Konferencja prasowa Polski 2050 Szymona Hołowni.

Szymon Hołownia, prof. Wojciech Maksymowicz, Hanna Gil-Piątek, Joanna Mucha, Tomasz Zimoch / Fot. Twitter

– Do naszego składu dołącza w Sejmie wielki autorytet medyczny prof. Wojciech Maksymowicz. Bardzo się cieszę, że będziemy mieć tak dobrego specjalistę w naszym gronie – zachwalała poseł Hanna Gil-Piątek podczas dzisiejszej konferencji prasowej. Koło parlamentarne Polska 2050 od dziś liczy sześciu posłów i jednego senatora. Prof. Maksymowicz przeszedł do środowiska Szymona Hołowni z partii Jarosława Gowina – Porozumienia.

  • Prof. Wojciech Maksymowicz jest pierwszym dotychczasowym posłem Porozumienia Jarosława Gowina, który zdecydował się dołączyć do Polski 2050 Szymona Hołowni.
  • Zamiast programu dla większej efektywności przychodni i szpitali, urzędnicy przygotowali dalszą drastyczną biurokratyzacje, zamordyzm i centralizację. PiS forsuje powrót do czysto PRL-owskiego centralizmu – mówił prof. Maksymowicz podczas konferencji prasowej w Sejmie.
  • Nie mogę zgodzić się na politykę prowadzącą do zapaści służby zdrowia, a taką właśnie zapowiada zurzędniczała PR-owska koncepcja Polskiego Ładu – zaznaczył.
  • Zobacz także: Zdziarski o założeniach Polskiego Ładu: Diabeł tkwi w szczegółach [WIDEO]

Dzisiejszy transfer z partii Jarosława Gowina do Polski 2050 Szymona Hołowni stał się obiektem licznych komentarzy. – Maksymowicz nigdzie nie odszedł, został oddelegowany – stwierdził Petros Tovmasyan, były działacz Porozumienia Jarosława Gowina. – Maksymowicz dołącza do Hołowni “ze względów ideologicznych”. Panie Profesorze, której dokładnie ideologii z tej zbieraniny? Tej od skrajnej lewicy i piorunów, czy tej absurdalnie bezideowej w stylu Muchy? – zastanawia się z kolei Dariusz Matecki z Solidarnej Polski.

PiS oskarżony o zamordyzm i centralizację

– Ufając wiedzy i determinacji ludzi Polski 2050 postanowiłem się do nich przyłączyć i razem naprawiać Polskę – powiedział prof. Maksymowicz, minister zdrowia z rządu Jerzego Buzka. W jego wypowiedzi nie zabrakło też krytyki obozu rządzącego, który do niedawna współtworzył. – W centrum mojego życia zawsze było dobro pacjentów, nie mogę zgodzić się na politykę prowadzącą do zapaści służby zdrowia, a taką właśnie zapowiada zurzędniczała PR-owska koncepcja Polskiego Ładu – stwierdził. – Całość opieki zdrowotnej wymaga prawdziwej naprawy, przemyślanych rozwiązań, systemowego zagwarantowania wzrostu nakładów na opiekę zdrowotną. Zamiast programu dla większej efektywności przychodni i szpitali, urzędnicy przygotowali dalszą drastyczną biurokratyzacje, zamordyzm i centralizację. PiS forsuje powrót do czysto PRL-owskiego centralizmu – ocenił.

– Kiedy patrzę na obóz Zjednoczonej Prawicy, to widzę tam bardzo wielu polityków, którzy dołączyli do PiS i koalicjantów w poczuciu, że będą mogli tam służyć Polsce. Zrobili to ze względów ideowych, a nie karierowych. Wielu z nich sygnalizuje już dziś, że czują się oszukani, że to nie tak miało być, że prawo nie znaczy prawo, a sprawiedliwość, w wykonaniu PiS-u, nie znaczy sprawiedliwość. To pułapka, z której bardzo ciężko się wydostać – powiedział natomiast Szymon Hołownia. – Tym większy mój szacunek i uznanie dla pana profesora, który może dziś stanowić wzór dla tych, którzy jeszcze się wahają. Można pozostać ideowym człowiekiem, wiernym swoim wartościom, nawet jeśli będzie to oznaczało zmianę ścieżki kariery politycznej – podkreślił.

Gorące komentarze po przejściu z Gowina do Hołowni

interia.pl, twitter.com

Kobieta trzymająca strzykawkę ze szczepionką.

/ Fot. Pixabay

Ministerstwo zdrowia podało, ilu Polaków zaraziło się koronawirusem po zaszczepieniu dostępnymi preparatami. Zdaniem resortu takie przypadki mogą wynikać m.in. ze zbyt krótkiego czasu od przyjęcia szczepionki, albo do zarażenia doszło na krótko przed przyjęciem szczepionki.

Nie wiadomo, jak duża liczba osób, spośród zakwalifikowanych jako zarażone koronawirusem po zaszczepieniu, przyjęła już obie dawki szczepionki. Ministerstwo zdrowia podało tylko ogólne dane o liczbie zaszczepionych przynajmniej jedną dawką, oboma, a także zakażonych koronawirusem po zaszczepieniu. Według danych resortu, dotychczas zaszczepiono w Polsce przeci COVID-19 16 mln osób. Spośród nich, 5 mln Polaków uzyskało już pełną odporność. Z kolei odnotowano 84 tys. 330 zakażeń koronawirusem po zaszczepieniu przeciw niemu.

– Nikt nie jest uodporniony na sam widok strzykawki. Potrzeba dwóch tygodni od zaszczepienia, żeby zdobyć odporność przede wszystkim przed ciężkim przebiegiem choroby – stwierdził wirusolog, prof. Włodzimierz Gut. Przyjęcie szczepionki przeciw koronawirusowi nie daje nigdy 100% pewności, że uniknie się zakażenia tą chorobą.

interia.pl

Zrzut ekranu stacji TVN24.

/ Fot. screen

W wyniku fuzji amerykańskich koncernów Discovery i WarnerMedia powstanie nowy właściciel takich stacji, jak: HBO, CNN, Eurosport, czy TVN. Transakcja ma zostać sfinalizowana w połowie przyszłego roku.

  • Amerykański koncern telekomunikacyjny AT&T, właściciel WarnerMedia będzie miał 71% udziałów w nowym koncernie, który powstanie w wyniku fuzji. Pozostałe 29% przypadnie Discovery.
  • Będzie to nowy właściciel choćby HBO, CNN, Eurosportu, czy TVN. W swojej ofercie będzie miał także platformy streamingowe powiązane z tymi markami.
  • Koncern powstały w efekcie fuzji będzie obecny w ponad 220 krajach i 50 obszarach językowych.
  • Zobacz także: Szwecja. Zagraniczni pracownicy sezonowi są wykorzystywani przez pracodawców. Dotyczy to również Polaków

Fuzja została potwierdzona przez przedstawicieli obu medialnych gigantów na początku tego tygodnia. W nowym, wspólnym koncernie, większość udziałów (71%) będzie miał amerykański koncern telekomunikacyjny AT&T, właściciel WarnerMedia. Nie wiadomo jeszcze, pod jaką nazwą będzie działał nowy właściciel takich stacji, jak HBO, CNN, Eurosportu, czy TVN. Wiadomo natomiast już, że prezesem nowej spółki ma zostać David Zaslav z Discovery, a koncern obejmie w niej pozostałe 29% udziałów.

– Przebywam obecnie w USA i na bieżąco śledzę największe stacje informacyjne. Przekaz CNN skręcił mocno w lewo, tak jak nowa fala Partii Demokratycznej – pisał jeszcze w 2019 roku publicysta Łukasz Adamski o głównej stacji informacyjnej, którą ma w swoim portfolio nowy właściciel TVN. – CNN nie tylko ośmiesza swoją wiarygodność nieustającym atakiem na Donalda Trumpa, co okazuje się być kontr skuteczne, ale również oddala się od masowego widza, wspieraniem radykalizmu ideologicznego nie pasującego do amerykańskiej mentalności – oceniał wówczas. – Od kilku lat CNN walczy z problemem spadku oglądalności, który konserwatywni Amerykanie łączą z brakiem wiarygodności niegdyś potężnej stacji – zwracał uwagę. Linia obrana przez CNN pokazuje, jakie podejście może obrać, a w zasadzie kontynuować w Polsce TVN po sfinalizowaniu fuzji.

Bogata oferta nowego koncernu

Koncern powstały w efekcie fuzji będzie obecny w ponad 220 krajach i 50 obszarach językowych. – Nowa firma będzie mogła rywalizować na całym świecie w szybko rosnącym sektorze usług bezpośrednio do konsumentów – zapewniając frapujące treści subskrybentom w ramach całej swojej oferty, obejmującej HBO Max i niedawno uruchomione discovery+ – podkreślono w wydanym komunikacie. – Nowa firma będzie mogła inwestować w więcej oryginalnych treści na platformy streamingowe, zwiększyć możliwości programowe swoich globalnych płatnych stacji linearnych oraz kanałów nadawanych na poszczególnych rynkach oraz oferować więcej innowacyjnych doświadczeń wideo – wskazano.

Nowa spółka będzie notowana na giełdzie. Będzie to nowy właściciel nie tylko wymienionych już wcześniej HBO, CNN, Eurosportu, czy TVN. W swojej ofercie będzie miał także m.in. takie stacje jak: Discovery, TNT, HGTV, TLC, Food Network czy Cartoon Network. Szeroką ofertę będzie miał także w internecie. Nie wiadomo jeszcze, czy koncern zdecyduje się na połączenie swoich dotychczasowych portali streamingowych w jeden wspólny, obejmujący całość portfolio, czy pozostawi je w obecnym kształcie.

wirtualnemedia.pl, wpolityce.pl

Rezolucja Komisji Europejskiej przestrzega przed dyskryminowaniem niezaszczepionych

Rezolucja KE, segregacja zaszczepionych / Foto: Pace.coe.int

W Polsce rozpoczynają się pilotażowe testy tzw. paszportów covidowych. Pojawią się między innymi kody QR, które właściciele paszportów będą posiadali w swoich smartfonach. Czy wraz z nimi wystąpi zjawisko dyskryminacji szczepionkowej? Mimo, że jest ona niezgodna z Rezolucją Rady Europy numer 2361.

Kod QR potwierdzać ma przyjęcie dwóch dawek szczepionki. Publikacje prasowe przygotowują nas już od jakiegoś czasu do zaakceptowania tego rozwiązania. Tzw. paszport covidowy przedstawiany jest jako pozytywny, a nawet zbawienny i wyczekiwany. Przywracający posiadaczowi wolność.

“Paszport nadziei” w mediach

Rzeczpospolita: „Z „paszportem covidowym” są wiązane znacznie większe nadzieje niż tylko swobodne podróżowanie. Tak jak w Izraelu czy Nowym Jorku również w Polsce taki dokument mógłby otwierać zaszczepionym wejścia do kin, teatru, na stadiony, co miałoby ogromne znaczenie dla funkcjonowania społeczeństwa i ożywienia gospodarki”.

Deutsche Welle: „Do tej pory rząd w Berlinie nie rozważał specjalnych przywilejów dla osób zaszczepionych na COVID-19. Teraz pierwszy minister już mówi o innym traktowaniu tej grupy osób. Szef niemieckiej dyplomacji Heiko Maas jako pierwszy minister w rządzie Angeli Merkel opowiedział się za złagodzeniem restrykcji pandemicznych dla osób, które zaszczepiły się już przeciwko koronawirusowi”.

Bankier.pl: „W Niemczech, Austrii, Francji czy na Węgrzech wprowadzono lub planuje się wprowadzić dostępność miejsc takich jak kina czy baseny tylko dla osób zaszczepionych przeciwko Covid-19 i ozdrowieńców”.

Fly4free.pl: „Jak informuje portal Turizmus.com, Orban powiedział w piątek, że w maju Węgry mogą otworzyć m.in. hotele, ale także kina, a także dopuścić organizację koncertów, jednak wstęp będą tam miały tylko zaszczepione osoby, które będą się mogły wylegitymować specjalnym certyfikatem”.

Jak będzie w Polsce?

Czy również w Polsce właściciele kin, restauracji i innych miejsc postanowią, że wejście do lokali możliwe będzie tylko dla osób zaszczepionych? Najprawdopodobniej zdecyduje o tym postawa społeczeństwa. Jeśli rozwiązania takie spotkają się ze zrozumieniem możemy spodziewać się ich również, nagminnie w naszym kraju. Pamiętać należy jednak, że segregacja tego typu jest niezgodna z Rezolucją 2361 Rady Europy, w której czytamy między innymi, że kraje członkowskie powinny zadbać o to, aby: „nikt nie był dyskryminowany za to, że nie został zaszczepiony, ze względu na możliwe zagrożenie dla zdrowia lub brak chęci szczepienia”.

Medycy mają wątpliwości. Zagadka z przeciwciałami

Dr Paweł Grzesiowski, pediatra, immunolog, ekspert Naczelnej Rady Lekarskiej ds. COVID-19 stwierdził ostatnio, że “im więcej szczepimy, tym więcej pytań – przybywa pacjentów, którzy mają mało albo brak przeciwciał. Jakie dalsze kroki będziemy podejmować, czy szukać odporności komórkowej czy szczepić kolejnymi dawkami innego producenta?”

Kwestia tego, jak długo trwa odporność po szczepieniu podnoszona była również w Izraelu. Okazało się, że przeciwciała zanikają nawet po niespełna trzech miesiącach od podania drugiej dawki.

Dyskryminacja byłaby logiczna?

Czy przy tego typu wątpliwościach można stwierdzić z całą pewnością, że ludzie zaszczepieni są w stu procentach zabezpieczeni przed wirusem i nie mogą zarazić innych? Możliwe, że nie będą mieli świadomości, że ich przeciwciała przestały już chronić. Mogą być nosicielami i roznosić wirusa. Jaki sens ma zatem wprowadzanie zakazu wstępu gdziekolwiek dla tych, którzy nie przyjęli szczepionki, skoro osoby w środku również mogą być źródłem zakażenia? Tworzenie lepszych i gorszych, ale po co?

Zbigniew Heliński

Linie energetyczne przesyłające prąd.

Zdjęcie ilustracyjne / Fot. Pixabay

W poniedziałek doszło do awarii stacji transformatorowej obsługującej niemal całą największą elektrownię w Polsce. Działać przestało 10 z 11 bloków należącej do PGE Elektrowni Bełchatów. Ubytki w energii zrekompensował m.in. import ze Szwecji i Niemiec.

  • Elektrownia produkuje ponad 20 proc. krajowej energii, trafiającej do 11,5 mln gospodarstw domowych.
  • Awaria elektrowni w Bełchatowie spowodowała, że dodatkowa energia została kupiona od Niemiec, Szwecji, Czech i Słowacji. Dodatkowo system miały wspierać stare bloki węglowe.
  • Rachunki za prąd pójdą w górę, ponieważ cały czas rosną koszty wytwarzania energii z węgla.
  • Zobacz także: Przymus szczepień nałożony przez radę miejską w Wałbrzychu bez należytej podstawy prawnej

Do awarii na stacji rozdzielczej w Rogowcu doszło w poniedziałek po południu. Działać przestało 10 z 11 bloków największej polskiej elektrowni, zlokalizowanej w Bełchatowie. Produkuje ona ponad 20 proc. krajowej energii, trafiającej do 11,5 mln gospodarstw domowych.

Bez zakłóceń działał jedenasty blok, dlatego że był przyłączony do innej stacji – Trębaczew. Okazało się, że zawiodła nie elektrownia, a element sieci przesyłowej energii. To tylko uwypukliło, że jest to słabe ogniwo całego systemu energetycznego.

Polskie Sieci Elektroenergetyczne miały przygotowane plany awaryjne. Dzięki nim udało się uruchomić tzw. pomoc operatorską, czyli import energii rzędu 1 GW. Energia została kupiona od Niemiec, Szwecji, Czech i Słowacji. Dodatkowo system miały wspierać stare bloki węglowe.

W poniedziałek przez awarię straciliśmy w ciągu kilku sekund 3900 MW mocy w systemie energetycznym. Można to przełożyć na ok. 20 proc. potrzeb całego kraju, a to już sytuacja bez precedensu. We wtorek udało się ustabilizować sytuację i do pracy wróciło 6 bloków.

Awaria elektrowni w Bełchatowie to sygnał ostrzegawczy dla polskiej energetyki

W ocenie Janusza Steinhoffa, byłego wicepremiera, ministra gospodarki i eksperta rynku energetycznego, awaria elektrowni w Bełchatowie to sygnał ostrzegawczy dla polskiej energetyki. – Od dawna powtarzam, że musimy więcej inwestować w sieci przesyłowe i dystrybucyjne. Cały nasz system energetyczny wymaga głębokiej przebudowy i to tempo musi być naprawdę dynamiczne. Nie ma czasu do stracenia, bo to największe wyzwanie dla całej gospodarki. Za opóźnienia w modernizacji zapłacą firmy utratą konkurencyjności na globalnych rynkach i odbiorcy indywidualni w wyższych rachunkach – powiedział.

Steinhoff dodał również, że rachunki pójdą w górę, ponieważ cały czas rosną koszty wytwarzania energii z węgla. – Za to płacą i jeszcze zapłacą konsumenci. Do tego jeszcze trzeba doliczyć modernizację sieci. Nie da się tego uniknąć. Czeka nas bardzo trudny czas, jeśli chodzi o zaopatrywanie w energię elektryczną – podsumował Steinhoff.

money.pl, next.gazeta.pl

Flaga Szwecji

Flaga Szwecji / Fot. Pixabay

Zagraniczni pracownicy sezonowi są wykorzystywani przez szwedzkich pracodawców. Wypłacane są im mniejsze stawki niż te obiecywane i muszą dłużej pracować. Wiele firm, których dotyczą nieprawidłowości chwali się certyfikatami uczciwych warunków pracy.

  • Pracownicy zarabiają mniej niż im się obiecuje, ponad to muszą pracować dłużej. Dotyczy to również Polaków, których zatrudnia się do sadzenia i czyszczenia lasów.
  • Szwedzki związek zawodowy przemysłu leśnego GS twierdzi, że nie można zgodnie z prawem pracować dłużej niż 40 godzin tygodniowo.
  • Roger Johansson ze związku GS: Problemem jest nierespektowanie umów oraz przepisów.
  • Zobacz także: Aż 735 milionów dolarów. USA zatwierdzają sprzedaż broni do Izraela

Zagraniczni pracownicy sezonowi w Szwecji są wykorzystywani przez swoich pracodawców. Zarabiają mniej niż im się obiecuje, ponad to muszą pracować dłużej. Dotyczy to również Polaków, których zatrudnia się do sadzenia i czyszczenia lasów.

Sprawę opisuje szwedzki dziennik „Dagens Nyheter”. Jedną z nieuczciwych metod jest wypłacenie obiecanej wysokości pensji jedynie za pierwszy miesiąc. W następnych jest ona o połowę mniejsza albo należy pracować sześć razy w tygodniu nawet po 60 godzin. 

Szwedzki związek zawodowy przemysłu leśnego GS twierdzi, że nie można zgodnie z prawem pracować dłużej niż 40 godzin tygodniowo. Nielegalny jest także wymóg posadzenia 2 tys. sadzonek dziennie, aby otrzymać wypłatę w podstawowej wysokości.

Wykorzystują nieznajomość języka wśród pracowników

„Dagens Nyheter” pisze, że wiele firm, których dotyczą nieprawidłowości ma podpisane umowy zbiorowe ze związkami zawodowymi, w tym z GS oraz chwali się certyfikatami uczciwych warunków pracy FSC lub PEFC. W praktyce jednak trudno jest egzekwować ich realizację. – Problemem jest nierespektowanie umów oraz przepisów – stwierdził Roger Johansson ze związku GS.

W Szwecji nie ma płacy minimalnej, a najniższe wynagrodzenie określają właśnie stawki wynegocjowane przez związki zawodowe. Według Johanssona firmy wykorzystują nieznajomość języka wśród pracowników. Bywa, że zastraszają ich, gdy ci próbują skontaktować się z przedstawicielami organizacji związkowych. – Każdego miesiąca zajmujemy się nowymi sprawami. O większości przypadków nigdy się nie dowiadujemy – podkreślił Johansson.

Przedstawiciel związku zawodowego twierdzi, że w najgorszej sytuacji są imigranci z krajów spoza UE: Tajlandii czy Kambodży. Oni nie mogą zrezygnować z pracy i wrócić do domu. Z raportu Instytutu Naukowego Skogforsk wynika, że największą grupę takich tymczasowych pracowników stanowią Polacy (34 proc.), Rumunii (25 proc.) oraz Litwini (11 proc.).

wydarzenia.interia.pl

Kościół

/ Fot. pixabay

W Hiszpanii dojdzie do likwidowania parafii. Przewodniczący Konferencji Episkopatu tego kraju przygotowuje się do reformy jednej z archidiecezji. – To początek końca, bo kościoły zamykają nie politycy, ale sami księża – powiedział Eulogio Lopeza, wydawca dziennika „La Hispanidad”.

  • Zlikwidowanych ma zostać aż 160 z 208 parafii w Barcelonie.
  • Zdaniem wydawcy dziennika „La Hispanidad” Eulogio Lopeza, likwidowanie parafii w Hiszpanii to niewłaściwa decyzja.
  • Dziennik „El Mundo” zaznacza, że w Katalonii nastąpiło upolitycznienie Kościoła katolickiego na rzecz procesu niepodległościowego. To przyspieszyło zjawisko opuszczania kościołów.
  • Zobacz także: Papież Franciszek apeluje o pokój izraelsko-palestyński

W Hiszpanii coraz mniej ludzi uczęszcza do kościoła, odnotowany jest też znaczny spadek powołań kapłańskich. Przewodniczący Konferencji Episkopatu Hiszpanii przygotowuje się do reformy jednej z archidiecezji. Zamkniętych ma zostać aż 160 z 208 parafii w Barcelonie. Likwidowanie parafii w tym regionie Hiszpanii budzi spore kontrowersje.

Laicyzacja społeczeństwa w Hiszpanii

Powodem reformy jest coraz większa laicyzacja społeczeństwa, spadek powołań kapłańskich, starzenie się członków Kościoła i niewielka obecność młodych w parafiach. Innym powodem jest upolitycznienie znacznej części kleru katalońskiego. Opowiada się on za secesją Katalonii od Hiszpanii. Zwiększają się także koszty utrzymania parafii.

Zdaniem wydawcy dziennika „La Hispanidad” Eulogio Lopeza, likwidowanie parafii w Hiszpanii to niewłaściwa decyzja. – To początek końca, bo kościoły zamykają nie politycy, ale sami księża, sama wysoka hierarchia kościelna. Mniej Eucharystii, mniej wiernych, mniejsze zapotrzebowanie, mniej powołań i mniej kapłanów – podkreślił.

– Prawdą jest, że jedność Hiszpanii stała się racją moralną, gdyż jej fundamentem jest wiara chrześcijańska. Ale właśnie dlatego istnieje potrzeba zreformowania samego duchowieństwa katalońskiego, który przyjął polityczną ideologię separatystyczną w zastępstwie Jezusa – uważa Lopez.

W Katalonii przynależność do katolicyzmu deklaruje 56,6 proc. obywateli, najmniej w całej Hiszpanii. Z tej liczby tylko jedna piąta to osoby praktykujące. Ponad 26 proc. ludności regionu deklaruje się jako ateiści – wynika z danych Ośrodka Badań Statystycznych.

Dziennik „El Mundo” zaznacza, że w Katalonii nastąpiło upolitycznienie Kościoła katolickiego na rzecz procesu niepodległościowego. To przyspieszyło zjawisko opuszczania kościołów, zwłaszcza na peryferiach, przez imigrantów wewnętrznych, przybyłych z innych regionów kraju.

Likwidowanie parafii w barcelońskiej archidiecezji w Hiszpanii zostanie przeprowadzone stopniowo. W przyszłym roku zostaną zamknięte cztery parafie. Wiele budynków zostanie sprzedanych. Na razie poinformowano o zburzeniu budynków parafii San Isidro na ulicy Urgel w Barcelonie. Tereny zostaną przekazane na użytek szpitala klinicznego na okres 75 lat.

niezalezna.pl

Konferencja prasowa Borysa Budki i Arkadiusza Myrchy 11.08.2016

Konferencja prasowa Borysa Budki i Arkadiusza Myrchy 11.08.2016 / Fot. Flickr/platformaobywatelskarp

Obecnie PO nie planuje żadnych konwencji będących w kontrze do Polskiego Ładu, który zaprezentował PiS. Platforma Obywatelska powołuje jednak zespół monitorujący. Jesienią ma pokazać swoje propozycje programowe.

  • Wirtualna Polska ustaliła, że Platforma Obywatelska zdecydowała się powołać specjalny zespół monitorujący wdrażanie programu „Polski Ład”.
  • Cezary Tomczyk z KO: Podtrzymujemy potrzebę przeprowadzenia debat na temat każdego działu z programu PiS.
  • PO nie planuje w najbliższym czasie organizować wielkiej konwencji na miarę niedawnego wydarzenia PiS.
  • Zobacz także: Morawiecki straszy czwartą falą. Rząd rozważy zamknięcie na jesień

„Polski Ład” to rządowy program społeczno-ekonomiczny mający wspomóc sytuację RP po pandemii. Plan został zaprezentowany w sobotę. Wszystkie propozycje w nim zawarte, zgodnie z obietnicą polityków PiS, mają zostać zrealizowane do końca tej kadencji. 

Program Polski Ład był szeroko komentowany. Część polityków opozycji zarzucała mu, że jest oszustwem względem Polaków. Jak ustaliła Wirtualna Polska, Platforma Obywatelska zdecydowała się powołać specjalny zespół monitorujący. – Powołaliśmy zespół, który będzie monitorował każdą z zapowiadanych przez PiS zmian – stwierdził szef klubu parlamentarnego Koalicji Obywatelskiej Cezary Tomczyk.

– Podtrzymujemy potrzebę przeprowadzenia debat na temat każdego działu z programu PiS. Od początku roku prezentujemy kolejne odsłony programowe dotyczące przyszłości. Przedstawiliśmy już propozycje pomocy dla przedsiębiorców, usprawnienia systemu ochrony zdrowia, a przed nami m.in. polityka ekologiczna – dodał.

Pracami zespołu ma pokierować Izabela Leszczyna z PO, która gospodarcze działania PiS określa mianem “PRL-bis”. Jej zdaniem fundusze, które powinny być przeznaczone na rozwój będą przejadane przez centralne agencje.

Politycy PO mają poprzeć ustawę o podniesieniu kwoty wolnej od podatku, stawiają jednak warunek. – Poprzemy ustawę o podniesieniu kwoty wolnej od podatku. Ale pod warunkiem, że nie będą tam zaszyte podwyżki innych podatków – deklaruje posłanka PO.

Odpowiedź na „Polski Ład” dopiero jesienią

– Jesienią pokażemy swoje propozycje programowe. Nie będziemy jednak ścigać się z PiS-em na to, kto wyda więcej pieniędzy – bo mamy 100-miliardowy deficyt i największą w Europie inflację – ani na propagandowe show – przyznaje w rozmowie z WP Izabela Leszczyna.

Platforma Obywatelska nie planuje jednak w najbliższym czasie organizować wielkiej konwencji na miarę niedawnego wydarzenia PiS.

wiadomosci.wp.pl

Robert Lewandowski podczas treningów Bayernu Monachium z FC Kaiserslautern (Fritz-Walter-Stadion, Kaiserslautern, Rheinland-Pfalz, Niemcy; 2019).

Robert Lewandowski / Fot. Sven Mandel/Wikimedia Commons

Robert Lewandowski zdobył swojego 40. gola w rozgrywkach niemieckiej Bundesligi i ma szanse pobić rekord Gerda Müellera sprzed 50 lat. Nie wszystkim jednak się to podoba. Były reprezentant Niemiec Dietmar Hamann zasugerował, aby Polak zrezygnował z pobicia rekordu, a tym samym wykonał jego zdaniem piękny gest.

  • Robert Lewandowski wyrównał nieprawdopodobne osiągnięcie byłego niemieckiego piłkarza Gerda Müellera sprzed 50 lat.
  • Dietmar Hamann zasugerował on, że Robert Lewandowski powinien zrezygnować z pobicia rekordu Gerda Müelllera.
  • Hamann: Gdyby Robert odpuścił, byłby to jeden z najgłośniejszych gestów tego typu w historii sportu.
  • Zobacz także: Dr Fauci oszalał? COVID-19 „ujawnił niezaprzeczalne skutki rasizmu”

W ostatni weekend Robert Lewandowski wyrównał nieprawdopodobne osiągnięcie byłego niemieckiego piłkarza Gerda Müellera sprzed 50 lat. Polak zdobył swojego 40. gola w rozgrywkach. Lewandowski ma jeszcze jeden mecz, by uciec legendzie i stać się samodzielnym rekordzistą pod względem liczby goli zdobytych w jednym sezonie Bundesligi.

Piękny gest to rezygnacja z próby pobicia rekordu

Szerokim echem odbiły się słowa byłego reprezentanta Niemiec, Dietmara Hamanna. Zasugerował on, że Robert Lewandowski powinien zrezygnować z pobicia rekordu Gerda Müelllera. Słowami o posadzeniu piłkarza na ławce Niemiec mocno podpadł Polakom.

W wywiadzie dla WP SportoweFakty Hamman przyznał, że Lewandowski, rezygnując z próby pobicia rekordu, wykonałby piękny gest. – Uważam, że gdyby w ostatniej kolejce Bundesligi Robert Lewandowski zdecydował się usiąść na ławce, gdyby nie podjął próby pobicia tego rekordu, to byłoby to coś niesamowitego. W tych trudnych czasach, również dla piłki, pokazałoby, że jest jeszcze miejsce na piękne gesty – powiedział były reprezentant Niemiec.

Na stwierdzenie, że sport to bicie rekordów Hamann odpowiedział, że jest to bardzo szczególny przypadek i nie rozpatrywałby go na równi z innymi. – Oczywiście, Lewandowski może wyjść na boisko w ostatniej kolejce i strzelić gola, albo dwa, a może nawet trzy. Jest do tego zdolny. W tym jednak przypadku, moim zdaniem, niestrzelenie żadnego byłoby ważniejsze niż choćby te trzy trafienia – odpowiedział.

Dietmar Hamann zaznacza, że to tylko sugestia, aby na ostatnią kolejkę nie wystawiać Lewandowskiego. – W moim przekonaniu dzielić rekord z Gerdem Müellerem byłoby czymś wspaniałym, dużo bardziej wyjątkowym, niż pobicie tego rekordu. Według mnie, gdyby Robert odpuścił, byłby to jeden z najgłośniejszych gestów tego typu w historii sportu. Nie tylko piłki, po prostu w historii sportu. Mówiłby o tym cały świat – powiedział Hamann.

W podobnym tonie pisał niemiecki dziennikarz Walter M. Straten w gazecie „Bild”. – Masz 40. goli. Cieszenie się nimi i pokazanie koszulki z napisem “4everGerd” miało swój styl. Rekord uzyskany. Zaszedłeś daleko, jest świetnie. Ale już wystarczy – apelował. Dodał, że kibice niemieckich klubów darzyliby go wielkim szacunkiem.

sportowefakty.wp.pl, eurosport.tvn24.pl

Zdziarski

Paweł Zdziarski / Fot. YouTube

– Osobiście widzę więcej minusów niż plusów – powiedział Paweł Zdziarski z portalu Do Rzeczy na kanale Media Narodowe odnosząc się do Polskiego Ładu. Zaznaczył, że jeśli przyjrzymy się dogłębnie jego założeniom, zobaczymy, że diabeł tkwi w szczegółach.

W ostatnią sobotę na konferencji Prawo i Sprawiedliwość zaprezentowało główne założenia Polskiego Ładu. Programu gospodarczo-społecznego po pandemii. Paweł Zdziarski na początku zaznaczył, że Polski Ład był wcześniej nazywany Nowym Ładem. – Pijarowcy Zjednoczonej Prawicy uznali, że ma nieciekawe konotacje, może się kojarzyć z nowym porządkiem czy nową normalnością – podkreślał. Dodał, że Nowy Ład, który został zaprezentowany, nie widzi jako konkretny plan działania, a jako pewną zapowiedź, czyli pewną przyszłościową sprawę.

Polski Ład ma dwie strony medalu

– Gdybyśmy zobaczyli prezentację, która była widoczna w sobotę po wszystkich przemówieniach, moglibyśmy stwierdzić, że jest to bardzo wolnościowy plan, na którym skorzysta mnóstwo Polaków. Jednak jeśli przyjrzymy się dogłębnie, zobaczymy, że diabeł tkwi w szczegółach. Oprócz kwoty wolnej od podatku w wysokości 30 tys. zł mamy inne założenia, mniej wolnościowe. Ta kwota 7 tys. zł netto, które zarabiają Polacy nie jest dla mnie żadnym progiem, od którego zaczyna się bogactwo (…). Wszystkie konsekwencje podatkowe za tym idą, obciążenia, które proponuje władza, to jest zupełnie odrealnione. Są dwie strony medalu – podkreślał gość.

Zdziarski zaznaczył, że warto założenia Polskiego Ładu rozpracować na czynniki pierwsze i się im przyglądać. – Osobiście widzę więcej minusów niż plusów. Oczywiście są dobre założenia, np. podniesienie progu podatkowego do 120 tys. zł, widzę, że są znacznie ułatwienia dla przedsiębiorców rolnych. Ale pytanie, dlaczego tych samych dobrodziejstw nie dać obywatelom mieszkającym w miastach, dlaczego tworzyć dualizm – powiedział gość Mediów Narodowych.

Zdziarski przyznał, że przynajmniej oficjalnie widać, że spory w Zjednoczonej Prawicy są zażegnane. Politycy Solidarnej Polski dostrzegali zagrożenia płynące z Funduszu Odbudowy. – Niepokoi mnie i dziwi to, że ci sami politycy potrafią przejść do porządku dziennego jakby się nic nie stało i teraz akcentować, że „było minęło, działamy dalej” – powiedział.