/ Fot. Twitter

Planowane operacje i zabiegi ponownie zostaną zawieszone – poinformował NFZ. W całym kraju zapanowała konsternacja.

  • NFZ ogłosił “zalecenie” ograniczenia wykonywania planowanych świadczeń medycznych.
  • Większość operacji i zabiegów ma zostać odłożona w czasie, nie wiadomo nawet, na jak długo.
  • Decyzja zaniepokoiła Polaków. Również dyrektorzy szpitali zapytują, jaki jest sens podjęcia podobnych środków, które mogą doprowadzić do zgonów znacznej ilości pacjentów.

Wieczorem 8 marca NFZ oficjalnie podał zalecenie o ograniczeniu “udzielaniania świadcześ wykonywanych planowo”. “WAŻNE! W związku z rozwojem epidemii koronawirusa, na polecenie Adama Niedzielskiego, ministra zdrowia, Centrala NFZ zaleca ograniczenie do niezbędnego minimum lub czasowe zawieszenie udzielania świadczeń wykonywanych planowo” – poinformowano na Twitterze. Polacy nie kryją oburzenia decyzją.

“Państwo z NFZ zdajecie sobie sprawę, że jak wstrzymacie zabiegi planowe to więcej ludzi będzie umierać? A Wy to będziecie tłumaczyć koronawirusem. Służba zdrowia powinna być bardziej otwarta na pacjentów a nie bardziej zamknięta” – komentują Internauci. “A potem będzie pier…ć że to Polacy są winni zgonów bo nie chodzą do lekarza. Przecież to ordynarne morderstwo” – stwierdzają. Zdezorientowani są również dyrektorzy szpitali, którzy nie wiedzą, jaki status posiada “zalecenie”. “A więc to zalecenie, rekomendacja, czy rozporządzenie?” – zapytuje w rozmowie z money.pl dr Andrzej Matyja, prezes Naczelnej Izby Lekarskiej.

Zawieszenie planowych operacji NFZ ma nie obejmować pacjentów z onkologii i pacjentów z nowotworami. “Jednak już ci, którzy mieli na przykład przewidzianą korekcję kręgosłupa, zabieg wewnątrzczaszkowy, operacje usunięcia nerek, usunięcia jajników czy jajowodów oraz zabiegów na aortach brzusznej i piersiowej będą musieli czekać” – zauważa portal. Nie wiadomo, jak długo potrwa “zalecenie” NFZ. Ostatnie tego typu pojawiło się bowiem 14 października, a odwołane zostało dopiero 5 stycznia. Sami dyrektorzy szpitali twierdzą, iż “dalsze restrykcje nie są możliwe”.

“Od kilku miesięcy w niektórych specjalnościach zawiesiliśmy lub ograniczyliśmy przyjmowanie chorych. Dalsze restrykcje nie są możliwe ze względu na bezpieczeństwo naszych pacjentów” – powiedział w związku z ogłoszeniem NFZ dr Jakub Kraszewski, dyrektor naczelny Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego w Gdańsku. “Oczywiście cały czas monitorujemy sytuację i będziemy reagować na potrzeby”. Wojciech Konieczny, dyrektor Miejskiego Szpitala Zespolonego w Częstochowie podkreślił, iż zalecenie jest całkowitą porażką systemu. “Zabiegi planowane dziś, jutro będą pilne. Chodzi o duże zabiegi, bo one pochłaniają najwięcej sprzętu, ludzi i potencjalnie miejsca OIOM-owe” – podkreślił.

Medyk wskazał, iż popularne leczenie kamicy pęcherzyka żółciowego jest znacznie bezpieczniejsze i tańsze, gdy wykona się je natychmiast. “Odroczenie może spowodować stan zapalny pęcherzyka, włącznie z ropniakiem. W związku z tym leczenie wymagać będzie dłuższego pobytu, antybiotykoterapii, a powikłania pociągają kolejne koszty ekonomiczne” – wyjaśniał. “Nie możemy leczyć jednych kosztem drugich. Musimy myśleć o powikłaniach również w innych przypadkach” – wskazują lejarze.

Money.pl

/ Fot. screen

Młodsi widzowie nie zobaczą takich klasyków filmowych, jak Piotruś Pan czy Dumbo. Nie będą dla nich one dostępne na Disney+.

  • Disney dołączył do kampanii cenzurowania wszystkiego, co mogłoby nosić jakiekolwiek znamiona rasizmu.
  • Platforma Disney+ dodała już wcześniej ostrzeżenia o “kontrowersyjnych” treściach w kreskówkach.
  • Teraz zdecydowano, iż dzieci poniżej 7 roku życia nie będą mogły oglądać części bajek.

Disney coraz bardziej angażuje się w politykę “poprawności”. Firma, zamiast skupić się na tworzeniu nowych dzieł, namiętnie poświęca się cenzurze powstałych przed laty klasyków. Teraz zarząd Disney Plus wpadł na pomysł, aby ograniczyć młodszym widzom dostęp do tych najbardziej “rasistowskich” filmów. W tym wypadku, “rasistowskim” nazwano Piotrusia Pana czy… Dumbo.

Jak informuje The New York Post, ukochane przez najmłodszych filmy Disneya – Dumbo, Aryskotraci czy Piotruś Pan będą teraz niedostępne dla kont młodszych widzów w serwisie streamingowym Disney+. Pierwotnie filmy były poprzedzone ostrzeżeniem, że zawierały „negatywne obrazy i / lub złe traktowanie ludzi lub kultur. “Te stereotypy były błędne wtedy i są błędne teraz. Zamiast usuwać te treści, chcemy przyznać, że mają one szkodliwy wpływ i zainicjować rozmowę, aby wspólnie stworzyć bardziej otwartą przyszłość” – głosiło ostrzeżenie. To jednak najwyraźniej przestało wystarczać.

Filmy Disneya spotykały się w ostatnim czasie z rosnącą krytyką, jako przedstawiające szkodliwe stereotypy. Początkowo firma ogłosiła: „Nie możemy zmienić przeszłości, ale możemy ją uznać, uczyć się na niej i wspólnie iść naprzód, aby stworzyć jutro, o którym dziś możemy jedynie śnić”. Wydaje się, iż Disney+ poszedł teraz w nieco innym kierunku, uniemożliwiając dzieciom poniżej 7 roku życia oglądanie części swoich produkcji, skądinąd zaadresowanych właśnie do najmłodszych.

Wzruszająca opowieść o słoniu z wielkimi uszami, tęskniącym za swoją mamą, trafiła pod pręgież politycznej poprawności za marginalną scenę ze śpiewającymi wronami. Ta bowiem rzekomo “oddaje hołd rasistowskim pokazom minstreli, gdzie biali wykonawcy o poczernianych twarzach i poszarpanych ubraniach naśladowali i wyśmiewali zniewolonych Afrykanów na południowych plantacjach” – uzasadniono.

Aryskotraci, film o muzykujących kotach z kolei miał zawierać “przesadne stereotypy”, przedstawiając kota syjamskiego jako “Azjatę o skośnych oczach i wystających zębach”. Jakby tego było mało, kot „śpiewa słabo akcentowanym, angielskim głosem białego aktora i gra na pianinie pałeczkami”. W Piotrusiu Panie zaś “przerysowano” zachowania i zwyczaje rdzennych Amerykanów, co również mogłoby kogoś obrazić. Disney postanowił więc uchronić najmłodszych przed zgorszeniem i uniemożliwić im dostęp do tak “niechlubnych” dzieł poprzednich twórców.

New York Post

/ Fot. screen

Amerykanie są zaniepokojeni zachowaniem prezydenta. Podczas przemówienia, Joe Biden wydawał się zapomnieć, jak nazywa się jego Sekretarz Obrony.

  • Wiek i stan zdrowia nowego prezydenta ponownie zostały podniesione w debacie publicznej.
  • Prezydent Joe Biden w swoim ostatnim przemówieniu zdawał się bowiem zapomnieć nazwiska swojego Sekretarza Obrony.
  • Głowa państwa mówiła o “człowieku, który jest szefem”, w ogóle nie podając jego danych.
  • Amerykanie są przekonani, iż Biden po prostu zapomniał jego nazwiska.
  • Przeczytaj również: Biden zdecydował o całkowitym otwarciu granic. Skutki są tragiczne

Prezydent Joe Biden wydawał się zapomnieć nazwiska swojego Sekretarza Obrony. Incydent miał miejsce pod koniec przemówienia, w którym prezydent ogłosił nominację dwóch generałów. Gen. Jacqueline D. Van Ovost i Gen. Laura J. Richardson na wyższe stanowiska w Siłach Powietrznych i Armii. Słowa prezydenta wywołały niepokój i falę domysłów.

„Chcę tylko podziękować wam obojgu. I chcę podziękować drugiemu, byłemu generałowi. Nazywam go generałem. Mój, mój, uh, facet, który tam jest szefem” – mówił Biden, jakby szukając w pamięci personaliów człowieka, o którym wspominał. “Uh, chcę się upewnić, że dziękujemy Sekretarzowi za wszystko, co zrobił, aby wdrożyć to, o czym przed chwilą rozmawialiśmy, i za polecenie tych dwóch kobiet do awansu. Dziękuję wam za wszystko. Niech Bóg was wszystkich błogosławi i niech Bóg strzeże naszych żołnierzy” – kontynuował przemówienie prezydent. Jego słowa ponownie skłoniły Amerykanów do debaty.

W pierwszym tygodniu marca na nowo rozgorzały pytania, dotyczące stanu zdrowia i zdolności umysłowych prezydenta. Podnoszono, iż Biden nie jest w stanie zapamiętać pewnych kwestii m.in. ze względu na wiek, co jest co najmniej niepokojące, gdy mówi się o głowie mocarstwa. Media podkreślają fakt, iż Biały Dom przerwał transmisję na żywo na wirtualnym spotkaniu z Demokratami. Stało się to natychmiast po tym, jak prezydent powiedział, że „z przyjemnością odpowie na pytania”.

Post Millennial

/ fot FB/@SamaDlaSiebieeee

Wraca sprawa bezprawnego zatrzymania mężczyzny przez Strażników Miejskich z Ełku. Niezrozumiałe tłumaczenia komendanta, nie zatrzymują Prokuratury we wszczęciu śledztwa. Prezydent miasta poprosił również wojewodę o przeprowadzenie doraźnej, zewnętrznej kontroli.

  • Prokuratura Rejonowa w Ełku wszczyna śledztwo ws. brutalnego zatrzymania
  • Straż Miejska aresztowała w ubiegły czwartek mężczyznę za brak maseczki na twarzy
  • Prezydent miasta poprosił wojewodę o przeprowadzenie kontroli
  • Komendant Straży Miejskiej tłumaczy się z czwartkowego zajścia
  • Zobacz także: Policjanci za brak maseczki wywożą z dala od domu. MSW nie protestuje

W ubiegły czwartek w Ełku doszło do budzących spore kontrowersje zatrzymania na ul. Orzeszkowej pewnego mężczyzny przez strażników miejskich. Powodem do brutalnej interwencji według funkcjonariuszy było nie wykonywanie poleceń przez zatrzymanego, gdy ten był kontrolowany w sprawie braku maseczki ochronnej na twarzy.

Na udostępnionym nagraniu widać mężczyznę, który nie ma zasłoniętych dróg oddechowych, a także słychać głos osób postronnych komentujących przebieg interwencji. Widoczny jest także moment użycia gazu pieprzowego. Ostatecznie mężczyznę aresztowano i czekano na przyjazd miejscowej policji.

Prokuratura podejmuje śledztwo w tej sprawie

Prokurator Rejonowy w Ełku Jan Mikucki postanowił przyjrzeć się nagłośnionej przez media sprawie zatrzymania mężczyzny. Jak podkreślono, śledztwo zostało wszczęte nie tylko przez rozgłos medialny, lecz również na wniosek pokrzywdzonego.

“Chodzi o wyjaśnienie, czy nastąpiło bezpodstawne użycie środków przymusu bezpośredniego w postaci siły fizycznej, kajdanek i ręcznego miotacza gazu w stosunku do mężczyzny, wobec którego 4 marca była przeprowadzana interwencja przez dwoje funkcjonariuszy straży miejskiej w Ełku” – wyjaśnił Mikucki.

Śledczy mają zabezpieczyć nagrania z kamer monitoringu, wystąpić do urzędu miasta i straży miejskiej o przekazanie stosownych dokumentów oraz ustalić i przesłuchać bezpośrednich świadków.

Prezydent miasta zaniepokojony sytuacją

Swoje oświadczenie w tej sprawie przedstawił również Prezydent miasta Ełk, który poprosił wojewodę warmińsko-mazurskiego o przeprowadzenie kontroli. Niezrozumiałe są dla niego powody do przeprowadzenia interwencji przez strażników.

“W związku z opublikowaniem w mediach społecznościowych filmu z fragmentem interwencji strażników Straży Miejskiej, podjęte zostały natychmiastowe czynności wyjaśniające zdarzenie i jego okoliczności. Prezydent Ełku wystąpił również do wojewody o zewnętrzną kontrolę doraźną. Wyniki kontroli pozwolą na podjęcie dalszych czynności. Uczynione zostanie wszystko, by wszechstronnie wyjaśnić sprawę” – czytamy w komunikacie prasowym Urzędu Miasta.

Niezrozumiałe tłumaczenia komendanta

Do bulwersującej sprawy odniósł się również sam komendant Straży Miejskiej w Ełku Krzysztof Skiba. W jego odczuciu, funkcjonariusze przeprowadzili wzorową interwencję, po zauważeniu, że mężczyzna nie posiada zasłoniętych dróg oddechowych.

Jego zdaniem strażnicy podjęli brutalne zatrzymanie dopiero, gdy mężczyzna zaczął oddalać się z miejsca interwencja, wyraźnie ignorując polecenia funkcjonariuszy.

“Przed przyjazdem policji ten pan próbował opuścić miejsce zdarzenia i to było bezpośrednią przyczyną podjęcia decyzji odnośnie użycia środków przymusu bezpośredniego” – tłumaczy komendant, ignorując tym samym powód przeprowadzenia interwencji.

Przekazał też, że obydwoje strażnicy na własną prośbę przebywają obecnie na urlopach. Przypomniał, że zgodnie z przepisami funkcjonariusza można zawiesić w obowiązkach w przypadku przedstawienia mu zarzutu. Kobieta pracuje w ełckiej straży od ponad 13 lat, a strażnik ponad trzy lata. 

interia.pl

Rząd Mateusza Morawieckiego przygotował specjalny projekt ustawy, która ma zwiększyć finansowe zabezpieczenie dzieci. Reforma funduszu alimentacyjnego zakładać będzie poszerzenie dostępności do środków poprzez podwyższenie progu dochodowego.

Politycy obozu rządzącego ujawniają, że w niedługo do Sejmu może wpłynąć rządowy projekt regulujący działanie Funduszu Alimentacyjnego. Według zapowiedzi reforma będzie polegać na zwiększeniu dostępności do alimentów poprzez podwyższenie progu dochodowego uprawniającego do pobierania świadczeń z budżetu Państwa.

Reforma funduszu z korzyścią dla dzieci?

Rządowy projekt w swoim założeniu będzie miał za zadanie wprowadzenie odpowiednich mechanizmów, które sprawią zwiększeni dostępności do Funduszu Alimentacyjnego dla większej ilości odbiorców.

Celem reformy w państwowym funduszu ma być dostosowanie się do obecnych warunków. Obecnie każdorazowy wzrost płacy minimalnej powoduje, że część osób nie może skorzystać z tych środków.

Taki fundusz ma swoje zastosowanie, gdy jeden z rodziców nie wywiązuje się z obowiązku płacenia alimentów. Alimenty z funduszu alimentacyjnego przysługują dzieciom na podstawie tytułu wykonawczego pochodzącego lub zatwierdzonego przez sąd, jeżeli egzekucja okazała się bezskuteczna.

Warunkiem otrzymania świadczenia jest spełnienie kryterium dochodowego. Próg ten wynosi od 1 października minionego roku 900 złotych na osobę. Jeśli dochód na jedną osobę w rodzinie przekracza 900 złotych, alimenty z funduszu są odpowiednio pomniejszone na zasadzie „złotówka za złotówkę”. Projekt zakłada, że kwota ta będzie rosła za każdym razem, gdy wzrośnie minimalna pensja.

“Wprowadzono stały mechanizm wzrostu kwoty kryterium dochodowego uprawniającej do świadczeń z funduszu alimentacyjnego. Co 3 lata kwota ta będzie zwiększała się o wskaźnik waloryzacji. Wskaźnik ten to procentowy skumulowany wzrost minimalnego wynagrodzenia za pracę.  Pierwsza waloryzacja na nowych zasadach zostanie przeprowadzona w 2023 r.” – przekazał rząd Mateusza Morawieckiego.

Dodatkowo w projekcie ustawy o funduszu alimentacyjnym mają znaleźć się również przepisy dotyczące samych płatników alimentów. Według zapowiedzi, nazwiska alimenciarzy nie będą kasowane z Biura Informacji Gospodarczej do czasu spłacenia przez nich długu wobec Skarbu Państwa.

radiozet.pl

Bankomat wypłacający pieniądze.

Bankomat wypłacający pieniądze. / Fot. Pixabay

Jeden z dużych banków w Polsce szykuje się na okradanie polskich klientów z ich własnych oszczędności. W najbliższym czasie zostanie wprowadzone ujemne oprocentowanie dla lokat oferowanym zwykłym klientom. Maklerzy przewidują znaczny wzrost zainteresowania, obarczony wysokim ryzykiem i niestabilnością wykupywania akcji firm na giełdzie.

Dziennikarz “Rzeczpospolitej” Andrzej Stec w swoim artykule poinformował o szalonym wręcz ruchu, jednego z większych banków operujących w Polsce. Według jego źródeł należy się spodziewać wdrożenia do swojej oferty ujemnego oprocentowania dla lokat przeznaczonych dla klientów detalicznych.

Okradanie Polaków w białych rękawiczkach

Rewolucyjny ruch jednego z dużych banków należy określić mianem zuchwałego okradania swoich klientów ze zgromadzonych oszczędności. Należy się także spodziewać, że w niedługim czasie po wprowadzeniu takiej opłaty w sposób lawinowy zacznie to kopiować reszta banków w naszym kraju.

Podobna sytuacja miała miejsce w Niemczech, gdzie obecnie klienci muszą już płacić za depozyt czy lokatę w większości tamtejszych banków. Jak dotychczas u nas takie ujemne oprocentowanie funkcjonuje wyłącznie w ofercie lokat dla przedsiębiorstw.

Taki ruch wywoła w naszym kraju spore zmiany w systemie finansowym. Tylko w przeciągu ostatnich 12 miesięcy Polacy wycofali około jedną trzecią lokat o szacunkowej wartości 200 miliardów złotych. Dodatkowo 170 miliardów złotych znajduje się na nieoprocentowanych rachunkach bieżących.

Problemy finansowe banków na całym świecie

Przez obowiązujące w niemal wszystkich krajach na świecie ostre ograniczenia nałożone na przedsiębiorców w dobie epidemii odbija się to przysłowiową czkawką na lokalnej gospodarce. Sektor bankowy zauważył znaczący spadek zainteresowania ich ofertami przez zwykłych klientów oraz upadających przedsiębiorców.

Z tego powodu banki na całym świecie szukają różnych możliwości na zwiększenie swoich przychodów. Głównym sposobem na szukanie oszczędności jest wprowadzanie różnych opłat i prowizji.

Maklerzy przewidują, że w najbliższym czasie może nastąpić ogromna fala zainteresowania propozycjami znajdujących się na giełdzie papierów wartościowych akcjami firm. Choć klienci znają ryzyko, które stoi za tym niestabilnym rynkiem, w obliczu rosnących opłat bankowych będą szukali sposobu pomnożenia funduszy na giełdzie.

Obecnie nad Wisłą hitem są obligacje, a zwłaszcza fundusze obligacyjne. Problem w tym, że w obawie przed inflacją ich ceny wyraźnie spadają. Tak jest w USA czy również w Polsce. Wydaje się, że to nie jest chwilowa reakcja, ale początek „inflacyjnego” trendu. Wkrótce może się okazać, że „bezpieczne” inwestycje również przynoszą straty.

Kolejnym sposobem na znalezienie miejsca dla swoich oszczędności wydaje się być sztuka, lecz tutaj oferta skierowana jest przede wszystkim dla tych osób, które są zaznajomione z branżą i aktualnymi trendami. Jest też możliwość zainwestowania w kryptowaluty. Niestety ich wartość jest bardzo chwiejna.

Na końcu pozostaje również inwestycja w nieruchomości. Ich ceny rosną, ale patrząc na ubiegły rok, wzrost cen metra kwadratowego (średnio 10 proc.) nie odbiegał od wzrostu kosztu jego budowy. 

rp.pl

/ Fot. Twitter/ screen

Sebastian Pitoń, lider “Góralskiego veta” zabrał głos m.in. w sprawie zabijania. “Uważam, że tego rodzaju rzeczy, jak prawo do zabijania, powinno być prawem przysługującym głowie rodziny” – powiedział.

  • “Góralskie veto” zrzesza przedsiębiorców, którzy ucierpieli z powodu rządowych obostrzeń.
  • Lider “Veta”, Sebastian Pitoń, zabrał głos w sprawie kontrowersyjnej kwestii.
  • Jego zdaniem, ojciec powinien, w ekstremalnej sytuacji, mieć prawo do decydowania o życiu i śmierci członków rodziny.

Sebastian Pitoń, lider “Góralskiego veta” udzielił wywiadu telewizji NTV. Góral stwierdził, iż “są być może sytuacje, niezwykle dramatyczne, w których ojciec miałby prawo zabić jakieś swoje dziecko”. “Myślę, że jak będzie takie prawo, to ono będzie wykorzystywane raz na 500, albo raz na 200 lat. W Polsce było takie prawo i chyba w pierwszej Rzeczpospolitej zostało zastosowane” – powiedział.

Zapytany o to, czy mówi o dzieciach nienarodzonych, odpowiedział: “Nie, o każdym, włącznie z żoną i tak dalej. W Chinach, w konfucjanizmie, głowa rodziny miała prawo wydawać różnego rodzaju wyroki na członków swojej rodziny, włącznie z wyrokiem śmierci”.

“Jeśli byśmy wprowadzili takie prawo, to po prostu prawo państwowe dochodzi do rodziny i nie ingeruje w to, co jest w rodzinie. (…) Rodzina to miłość, tak? To te pozytywne uczucia, że wychowujemy dzieci, które kochamy, które sami spłodziliśmy, jeśli gdzieś ma być jakaś pozytywna energia, miłość, dobroć, no to właśnie w rodzinie” – argumentował swoje stanowisko.

Pitoń został zapytany o to, czy dopuszcza możliwość, aby ojciec zabił swoje własne dziecko. “Czy wyobrażasz sobie sytuację, w której masz dziecko, które straszliwie cierpi i nie widzisz sytuacji, żeby mu pomóc i dochodzisz do wniosku, że może ulżysz jego cierpieniu zabijając go? Czy jesteś w stanie wyobrazić sobie taką sytuację?” – odparł.

Do Rzeczy

Szwedzka Rada ds. Zapobiegania Przestępczości (Bra) skomentowała uznany raport „Szwedzcy przestępcy gwałciciele – utajona analiza klasowa”, zgodnie z którym to imigranci gwałcą najwięcej kobiet.

  • Ilość gwałtów w Szwecji z roku na rok rośnie. Z badań grupy z Uniwersytetu w Lund wynika, iż około 40% skazanych gwałcicieli pochodzi zza granicy.
  • Raport skomentowała Rada ds. Zapobiegania Przestępczości, twierdząc, iż kobietom łatwiej jest zgłaszać przestępstwa popełniane przez obcokrajowców.
  • Ponadto, Szwedki zachowują się w sposób, który imigranci mogą odebrać, jako prowokujący.
  • Przeczytaj również: Szwajcarzy nie chcą burek na ulicach. Referendum niepokoi muzułmanów

Szwedzka Rada ds. Zapobiegania Przestępczości skomentowała uznany raport „Szwedzcy przestępcy gwałciciele – utajona analiza klasowa”, z którego wynika, że za większością gwałtów w Szwecji stoją imigranci. Wnioski Rady są co najmniej zaskakujące. Bra uznaje, iż fakt “nadreprezentacji” imigrantów wśród gwałcicieli jest spowodowany “większą skłonnością do składania zeznań, gdy sprawca jest obcokrajowcem”.

Mowa o badaniu grupy z Uniwersytetu w Lund. “Według naukowców 60 procent gwałtów w latach 2000-2015 zostało popełnionych przez imigrantów, którzy urodzili się w innym kraju lub mają co najmniej jednego rodzica urodzonego w innym kraju. Okazało się, że około 40 procent skazanych gwałcicieli urodziło się za granicą” – podkreśla szwedzki Samnytt. W sprawie raportu zapytano o opinię Radę ds. Zapobiegania Przestępczości. Można by się spodziewać, iż tak zatrważające wyniki spowodują przynajmniej głośną debatę nad sposobami zapobiegania gwałtom. Nic jednak bardziej mylnego.

Doradca Rady, Stina Holmberg, wyraziła opinię, iż imigranci figurują w statystykach w takiej ilości głównie dlatego, iż Szwedkom łatwiej jest oskarżyć o gwałt obcokrajowców. “Być może jesteś bardziej skłonny zgłosić coś, na co byłeś narażony, jeśli przestępstwo zostało popełnione przez kogoś, wobec kogo czujesz się bardziej obco i który ma niski status społeczny” – podsuwa Holmberg. Ponadto wyjaśnia ona nadreprezentację imigrantów, mówiąc, że mogą oni przecież pochodzić z kultury, „w której kobiety nie zachowują się jak szwedzkie kobiety”. Zachowanie “szwedzkich kobiet” z kolei można interpretować jako “oznaczające, że chcą seksu”.

“Można sobie również wyobrazić, że imigranci popełniają więcej gwałtów, ponieważ mogą pochodzić z kultury, w której kobiety nie zachowują się jak Szwedki. Na przykład nie wolno im imprezować i pić alkoholu, a wtedy niektórzy chłopcy mogą to zinterpretować tak, jakby dziewczyny, które to robią, zgodziły się na seks” – broni imigrantów pani ekspert.

Samnytt.se

Joe Biden

/ Fot. screen

Prezydent Joe Biden otworzył granice przed imigrantami, na co USA w ogóle nie były przygotowane.

  • Prezydent Joe Biden jeszcze w trakcie kampanii zapowiedział bardziej “otwartą” politykę migracyjną.
  • Tysiące nielegalnych imigrantów napływają do USA, licząc na otrzymanie prawa pobytu.
  • Okazuje się jednak, iż kraj nie radzi sobie z tak ogromną ilością przybyszy. Ilość pozostawionych bez opieki dzieci pobiła “rekord wszechczasów”.

Jak informuje New York Post, prezydent Joe Biden zdecydował się na otwarcie granic dla imigrantów praktycznie bez żadnej debaty. W przeciwieństwie do swojego poprzednika, Donalda Trumpa, nowa głowa państwa nie ma zamiaru zamykać drzwi przed tłumami gromadzącymi się na granicy. Już teraz okazuje się jednak, iż takie nieprzemyślane działania mają daleko idące, negatywne konsekwencje.

“Bez żadnej prawdziwej debaty – bez przesłuchań w Kongresie, nowego ustawodawstwa lub czegokolwiek więcej niż seria zarządzeń wykonawczych – prezydent Biden skutecznie wprowadził pełną politykę otwartych granic na południowo-zachodniej granicy” – informuje NYP. Biden musiał tylko “zasygnalizować pociągnięciem długopisu, że jeśli mogłeś dostać się do USA, to prawdopodobnie możesz zostać” – zauważa portal.

Liczba nielegalnych imigrantów gwałtownie wzrosła, głównie ze względu na specyficzną politykę nowego prezydenta. “Sygnał na granicach był jasny – Biden cię wpuści” – piszą Amerykanie. Wszystko to w imię gościnności i przychylności imigrantom. Na skutki nie trzeba było długo czekać. “Rezultatem, niezależnie od tego, czy Biden się do tego przyzna, czy nie, jest głęboki kryzys” – zauważa NYP. “Tak wiele dzieci migrantów bez opieki przybywa teraz do kraju, że agencje federalne odpowiedzialne za ich zakwaterowanie są już prawie przepełnione, nawet gdy starają się znaleźć więcej obiektów, w tym amerykańskie bazy wojskowe i tymczasowe schroniska namiotowe”.

Imigrantów wciąż przybywa. Okazuje się, iż Stany Zjednoczone nie były i nie są gotowe na taką ilość przybyszy. W zeszłym tygodniu Departament Zdrowia i Opieki Społecznej podał, że pod jego opieką znajduje się ponad 7700 dzieci – więcej niż kiedykolwiek. Według urzędników federalnych, liczba dzieci migrantów przekraczających granicę przekracza rekord wszechczasów o aż 45 procent. Działacze starają się znaleźć nawet 20 000 łóżek dla nieletnich bez opieki – czytamy.

New York Post

Człowiek w maseczce.

Zdjęcie ilustracyjne / Fot. Pixabay

Aż dwie maseczki są wymagane na wejściu do budynku sądu federalnego na Manhattanie.

  • Podczas, gdy część stanów znosi lockdown, inne zaostrzają przepisy dotyczące m.in. noszenia maseczek.
  • Dr Anthony Fauci, amerykański ekspert ds. pandemii stwierdził niedawno, iż noszenie dwóch maseczek powinno przynosić lepsze efekty, niż noszenie jednej.
  • Z tego powodu do części budynków użyteczności publicznej, w tym sądu, można będzie wchodzić tylko w dwóch maskach lub masce z certyfikatem.
  • Przeczytaj również: Szwajcarzy nie chcą burek na ulicach. Referendum niepokoi muzułmanów

Osoby wchodzące do budynków federalnych w centrum Manhattanu od teraz będą musiały nosić dwie maski lub certyfikowaną maskę N95 – informuje PM. Jest to element “etapowego planu” powrotu do względnej normalności. Plan ma “umożliwić ludziom powrót do tych obiektów, które zostały zamknięte na początku pandemii”. NY Post podaje, iż decydując się na wejście do budynku sądu, „Jesteś zobowiązany do noszenia: jednej maski jednorazowego użytku pod maską z materiału, z krawędziami maski wewnętrznej dociśniętej do twarzy; lub prawidłowo dopasowanej, zatwierdzonej przez FDA (lub N95) maski KN95”.

A zatem jedna maska to stanowczo za mało. Bez odpowiedniej osłony na twarzy można w ogóle nie zostać przyjętym w budynku sądu. “Bandany lub maski z zaworami / otworami wentylacyjnymi są niedopuszczalnymi osłonami twarzy. Jeśli nie masz zatwierdzonej maski (masek), zapewni ją pracownik kontroli bezpieczeństwa. Nikt nie zostanie przyjęty bez odpowiedniej maski” – czytamy w oficjalnym tekście.

Podlegające nowym wytycznym budynku znajdują się przy “500 Pearl Street i 40 Foley Square w centrum Manhattanu”. Również Sąd Okręgowy na przedmieściach White Plains NY, położonym na północ od Bronxu, będzie również egzekwował te same zasady dotyczące “maskowania”.

Skąd taki pomysł? „Jeśli masz jedną warstwę maseczki, nakładasz kolejną, po prostu na zdrowy rozsądek, że to prawdopodobnie będzie bardziej skuteczne” – stwierdził niedawno powszechnie znany ekspert ds. Chorób Białego Domu, dr Anthony Fauci.

NY Post