Protest rybaków zablokował jedyną drogę prowadzącą na Hel. Policja zaleca podróżnym rezygnację z przejazdu samochodem i skorzystanie np. z pociągu lub promu.
W trakcie blokady drogi we Władysławowie mają być przepuszczane jedynie samochody służb, takie, jak np. karetki pogotowia, radiowozy policyjne, czy pojazdy straży pożarnej.
Lider AgroUnii Michał Kołodziejczak zapowiedział, że chce budować „wspólny front” rolników z rybakami. Jego zdaniem problemy rybaków i rolników są podobne.
Rybacy protestują przeciwko działaniom rządzących. Na początku 2020 roku podpisano porozumienie, w ramach którego armatorzy mieli otrzymać odszkodowanie za straty, jakie ponieśli w związku z zakazami połowów dorsza. Rząd jednak z tej obietnicy się nie wywiązał. W trakcie blokady drogi we Władysławowie mają być przepuszczane jedynie samochody służb, takie, jak np. karetki pogotowia, radiowozy policyjne, czy pojazdy straży pożarnej.
Mundurowi będą kierować ruchem, jednak trzeba pamiętać, że na Hel prowadzi tylko jedna droga, dlatego nie będzie możliwości objazdu blokady, co dodatkowo utrudni ruch i znacznie wydłuży czas dojazdu do miejscowości Półwyspu Helskiego
– poinformowała policja.
Funkcjonariusze mają kierować na objazdy osoby jadące w kierunku Karwii. Podróżującym na Hel zalecają rezygnację z podróży samochodem i skorzystanie np. z pociągu lub promu.
Lider AgroUnii Michał Kołodziejczak zapowiedział, że chce budować „wspólny front” rolników z rybakami. Jego zdaniem problemy rybaków i rolników są podobne.
We Władysławowie zaczął się właśnie kolejny protest armatorów rybołówstwa rekreacyjnego. Na wylocie z miasta w stronę Chałup. Policja odcięła jednak dojazdy do tego miejsca, kierowcy stoją w korkach, ale w oddaleniu od miejsca samego protestu, do którego dojazdu nie ma. @RMF24plpic.twitter.com/H5Co993rd0
Rządowy projekt podziału Mazowsza zakłada wydzielenie Warszawy – i otaczających ją gmin – tak, by samodzielnie tworzyły województwo Mazowieckie. Zdaniem eksperta CAKJ nie stanowi to „całościowego podejścia do naprawy ustroju terytorialnego w tej części kraju”.
Proponowane rozwiązanie niesie ze sobą pewne niedoskonałości, ale nie jest obarczone opisanym wyżej błędem systemowym. Uwalnia kilka regionów, a w nich 2 duże miasta, od patologicznej kurateli Warszawy. Jest przy tym o tyle łatwe do wprowadzenia, że nie narusza unijnego ustroju statystycznego, a tym samym ustaleń co do podziału funduszy w trwającym okresie finansowania. Jeżeli zatem jest to dziś jedyne politycznie możliwe rozwiązanie, należy je poprzeć
– napisał dr Łukasz Zboralski.
Jednocześnie zaproponował własne rozwiązania. Jedno z założeń przewiduje dopasowanie do województw, do których jest im najbliżej. I tak Siedlce dołączyłyby do regionu lubelskiego wraz z Łukowem i Białą Podlaską, a Radom do terenów obecnego województwa świętokrzyskiego. Innym z pomysłów jest stworzenie województwa staropolskiego, z trzema ośrodkami centralnymi: Kielcami, Radomiem i Częstochową.
Za kulisami Warszawy
Zdaniem dr Łukasza Zboralskiego powód pochylenia się nad realizacją projektu nie jest błahy. Z założenia unijne pieniądze, przeznaczone na rozwój Mazowsza, trafiają w dużej mierze do Warszawy, tym samym blokując niejako rozwój innych, mniejszych miejscowości. Dobrym przykładem zaniedbania ze strony samorządowców jest Radom, które można określić mianem „zapomnianego miasta”. Jednakowoż odcięcie Warszawy od reszty regionu przyniosłoby ogromne korzyści nie tylko Radomiowi, ale i innym miastom – takim jak Płock, Ostrołęka czy Siedlce – które mogłyby wybić się na wyższą pozycję w rankingu PKB polskich miast. Jednocześnie podniosłyby walory ewentualnych województw, do których miałyby się dołączyć.
Warszawa ze swoimi doskonałymi kadrami i rozporządzająca unijnymi miliardami euro mogła realnie pobudzić rozwój Radomia czy Siedlec. Stało się zupełnie odwrotnie. Egoistyczne warszawskie elity nie miały zahamowań, by wypasać się na pieniądzach przeznaczonych dla biednych regionów Unii
O tej patologii w rozmowie z Janem Bodakowskim na antenie Mediów Narodowych opowiedział rzecznik prasowy Młodzieży Wszechpolskiej Arkadiusz Jabłoński. Skandal ujawnili poznańscy wszechpolacy, wywieszając na ogrodzeniu poznańskiego uniwersytety transparent „UAM dla Polaków”.
Kiedyś by dostać się na studia, trzeba było zdać egzaminy organizowane przez daną uczelnię na dany kierunek – było to o wiele lepsze rozwiązanie niż współczesne. Dziś o tym, czy ktoś zostanie studentem, decydują wyniki matur. Kiedyś złe wyniki matur nie przekreślały możliwości studiowania. Pomimo kiepskiej matury maturzysta nie był przekreślony na całe życie, można było przygotować się do egzaminu na studia i zdawać uczelniane egzaminy w kolejnych latach. Dziś matura decyduje o całym życiu.
Co bardziej szokujące uczelnie utrzymywane przez podatników na bezpłatne studia przyjmują na podstawie matur nie tylko krajowych a zagranicznych. W konsekwencji cudzoziemcy ze swoimi zagranicznymi maturami, których zdobycie wymagało o wiele mniejszego wysiłku intelektualnego, niż zdobycie polskiej matury są oceniani tak, jakby mieli polską maturę. Skutkuje to tym, że cudzoziemcy z gorszym wykształceniem i bez znajomości języka polskiego zajmują na bezpłatnych studiach na uczelniach finansowanych przez polskiego podatnika miejsca, na których powinni studiować Polacy.
Dyskryminacja Polaków na polskich uczelniach?
Za starych dobrych czasów cudzoziemcy ci musieliby zdawać (tak jak Polacy) egzamin na studia po polski. Nie znając języka polskiego, zapewne nie byliby w stanie ani rozwiązać testów, ani odpowiadać przed komisją. Dziś jednak przedstawiać swoją maturę (gorszej jakości niż polska) zajmują prawie wszystkie miejsca na bezpłatnych studiach finansowanych przez polskich podatników. PiS dopuszczając do tej sytuacji, odebrał Polakom realne prawo do edukacji – według doniesień medialnych na poznańskim Uniwersytecie Adama Mickiewicza na wydziale stosunków międzynarodowych na studiach bezpłatnych finansowanych przez polskich podatników cudzoziemcy zajęli 80% miejsc a Polacy 20%.
Ważne jest to, że chodzi o studia w języku polskim, bezpłatne dla studentów, i finansowane przez polskiego podatnika. Nadreprezentacja cudzoziemców nie byłaby niczym złym na studiach płatnych, niebędących obciążeniem dla polskich podatników.
Patologia uniemożliwiająca studia Polakom, za którą odpowiada PiS, przypomina stacje z II RP, kiedy to wszechpolacy domagali się numerus clausus, czyli tego by miejsca na studiach były dzielone proporcjonalnie do odsetka w populacji — tak by Polakom, Ukraińcom czy Żydom przypadł taki sam odsetek miejsc na studiach jak odsetek Polaków w populacji, Na tej samej zasadzie w USA realizowana jest akcja afirmacyjna, zapewniająca murzynom taki sam odsetek miejsc na studiach jak odsetek posiadają w populacji. Powodem, dla którego wszechpolacy przed II wojną światowa domagali się równouprawnienia Polaków w dostępie na studia, było to, że miejsca na studiach niezapewniających intratną studia (prawo i medycyna) były zmonopolizowane przez Żydów. Szokujące było to, że młodzi Polacy, którzy walczyli bohatersko w wojnie 1920 roku z sowietami, gdy wrócili z frontu, nie mieli jak podjąć studiów, bo Żydzi, którzy nie chcieli walczyć o Polskę, deklarowali swoją pogardę dla Polski, zmonopolizowali wszystkie miejsca.
Obraz Jacka Malczewskiego z Muzeum Narodowego w Warszawie. / Fot. Jan Bodakowski
„O hultajach, wiedźmach i wszetecznicach. Szkice z obyczajów XVII i XVIII wieku” to książka napisana za komuny i pełna PRL-owskich propagandowych komentarzy (o szerzeniu przez kler zabobonów i ucisku klasy pracującej – dziś zapewne te anachroniczne w latach 90. XX wieku propagandowe komentarze spodobają się na lewicy). Jednak po odrzuceniu tych propagandowych komentarzy czytelnik ma do dyspozycji książkę napisaną bardzo przystępnie i zawierającą wiele ciekawych informacji uświadamiających nam jak trudne było życie naszych przodków w XVII i XVIII wieku.
Czytając o sytuacji naszych przodków z XVII i XVIII wieku miałem skojarzenie ze współczesną Afryką, targaną wojnami, brakiem struktur państwa, nierównościami, destruktywnym wpływem międzynarodowych potęg, które doprowadziły ten bogaty kontynent na skraj ubóstwa. Podobnie było i z Rzeczpospolitą – stąd i tytuł tego artykułu.
Wiek XVII i XVIII to czasy, kiedy Polska była „Afryką”. Dziś środowiska wrogie do zachodniej cywilizacji gloryfikują rzekomy post postęp tej epoki, choć była ona regresem wobec wcześniejszych wieków. W XV i XVI sytuacja chłopów nie była zła, wielu z włościan było bogatych, a śluby z przedstawicielami szlachty częste.
Cierpienia włościan w XVII i XVIII wieku
W XVIII włościanie (czyli przodkowie pewnie ponad 90% współczesnych Polaków) cierpieli ogromne jarzmo pańszczyzny. Włościanie musieli pracować od 3 do 5 dni na pańskim, jeżeli do pracy wykorzystywali własnego woła. Jeżeli nie to wymiar pracy był dwa razy większy. Nędzę włościan powiększały wyniszczające ziemie Polskie wojny – skali zniszczenia naszego kraju przez wojny XVII absolutnie sobie nie uświadamiamy. Konsekwencją wojen było nie tylko zniszczenie kraju, upadek kultury, ale i plaga przestępczości – niezwykle dolegliwe były rabunki (czyli codzienność współczesnej Afryki). Warto sobie uświadomić, że tak jak dziś wyniszczający dla Polski i Polaków jest wyzysk podatkowy państwa tak w XVII i XVIII przodków dzisiejszych Polaków (a więc i ich kraj) wyniszczała pańszczyzna.
Standard życia włościan był bardzo niski, nie posiadali mebli, brakowało im ubrań, paszy dla zwierząt, bardzo źle się odżywiali – powszechny był głód. Było to tym bardziej widoczne na tle ostentacyjnej konsumpcji magnaterii. Wszystko to włościan skłaniało do skazanych na klęskę buntów. Nie może więc dziwić, że sytuacja taka była potępiana przez Kościół katolicki (o czym oczywiście autor nie mógł pisać w PRL), czego np. w XIX wieku były wyrazem encykliki Leona XIII domagające się upowszechnienia własności wśród biedoty i ochrony jej praw.
Migracje z biedy
Powszechna nędza i zniszczenia, utrata majątków w wyniku wojen (będących owocem rewolucji protestanckiej, o czym autor oczywiście w PRL nie mógł pisać) lub przejmowania przez magnaterię zmuszały wielu włościan do porzucenia ziemi rodzinnej i poniewierki. Luzakami byli też ludzie „wyrzuceni poza obręb swojej społeczności” w tym i często szlachcianki, które za romanse z chłopstwem przyniosły wstyd swojej rodzinie. Stawali się oni ludźmi luźnymi, za cenę nędzy nieobaczonymi pańszczyzną i innymi obowiązkami.
Z powszechnymi migracjami na ogromne odległości wiązała się eksplozja demoralizacja. Ludzie pozbawieni kontroli społecznej ze strony rodzimej społeczności zaczynali żyć niemoralnie. Wielu z nich wbrew przepisom zakazującym pracy u Żydów stawało się ofiarami żydowskiego wyzysku. Luźnych ludzi wyzyskiwali też i osiadli chłopi i szlachta, nie płacąc im za wykonaną pracę. Z zachowanych akt procesów karnych luzaków wiemy, że mieli oni nikłe pojęcie o dogmatach wiary katolickiej, za to doskonale znali ludową demonologię – dziś też jest powszechne zjawisko, więcej osób w naszym kraju wierzy w brednie o reinkarnacji, niż prawdę o rzeczach ostatecznych takich jak piekło (w ramach kary za grzechy) czy niebo (w ramach nagrody za cnotliwość).
Sytuacja chłopów (przodków ponad 90% obecnych Polaków) była na ziemiach polskich w XVII i XVIII wieku o wiele gorsza niż sytuacja chłopów w innych krajach. Szlachta zbyt często traktowała chłopów gorzej niż żywy inwentarz – często bezkarnie odbierano chłopom ich lichy makatek, powszechna była nędza i głód. Nie było państwa broniącego ubogich przed chciwością bogatych (dziś niestety pomimo istnienia państwa też mamy do czynienia z taką sytuacją).
Nędza skłaniała do oddania wolności
Żyjący w skrajnej nędzy i głodzie włościanie, ludzie luźni, a nawet spauperyzowani szlachcice, często przyjmowali dobrowolne poddaństwo – była to forma ucieczki od długów, ale też i od odpowiedzialności karnej. Dziś też bieda pcha wielu do brania kredytów na całe lata i zostawania faktycznymi niewolnikami banków.
Państwo w XVII i XVIII wieku było tak słabe, że nie zapewniało ochrony swoim obywatelom. Każdy dwór, by przetrwać musiał mieć własne siły ochrony przed napadami band kryminalnych, zbuntowanego chłopstwa czy sąsiednich dworów. Realia rzeczywistości bez instytucji państwa, tak gloryfikowane przez współczesnych libertarian, wcale nie były takie fajne.
Adam - biegacz, którego miało nie być, który miał być "rośliną", który miał nie chodzić. / Fot. proelio.pl
Wielkie marzenia
Gdy mama pana Adama była w ciąży, lekarze nabrali poważnych podejrzeń, że dziecko może urodzić się chore. Przypuszczano niedotlenienie pnia mózgu i idące w parze konsekwencje. Mimo usilnych zachęt do przeprowadzenia aborcji, kobieta się nie zgodziła, ponieważ zawsze marzyła o synku. Dopięła swego, chłopiec się urodził. Rodzice dołożyli wszelkich starań, by mały Adaś mógł funkcjonować jak jego rówieśnicy. W wieku siedmiu lat zaczął grać w tenisa ziemnego, co stało się jego pasją na całe życie. Teraz, jako dorosły mężczyzna, jest instruktorem, a ponadto realizuje się w sporcie poprzez udział w maratonach biegowych.
Od pewnego czasu, właściwie od siedmiu lat, zacząłem biegać. To mnie dopinguje do pracy nad sobą, bo biegam razem z pełnosprawnymi ludźmi. Na moje predyspozycje, z częściowym niedowładem prawej nogi, to cud, że ja biegam.
– mówi pan Adam.
Dramat wspomnień. Piętno na całe życie
W swoim świadectwie opowiedział również historię swojego ojca, który przeszedł przez trzy obozy koncentracyjne i więzienie na Pawiaku. Miał robione pseudomedyczne doświadczenia w Oświęcimiu przez doktora Mengele, który sam wykonywał zabiegi aborcyjne i zachęcał do nich. Wspomnienia z tego mrocznego okresu odbiły piętno na jego dalszym życiu.
Tata przyrzekł sobie, że „jeżeli założę rodzinę, jeżeli będę miał dziecko i ono się z jakichś przyczyn urodzi niepełnosprawne, to zawsze będę walczył o jego zdrowie i życie”.
– powiedział
Pan Adam wspomniał o pobycie ojca w więzieniu na Pawiaku i miłosierdziu, jakie spotkał ze strony współosadzonego. Gdy nieprzytomny został przeniesiony do celi, czuł czyjąś obecność i opiekę nad nim.
Gdy wróciła już mu przytomność, to doktor Śliwicki go zobaczył, stwierdził, że jest stan dobry i tak do niego powiedział, pokiwał głową: będziesz żył, a czy wiesz, kto cię uratował? A tata mówi: nie wiem. Ale czułem takie ciepło. Doktorze, czułem ciepło. A doktor mówi tak: tym człowiekiem, co cię uratował, był franciszkanin, ojciec Maksymilian Kolbe, z którym byłeś w jednej celi.
– wyznał pan Adam.
Nagranie z udziałem pana Adama jest częścią kampanii społecznej “Każde życie jest cudem!”, prowadzonej przez Fundację Grupa Proelio.
Jak się okazuje, co prawda ilościowo program wypadł nie najgorzej. Jednak jakość maseczek pozostawiła wiele do życzenia. Uszyto co najmniej 66 mln bezużytecznych maseczek. Nie spełniły norm sanitarnych. Zdaniem dr Pawła Grzesiowskiego nadają się na budowę, ale nie chronią przed koronawirusem. 4 miliony takich niechroniących przed koronawirusem maseczek trafiło na Białoruś, w ramach pomocy humanitarnej.
Z kolei dziesiątki milionów uszytych maseczek, które spełniły normy sanitarne, ma nadal zalegać w magazynach. Firmy nie dały rady ich wszystkich sprzedać.
Nadzór nad inicjatywą sprawuje Agencja Rozwoju Przemysłu (ARP). Nie obyło się bez poważnych wpadek. Już na samym początku Agencja zakupiła bezużyteczny materiał do szycia masek za ok. 40 mln zł. Nie spełnił on wymogów sanitarnych. Według wyliczeń, całkowite koszty programu „Polskie Szwalnie” miały wynieść 258 mln zł.
Wszystko czego się dotknie rząd to niewypał. Gdyby rząd przejął produkcję butów, to nie mielibyśmy w czym teraz chodzić. pic.twitter.com/hnnm9SEHFl
Jeden z wielu nieudanych państwowych programów. Ale jak się ryzykuje nieswoimi pieniędzmi, tylko pieniędzmi podatników, to nie ma się co dziwić, że takie idiotyczne pomysły są przez państwo promowane. https://t.co/WHNub3IZR5
Premier Morawiecki odniósł się do ostatniego wyroku TSUE w sprawie Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego. Zapowiedział dalsze działania rządu w tej sprawie.
Dziś jesteśmy w takiej sytuacji, kiedy może i należałoby dokonać przeglądu działania Izby Dyscyplinarnej. A to dlatego, że ta Izba na pewno nie spełniła wszystkich oczekiwań, również moich, również naszej formacji
– powiedział.
Morawiecki wskazał na potrzebę walki z bezkarnością sędziów.
Zdajemy sobie sprawę, jako społeczeństwo polskie, myślę, że 80, jeśli nie 90 proc. społeczeństwa, że sędziowie byli w dużym stopniu bezkarni do niedawna
– zaznaczył.
Morawiecki: Reforma sądownictwa do poprawy
Jego zdaniem, reforma sądownictwa nie przyniosła zbyt dużych zmian w zakresie odpowiedzialności sędziów. Morawiecki krytycznie ocenił także inne aspekty reformy sądownictwa, wprowadzanej przez jego rząd.
Już kilka miesięcy temu i kilka kwartałów temu przyglądaliśmy się potencjalnym dalszym reformom, widząc, że to, co dzisiaj dzieje się w obszarze wymiaru sprawiedliwości, właściwie nie satysfakcjonuje chyba nikogo
Mnie na pewno nie satysfakcjonuje, bo widzę, jakie są przewlekłe procedury sądowe. Jak były, tak są, a nawet jest jeszcze gorzej
– powiedział premier.
Morawiecki zasugerował także, że nowe elementy reformy sądownictwa mogą zadowolić oczekiwania instytucji unijnych.
Sądzę, że w ramach rady ministrów będziemy mieli też jakieś pomysły na ten temat, tak żeby również i wobec Komisji Europejskiej i wobec tych wyroków, które zapadły, nie umniejszając w niczym pierwszeństwa polskiej konstytucji przed prawem unijnym, tam, gdzie ono nie ma swojej wyłączności (…), żeby przystąpić do pewnego remontu systemu, pewniej reformy, która nadal jest potrzebna
Gowin poinformował, że jego resort finalizuje prace nad ustawą ułatwiającą zatrudnianie cudzoziemców. Ma to być odpowiedź na rosnący problem braku rąk do pracy.
W czerwcu, pierwszy raz od ponad roku, liczba zarejestrowanych bezrobotnych spadła poniżej miliona. Dla dalszego rozwoju polskiej gospodarki ważni są wykwalifikowani pracownicy. W MRPiT finalizujemy ustawę ułatwiającą zatrudnianie cudzoziemców
– napisał Jarosław Gowin.
W czerwcu, pierwszy raz od ponad roku, liczba zarejestrowanych bezrobotnych spadła poniżej miliona. Dla dalszego rozwoju polskiej gospodarki ważni są wykwalifikowani pracownicy. W @MRPiT_GOV_PL finalizujemy ustawę ułatwiającą zatrudnianie cudzoziemców.
Deklarację wicepremiera skrytykowali działacze Młodzieży Wszechpolskiej.
Obecność tego gościa w polityce to największe zagrożenie dla Polski. Większe niż wszystkie Putiny i Bideny razem wzięte. Oni realizują swój interes
– napisał Ziemowit Przebitkowski, prezes Młodzieży Wszechpolskiej.
Rząd dalej brnie w imigrację. To co zawsze destabilizuje wewnętrznie społeczeństwa i narody, to właśnie m.in. imigranci. Prędzej czy później dostaną też prawa obywatelskie i wyborcze stając się języczkiem u wagi często przesądzającym o wyniku wyborów
– ocenił z kolei Bartosz Malewski, wiceprezes Młodzieży Wszechpolskiej, członek zarządu Stowarzyszenia „Marsz Niepodległości”.
Hasło „Wykwalifikowani pracownicy” w kontekście imigrantów ze wschodu to eufemizm, albo zapowiedź dalszego faworyzowania cudzoziemców w procesach rekrutacji na uczelnie
– stwierdził natomiast Arkadiusz Jabłoński, rzecznik prasowy Młodzieży Wszechpolskiej, prezes Okręgu Mazowieckiego MW.
Adam Makowski i Jan Bodakowski działają w środowiskach patriotycznych od ponad 30 lat. Są tak starzy, że pamiętają nie tylko świat bez internetu i telefonów komórkowych, ale czasy PRL.
Szmat czasu spędzony na walce o Polskę uprawnia ich do kombatanckich wspominek, o tym, jak przez ostatnie 30 lat zmieniła się sytuacja środowisk narodowych. Takie spojrzenie z perspektywy trzech dekad pozwala ocenić czy mamy do czynienia z postępem, regresem czy stagnacją w środowiskach narodowych.
Beznadziejna sytuacja na początku
Tematem rozmowy Adam Makowskiego z Janem Bodakowskim było sytuacja początkowa narodowców w III RP, zdeterminowana biologiczną eksterminacją (przez komunistów i nazistów) działaczy narodowych z II RP co sprawiło, że nie została zachowana ciągłość międzypokoleniowa. W początkach III RP brakowało jakiejkolwiek wiedzy o idei narodowej, panowała czarna legenda narodowców stworzona przez komunistów, i co dziś wydaje się na szczęście nieprawdopodobne, sanacyjne idee dominowały w środowiskach patriotycznych.
Początki środowisk narodowych w III RP były skromne — kilku emerytów, książki z powielacza sprzedawane na stolikach, nienawiść ze strony mediów, brak własnych mediów, młodzi wchodzący w subkulturę.
Wbrew realiom i oczekiwaniom środowisk antypolskich narodowcy się odrodzili jak feniks z popiołów. Nienawiść środowiska Gazety Wyborczej do patriotyzmu a szczególnie narodowców niezamierzenie obudziła Polaków.
Czas LPR
Ważnym etapem była działalność Młodzieży Wszechpolskiej, Stronnictwa Narodowego, Stronnictwa Narodowo Demokratycznego, Ligi Polskich Rodzin. Olbrzymi nacisk położony na kształcenie ideowe, presja na rozwój intelektualny, kolportaż własnej prasy i publikacji. Wszystko załamało się po przegranych przez LPR wyborach w 2007 roku.
Potem był sukces Marszu Niepodległości. Zdaniem Jana Bodakowskiego nie wykorzystany do budowy masowej partii. Dobrym pomysłem był sojusz narodowców i korwinistów – dzięki któremu Konfederacja w sejmie może być głosem rozsądku.
Z braku czasu Adam Makowski i Jan Bodakowski nie zdążyli podyskutować o tym, co się udało (np. Media Narodowe i środowiska z nimi związane) a co się nie udało (brak terenowej struktury, brak masowej partii politycznej, klęska ONR, powszechny brak wiedzy o dziedzictwie narodowców z II RP, pojawienie się środowisk podszywających się pod narodowców). Nie udało się też porozmawiać o tym, czego nam potrzeba by narodowcy realnie oddziaływali na politykę, oraz o tym, czego musimy unikać.
Instytut Ordo Iuris zażądał od Jasia Kapeli zaprzestania „naruszania dobrego imienia oraz pamięci Świętego Jana Pawła II oraz Błogosławionego Jerzego Popiełuszki, a także obrażania uczuć religijnych wiernych Kościoła katolickiego”.
Zdaniem lewicowego publicysty, jeśli kogoś denerwują jego „żarty”, powinien przestać go obserwować.
Prawnicy Instytutu Ordo Iuris wysłali do Jasia Kapeli przedsądowe wezwanie, w którym zażądali usunięcia dwóch kontrowersyjnych wpisów publicysty, jak również zaprzestania „naruszania dobrego imienia oraz pamięci Świętego Jana Pawła II oraz Błogosławionego Jerzego Popiełuszki, a także obrażania uczuć religijnych wiernych Kościoła katolickiego”. Publicysta nie tylko tego nie zrobił, ale wyśmiał sam wniosek, jednocześnie publikując kilka kolejnych wpisów, nawiązujących do poprzednich.
Jaś Kapela, jeszcze przed otrzymaniem pisma z Ordo Iuris zwrócił się z przesłaniem do swoich obserwujących, nawiązując do burzy, jaką wywołał wpisem naśmiewającym się ze śmierci bł. ks. Jerzego Popiełuszki.
Osobom, które denerwują moje żarty przypominam, że nie musicie mnie obserwować. Nawet pewnie lepiej dla waszego zdrowia psychicznego będzie, jeśli nie będziecie tego robić, co wam serdecznie polecam
– powiedział Jaś Kapela w opublikowanym filmiku.
Jaś Kapela obraża na lewo i prawo
Powszechne oburzenie pojawiło się po wpisie Jasia Kapeli, w którym nawiązywał do słów Ziemowita „Piasta” Kossakowskiego”.
Skoro "to będzie walka dobra ze złem, świata wartości ze światem zepsucia", to chyba jasne, że @ZKossakowski skończy jak Popiełuszko… pic.twitter.com/JciYsO7uA5
Czy @OrdoIuris obraża stwierdzenie, że dobry katolik @ZKossakowski skończy w niebie jak ksiądz Jerzy Popiełuszko? I za co mam przeprosić wszystkie osoby, którym bliska jest pamięć i dziedzictwo JP 2? Że dały się oszukać? Nie rozumiem trochę tego pozwu :/
Ja, Jaś Kapela, przepraszam wszystkie osoby, które wierzą, że skończą w niebie jako święci. Niebo nie istnieje, Bóg też nie, a święci nie zawsze byli tacy święci. Bardzo mi przykro, że wierzycie w te bajki. Obiecuję więcej wam nie psuć zabawy. CC @OrdoIuris
Ten moment, gdy myślisz, że z tym Popiełuszką, to chyba już przesadziłeś, ale wtedy przychodzi wezwanie przedsądowe od @OrdoIuris i już wiesz, że podążasz słuszną drogą wojownika słabego żartu. Dziękuję! <3