Strzykawka ze szczepionką.

Strzykawka ze szczepionką. / pixabay.com

Izraelska gwiazda telewizyjna, Orna Pitussi potępiła szefa Pfizera, porównując go do Adolfa Hitlera.

  • Choć akcja szczepień na COVID-19 w Izraelu uważana jest za zakończoną sukcesem, pojawiają się również głosy sprzeciwu. Izraelska aktorka,
  • Orna Pitussi opublikowała nagranie, w którym porównała CEO Pfizera do Adolfa Hitlera, pytając, dlaczego Żydzi mogą “próbować zabijać dzieci” poprzez stosowanie nowej szczepionki.
  • Broniąc swojej wypowiedzi, skrytykowana przez opinię publiczną Pitussi powołała się na wolność słowa.

Aktorka Orna Pitussi znana jest z roli w hebrajskim serialu „Reverse”. Kobieta zapytała na opublikowanym przez siebie nagraniu, “Jak żydzi mogą próbować zabijać żydowskie dzieci”. Słowa odnosiły się do wprowadzenia w Izraelu szczepień na COVID-19. Porównała również CEO Pfizera, Alberta Bourlę, do Adolfa Hitlera.

Słowa kobiety wywołały oburzenie w Izraelu. Pitussi opublikowała wyjaśnienie, mówiąc, iż miała “bardzo burzliwy dzień”. “Wbrew temu, co myślą ludzie, ostatnią rzeczą, jakiej chciałem, był tego rodzaju rozgłos, nie jestem znudzoną aktorką. Post, który zamieściłem z nagraniem nie był wstawiony z nudów ani chęci trafienia na pierwsze strony gazet, a już na pewno nie z chęci skrzywdzenia nikogo. Ja też należę do rodziny, która przeżyła Holokaust” – wyjaśniała Pitussi. Przyznała, iż być może poruszanie wątku Holokaustu nie było najlepszym rozwiązaniem.

Aktorka podkreśliła, iż jej ostrzeżenia względem szczepień są motywowane jedynie faktami. „Nawet jeśli najlepsze umysły pracowały nad szczepionką, lekarze i inni naukowcy twierdzą, że jest niebezpieczna. Nie została jeszcze przetestowana, nie ma już wystarczająco dużo czasu, aby sprawdzić, jakie będą skutki uboczne, więc wolą nie szczepić dzieci… Nie mówię „wolę nie szczepić dzieci”, ale krzyczę. Z całego serca. Krzyczę prawdę” – napisała. Broniła również swojego prawa do wyrażania opinii na temat szczepionki na COVID-19.

Jerusalem Post

/ Foto: Ekotektura/Facebook

Na Śląsku powstanie osiedle z domami tylko dla singli oraz dla par bez dzieci. Zakaz mieszkania w tym miejscu otrzymają rodziny.

Domy dla singli i bezdzietnych lokatorów zaprojektowała firma Ekotektura. Każdy z budynków składać będzie się z dwóch mieszkań, po około 55 metrów kwadratowych każde. Do domu przypisany ma być ogródek. Właściciel nie przewidział na nim ogrodzeń. Mieszkań nie będzie można kupić. Przeznaczone będą tylko na wynajem.

„Czekam teraz na osiedle tylko dla LGBT+, dla feministek, dla kibiców Śląska itd itp… Paranoja. Sami sobie getta robią…” – skomentował pomysł na Facebooku firmy Paweł Ek.

„Wstęp wzbroniony dla dzieciorów? Nareszcie!!! Jeśli to prawda gratuluję pomysłu. Gdyby mnie było stać bez wahania wchodzę w to. Wreszcie ktoś nowatorsko pomyślał o singlach, którzy nie preferują uciążliwego sąsiedztwa” – odpowiedział internauta o pseudonimie Alienar Mac.

„To ma być eksperyment… Zobaczymy” – podsumował dyskusję przedstawiciel Ekotektury.

Dodał jednocześnie, że gdyby jakaś mieszkająca na osiedlu para doczekała się dziecka, wtedy będzie musiała poszukać sobie innego lokalu. Uzasadnił, że dotychczasowe mieszkanie stanie się wtedy dla niej za małe.

Zbigniew Heliński, źródło: Ekotektutra/Facebook

Hitler i Stalin

/ Fot. Wikimedia Commons

Współczesna opinia publiczna często unika pozornie skomplikowanych pytań, na które można udzielić oczywistych odpowiedzi. Taka sytuacja ma miejsce w przypadku zestawienia dwóch największych totalitaryzmów XX wieku – komunizmu i nazizmu.

Nie można porównywać?

W oczach szeroko pojętej lewicy każda chęć porównania ze sobą komunizmu i narodowego socjalizmu jest uznawana za herezję, a wręcz zbrodnię. W końcu komunizm to piękna idea emancypacji ludzkości i stworzenia nowego wspaniałego świata, pozbawionego krzywd i wyzysku. Wszelkie próby wprowadzenia tego systemu co prawda zakończyły się porażką, a „przy okazji” dziesiątkami milionów ofiar, jednak rzekomo nie można za to obwiniać samej wizji, która pozostaje szlachetna. Wszystko za sprawą tzw. błędów i wypaczeń, względnie okresu „stalinizmu”, czyli na dobrą sprawę triumfu nacjonalizmu i faszyzmu.

Narodowy socjalizm, nadzwyczaj chętnie określany mianem nazizmu lub hitleryzmu, według mainstreamowej narracji to ruch prawicowy, a nawet tzw. skrajna prawica. Jak twierdzą niektórzy badacze, czerpiący z marksistowskich analiz socjoekonomicznych, faszyzm (a więc i w domyśle nazizm) był niczym więcej jak najwyższym stadium rozwoju kapitalizmu. Już w latach 20. XX wieku kominternowscy propagandyści uznali, że państwo kapitalistyczne w obliczu zagrożenia wybuchem rewolucji przemienia się w państwo totalitarne, a więc właśnie faszystowskie.

Ja chciałbym natomiast w tym felietonie pokazać Państwu, że wbrew pozorom obie te ideologie dążyły do tego samego systemu, chociaż poruszały się innymi ścieżkami. Otóż do socjalizmu można dojść zarówno drogą międzynarodowej rewolucji, jak i poprzez emancypację jednego narodu lub – jak pokazuje ten konkretny przypadek – jednej rasy.

A jednak spróbujmy!

Kilka dni temu podczas przeglądania książek w Empiku natrafiłem na monumentalną pracę „Historia komunizmu na świecie”. Dzieło francuskiego dziennikarza Thierry’ego Woltona liczy ponad 1200 stron, a jest to zaledwie 1 z 3 tomów stanowiących kompletną syntezę dziejów światowego komunizmu. W części zawierającej podtytuł „Kaci” zajrzałem do rozdziału 7 „Czerwoni i brunatni” w poszukiwaniu spostrzeżeń autora odnośnie poruszanej przeze mnie problematyki. Nie zawiodłem się.

Najpierw spójrzmy na s. 359, gdzie znajdziemy w miarę zwięzłe przedstawienie wspólnych cech obu tych – mówiąc wprost – lewicowych ideologii:

„Początkowo nazizm jest ruchem robotników, chłopów, drobnej burżuazji, wyrzutków kapitalizmu. […] Wypracowany w 1920 roku program NSDAP jest wyraźnie lewicowy, głosi upaństwowienie wielkich przedsiębiorstw, udział robotników w zyskach firm, korzystne emerytury… Takie żądania wysuwali wówczas także socjaliści. […] Nienawiść w stosunku do liberalnej demokracji i jej wartości: wolności, indywidualności, różnorodności – to wspólna cecha nazizmu i komunizmu. Ma ona źródło w łączącym obie ideologie wstręcie do burżuazji: ta klasa niosąca społeczeństwom nowoczesność była kozłem ofiarnym, na którego zrzucali całe zło świata Hitler, a wcześniej Lenin”.

Wolton zauważa również podobieństwa, jeśli chodzi o deklaracje, a właściwie postulowaną wizję świata, którą mami się wyznawców, a także warstwę językową:

„W nazizmie dostrzeżemy wiele obietnic komunizmu – albo vice versa. Hitler liczy na to, że stworzy solidarną i braterską wspólnotę narodową – przypomina ona społeczeństwo bezklasowego marksizmu-leninizmu. […] Język nazistów do złudzenia przypomina ten, którego używa Międzynarodówka Komunistyczna”.

Jak twierdzi badacz, a jest to bardzo istotna konstatacja, wspólną matrycą komunizmu i nazizmu jest… socjalizm. Co istotne, sam tytuł podrozdziału, z którego zaczerpnąłem powyższe cytaty, brzmi „Socjalistyczna matryca”.

Naziści lepsi niż socjaldemokraci?

A na koniec ciekawostka. Nieco wcześniej, bo na s. 351, Wolton opisuje lata 20. i 30. XX wieku, gdy naziści i Komunistyczna Partia Niemiec (KPD) współpracowały przy niszczeniu SPD, czyli umiarkowanych socjalistów. Jak się okazuje, parlamentarna socjaldemokracja, która w tamtym czasie nie dążyła do zniszczenia kapitalizmu, a do jego zreformowania, w oczach komunistów jawiła się jako większe zagrożenie niż nazizm:

„Poza tym w okresie tego rzeczywistego sojuszu wielu działaczy będzie przechodziło z obozu czerwonych do brunatnych i odwrotnie. KPD i NSDAP mają ten sam elektorat, obie są partiami rewolucyjnymi, których racja bytu oraz energia tkwią w odrzuceniu modelu kapitalistycznego i demokratycznego”.

Co najbardziej szokujące w ustaleniach autora, nienawiść komunistów do umiarkowanych kuzynów, de facto wyniosła Hitlera do władzy:

„Osłabiając socjaldemokratów, komuniści działają wyraźnie na korzyść nazistów. Czerwono-brunatne walcowanie w końcu przynosi owoce. W ciągu czterech lat, od 1928 do 1932 roku, socjaldemokraci tracą jedną trzecią wyborców w różnych wyborach, podczas gdy poparcie dla nazistów wzrasta z 2,6 do aż 33,1 procent i stają się oni pierwszym ugrupowaniem w kraju, a komuniści poprawiają swój wynik z 10,6 do 16,9 procent”.

Jak widzimy, skoro komuniści i naziści potrafili zawiązać sojusz wymierzony w socjalistyczny mainstream, najwyraźniej musiał połączyć ich wspólny cel – dążenie do urzeczywistnienia prawdziwego socjalizmu. Międzynarodowego czy narodowego… to już kwestia detali.

Jakub Zgierski

Wicepremier, minister rozwoju, pracy i technologii Jarosław Gowin oznajmił, że powinno dojść do otwarcia gospodarki, jednak tylko dla osób zaszczepionych. W celu skorzystania z usług danego przedsiębiorcy trzeba byłoby okazać certyfikat szczepień.

  • Zdaniem wicepremiera Gowina należy otworzyć gospodarkę, ale tylko dla zaszczepionych.
  • W jego opinii rządowa pomoc dla firm może być niewystarczająca.
  • Polityk uważa, że nadzieją na zakończenie lockdownu będzie przyśpieszenie procesu szczepień.
  • Zdaniem poseł Anny Marii Siarkowskiej otwarcie gospodarki tylko dla zaszczepionych jest „wprost niekonstytucyjne”.
  • Zobacz także: Rząd godzi się na śledzenie ludzi. Paszporty szczepionkowe w drodze

– Certyfikaty szczepień dla osób, które przyjęły dwie dawki szczepionki lub jedną w przypadku jednodawkowych preparatów. Te osoby powinny mieć możliwość korzystania z usług dziś niedostępnych jak hotelarstwo i gastronomia – powiedział wicepremier. Gowin ocenił, że gdyby doszło do otwarcia gospodarki, byłoby to lekarstwem na pogłębiający się kryzys przedsiębiorców.

Zdaniem Gowina rządowa pomoc dla firm może być niewystarczająca. Jego zdaniem konieczne jest zakończenie lockdownu i powrót do biznesowej normalności, choć tylko dla zaszczepionych. Nadzieję polityk upatruje też w przyśpieszeniu procesu szczepień.

Jednak nie wszyscy w obozie rządzącym podzielają zdanie Gowina. Posłanka Anna Maria Siarkowska zwróciła się do niego za pośrednictwem mediów społecznościowych. – Panie Premierze, czy zdaje sobie Pan sprawę z tego, że wprowadzenie takich rozwiązań jest wprost niekonstytucyjne? – zapytała.

dorzeczy.pl, twitter.com

Mark Zuckerberg

Mark Zuckerberg / fot. TT/@DailyWebPL

W ostatnim czasie do szeroko-pojętego Internetu wypłynęło ponad pół miliarda danych osobowych użytkowników portalu społecznościowego Facebook. Teraz okazało się, że sam właściciel oraz założyciel Mark Zuckerberg korzysta do komunikacji ze znajomymi z konkurencyjnej aplikacji Signal.

  • Do sieci internetowej wyciekły dane pół miliarda użytkowników Facebooka
  • Właściciel portalu, Mark Zuckerberg do rozmów ze znajomymi wykorzystuje konkurencyjny portal
  • Popularność aplikacji Signal nawet u właścicieli dużych firm wiąże się z dużym bezpieczeństwem informacji
  • Zobacz także: Ogromny wyciek danych z Facebooka. 0,5 mld osób ofiarami

Kilka dni temu w mediach pojawiły się informacje o wycieku ponad 500 milionów danych osobowych użytkowników portalu społecznościowego Facebook. Dane zawierały między innymi numery telefonów, informacje potrzebne do logowania, w tym imiona i nazwiska, biografie, a także w niektórych przypadkach adresy mejlowe. Rzecznik Facebooka uspokajał wówczas opinię publiczną tym, że dane te pochodziły z 2019 roku, a tamtejsza dziura została załatana tuż po incydencie z udziałem hakerów.

Przedstawiciel firmy Hudson Rock zajmującej się cyberprzestępczością powiedział, że takie dane mogą zostać wykorzystane przez przestępców – “Tak duża baza danych zawierająca prywatne informacje, takie jak numery telefonów wielu użytkowników Facebooka, z pewnością doprowadziłaby do tego, że źli aktorzy wykorzystaliby te dane do przeprowadzenia ataków socjotechnicznych [lub] prób włamania” – komentował sytuację Alon Gal.

Właściciel Facebooka korzysta z konkurencyjnej aplikacji

Jeden z badaczy wirtualnej przestrzeni pokusił się o przeanalizowanie danych, które zostały wykradzione i ujawnione przez hakerów. Dave Walker odkrył, że właściciel i jeden z twórców giganta wśród portali społecznościowych korzysta do rozmów ze znajomymi i pracownikami z konkurencyjnej aplikacji Signal. Na jednym ze zrzutów ekranu zauważył, że numer Marka Zuckerberga powiązany jest z tą aplikacją.

Zaktualizowana polityka prywatności aplikacji WhatsApp początkowo miała zostać wdrożona 8 lutego, ale została zawieszona po reakcji publicznej. Zawiera ona zmiany związane z opcjonalnymi funkcjami biznesowymi w WhatsApp i ma zapewniać większą przejrzystość w zakresie gromadzenia i wykorzystywania danych. Aktualizacja podobno ma nie wpływać na prywatność i bezpieczeństwo osobistych wiadomości i połączeń. Nadal będą one chronione przez szyfrowanie typu end-to-end. Mimo to wiele osób postanowiło zrezygnować z korzystania z komunikatora, na rzecz tych, które bardziej szanują prywatność. W Polsce aktualizacja ma wejść w życie z dniem 15 maja tego roku.

vigilantmagazine.pl/medianarodowe.com

/ fot. TT/@obibok_poland

Rzecznik Ministerstwa Zdrowia poinformował na dzisiejszej konferencji prasowej o szokującej opinię publiczną sprawie. Profesor medycyny oraz były Minister Zdrowia Wojciech Maksymowicz miał wykonywać eksperymenty na dzieciach nienarodzonych. Trwa dochodzenie resortu zdrowia w sprawie domniemywanej sytuacji na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim.

  • Ministerstwo Zdrowia podjęło się dochodzenia ws. domniemanych eksperymentów na dzieciach prowadzonych przez prof. Maksymowicza
  • W klinice “Budzik” dzieci miały zostać poddawane nowatorskiej terapii medycznej
  • Były Minister Zdrowia uważa, że dzięki krytyce rządu stał się dla niektórych osób u władz zawziętym wrogiem
  • Zobacz także: Niedzielski nie daje szans na wytchnienie. „Nie wrócimy do normalności”

Były Minister Zdrowia urzędujący w latach 1997-1999 prof. Wojciech Maksymowicz kilka tygodni skrytykował rząd oraz polityków za krytykowanie szczepionek od AstraZeneki, która przechodziła przez kryzys zaufania po zgonach na zakrzepicę krwi. Lekarz bronił specyfiku, podkreślając minimalne ryzyko związane ze skutkami ubocznymi, a także zauważył wówczas, że rządy wielu państw zostały wciągnięte w wojnę pomiędzy różnymi korporacjami farmaceutycznymi oferującymi preparat przeciwko koronawirusowi.

Eksperymenty na płodach dzieci?

Podczas dzisiejszej konferencji prasowej rzecznik Ministerstwa Zdrowia poinformował o niebywałym i skandalicznym procederze odbywającym się nie tak dawno na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim. Profesor wraz z innymi badaczami mieli wykonywać eksperymenty na nienarodzonych dzieciach. Nie ujawniono jednak źródła informacji oraz co dokładnie miało się odbywać na uczelni.

“Niestety dostaliśmy bardzo niepokojące informacje – to nie jest wynik żadnego postępowania, które wyszło z MZ – dostaliśmy bardzo niepokojące informacje dotyczące możliwych eksperymentów medycznych wykonywanych na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim pod nadzorem profesora Maksymowicz” – przekazał Wojciech Andrusiewicz.

Rzecznik resortu zdrowia ostrzegł również podejrzanego profesora, że jeśli wyniki śledztwa potwierdzą złożone relacje, to lekarz może oczekiwać nieprzyjemnych konsekwencji w niedalekiej przyszłości – “Myślę, że kierując się przesłankami możliwych nieprawidłowości, daleko posuniętych nieprawidłowości, to pan profesor Maksymowicz powinien również oczekiwać jak najszybszego wyjaśnienia tej sprawy, bo może rzutować to na dalszą jego karierę”.

Zbieranie dowodów przeciwko Maksymowiczowi

Dziennikarz portalu “Interia” Jakub Szczepański informował wcześniej o niezwykłych ruchach resortu zdrowia wobec osoby podległej do listopada ubiegłego roku pod Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Zgodnie z pozyskanymi informacjami od anonimowych osób prof. Maksymowicz prowadzi w klinice “Budzik” eksperymenty w dziedzinie neurochirurgii, które miały leczyć chore dzieci. Eksperymentalne badania miały się odbywać w latach 2013-2020, a nadzorować miał je właśnie były Minister Zdrowia.

Specjalne pismo w tej sprawie, podpisane przez wiceministra Macieja Miłkowskiego, trafiło do Komisji Bioetycznej UWM 27 marca. Gremium dostało na odpowiedź siedem dni, a sprawę donosu skomentował sam zainteresowany – “Wiedziałem, że ktoś zbiera na mnie haki. Zostałem o tym uprzedzony” – powiedział zdziwiony Maksymowicz.

interia.pl

/ Foto: Zdjecie wykradzione prawdziwemu żołnierzowi, którym posługiwał się oszust.

Korespondując z oszustem, który przedstawia się, jako amerykański żołnierz można stracić nie tylko pieniądze. Przekonały się o tym kobiety z Gdańska i Katowic. Zdjęcia pań trafiły na strony pornograficzne!

Mimo ostrzeżeń kobiety nadal dają się zwieść. Działa magia zagranicznego munduru, potrzeba miłości, usłyszenia, że jest się jedyną i najdroższą. Naiwność wykorzystują przestępcy. Tymczasem hasło: amerykański żołnierz powinno budzić obawy.

– Zgłosiły się do nas panie, które wpłacały nawet po dwieście tysięcy złotych i więcej – wyjaśnił przedstawiciel Cywilnego Biura Śledczego – marki dziennikarstwa śledczego, która od kilku lat bada przypadki wyłudzeń na tzw. amerykańskiego żołnierza. – Dla osoby, której nie widziały na oczy, nie znały osobiście, potrafiły zastawić domy.

Strata majątku to jednak nie jedyne niebezpieczeństwo. W przypadku dwóch kobiet, z Katowic i Gdańska doszło również do tego, że zdjęcia, które wysłały domniemanemu żołnierzowi zostały wykorzystane do stworzenia profili na stronach pornograficznych! Zdjęcia mogły zostać opublikowane z zemsty. Obie oszukane kobiety nie chciały więcej wysyłać pieniędzy. Przestępcy stworzyli zatem fikcyjne profile. Do “tekstylnych” zdjęć obu pań dodali nagie i wulgarne, zupełnie innych osób. Po interwencjach profile zostały usunięte.

Tzw. “amerykańscy żołnierze” bywają bezczelni w swoich roszczeniach. Gdy potencjalna ofiara twierdzi, że nie ma pieniędzy domagają się, aby coś sprzedała lub wzięła kredyt w banku. Zdarzają się również groźby.

Można z nimi walczyć
Wbrew powszechnej opinii nie jest tak, że z oszustwami tego typu nie da się walczyć. Detektywi z poznańskiej Agencji Bezpieczeństwa i Detektywistyki Macieja Zygmunta namierzyli mężczyznę, który podawał się za amerykańskiego żołnierza. Okazał się nim… stomatolog z Berlina. W Suwałkach natomiast wpadł 35-letni Nigeryjczyk, który należał do nieustalonej jeszcze, większej grupy przestępczej. Przestępcy wyłudzili przynajmniej 220 tysięcy złotych. Zatrzymany na stałe mieszkał na Litwie. Posługiwał się kartą płatniczą, która wystawiona była na osobę trzecią.

Na Fecebooku działa strona: „Wyłudzenia metodą na tzw. amerykańskiego żołnierza”. Umieszczane na niej są historie oszukanych kobiet, zdjęcia, którymi posługiwali się oszuści, informacje na temat tego typu przestępstw.

Zbigniew Heliński

Zdjęcie ilustracyjne

Zdjęcie ilustracyjne / Fot. Pixabay

Chiny rozważają emisję cyfrowej waluty, która byłaby powiązana z chińskim bankiem centralnym.

  • Chiny rozważają wykorzystanie postępu technologicznego do stopniowego wyparcia gotówki.
  • Kraj przygotowuje się do bicia wirtualnego pieniądza, który posiadałby taką samą wartość, jak fizyczny pieniądz. Ruszyły już pierwsze testy z wykorzystaniem cyfrowego juana.
  • Eksperci ostrzegają, iż umożliwi on władzom stałe śledzenie zarówno pieniędzy, jak i ludzi w czasie rzeczywistym.
  • Przeczytaj również: PKO BP chce ugody z frankowiczami. Rozpoczyna się program porozumień

Chiny rozważają nowy projekt, mający dać władzy narzędzie do ścisłego monitorowania gospodarki i ludzi w czasie rzeczywistym. Cyfrowa wersja juana byłaby podobno kontrolowana i emitowana przez chiński bank centralny. Jak donosi Wall Street Journal, kraj planuje bić cyfrową wersję swojej waluty. „Aby chronić naszą suwerenność walutową i legalny status waluty, musimy planować z wyprzedzeniem” – powiedział Mu Changchun, kierujący nowym projektem w Ludowym Banku Chin.

W ostatnich miesiącach Chiny wprowadziły specjalną aplikację, aby przetestować rozwiązanie. Ponad 100 tysięcy osób pobrało ją na swoje telefony. Aplikacja banku centralnego dała uczestnikom możliwość skorzystania z niewielkiej kwoty rządowych pieniędzy, by wykorzystać je w przypadku zakupów. Jak zapewniają pomysłodawcy, w przeciwieństwie do kryptowalut, w tym bitcoinów, które są notorycznie niestabilne, cyfrowy juan byłby ściśle kontrolowany przez Ludowy Bank Chin, aby zapewnić tę samą wartość między pieniędzmi fizycznymi i cyfrowymi.

“Bank centralny również nie używałby waluty do wprowadzania większej ilości pieniędzy do obiegu, ale zamiast tego eliminowałby fizyczne części będące w obiegu” – czytamy. “Pieniądze można byłoby śledzić, chociaż pan Mu powiedział, że bank centralny ograniczy śledzenie do tego, co nazywa „kontrolowaną anonimowością”. Waluta cyfrowa, w połączeniu z ogromną liczbą chińskich aparatów do rozpoznawania twarzy, mogłaby umożliwić ściąganie grzywien, gdy tylko te kamery wykryją naruszenie przepisów”.

Cyfryzacja juana zastanawia amerykańskich ekspertów. Próbują przewidzieć, jak wpłynie ona na amerykańskiego dolara. Sekretarz skarbu Janet Yellen i prezes Rezerwy Federalnej Jerome Powell przekazali, że badają tę kwestię i “rozważają możliwość przyszłości z cyfrowym dolarem”. „Wszystko, co zagraża dolarowi, jest kwestią bezpieczeństwa narodowego. To zagraża dolarowi w dłuższej perspektywie” – powiedział John Lipsky, były pracownik Międzynarodowego Funduszu Walutowego.

Post Millennial

/ Fot. YouTube/ screen

Film nakręcony przez Project Veritas pokazuje warunki życia imigrantów, którzy nielegalnie przedostali się do Stanów Zjednoczonych za administracji Bidena.

  • Jeszcze w czasie kampanii Joe Biden obiecywał przyjmowanie imigrantów z otwartymi ramionami, potępiając politykę migracyjną Donalda Trumpa. Na skutki deklaracji nie trzeba było długo czekać.
  • Setki tysięcy nielegalnych imigrantów z południa dostało się do Stanów Zjednoczonych, wiedzionych wizją dostatniego życia.
  • USA zmagają się z kryzysem migracyjnym, nie mogąc zapewnić przybyszom nawet dachu nad głową czy łóżek.
  • Przeczytaj również: USA znalazły sposób na kryzys? Zapłacą biednym krajom za ograniczenie migracji

Liczba imigrantów w Stanach Zjednoczonych gwałtownie wzrosła, gdy Joe Biden został prezydentem. Osoby przedostające się do USA nielegalnie liczone są w setkach tysięcy. W marcu ich liczba wzrosła o 71% w porównaniu z lutym i wyniosła 172 000. W marcu 2020 r. było to “jedynie” 34 460. Kraj nie jest w stanie poradzić sobie z takim napływem obcokrajowców, przez co rozważana jest nawet kontynuacja budowy muru Donalda Trumpa. Jednocześnie, trzeba zająć się tymi, którzy już przybyli do USA.

Project Veritas nakręciło sceny pod mostem Anzaldua w Granjeno w Teksasie, gdzie migranci w każdym wieku gromadzą się i siedzą na ziemi. Nie mają dostępu nawet do łóżek. Jeszcze w marcu media zwróciły uwagę na obóz dla imigrantów w Teksasie, gdzie dzieci gromadzone były w ciasnych przestrzeniach bez należytej opieki. Paradoksalnie, jednym z najważniejszych zarzutów Demokratów pod adresem Trumpa było właśnie złe traktowanie nielegalnych imigrantów. Administracja Bidena nie dostrzega jednak istotnego problemu, jakim jest aktualny los imigrantów, którzy dotarli do USA za kadencji nowego prezydenta.

Samnytt.se

Jerozolima

Jerozolima / Fot. Pixabay

Izrael jest w szoku. Niepełnosprawny weteran podpalił się przed gmachem Ministerstwa Obrony w Izraelu.

  • Niepełnosprawny weteran wojny w Gazie podpalił się przed budynkiem Ministerstwa Obrony w Izraelu.
  • Mężczyznę przewieziono do szpitala, jego stan jest ciężki, a oparzenia dotknęły całego jego ciała.
  • Prawnik mężczyzny twierdzi, iż incydent był odpowiedzią na zaniedbania i lekceważenie władz wobec żołnierzy cierpiących na zespół stresu pourazowego.

Mężczyzna został przewieziony do szpitala. Jego stan jest ciężki, a na całym ciele znajdują się liczne oparzenia. Jak informuje Jerusalem Post, 26-letni niepełnosprawny weteran IDF przybył do biura Oddziału Rehabilitacji Ministerstwa Obrony w Petah Tikva i podpalił się w poniedziałek po południu. Strażnicy Ministerstwa Obrony natychmiast zareagowali, aby udzielić mu pierwszej pomocy i wezwali pomoc medyczną. Weteran został zabrany karetką do Sheba Medical Center w Tel Hashomer – czytamy.

Wstępne śledztwo Ministerstwa wskazuje, że mężczyzna wyciągnął butelkę z łatwopalną substancją, wylał ją na siebie i podpalił przy wejściu do budynku należącego do Ministerstwa. Medycy z MDA zaklasyfikowali go, jako będącego w stanie ciężkim i cierpiącego na intensywne oparzenia, które objęły całe jego ciało. Niedoszły samobójca został zidentyfikowany jako Itzik Saidian, z którym w przeszłości przeprowadzono wywiad. Itzik opowiadał o swoich doświadczeniach z bitwy pod Szajai w Strefie Gazy oraz o trudnościach związanych z uznaniem przez Ministerstwa Obrony pacjentów z zespołem stresu pourazowego. Samo Ministerstwo Obrony podało w oświadczeniu, że u mężczyzny zdiagnozowano PTSD po byciu częścią walki w ramach operacji Protective Edge w Gazie w 2014 roku.

Potraktowano go “z pogardą i lekceważeniem”

Ministerstwo poinformowało, że zarówno minister obrony Benny Gantz, jak i dyrektor generalny ministerstwa Amir Eshel zostali poinformowani o incydencie i nakazali wszczęcie śledztwa w jego sprawie – stwierdza Jerusalem Post. Prawnik weterana, który podpalił się przed budynkiem podkreślił, iż “Ministerstwo Obrony zajmowało się sprawą Saidana nieprofesjonalnie, z pogardą graniczącą z zaniedbaniem”. Incydent skomentował prezydent Reuven Rivlin, mówiąc, iż modli się o ocalenie Saidiana. „Wśród naszych synów i córek, którzy wrócili z pola bitwy, jest wielu – zbyt wielu – którzy nie mogą z niego naprawdę powrócić. Widzimy Cię. Czujemy twój ból” – podkreślił. „Jesteśmy winni Itzikowi i wszystkim innym naszym dzieciom, które wciąż walczą, istnienie państwa Izrael. To my odpowiadamy za ich przyszłość” – dodał prezydent.

Jerusalem Post