięliśmy udział w Marszu Pamięci na Cmentarz Powstańców Warszawy na Woli, podczas którego wyczytywane były nazwiska mieszkańców stolicy, którzy zginęli podczas powstania – poinformowała Straż Narodowa.

Chcesz być na bieżąco? Czytaj codziennie MediaNarodowe.com

Służby na miejscu wypadku na chorwackiej autostradzie A4.

Służby na miejscu wypadku na chorwackiej autostradzie A4. / Fot. Stopklatka z chorwackiej telewizji HRT

  • Według podawanych przez chorwacką policję informacji do zdarzenia doszło na odcinku autostrady między Jarkiem Bisaškim a Podvorec. Autokar wypadł z drogi.
  • Ranni są przewożeni do kilku szpitali w Zagrzebiu, Varaždinie i Čakovcu – powiedział Matko Murić, rzecznik Komendy Policji w Varaždin.
  • Ambasada RP w Zagrzebiu uruchomiła infolinię + 385 148 99 414, pod którą członkowie rodzin ofiar mogą uzyskać informacje.
  • Zobacz także: 11. rocznica śmierci Leppera. Konfederacja zamierza powołać specjalna komisję

Trwa wyjaśnianie okoliczności tragedii. Na miejsce wypadku, oprócz stosownych służb, przybył już m.in. minister spraw wewnętrznych Davor Božinović oraz wicepremier Tomo Medved. Według podawanych przez chorwacką policję informacji do zdarzenia doszło na odcinku autostrady między Jarkiem Bisaškim a Podvorec. Autokar wypadł z drogi.

Ruch na autostradzie A4 Goričan-Zagrzeb między węzłami Breznički Hum i Komin w kierunku Zagrzebia został zablokowany. Podejrzewa się, że kierowca zasnął za kierownicą – podają chorwackie media.

Ranni są przewożeni do kilku szpitali w Zagrzebiu, Varaždinie i Čakovcu. Wszystko zorganizowaliśmy i wszystko idzie zgodnie z planem na takie sytuacje, co oznacza, że ​​ambasada również zostanie poinformowana, aby skontaktować się z rodzinami i poinformować je o tym, co się stało. Dziesiątki osób zostało rannych, a niestety więcej osób zginęło – powiedział Matko Murić, rzecznik Komendy Policji w Varaždin.

Jak informują chorwackie media, część rannych jest w ciężkim stanie. Chorwackie MSW podało, że w szpitalu zmarła jedna z osób rannych w wypadku. Liczba ofiar śmiertelnych wzrosła do 12.

Policja z Varaždin poinformowała, że ​​oprócz funkcjonariuszy policji z departamentów Varaždin i Zagrzebia, na miejscu wypadku zaangażowanych jest kilka zespołów pogotowia ratunkowego i straży pożarnej z obu powiatów.

Ruch na autostradzie A4 w kierunku Zagrzebia odbywa się jednym pasem.

Do sprawy odniósł się już premier Mateusz Morawiecki:

RMF24, DNEVNIK.hr, 24sata, HRT

Reklama "LGBT" szwedzkiej armii.

Reklama "LGBT" szwedzkiej armii. / Fot. Twitter/Ann Linde

  • Szwedzkie Siły Zbrojne oświadczyły, że “wspieranie dumy gejowskiej jest tak samo ważne jak obronność kraju”.
  • Naczelny dowódca Micael Bydén powiedział, że jedną z głównych funkcji sił zbrojnych powinno być okazywanie poparcia LGBT.
  • Sam maszerował na propagujących LGBT “paradach”.
  • Zobacz też: Południowokoreańska misja kosmiczna. Orbiter Danuri w drodze na Księżyc

Szwedzkie Siły Zbrojne rozpoczęły kampanię głoszącą, że “festiwale dumy gejowskiej” są “ważniejsze niż kiedykolwiek”, i jedną z “podstawowych wartości” wojska w “niepewnych czasach”. Szwedzkie służby wojskowe napisały w oświadczeniu:

Są tacy, którzy twierdzą, że siły zbrojne mają teraz ważniejsze rzeczy, na których mogą się skupić niż machanie flagą Pride. Prawa są stawiane przeciwko sobie i można się zastanawiać, co jest ważniejsze: silna obrona czy równa wartość wszystkich? Dla nas nie ma sprzeczności. Zadaniem Sił Zbrojnych jest obrona Szwecji, wszystkich jej mieszkańców, naszej demokracji i naszych praw. Bo w końcu nikt nie stoi bez praw i bez ochrony.

Szwedzka armia twierdzi, że promowanie LGBT jest równie ważne, a nawet ważniejsze niż obrona Szwecji przed militarnym atakiem obcego przeciwnika.

Wojsko szwedzkie promuje LGBT

Naczelny dowódca Micael Bydén, który osobiście maszerował na propagujących LGBT “paradach”, powiedział, że jedną z głównych funkcji sił zbrojnych powinno być okazywanie poparcia takim inicjatywom.

Uczestnicząc w Pride, Siły Zbrojne chcą pokazać swoją tolerancję dla różnic między ludźmi w kraju, którego mamy bronić. Dlatego jesteśmy częścią Pride.

Chcesz być na bieżąco? Czytaj codziennie MediaNarodowe.com

Summit News

Zdjęcie ilustracyjne.

Zdjęcie ilustracyjne. / Z archiwum Mirosława Duszaka (pierwszy z lewej z brodą).

Część 1 i część 2.

Wiadomość o pacyfikacji buntu internowanych szybko obiegła całą Polskę i przez Radio Wolna Europa, France Internationale, BBC i Głos Ameryki dotarła na cały zainteresowany pogrążony w stanie wojennym Kraj i świat. Nieocenioną rolę tu odegrał tu Kościół Katolicki wykorzystujący ambony do komunikowania o bestialskim pobiciu i nawołujący do pomocy rodzinom ofiar. Kwidzyn i okolice zasłane były plakatami i ulotkami ilustrującymi pacyfikację sprowokowanego protestu. Upokorzeni internowani następnego dnia (15 sierpnia) ogłosili protest głodowy domagając się spełnienia swoich postulatów. Protestujący żądali odwołania odpowiedzialnego za bestialskie represje nowego komendanta kpt. Juliusza Pobłockiego, przybycia delegacji Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża, przybycia komisji rządowej i przedstawicieli Episkopatu Polski, jak również ukarania sprawców bestialskiego pobicia.

Prowokacja komendanta

Kiedy spojrzymy na przebieg wydarzeń w ZK Kwidzyn w dniu 14 sierpnia 1982 r. widzimy ustawkę z prowokacją zaprojektowaną gdzieś znacznie wyżej niż na szczeblu komendanta więzienia. Jej celem było odebranie internowanym wynegocjowanych przywilejów i przywrócenie ostrej więziennej dyscypliny. W związku z tym jeszcze przed protestem internowanych nowo mianowany komendant Pobłocki (wcześniej komendant w ZK Malbork) ściągnął posiłki funkcjonariuszy z więzień: Sztumu, Elbląga i Iławy. Pacyfikacja internowanych miała być też swoistą pokazówką, dlatego prawdopodobnie użyto prowokatorów (osadzonych wśród internowanych) do wywołania pożaru. Komendant Pobłocki przygotowywał również udział Straży Pożarnej, która została wcześniej wezwana z powodu rzekomego pożaru. Przypomnijmy, że bezpośrednią przyczyną wybuchu protestu była decyzja nowego komendanta niespodziewanie wstrzymująca wizyty przybyłych z całej Polski rodzin z internowanymi.

Jeden z później najbardziej bestialsko pobitych Władysław Kałudziński (został inwalidą II grupy) odnotował, że internowany Włodzimierz Pugacz z Olsztyna, który wdrapał się z nim na dach, aby lepiej ocenić sytuację, wskazał mu przygotowane tam butelki z benzyną, którymi Kałudziński miałby podpalić dach więziennego pawilonu. Kałudziński doszedł jednak do wniosku, że to prowokacja. Jeden z internowanych Janusz Rodziewicz, rzecznik prasowy „Solidarności” z Zielonej Góry, (TW „Marcin” siedział z nami jeszcze w ZK Łowicz) próbował nasączyć materac pastą podłogową podpalić go i wrzucić go na dach pawilonu. Problem w tym, że materac nie chciał się palić i inny internowany zrzucił go z dachu. W rezultacie wezwano Straż Pożarną do pożaru, którego nie było. Wspaniały i niezłomny komendant Straży Pożarnej Roman Gołuch, który nie dał się zmanipulować w uśmierzanie protestu (użycie motopompy przeciwko internowanym) zeznawał, że podczas półtoragodzinnego pobytu nie zauważył pożaru, a jedyne co widział to bestialskie znęcanie się nad internowanymi.

Jeśli można przyjąć, że zepchnięcie protestujących internowanych do pawilonów po zagadkowym (?) przecięciu siatki (plan i narzędzia) i naszym wdarciu się na „pas śmierci” mogło być uzasadnione, to z pewnością nie było uzasadnione metodyczne bestialstwo wobec internowanych w zamkniętych już celach. W poprzedniej części opisywałem niezwykłe zezwierzęcenie uzbrojonych funkcjonariuszy służby więziennej pastwiących się nad przecież bezbronnymi internowanymi. Konsekwencją tego bestialstwa było u kilku osób wstrząśnienie mózgu, naruszony kręgosłup, odbite nerki, sine plecy, nogi i ręce.

Gry cierpieniem ofiar bestialstwa

W wielu wypadkach zwijającym się z bólu poszkodowanym nie udzielano pomocy lekarskiej. Okropnie pobity uczeń z Zamościa Radek Sarnicki zapadł w śpiączkę i został dopiero zabrany następnego dnia do szpitala w Gdańsku. Cierpiał na krwiomocz, sztywność karku, brak refleksu plamki żółtej na dnie oka, wstrząśnienie pnia mózgu, oraz obrzęk mózgu. Do szpitala w Kwidzynie trafił nieprzytomny Władysław Kałudziński (z Olsztyna), bracia Andrzej i Zygmunt Goławscy (Siedlce), Adam Kozaczyński (Tomaszów Lubelski), Andrzej Bober (Olsztyn), Andrzej Tomaszewicz (Sieradz), Andrzej Priebe (Piła). Co interesujące naczelnik Pobłocki próbował poszkodowanych wywieźć do więziennego szpitala w Barczewie, lekarz ze szpitala w Kwidzynie jednak na to nie wyraził zgody.

Po 3 dniach skatowanych internowanych przywieziono z powrotem do więzienia tłumacząc to brakiem miejsc w szpitalu. Za wszelką cenę chciano ukryć, wyciszyć narastającą burzę wokół bestialskiej pacyfikacji internowanych. Jednocześnie utrudniano internowanym lekarzom (dr Krzysztof Zadrąg – Suwałki, dr Mirosław Górski – Kwidzyn) niesienia pomocy medycznej najciężej pobitym. 27 sierpnia w szpitalach w Kwidzynie, Gdańsku i Fromborku przebywało jeszcze 9 internowanych.

Nadzieja i wiara w sprawiedliwość

Żeby było ciekawiej, po kilku dniach piszący skargi, składający zeznania najciężej pobici internowani z nadzieją oczekujący na ukaranie najbardziej aktywnych sprawców pobicia, zostali zabrani do „sanatorium” czyli do więzienia w Elblągu. Wywiezionym przedstawiono zarzuty popełnienia przestępstwa i nakaz aresztu: bracia Goławscy, Kałudziński, Kozaczyński, Bober, Duszak, Przybyłko, Żyglicki, Rodziewicz, ci trzej ostatni odwołali swoje skargi o pobicie i śledztwo wobec nich zostało umorzone. Sarnicki, który ciągle przebywał w szpitalu w Gdańsku miał być objęty odrębnym postępowaniem. Wojewódzka prokuratura w Elblągu 6 września 1982 r. rozpoczęła proces karny przeciwko antysocjalistycznym wichrzycielom. Tak więc obserwowaliśmy akt socjalistycznej sprawiedliwości. Bestialsko skatowani ludzie zostali w świetle socjalistycznego prawa oskarżeni o pobicie pełniących swoje obowiązki funkcjonariuszy! Kaci “socjalistycznie” przemienili się w ofiary…

W wyniku skarg pobitych, dowodów zebranych przez MKCK i Episkopat, formalnie 27 sierpnia przybyli przedstawiciele Prokuratury Wojskowej w Elblągu rozpoczęli śledztwo przeciwko więziennym strażnikom nadużywającym siły w czasie pacyfikacji protestu internowanych, jak i po jego zakończeniu. Jednak odstąpiono od ich aresztowania, a następnie od skierowania aktu oskarżenia do sądu. Przypomnijmy, że żaden z funkcjonariuszy więziennych nie doznał szkód z rąk internowanych, tylko jeden narzekał, że się poślizgnął podczas bicia…

Proces: kaci otrzymują status ofiar!

Osadzonym w areszcie śledczym w Elblągu internowanym przedstawiono 25 listopada akt oskarżenia zarzucając im udział w proteście i napadzie na strażników więziennych! Oczywiście oskarżenie opierało się na kłamliwych zeznaniach strażników, bez uwzględnienia zeznań poszkodowanych ofiar ich poczynań.

Haniebny proces przeciwko ciężko pobitym internowanym w ZK Kwidzyn jest nazwany “procesem elbląskim” i trwał od marca do maja 1983 r. 23 maja 1983 r., po 9 miesięcznym pobycie w areszcie śledczym 7 internowanych doprowadzono na rozprawę przed Sądem Wojewódzkim w Elblągu , któremu przewodniczył sędzia Alfons Wierzbicki. Wśród obserwatorów byli: Barbara Sadowska, Ewa Berberyusz, Danuta Szaflarska, Jacek Federowicz, Wanda Falkowska i Kazimierz Świtoń. Oskarżonych bronili adwokaci: Władysław Siła-Nowicki, Jacek Taylor, Tadeusz Kilian, Piotr Andrzejewski, Jerzy Woźniak i Jerzy Świątalski. Po parodii sądowej i ubliżaniu oskarżonym, sąd skazał Zygmunta Goławskiego, Mirosława Duszaka i Adama Kozaczyńskiego na dwa lata więzienia. Andrzeja Bobera sąd skazał na półtora roku, a Władysława Kałudzińskiego na rok. Andrzeja Goławskiego ze względu na ciągle jeszcze zły stan zdrowia sąd skierował do odrębnego postępowania. Radosław Sarnicki otrzymał rok i 9 miesięcy w zawieszeniu.

Rozmydlanie odpowiedzialności

Na proces nie wpuszczono m.in. Lecha Wałęsy, który mógł spotkać się ze skazanymi dopiero po ogłoszeniu wyroku na plebanii. Wykonanie wyroków zawieszono w związku z planowaną amnestią na 22 lipca. Jednocześnie sąd uchylił wobec skazanych areszt tymczasowy do czasu uprawomocnienia się wyroku. Dopiero 17 sierpnia 1983 r. sąd umorzył postępowanie wobec wyżej wymienionych na podstawie amnestii z 22 lipca. Tę samą amnestię zastosowano wobec służby więziennej podejrzanej o nadużycia siły w czasie brutalnej pacyfikacji protestu internowanych w ZK Kwidzyn. Tak wyglądał koniec przykrej farsy systemu sprawiedliwości w późnym PRL-u. Na wolności wskutek dalszych szykan dwóch internowanych opuściło Polskę (Radosław Sarnicki i Andrzej Bober).

Kończąc ten temat trzeba dodać, że do czerwca 1982 r. Centralny Zarząd Zakładów Karnych odnotował 40 grupowych protestów w ośrodkach internowania w „okupowanej” dekretem o stanie wojennym Polsce m.in. w Załężu, Wierzchowie Pomorskim, czy Iławie. Jednak największy, o najbardziej tragicznym przebiegu protest wybuchł 14 sierpnia 1982 r. w ZK Kwidzyn.

Więzienna lista obecności

Jak wyżej wspomniałem w Ośrodku Internowania w ZK Kwidzyn tuż przed pacyfikacją przebywało 149 osób, z tym, że ok. 60 internowanych przebywało na przepustkach, bądź w szpitalu, lub w ostatnim czasie została wypuszczona na wolność, słowem był ewidencyjny bałagan. Dla porządku przypomnę, że naczelnikowi więzienia w ZK Kwidzyn podlegała 20 osobowa straż więzienna i inni pracownicy. Część z internowanych, których znałem jeszcze z ZK Łowicz oficjalnie „siedziała” przebywając jednak na „wolności” na przepustce, zwykle przygotowując się do opuszczenia Kraju i nie była obecna podczas głośnego protestu i pacyfikacji.

Wśród „siedzących” internowanych trwały głośne dyskusje czy można wyjeżdżać z Polski, czy jednak trzeba dalej walczyć z komuną w Kraju. Dalej, czy wyjazd i opuszczenie krajowego pola walki nie jest rodzajem dezercji, czy nawet zdrady. Czasem sytuacja bywała wręcz groteskowa we wprost prześciganiu się poszczególnych grup w swoim hura patriotyzmie. Będąc z natury typem obserwatora odczytywałem takie zachowania jako wynikające z psychologicznych potrzeb przewodzenia, potrzeby kompensacji, imponowania zamkniętych w celach przecież dotąd bardzo energicznych społecznych i politycznych aktywistów dziś pogrążonych w beznadziei, niemocy i niepewności „jutra”. Dochodziło do sytuacji zgoła absurdalnych, kiedy ludzie szykujący się do wyjazdu z Kraju śpiewali „Rotę” („Nie rzucim ziemi skąd nasz ród”)…

Tak naprawdę, to do pewnego stopnia byliśmy bardziej bezkarni w swoim radykalizmie i bezkompromisowym demonstrowaniu swojej „wolności”, patriotyzmu, potępienia komunistycznego systemu w porównaniu z naszymi rodzinami i koleżankami i kolegami na „wolności”. „Na wolności” panował prawdziwy terror – my, szczególnie przed pacyfikacją protestu czuliśmy się naprawdę wolni i takimi realnie byliśmy.

A więc strajk głodowy!

Jak już nadmieniłem, dzień po pacyfikacji 15 sierpnia ok. 100 internowanych ogłosiło protest głodowy, 17 września po przyjeździe delegacji MKCK kilkanaście osób z bloku I, odstąpiło od akcji protestacyjnej. Jeszcze 19 sierpnia głodówkę prowadziło nieco powyżej 80 osób aż do 26 sierpnia, jednak ludzie powoli wykruszali się. Do 29 sierpnia głodowało jeszcze 35 osób, następnie już tylko 7, do 3 września głodowały jeszcze 4 internowanych. Głodujący nie przyjmowali więziennych posiłków, a swoje zapasy pozyskane z paczek wystawiali na korytarz, nie wychodzili również na spacery. Rano piliśmy niepełną szklankę gorzkiej herbaty, a na obiad szklankę wody z wapnem.

Kilku internowanych zdecydowało się na absolutną głodówkę, nawet bez przyjmowania płynów! W konsekwencji trafili do szpitala, pamiętam, że w ich otoczeniu niespecjalnie pachniało. Osobiście byłem głodówce przeciwny, mimo peanów wygłaszanych przez internowanych lekarzy na temat dobrodziejstw oczyszczającej organizm głodówki. Jednak człowiek ma sumienie i nie można jeść cokolwiek obcując w celi z ludźmi głodującymi, więc się złamałem i do nich dołączyłem.

Wytworzył się stan pewnej zbiorowej psychozy, nie było wtedy miejsca na indywidualizm. Pamiętam, że 10 dnia głodówki z trudnością wdrapywałem się na swoją piętrową pryczę. Mój kolega Janusz Michaluk miał pewnie lżej tuż pode mną na dolnej parterowej pryczy. Później zauważyłem, że przez kilka miesięcy zacząłem „tyć” co było u mnie nowością, męczyłem się chodząc (stopy). Organizm przestał mi ufać i na wszelki wypadek zaczął „odkładać” na wypadek następnej podobnej akcji. Zakończenie głodówki było związane ze zbliżającym się terminem przymusowego karmienia, wyobrażaliśmy sobie taką mało interesującą sytuację.

Po głodówce

Jeśli chodzi o sytuację tuż po pobiciu, następnego dnia w niedzielę naczelnik więzienia przez głośniki radiowęzła ogłosił odwołanie wszystkich przywilejów i zapowiedział wdrożenie dyscypliny więziennej. Przez 3 dni byliśmy zamknięci w celach, następnie stopniowo otwierano cele, a nawet pozwalano na nadzorowany 1 a później 2 godzinny spacer w małych grupach. Stopniowo przywrócono też możliwość używania łaźni dwa razy w tygodniu, jednak apel/raport wieczorny i gaszenie światła egzekwowano o 22.00. Niektórzy w ramach protestu przez długi czas nie wychodzili na spacery, co wiązało się też z protestem głodowym. Stopniowo pozwalano nam na odwiedziny w innych celach, ale w ramach jednego pawilonu, bloku. Następnie we wrześniu oddano nam zarekwirowane grzałki (betoniarki) i inne rzeczy do codziennego prywatnego użytku. Powoli sytuacja ustabilizowała się i wróciła (regulamin więzienny) do tej z początku 1982 r. Mogliśmy sobie negocjować, ale w konkluzji ten, kto ma siłę, ten kontroluje rzeczywistość.

Po głodówce niektórzy z moich towarzyszy niedoli nie mogli znaleźć sobie miejsca, bądź wyglądali na głęboko zestresowanych i pogrążonych w otchłaniach swojego prywatnego świata, inni jeszcze udawali, że to wszystko po nich spływa i w małych grupach np. grali w karty, czy nawet bierki. Ponownie uruchomiono kurierów, którzy odwiedzali kolejne cele relacjonując najnowsze wiadomości z Polski i ze świata odsłuchane z nielegalnie przemyconych, bądź dobrze ukrytych odbiorników, które nie wpadły w łapy klawiszy w kolejnych kipiszach. Ponownie odrodził się więzienny „przemysł” artystycznego rękodzielnictwa, produkcji znaczków więziennej poczty, druków ulotnych i rozmaitych memorabili. W swoich zbiorach mam przynajmniej dwie większe więzienne produkcje z tamtych dni: poradnik jak rozmawiać z ESBekiem i wykład prof. Leszka Nowaka poświęcony metodologicznym błędom Karola Marksa.

Złe wieści od kumpli z Łodzi

Z „wolności” doszły informacje, że moi ideowi i redakcyjni przyjaciele zostali aresztowani 10 listopada za „niebezpieczny” dla komuchów czyn złożenia wieńca pod tablicą uświęcającą odzyskanie Niepodległości w 1918 r. przy kościele Podwyższenia Św. Krzyża w Łodzi. Wieniec złożyli w imieniu Związku Młodzieży Demokratycznej i NZS-u Andrzej Goździkowski (przewodniczący łódzkiego okręgu ZMD, następnie przewodniczący Rady Osiedla na Lumumby), Dariusz Sowiński (szef wszech-operacji finansowych redakcji „Nowsze Drogi”, Wanda Bubienko (kierownik klubu „Pretor” w III DS-ie) i Andrzej Martula (wolnościowy strzelec, redaktor, kolega z historii i później z socjologii). Tylko Martula zdążył się wymknąć, pozostali trafili na 52 godz. na dołek i po maglu dołożono im grzywny, których nie byli w stanie spłacić. Zawieszono ich w prawach studenta i SB naciskała, aby rektor wydalił ich z UŁ. Uratowała ich brać studencka, która z inicjatywy Krzyśka Strausa błyskawicznie zebrała niezbędne sumy „okupu”. Prorektor prof. Bielski sprzeciwił się ich usunięciu, jednak Goździkowskiemu SB zablokowało adwokacką aplikację.

Breżniew, czyli brak części zamiennych…

Pamiętam dobrze dzień 10-go, czy 11 listopada 1982 r. kiedy cichym popołudniem siedząc w celi usłyszeliśmy potężny wybuch radości w jednej z cel w pierwszym pawilonie. Może się wygłupiają, a może ktoś lubiany wychodzi na wolność? W kilka minut później następna cela eksplodowała okrzykami radości a za nią kolejna. Może któremuś z internowanych urodziło się dziecko i jakoś zabawnie go nazwał? Musi być coś ważnego. A może jakaś amnestia i wreszcie wyjdziemy na wolność?? Stopniowo kolejne cele eksplodowały radością i wiwatowały, cóż to może być? Chyba Wojtek Walczak (UŁ, psychologia, przywódca okupacyjnego strajku studenckiego w Łodzi 1981 r.) zasugerował: „albo to dowcip, albo coś naprawdę ważnego”.

Postanowiliśmy, że nie damy się wciągnąć w jakąś głupią grę kolegów z innych cel, to przecież nie ma sensu. Jednak kiedy sąsiadująca z nami w II pawilonie cela # 14 wybuchła, wtedy któryś z chłopaków wychylił się przez otwarte okno i kraty i zapytał o co chodzi. Rozanielony sąsiad wykrzyknął: „Breżniew zmarł!!!”. Wtedy i my gromko ryknęliśmy, nie wiem, czy utożsamialiśmy to z upadkiem całego Związku Sowieckiego, czy coś w tym rodzaju. Chyba Janusz Michaluk z dolnej pryczy rzucił: „Widzicie, amerykańskie sankcje jednak pracują, zabrakło dla niego części zamiennych!”.

Cela # 15

Zawsze miałem pełne ręce roboty, byłem częstym gościem więziennej biblioteki gdzie wreszcie miałem czas na dogonienie koniecznych lektur znanych klasyków. Dzięki Bogu i niestety stanowi wojennemu miałem wreszcie czas na dokończenie pisania mojej pracy magisterskiej z historii, nad którą pracowałem ostro od czasu internowania w ZK Łowicz (“Tadeusz Kutrzeba. Sylwetka generała wojny obronnej 1939 r. (Próba monografii)”). Tu chciałbym podziękować mojemu przyjacielowi z historii (i później z socjologii) Zbyszkowi Natkańskiemu, który po moim aresztowaniu zebrał gromadzone fiszki i notatki i przekazał mi na odwiedzinach w ZK w Łowiczu. Przyznam się „bez bicia”, że nigdy w życiu nie zaznałem czegoś takiego jak „nuda”…

Przypomnę tylko, że w bestialskim pobiciu nie ucierpieliśmy, gdyż wcześniej sposobem na bezczela zajęliśmy nieczynną celę przeznaczoną w schemacie więzienia na jadalnię (cela #21). To nas uratowało, gdyż byliśmy niejako w odosobnieniu sąsiadując z biblioteką i świetlicą, jednak po reorganizacji zostaliśmy z naszej studenckiej celi wykurzeni. Trafiłem razem z Wojtkiem Walczakiem (przywódca naszych słynnych strajków studenckich w styczniu i lutym 1981 r.) i Januszem Michalukiem (prawo, NZS, redaktor studenckiego pisma „Veto”, współorganizator naszego strajku okupacyjnego w stanie wojennym 14/15 XII 1981 r.), wtedy ostry narodowiec, później nawet wiceprezydent miasta Łodzi) do celi # 15. Cela nazywana była celą „pilską”, gdyż siedzieli w niej chłopaki z Piły. Z Piły siedział Jarek Gruszkowski, Franek Langner, Justyn Wardalski, Andrzej Priebe i Michał Dering (zmarł 2 stycznia 2022 r.) pseudonim „Tata”, który zawsze podkreślał, że jest z Wałcza. Zaprzyjaźniliśmy się, wspólnie uczestniczyliśmy w proteście głodowym, dyskusjach, codziennych trudach i rozmaitych psikusach.

Byłbym zapomniał dodać, że ZK Kwidzyn był położony w bezpośrednim sąsiedztwie supernowoczesnych zakładów celulozy (gdzie również pracowali nasi więźniowie). Codziennie rano, zwykle podczas spożywania śniadania słyszeliśmy głośny specyficzny świst, wtedy szybko biegliśmy, aby zamknąć okna przez które wdzierał się niesamowity smród. Jeśli nie zdążyliśmy zamknąć okien, nie byliśmy w stanie dokończyć śniadania. Po latach w Kaliforni przypadkowo spotkałem inżyniera, który budował (za Gierka) ten jeden z najbardziej nowoczesnych zakładów papierniczych w Europie. Kiedy poznaliśmy się bliżej wielki był jego szok, kiedy wymieniłem sumę za którą te zakłady zostały „sprywatyzowane” (robota ministra Janusza Lewandowskiego). Otóż warte ponad $500 mln Zakłady Celulozowo-Papiernicze w Kwidzynie zostały sprzedane w 1992 r. za $120 mln. Facet zaoponował: „No tak, ale przecież macie prokuraturę, Rząd?”. „To była »operacja« rządu”, odpowiedziałem…

Intelektualne atrakcje w więzieniu

Poza tym odbywały się kursy języków obcych prowadzone przez internowanych lektorów. W sumie tamten czas spędzony wśród ludzi o interesujących życiorysach, wykładowców akademickich w żadnej mierze nie można uznać za stracony. Dobrze pamiętam szalenie popularne i interesujące wykłady z astronomii prof. Antoniego Stawikowskiego z UMK w Toruniu, który w normalnej rozmowie zacinał się, jednak kiedy mówił o bogactwach wszechświata, jego słowa płynęły bez żadnych zakłóceń.

Popularne były też wykłady z filozofii prof. Leszka Nowaka z UAM w Poznaniu, jego teoria trójpana i krytyka filozofii marksistowskiej z pozycji marksizmu. Prof. Nowaka znałem jeszcze z 1981 r. z uniwersytetu w Łodzi, kiedy spowodował spore zamieszanie wśród wielu uznanych autorytetów swoimi krytycznymi tezami wobec marksizmu na kongresie socjologów. Właśnie po ukończeniu studiów historycznych rozpoczynałem drugi fakultet na socjologii UŁ i dzięki zaprzyjaźnionemu dr. Sławomirowi Skalmierskiemu udało mi się tam poznać m.in. młodą i atrakcyjną również intelektualnie (wówczas) prof. Jadwigę Staniszkis. Pamiętam, że w związku z tym, że były kłopoty z zakwaterowaniem, odstąpiłem prof. Nowakowi swoje łóżko w pokoju 118 w VII DS-ie, za co był mi wdzięczny. Była to swoista „sprzedaż wiązana” wtedy wydawaliśmy studenckie pismo „Nowsze Drogi” i nasi redaktorzy przeprowadzili z nim wywiad, który ukazał się w zeszytach „Nowszych Dróg”…

Nareszcie wolny!

Pamiętam, kiedy w Kwidzynie niespodziewanie podczas wykładu prof. Nowaka w drzwiach zapchanej słuchaczami celi ukazał się strażnik i z trudem wyczytując moje nazwisko poinformował, że jestem „WOLNY”! Wtedy opanowany stwierdziłem, że jeśli jestem naprawdę wolny to podejmuję decyzję o pozostaniu do końca wykładu. Odpowiedziała mi salwa śmiechu i zdziwiona twarz klawisza. Prof. Nowak wyszedł następnego dnia. Było to 3 grudnia 1983 r. W dniu mojego uwolnienia w O.I. Kwidzyn pozostało jeszcze 57 internowanych.

Odebrałem swoje rzeczy z więziennego depozytu, wypiski i pociągiem dotarłem na Łodzi. Taksówkarzem (rozpoznałem) był wyrzucony z pracy redaktor „Odgłosów”, a celem był III DS (prawników) gdzie (przed stanem wojennym była siedziba redakcji „Nowsze Drogi”) trafiłem bezpośrednio na trwającą huczną imprezę u „Goździka”. Czyli przyjaciela Andrzeja Goździkowskiego, który jak się okazało w międzyczasie został przewodniczącym Rady Mieszkańców naszego łódzkiego kilkutysięcznego studenckiego miasteczka. Tak w kompletnie diametralnie innym świecie spędziłem pierwszą noc na wolności wśród przyjaciół i znajomych z redakcji. Radości, uściskom i opowieściom nie było końca! Ale o tym opowiem następnym razem…

P.S. Jeśli wszystko pójdzie dobrze to w 40-tą rocznicę kwidzyńskiej pacyfikacji będę w Polsce, może zdołam odwiedzić ZK Kwidzyn i spotkać kolegów, którzy pewnie zorganizują upamiętnienie tamtych wydarzeń…

Chcesz być na bieżąco? Czytaj codziennie MediaNarodowe.com

Izrael ostrzelał Strefę Gazy

Izrael ostrzelał budynki w Strefie Gazy / Fot. PAP/EPA/Mohammed Saber. Sfinansowano przez Narodowy Instytut Wolności ze środków Programu Rozwoju Organizacji Obywatelskich na lata 2018 – 2030

  • Izraelskie siły powietrzne dokonały niedawno ostrzału na siedziby Palestyńskiego Islamskiego Dżihadu.
  • Wcześniej ta organizacja zapowiedziała aresztowanie przywódcy Strefy Gazy Bassama Saadiego.
  • W wyniku ataku, zginął jeden z przywódców Dżihadu Taisir al-Dżabari.
  • Minister obrony Izraela Benny Ganc zapowiedział, że przywódcy Hamasu i Dżihadu zostaną zlikwidowani.
  • Zobacz także: Chińskie manewry wojskowe. Tajwan podał dane na ich temat

Operacja sił Izraela była wymierzona w Palestyński Islamski Dżihad, który od wtorku zapowiadał odwet za aresztowanie w poniedziałek w Dżeninie, na północy Zachodniego Brzegu, jego przywódcy w Strefie Gazy Bassama Saadiego.

W piątkowej operacji sił zbrojnych Izraela pod kryptonimem “Wstający świt” zginął kolejny wysokiej rangi dowódca Palestyńskiego Islamskiego Dżihadu Taisir al-Dżabari. 

Najwyższy przywódca Palestyńskiego Islamskiego Dżihadu Ziad al-Nachalah, który przebywa w Iranie, zapowiedział walkę z Izraelczykami.

Zaczynamy walkę i bojownicy palestyńskiego ruchu oporu muszą stanąć ramię w ramię, by przeciwstawić się agresji

– poinformował Ziad al-Nachalah.

Czytaj więcej: Moskwa w Sejmie: “W Polsce bardzo dobrą ochroną jest taryfowa”

Izrael ogłasza stan nadzwyczajnej sytuacji

Izraelska armia ogłosiła, że w przygranicznym pasie o szerokości 80 km został wprowadzony stan sytuacji nadzwyczajnej. Z tego powodu zamknięto szkoły i ograniczono mieszkańcom możliwość przemieszczania się.

Z kolei minister obrony Benny Ganc powiedział, że IDF przygotowują się do wszelkich operacji, jakie mogą okazać się konieczne na wszystkich frontach, w regionach północnych, w środkowym Izraelu i na południu kraju.

Naszym wrogom, a zwłaszcza przywódcom Hamasu i Palestyńskiego Islamskiego Dżihadu chcę z mocą powiedzieć: wasze dni są policzone. Zagrożenie zostanie wyeliminowane w ten, czy inny sposób

– przekazał izraelski minister obrony Benny Ganc.

W oświadczeniu do międzynarodowej społeczności i mediów, Ganc podkreślił, że Izrael nie szuka sposobności do walki, lecz w ostateczności nie zawacha się jej podjąć.

Chcesz być na bieżąco? Czytaj codziennie MediaNarodowe.com

rmf24.pl

Władimir Putin

Władimir Putin / Fot. PAP/EPA/MIKHAIL METZEL / KREMLIN POOL / SPUTNIK Sfinansowano przez Narodowy Instytut Wolności ze środków Programu Rozwoju Organizacji Obywatelskich na lata 2018 – 2030

  • Prezydent Rosji Władimir Putin podpisał dekret zakazujący zagranicznym bankom i firmom energetycznym na opuszczenie kraju.
  • Dokument będzie obowiązywał do końca bieżącego roku.
  • Zdaniem rosyjskich analityków, dokument ma uchronić rosyjską gospodarkę przed zapaścią.
  • Wcześniej część zachodnich banków i spółek zapowiedziała zawieszenie swojej działalności lub całkowite opuszczenie Rosji.
  • Zobacz także: Redukcja gazu. UE podjęła ostateczną decyzję

Jak informuje agencja Bloomberg prezydent Rosji Władimir Putin zacieśnił państwową kontrolę na kluczowymi sektorami rosyjskiej gospodarki. Podpisał on ostatnio bardzo ważny dekret, który zakazuje zachodnim bankom i firmom energetycznym na opuszczenie jego państwa.

Mocny dekret Putina

Agencja przekazała, że prezydent Putin wydał dekret zgodnie z którym amerykański koncern naftowy Exxon Mobil i inni zagraniczni udziałowcy na polu naftowym Sachalin-1 nie będą mogli zbyć swoich udziałów do końca roku. Bloomberg zwraca uwagę, że dekret pojawił się kilka dni po tym, jak Exxon poinformował, że prowadzi rozmowy w sprawie przeniesienia 30 proc. udziałów w Sachalinie-1 do innego, nienazwanego podmiotu.

Jak podaje Bloomberg, dekret obliguje rząd do opracowania listy innych firm energetycznych oraz banków z zagranicznymi udziałowcami, które mogą w przyszłości podlegać takim samym ograniczeniom.

Czytaj więcej: Blinken: “Chińskie manewry wokół Tajwanu to poważna eskalacja”

Zachodnie banki wycofują się z Rosji

Po rosyjskiej agresji zbrojnej na Ukrainę wiele międzynarodowych firm zawiesiło swoją działalność w Rosji. Wielu też postanowiło ostateczne wycofać swoje biznesy odsprzedając siedziby i lokale.

Kolejne banki zapowiedziały, że rozważają możliwość opuszczenia kraju z powodu inwazji. Rosyjscy urzędnicy ostrzegli, że będą blokować takie posunięcia. Część zachodnich banków wciąż pozostaje w Rosji, w tym UniCredit, Raiffeisen Bank International AG i Citigroup. Citigroup ogłosił w lipcu, że rozważa całkowite opuszczenie Rosji. Także Raiffeisen wskazał, że opuszczenie kraju jest jedną z potencjalnych opcji.

Exxon eksploatował złoże Sachalin-1, na którym wydobycie ropy zostało praktycznie wstrzymane od 15 maja z powodu decyzji Exxona o wycofaniu się z projektu. 20 proc. udziałów posiada rosyjski gigant Rosnieft.

Dekret Putina nakłada te same ograniczenia na mniejszy projekt naftowy Charjaga i szereg innych rosyjskich aktywów należących lub będących współwłasnością firm z tzw. «nieprzyjaznych narodów»

– podaje Bloomberg.

Chcesz być na bieżąco? Czytaj codziennie MediaNarodowe.com

dorzeczy.pl