Opakowanie szczepionki AstraZeneca.

Opakowanie szczepionki AstraZeneca / fot. TT/@OnetWiadomosci

Komisja Europejska zamierza pozwać koncern AstraZeneca. Takie informacje przekazał portal Politico, powołując się na pragnących zachować anonimowość unijnych dyplomatów.

Jak poinformowało Politico, Komisja Europejska chce w ten sposób skłonić koncern AstraZeneca do dostarczania dawek określonych w umowie z UE. Na ostatnim spotkaniu ambasadorów krajów UE, większość przedstawicieli miała wyrazić poparcie dla tego pomysłu. Wszystkie państwa unijne usskarżają się, że szczepionki nie są dostarczane w terminach i ilościach wcześniej ustalonych z koncernem.

Do końca pierwszego kwartału tego roku, AstraZeneca dostarczyła tylko 30% z ustalonych uprzednio dostaw. Koncern tłumaczył się niższą od spodziewanej wydajności jednej z fabryk uczestniczących w łańcuchu produkcji. Z kolei w drugim kwartale, według deklaracji, dostarczy jedynie około 70 milionów dawek, a pierwotnie miała 300 milionów.

Już wcześniej francuska minister przemysłu Agnes Pannier-Runacher przekazała, że UE może nie odnowić kontraktu na szczepionki z firmą AstraZeneca na rok 2022. – Decyzja w tej sprawie nie została jeszcze podjęta, ale jest to bardzo prawdopodobne – oceniła.

rmf24.pl

Komisja Europejska zamierza podjąć krok uderzający w wolność słowa. Inicjatywa KE dotyczy włączenia tzw. „mowy nienawiści” i „przestępstw z nienawiści” do katalogu „przestępstw europejskich”. Oznacza to, że zostałyby one wpisane do art. 83 ust. 1 Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej i tym sposobem zachowania mieszczące się pod tymi pojęciami byłyby obowiązkowo uznawane ze przestępstwa przez wszystkie państwa należące do UE. Pojęcia te nie zostały jednak jasno zdefiniowane w żadnym akcie prawa międzynarodowego i dlatego plany Komisji mogłyby skutkować naruszaniem wolności wypowiedzi. Instytut Ordo Iuris przekazał stanowisko w tej sprawie.

20 kwietnia zakończył się proces konsultacji inicjatywy KE. W ramach możliwości przesyłania swoich opinii zgłoszono ponad 1500 tzw. feedbacków, co świadczy o wielkiej skali zainteresowania tematem na terenie całej UE. Liczba krytycznych stanowisk, w tym obszerne i wyczerpujące stanowisko Ordo Iuris świadczy o tym, że Europejczycy zdają sobie sprawę z zagrożenia dla wolności słowa jakie niesie projektowana regulacja i są niechętni wprowadzaniu cenzury.

W swojej opinii Instytutu Ordo Iuris wskazał na niepokojący fakt, że zarówno pojęcie „mowy nienawiści”, jak i „przestępstwa z nienawiści” nie jest wyjaśnione ani jednoznacznie określone w żadnym traktacie międzynarodowym. Terminy te nie zostały też zdefiniowane przez żaden międzynarodowy trybunał. Istnieją jedynie niewiążące definicje, które niewiele wyjaśniając, wykazują przede wszystkim daleko idącą swobodę i brak obiektywnych kryteriów pozwalających ocenić, co mieści się w granicy swobody wypowiedzi, a co miałoby już spełniać kryteria przestępstwa.

Dr Rubas: Lockdown i maseczki są kompletnie nieskuteczne w walce z wirusem! [NASZ WYWIAD]

Ta nieokreśloność terminu „mowa nienawiści”, widoczna w dokumentach międzynarodowych, znajduje odzwierciedlenie w dokumentach tworzonych przez międzynarodowe firmy, organizacje pozarządowe oraz inne podmioty publiczne i prywatne. Widać to na przykładzie, chociażby, „standardów Facebooka”, na które, między innymi, powołuje się Komisja Europejska, próbując wykazać rzekomo przytłaczającą skalę „hate speech” i „hate crime” w internecie. Przy czym, zgodnie z tymi standardami, pod pojęciem ataku mieszczą się m.in. „wyrażenia mówiące o byciu mniej niż odpowiednim”, „wyrażenia mówiące o odstępstwie od normy”, „przyznanie się do nietolerancji na podstawie cech chronionych, w tym m.in.: homofobii, islamofobii”, „treści wyrażające odrzucenie, w tym m.in.: nie uznaję, nie lubię, nie zależy mi”. W praktyce, funkcjonujące już definicje mowy nienawiści, dają więc pole do przypadkowych i subiektywnych interpretacji, przez co walka z „hate speech” staje się zagrożeniem dla wolności debaty publicznej i może przybierać (i nierzadko przybiera)  formę cenzury.

Ochrona wolności słowa oraz pluralizm poglądów wymagają precyzji zarówno w definicjach jak i w regulacjach prawnych dotyczących wolności słowa. Tymczasem samo pojęcie „mowy nienawiści” koncentruje się na motywacjach, uczuciach, myślach czy poglądach sprawcy i ofiary. Ta perspektywa z zasady jest sprzeczna z wymogiem precyzji i dookreśloności. Kryteria te są też dalekie od obiektywizmu i trudno weryfikowalne.

Swoboda wypowiedzi jako jedno z zasadniczych praw wolnościowych, deklarowana jest we wszystkich aktach międzynarodowych lub ponadnarodowych dotyczących ochrony praw człowieka. Wolność wypowiedzi przewidziana została w art. 19 PDPC, art. 19 MPPOiP, art. 10 EKPC, a także w art. 11 KPP. Hasło walki z „mową nienawiści” czerpiąc swoją legitymację z powszechnej niechęci do nienawiści, obejmuje zatem, bez najmniejszej precyzji, znacznie więcej zachowań niż te, którym zwolennicy podniesienia kultury debaty publicznej chcieliby przeciwdziałać. W istocie kulturę tą degraduje, pozwalając na daleko posuniętą dowolność w instrumentalnym etykietowaniu określonych zachowań (wypowiedzi) i usuwanie ich z debaty publicznej.

– Przede wszystkim, pojęcia mowy nienawiści i przestępstw z nienawiści nie spełniają warunków określonych w art. 83 ust. 1 Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej, które pozwalałyby na zmianę traktatu polegającą na dodaniu tych przestępstw do wykazu przestępstw UE. „Hate speech” i „hate crime” nie są z zasady zbrodniami, lecz najczęściej przestępstwami określanymi przez prawo jako „powszechne”. Co do zasady nie mają też charakteru transgranicznego, a wobec braku precyzyjnej, obowiązującej definicji nie sposób też zbadać ani wykazać jakiegokolwiek trendu w liczbie tego typu przestępstw. Żaden z warunków przewidzianych Traktatem w celu włączenia nowego przestępstwa do katalogu przestępstw europejskich nie jest zatem w tym przypadku spełniony, w związku z czym inicjatywa Komisji Europejskiej skazana jest na niepowodzenie – podkreśla Anna Kubacka, analityk Centrum Prawa Międzynarodowego.

Piotr Rubas, lekarz internista.

/ Fot. YouTube/MediaNarodowe

Znane są praktyki tych monopolistów, którzy niczym komunistyczna propaganda w Związku Sowieckim potrafią jedynie blokować, ośmieszać, oczerniać adwersarzy mających odwagę głosić poglądy inne niż zadekretowane do wierzenia, nie stać ich natomiast nigdy na otwartą debatę – mówi w rozmowie z Mediami Narodowymi Piotr Rubas, lekarz internista pracujący w Niemczech.

Jakub Zgierski: Czy był Pan zaskoczony usunięciem przez YouTube wywiadu, który z Panem przeprowadziłem? Przypomnijmy, że obejrzało go aż pół miliona ludzi…

Piotr Rubas: W kontekście wcześniejszych posunięć platform, takich jak YouTube czy FB, blokujących wszelkie odmienne od narzuconej odgórnie politycznej poprawności opinie, to przyznam, że mnie nie dziwi. Znane są praktyki tych monopolistów, którzy niczym komunistyczna propaganda w Związku Sowieckim potrafią jedynie blokować, ośmieszać, oczerniać adwersarzy mających odwagę głosić poglądy inne niż zadekretowane do wierzenia, nie stać ich natomiast nigdy na otwartą debatę. To jest stara strategia lewicy, a wiedząc, kto jest właścicielem tych platform i jaki światopogląd reprezentuje, nie powinniśmy się dziwić.

Czy niepoprawni politycznie lekarze są zwalczani, a wręcz prześladowani? Warto zwrócić uwagę na przypadek prof. Rutkowskiego, dr. Basiukiewicza czy dr. Martyki.

Tak, oczywiście. Do tego celu w charakterze żandarma myśli są wykorzystywane izby lekarskie, do których przynależność i płacenie składek jest dla lekarzy obowiązkowa i które, o ironio, mogą zniszczyć podstawy egzystencji lekarza wypowiadającego nieprawomyślne poglądy poprzez odebranie prawa wykonywania zawodu, mimo iż to nie izby lekarskie przyznawały dokument, dzięki któremu jest się lekarzem, czyli dyplom lekarski. Sprawia to, że wielu lekarzy boi się otwarcie mówić, co myśli na temat podejmowanych przez obecny reżim środków przeciwpandemicznych, jak lockdown, maseczki, dystans, dezynfekcja, które – jak wykazały badania naukowców z Uniwersytetu Stanforda – są kompletnie nieskuteczne w walce z wirusem.

Dla rządowych propagandystów liczą się ślepe posłuszeństwo i wiara w mądrości etapu ogłaszane na kolejnych konferencjach prasowych premiera i jego ministra, mimo iż prawdy podawane do wierzenia są zaprzeczeniem tego, co opowiadano kilka tygodni wcześniej. Ważne, by lekarz niczym sanacyjny urzędnik był bierny, mierny, ale wierny. Osoby wykazujące się spostrzegawczością i samodzielnym myśleniem, jak wspomniani przez Pana Redaktora lekarze, którym należy się wielki szacunek za ich niezłomną postawę, muszą zostać przykładnie zniszczone, by innym lekarzom nie przyszedł do głowy pomysł kwestionowania oficjalnej narracji rządowej dot. covida.

Pamiętajmy także o Lekarzu Wyklętym naszych czasów, wspaniałej dr Annie Prześlicy-Martynowskiej z Lądka Zdroju, która w ramach represji za mówienie prawdy o koronawirusie na łamach niezależnych propolskich kanałów – Mediów Narodowych i wRealu24 – została pozbawiona prawa wykonywania zawodu przez Dolnośląską Izbę Lekarską. W odpowiedzi na to w dwa dni zebrano ok. 1500 podpisów mieszkańców gminy Lądek Zdrój, wdzięcznych pacjentów dr Martynowskiej, którzy zostali pozostawieni bez opieki lekarskiej, skazani ewentualnie na teleporady. Pamiętajmy, iż wówczas poza jednym jedynym posłem Grzegorzem Braunem żaden z polityków jakiejkolwiek partii, nawet tych deklarujących się jako wolnościowe czy antysystemowe, nie raczył nawet zabrać głosu w dyskursie publicznym w jednych z mainstreamowych mediów, by ująć się za prześladowaną lekarką, nie mówiąc już o czynnym wsparciu czy udziale w protestach pod siedzibą Dolnośląskiej Izby Lekarskiej czy Naczelnej Izby Lekarskiej w obliczu tak jawnego pogwałcenia prawa do swobodnej wypowiedzi i formułowania lekarskich opinii.

Niektórzy internauci w komentarzach pod filmami podważali Pana kompetencje medyczne albo sugerowali, że wcale nie pracuje Pan w niemieckich szpitalach. Czy takie zarzuty są w ogóle zasadne?

Gdy ktoś chce uderzyć, to zawsze kij się znajdzie. Wielokrotnie odnosiłem się do insynuacji szerzonych przez samozwańczych weryfikatorów prawdy, demagogów itp. Na mój temat powstał mający niewiele wspólnego z rzeczywistością artykuł na portalu sprawdzam.afp.com, którego właścicielem jest agenda powiązana z rządem francuskim, gdzie kontrfaktycznie sugeruje się, jakobym nigdy nie pracował w szpitalach, takich jak Sertürner BürgerSpital w Einbecku czy Klinikum Hann. Münden w landzie Dolna Saksonia, gdzie w tym drugim przypadku ponoć pytano kogoś (kogo?), czy taki lekarz tam pracował, na co miano nie uzyskać potwierdzenia. W ten sposób szerzy się dezinformację i półprawdy celem dyskredytacji niewygodnych osób.

Zobacz także: Dr Rubas: Pod pretekstem walki z wirusem postanowiono dokonać przebudowy świata [NASZ WYWIAD]

Co do prac naukowych, to wypowiadam się jako lekarz klinicysta związany z interną, a nie naukowiec czy profesor o dorobku naukowym. Nigdy tego nie ukrywałem, jeżeli natomiast do kogoś przemawia bardziej kilka literek przed nazwiskiem niż merytoryka i to, co dana osoba ma do powiedzenia, to nic na to nie poradzę. Mogę dodać, że wszyscy ordynatorzy (Chefarztowie) w szpitalach, gdzie pracowałem, byli bardzo zadowoleni z mojej pracy, co potwierdzają pozytywne świadectwa pracy.

Rozmawiał Jakub Zgierski

topklatka z nagrania opublikowanego w internecie.

/ Fot. Twitter

Jak wynika z opublikowanego w internecie nagrania, kilka dni temu tłum Żydów tańczył i śpiewał na warszawskim lotnisku Chopina, nie robiąc sobie nic z obowiązujących obostrzeń samitarnych. Władze portu lotniczego potwierdziły autentyczność nagrania i fakt takiego incydentu.

  • Do zdarzenia doszło 19 kwietnia, czyli w dzień 78. rocznicy Powstania w getcie warszawskim.
  • Na nagraniu widać tłum Żydów, który tańczy, śpiewa i modli się, bez przestrzegania obostrzeń sanitarnych, jak dystans społeczny, a z opisu wynikało, że do wszystkiego doszło na warszawskim lotnisku Chopina. Nie było interwencji obsługi lotniska, ani funkcjonariuszy policji.
  • Będziemy podejmować działania, żeby taka sytuacja nie powtórzyła się w przyszłości – powiedział w rozmowie z polsatnews.pl rzecznik lotniska Piotr Rudzki.
  • Zobacz także: Policja wkroczyła na wesele. Organizatorzy oskarżeni o sianie zagrożenia

– Potwierdzam, że nagranie zostało wykonane na lotnisku Chopina w Warszawie – powiedział w rozmowie z polsatnews.pl rzecznik lotniska Piotr Rudzki. Poinformował także, że do zdarzenia doszło 19 kwietnia, czyli w dzień 78. rocznicy Powstania w getcie warszawskim. Na nagraniu widać tłum Żydów, który tańczy, śpiewa i modli się, bez przestrzegania obostrzeń sanitarnych, jak dystans społeczny, a z opisu wynikało, że do wszystkiego doszło na warszawskim lotnisku Chopina. Nie było interwencji obsługi lotniska, ani funkcjonariuszy policji.

– To jest grupa, która podróżowała przez Warszawę tranzytem. Podróżowali wielką grupą, długodystansowym lotem. Na lotnisku przebywali bardzo krótko, nie przekraczali polskiej granicy – podkreślił Rudzki. – Apelujemy do rozsądku wszystkich pasażerów. Naganne jest to, że osoby nie przestrzegały dystansu, jednak nie jesteśmy w stanie fizycznie nikogo do tego zmusić – stwierdził. – Będziemy podejmować działania, żeby taka sytuacja nie powtórzyła się w przyszłości – dodał.

twitter.com, polsatnews.pl

Jan Pospieszalski

/ fot. Krzysztof Sitkowski/Facebook/WartoRozmawiać

Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich (CMWP SDP) zaapelowało do wladz TVP o emisje programu “Warto Rozmawiać”, nagranego 19 kwietnia. CMWP SDP domaga się także “przywrócenia dotychczasowego stałego miejsca tego programu w ramówkach Telewizji Polskiej”.

  • CMWP SDP chce, żeby wyemitowano ostatni odcinek programu “Warto Rozmawiać”, a także “przywrócenia dotychczasowego stałego miejsca tego programu w ramówkach Telewizji Polskiej”.
  • Redaktor Jan Pospieszalski i wydawca programu red. Paweł Nowacki, autorzy programu „Warto rozmawiać” to cenieni i powszechnie znani w Polsce dziennikarze, z niekwestionowanym dorobkiem zawodowym, cieszący się od wielu lat wiarygodnością i zaufaniem widzów – podkreślono w oświadczeniu CMWP SDP.
  • Zobacz także: Twórcy „Warto Rozmawiać” odpowiadają Komisji Etyki TVP. „Pominięto procedury”

– Redaktor Jan Pospieszalski i wydawca programu red. Paweł Nowacki, autorzy programu „Warto rozmawiać” to cenieni i powszechnie znani w Polsce dziennikarze, z niekwestionowanym dorobkiem zawodowym, cieszący się od wielu lat wiarygodnością i zaufaniem widzów – podkreślono w oświadczeniu CMWP SDP. – W przeszłości wielokrotnie wykazywali się odwagą cywilną w poruszaniu trudnych i kontrowersyjnych tematów, realizując misję telewizji publicznej – stwierdzono.

– W ocenie CMWP SDP zawieszenie programu „Warto Rozmawiać” byłoby dla w/w twórców niezasłużoną i wyjątkowo dokuczliwą represją, która zagrażałaby realizacji zasady wolności słowa w demokratycznym państwie i obniżałaby jakość debaty publicznej w Polsce – napisano w dokumencie.

Nie ma informacji, zeby co do niewyemitowanego odcinka programu jakieś zastrzeżenia zgłaszała Komisja Etyki TVP. Tak się stało w przypadku wcześniejszego programu, z 12 kwietnia, który został wyemitowany.

cmwp.sdp.pl

Dwaj Turcy zostali zatrzymani przez pracowników Nadbużańskiego Oddziału Straży Granicznej (NOSG). Nielegalnie przekroczyli tak zwaną zieloną granicę ukrainsko-polską. Od początku tego roku takich osób bylo już 15.

  • Od początku roku funkcjonariusze NOSG zatrzymali już 15 osób, które nielegalnie przekroczyli polską granicę. Tym razem dwoch Turkow.
  • Podczas działań związanych z ochroną granicy państwowej, funkcjonariusze ujawnili ślady obuwia, które mogły wskazywać na nielegalne przekroczenie granicy przez dwie osoby – poinformował por. Dariusz Sienicki, rzecznik NOSG.
  • Mężczyźni zostali zatrzymani w pobblizu graicy państwowej.
  • Zobacz także: Reakcja BLM na werdykt ws. Chauvina: „Nigdy nie będziemy usatysfakcjonowani!” [WIDEO]

Dwóch mężczyzn namierzyli funkcjonariusze Strazy Granicznnej z placówki w Lubyczy Królewskiej. Nielegalnie przekroczyli tak zwaną zieloną granicę ukrainsko-polską. Zielona granica to określenie słabo chronionego odcinka granicy państwa. Określenie pochodzi od terenu pokrytego roślinnością: lasami, zaroślami i łąkami, często o urozmaiconej rzeźbie.

– Podczas działań związanych z ochroną granicy państwowej, funkcjonariusze ujawnili ślady obuwia, które mogły wskazywać na nielegalne przekroczenie granicy przez dwie osoby – poinformował por. Dariusz Sienicki, rzecznik NOSG. W taki sposób Straż Graniczna wpadła na trop Turkow. – W toku podjętych działań, do których włączyli się również funkcjonariusze SG z Placówki w Hrebennem, zatrzymano w pobliżu granicy państwowej, dwóch mężczyzn. Jak ustalono, podczas prowadzonej kontroli, obaj legitymowani to obywatele Turcji. Zatrzymani mężczyźni, dokonali wcześniej nielegalnego przekroczenia tzw. „zielonej granicy państwa” z terytorium Ukrainy do Polski – przekazał rzecznik.

dziennnikwschodni.pl

Działacz największej szwedzkiej organizacji LGBT został skazany za gwałty na imigrantach i molestowanie seksualne. To wszystko robił w pracy, gdzie miał pomagać w otrzymaniu azylu w związku z ich orientacją seksualną.

  • Działacz LGBT miał w ramach swojej pracy przyjmować osobiście imigrantów w swoim biurze. Teraz kilku z nich oskarżyło go o gwałty i molestowanie seksualne.
  • Mężczyzna nie przyznał się do winy.
  • W wyroku sąd rejonowy w Sztokholmie podkreślił, iż “ofiary wierzyły, że mężczyzna ma decydujący wpływ na przebieg ich procesu azylowego”.
  • Zobacz także: Youtuber umawiał się z młodymi fanami! Sponsorzy zrywają współpracę

W wyroku sąd rejonowy w Sztokholmie podkreślił, iż “ofiary wierzyły, że mężczyzna ma decydujący wpływ na przebieg ich procesu azylowego”. Działacz “nadużył swojej pozycji oraz wykorzystał lęk osób starających się o pozwolenie na pobyt”. Ofiary miały obawiać się, że sprzeciwienie się mężczyźnie będzie skutkować wydaleniem ze Szwecji. Nad pracą działacza LGBT dotychczas nie było kontroli, co ułatwiało mu dokonywać gwałty na imigrantach.

Mężczyzna pracował w w stowarzyszeniu RFSL, działającym na rzecz praw osób homoseksualnych, biseksualnych i transpłciowych. Organizacja jest obecna w Szwecji od 70 lat, posiada 34 lokalne oddziały i jest finansowane ze środków publicznych oraz prywatnych. Prowadzi kursy w szkołach, przychodniach oraz firmach na temat praw osób LGBT. Teraz władze zapowiedziały kontrolę i zagroziły odebraniem dotacji.

Jak podają media, do władz już wcześniej dochodziły informacje o tym, że imigranci nie chcą się z nim spotykać w pojedynkę. Zostało to jednak zignorowane. Nad pracą mężczyzny nie było także kontroli. Miał on własny rejestr osób, które przyjmował. Według oficjalnych danych w 2019 roku było ich 319. Mężczyzna nie przyznał się do winy.

polsatnews.pl

Komisja Europejska zapowiedziała prace nad dokumentem wymuszającym na państwach członkowskich akceptację dokonanych w innym kraju adopcji dzieci przez konkubinaty jednopłciowe. Zgodnie z planami KE, taki przepis może być wprowadzony w formie rozporządzenia, co byłoby wiążące dla wszystkich członków Unii. Byłoby to sprzeczne z prawem krajowym niektórych państw, m.in. Polski. Instytut Ordo Iuris przygotował petycję do władz Komisji z apelem o wycofanie się z tych planów. Powstaje także szeroka międzynarodowa koalicja organizacji prorodzinnych sprzeciwiająca się naruszaniu prawa suwerennych państw.

PODPISZ PETYCJĘ – LINK

We wrześniu 2020 r. przewodnicząca KE Ursula von der Leyen oświadczyła: „Jeżeli jesteś rodzicem w jednym kraju, jesteś rodzicem w każdym kraju”. W celu realizacji zapowiedzianych przez nią planów, Komisja ogłosiła właśnie rozpoczęcie prac nad Rozporządzeniem w sprawie uznawania rodzicielstwa między państwami członkowskimi. Co istotne, na podstawie Traktatów unijnych, prawo rodzinne materialne należy do wyłącznej kompetencji państw członkowskich.

Wprowadzenie zmian postulowanych przez Ursulę von der Leyen w praktyce oznaczałoby, że dokonane przez pary jednopłciowe adopcje dzieci w krajach, których prawodawstwo przewiduje taką możliwość, miałyby być uznawane także w tych państwach UE, których prawo na to nie pozwala. Ma to zostać osiągnięte zarówno przez wprowadzenie wspólnych zasad zgodności kolidujących ze sobą przepisów krajowych dotyczących prawa rodzinnego, jak i poprzez obowiązek uznawania przez kraje członkowskie wyroków odnoszących się do rodzicielstwa, wydawanych przez sądy innego państwa. Tym sposobem, UE mogłaby ingerować w materialne prawo rodzinne poszczególnych krajów (do czego nie ma żadnych uprawnień). Przykładowo, Polska, pomimo braku takiej możliwości zgodnie z prawem krajowym, musiałaby uznawać „rodzicielstwo” dwóch mężczyzn zatwierdzone w innym kraju, np. na podstawie wyroku sądu.

Pudzianowski do Rafała Gawła: „Bydlaku przyjdź do mnie…”

Zapowiadane zmiany zakładają także wdrożenie tzw. opcjonalnego europejskiego certyfikatu rodzicielstwa. Akt ten miałby stanowić formę alternatywnego dokumentu dotyczącego urodzenia. Zgodnie z zamiarem Komisji, miałby on zapewne zastosowanie w krajach takich jak Polska – nieakceptujących prób ingerencji Unii Europejskiej w wewnętrzne prawo.

„Komisja Europejska w obecnym składzie staje się instytucją przywłaszczającą sobie coraz więcej kompetencji. Przede wszystkim jednak, zamiast chronić państwa członkowskie i szanować ich różnorodność, próbuje narzucić im w nieuprawniony sposób rozwiązania radykalnie sprzeczne z prawem traktatowym UE oraz konstytucjami poszczególnych państw. Plany Komisji muszą spotkać się z naszą zdecydowaną reakcją, dlatego zachęcamy wszystkich do podpisu pod naszą petycją. Nasze działania muszą wykraczać poza granice Polski, więc wkrótce chcemy wyjść z inicjatywą stworzenia międzynarodowej koalicji organizacji społecznych przeciwko inicjatywie Komisji” – zaznaczyła Katarzyna Gęsiak, analityk Centrum Prawa Międzynarodowego Ordo Iuris.

Rafał Gaweł i Mariusz Pudzianowski

/ Fot. Facebook

Rafał Gaweł, fundator Ośrodka Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych, skazany na dwa lata pozbawienia wolności za oszustwa finansowe i ścigany listem gończym, zarzuca Mariuszowi Pudzianowskiemu publiczne pochwalanie katowania dzieci. – Bydlaku, jak jesteś taki odważny, to przyjdź do mnie na trening i powiedz mi to w oczy – odpowiedział Pudzianowski.

  • Lata 90. były, jakie były i nie uważam, że czasem jak dostałem ścierką przez grzbiet czy delikatnie paskiem od matki, to było to nie wiadomo co – stwierdził Pudzianowski.
  • Rafał Gaweł zarzucił sportowcowi, że publicznie pochwala katowanie dzieci.
  • Bydlaku, jak jesteś taki odważny, to przyjdź do mnie na trening i powiedz mi to w oczy – odpowiedział Pudzianowski.
  • Zobacz także: Kibice chcą wypraszać ze stadionów. Złe wieści dla PO, Lewicy i Strajku Kobiet

Rafał Gaweł zarzucił sportowcowi, że publicznie pochwala katowanie dzieci. Swój wpis okrasił memem z Pudzianowskim i zdjęciami skatowanych dzieci. – Bydlaku, jak jesteś taki odważny, to przyjdź do mnie na trening i powiedz mi to w oczy – odpowiedział Pudzianowski.

Wpis Gawła nawiązuje do słów “Pudziana” sprzed kilku dni. – Bezstresowe cztery pasy na grzbiet i lekarstwo zadziałało i nie było choroby ADHD jak dziś! A obecnie mamusia: “mój synuś/córcia chory/a jest na ADHD”, a moja matka “ja mu kur… dam ADHD, tylko wróci do domu” – napisał w mediach społecznościowych zawodnik MMA, a w przeszłości strongman. Jednak ten wpis później usunął.

PUDZIANOWSKI JESTEŚ DLA MNIE SKOŃCZONY Mariusz Pudzianowski publicznie zachęca do katowania chorych dzieci przy pomocy…

Opublikowany przez Rafał Gaweł Sobota, 17 kwietnia 2021

“Lata 90. były, jakie były”

Pudzianowski później swoje przemyślenia wyraził jeszcze w Instastory. – Lata 90. były, jakie były i nie uważam, że czasem jak dostałem ścierką przez grzbiet czy delikatnie paskiem od matki, to było to nie wiadomo co. Czasy są jakie są i są to paskudne czasy. Zero szacunku do nauczyciela, nauczyciel się boi odezwać, powiedzieć “ty durniu, ty debilu”, bo inaczej do niektórych nie da się powiedzieć. Oczywiście nie uogólniajmy wszystkiego, bo nie każdy jest debilem, ale niektórym trzeba po prostu tą ścierką przez grzbiet przełożyć – stwierdził. – Oczywiście, że trzeba dzieciakom tłumaczyć wszystko, bicie nie polega na tym, ale jeszcze nikomu ścierka i delikatny pasek nie zaszkodziły, tak jest, było i będzie. I nie jest to znęcanie się – ocenił. – Śmiać mi się chce z tego nowoczesnego wychowania. Mnie matka dobrze wychowała i dziękuję jej za to. I nie mam niczego za złe. Pasek czy ścierka parę razy nie zaszkodziła mi – zauważył.

Teraz Pudzianowski żąda od Rafała Gawła skasowania wpisu na swój temat, opublikowania przeprosin i zapłaty 10 tysięcy złotych na cel społeczny związany z ochroną zdrowia psychicznego dzieci. Na to wszystko dał mu 3 dni. – Za to porównanie mnie z jakimś czereśniakiem, który katuje dzieci, to zrób ze mną uczciwy trening i powiedz mi to w oczy. (…) Za wstawienie zdjęcia mojego obok takich zmaltretowanych dzieci, przyjdź do mnie bydlaku na trening, bo na razie to chyba brakuje ci j… – napisał Pudzianowski.

wprawo.pl, onet.pl

mecz stadion

/ Fot. pixabay.com

Stowarzyszenie Kibiców Kadry “Ultra Polska” zdecydowało o wypraszaniu ze stadionów sympatyków oraz polityków Platformy Obywatelskiej, Lewicy, jak również tzw. Strajku Kobiet. Decyzja dotyczy wyjazdowych meczów reprezentacji Polski.

  • Stowarzyszenie Kibiców Kadry “Ultra Polska” zdecydowało o wypraszaniu ze stadionów sympatyków oraz polityków Platformy Obywatelskiej, Lewicy, jak również “Strajku Kobiet”.
  • Już wczeniej zdarzały się przypadki wypraszania określonych osób z trybun. Podczas meczu kwalifikacyjnego Armenia – Polska, który odbył się 5 października 2017 roku w Erywaniu, kibice wyprosili polityka Platformy Obywatelskiej, a jednocześnie prezydenta Sopotu, Jacka Karnowskiego.
  • Zobacz także: Apel w obronie Polaków na Białorusi. „Polityczne represje”

Stowarzyszenie Kibiców Kadry “Ultra Polska” to grupa zrzeszająca przedstawicieli kilkunastu polskich klubów piłkarskich. Zajmuje się ona zorganizowanym dopingiem czy oprawami podczas wyjazdowych meczy reprezentacji Polski w piłce nożnej. Podczas ostatniego spotkania zdecydowano, że gdy tylko wrócą rozgrywki na szczeblu międzynarodowym, a na stadiony kibice, część środowisk będzie tam niemile widziana. Wypraszani ze stadionów mają być sympatycy oraz politycy Platformy Obywatelskiej, Lewicy, jak również “Strajku Kobiet”.

Decyzja nie zapadła jednogłośnie, ale zdobyła większość. Już wczeniej zdarzały się przypadki wypraszania określonych osób z trybun. Podczas meczu kwalifikacyjnego Armenia – Polska, który odbył się 5 października 2017 roku w Erywaniu, kibice wyprosili polityka Platformy Obywatelskiej, a jednocześnie prezydenta Sopotu, Jacka Karnowskiego.

Wśród tematów, które omówiono podczas posiedzenia, były także obecnie obowiązujące w piłce nożnej ograniczenia dla kibiców.

poloniaswiat.pl