Jak podaje The Jerusalem Post, wyniki II fazy badań preparatu EXO-CD24 są niewątpliwie powodem do zadowolenia. Lek wykazuje dużą skuteczność w leczeniu choroby, nawet w stanie ciężkim. Co więcej, sprawił, że w przeciągu pięciu dni można było wypisać do domu ponad 93 procent spośród 90 leczonych preparatem pacjentów. Ponadto sam twórca leku, prof. Nadir Arber, określił go mianem środka “medycyny precyzyjnej”.
Dotąd nie zaobserwowano żadnego znaczącego efektu ubocznego u któregokolwiek z pacjentów
– powiedział.
Sposób działania preparatu
Prof. Nadir Arber wyjaśnił także sposób, w jaki ma działać lek. Powiedział, że zawiera białko CD24, które reguluje w organizmie mechanizmy odpowiedzialne za tzw. burzę cytokinową, która jest główną przyczyną pogarszającego się stanu pacjentów chorych na COVID-19. Powoduje ona nadmierną aktywację układu odpornościowego, który w konsekwencji atakuje zdrowe komórki płuc. Prof. Arber przyznał, że lek EXO-CD24 pomaga organizmowi odnaleźć równowagę.
Celując dokładnie w kluczowy problem w trakcie zachorowania na COVID-19, pozwala uniknąć niepożądanych skutków ubocznych
– dodał.
Badania nad lekiem trwają, a odpowiedzialny za nie zespół z Tell Awiwu mówi, że będą prowadzone do końca obecnego roku. W ostatniej fazie badań weźmie udział 155 osób. Ponadto profesor Arber zapowiada, że preparat zostanie szybko udostępniony po niewielkich kosztach.
We Włoszech weszły w życie przepustki covidowe. Od dziś bez certyfikatu nie wejdzie się do restauracji czy instytucji kultury. Za uchylenie się od okazania dokumentu grozi grzywna w wysokości od 400 do 1 tys. euro.
Dziś na terenie Włoch zaczął obowiązywać zielony certyfikat. Przepustki covidowe będą konieczne, aby odwiedzić miejsca kultury lub rozrywki. Okazywać je będą musiały wszystkie osoby powyżej 12 roku życia.
Przepustki covidowe są wydawane zaszczepionym, osobom, które przeszły chorobę lub posiadającym zaświadczenie o negatywnym wyniku testu przeprowadzonego maksimum 48 godzin wcześniej.
Przepustki covidowe w miejscach kultury i rozrywki
Lista miejsc, w których obowiązywać będzie certyfikat, obejmuje muzea, galerie, teatry, kina, stadiony sportowe, parki rozrywki, kryte baseny, spa, siłownie oraz kryte miejsca w barach i restauracjach. Za uchylenie się od okazania dokumentu, zarówno klienci jak i same obiekty mogą zostać ukarani grzywną w wysokości od 400 do 1 tys. euro.
Włochy rozważają również wprowadzenie obowiązku posiadania certyfikatu w przypadku podróży samolotem, pociągiem, a także autobusem dalekobieżnym. Dyskusje dotyczą również okazywania dokumentu w szkołach i miejscach pracy.
Przepustki covidowe są częścią unijnego programu cyfrowych certyfikatów COVID-19. Oznacza to, że w kraju akceptowane będą certyfikaty wydane przez pozostałe kraje UE. Włoskie władze nie poinformowały jeszcze, w jaki sposób wymogi te będą stosowane wobec osób przybywających z krajów trzecich. Prawdopodobnie osoby te będą zobowiązane okazać równoważny dokument wydanych przez kraj ich pochodzenia.
Rząd Australii będzie wypłacał odszkodowania Aborygenom odbieranym w dzieciństwie rodzicom. Będą oni mogli wystąpić o jednorazowe odszkodowanie w wysokości 55 tys. dolarów i dodatkowo 3,7 tys. dolarów. – To krok, do którego wzywano nas już dawno – powiedział premier Scott Morrison.
Rząd wypłaci odszkodowania Aborygenom
Australia przez wiele dekad prowadziła program „asymiliacji” rdzennej ludności, który zakończył się dopiero w 1970 roku. Przez wiele lat australijskie władze milczały o tej niechlubnej przeszłości. Teraz rząd postanowił te krzywdy naprawiać i zapowiedział wypłacenie odszkodowań żyjącym jeszcze członkom „skradzionych pokoleń”.
W czwartek ogłoszono, że osoby, które jako dzieci zostały odebrane aborygeńskim rodzinom będą mogły wystąpić o jednorazowe odszkodowanie w wysokości 55 tys. dolarów. Dodatkowo będzie się można także ubiegać o jednorazowy zasiłek na pomoc psychologiczną w kwocie 3,7 tys. dolarów. Władze Australii stworzyły już na te cele fundusz o wartości 700 mln dolarów.
W ramach funduszu wypłacane mają być nie tylko odszkodowania dla osób fizycznych, ale także dotacje na poprawę ochrony zdrowia i edukacji na terenach zamieszkanych przez Aborygenów. Pieniądze mają być przeznaczana także na walkę z alkoholizmem i narkomanią oraz odbudowę rdzennej kultury.
– To krok, do którego wzywano nas już dawno. Jest nam niezwykle przykro z powodu tego, co się wydarzyło, i bierzemy za to odpowiedzialność
– powiedział ogłaszając rządowe plany premier Scott Morrison.
– Ofiary dawnej rządowej polityki będą mogły także opowiedzieć publicznie o swoim poniżeniu i uzyskać indywidualne przeprosiny władz
– zapewnił minister ds. rdzennych Australijczyków Ken Wyatt.
Aborygeńskie społeczności w Australii z zadowoleniem przyjęły zapowiedź wypłaty odszkodowań. Zwróciły jednak uwagę, że powinien to być dopiero początek rozliczania się kraju ze swojej przeszłości.
Dzieci „skradzionych pokoleń”
W latach w latach 1910-1970 Australia prowadziła program „asymiliacji” rdzennej ludności. Nie służył on jednak wcale poprawie życia Aborygenów czy prawdziwemu włączeniu ich w australijskie społeczeństwo. Aborygeńskim rodzinom odbierano dzieci i umieszczano je w specjalnych ośrodkach, sierocińcach czy kościelnych misjach. Nierzadko rodziny rozbijano w ten sposób siłą.
Najchętniej odbierano dzieci z mieszanych związków. Uznawano je bowiem za najbardziej „obiecujące”. Ale bez względu na to ile ktoś miał w sobie aborygeńskiej krwi, w ośrodkach i sierocińcach często padał ofiarą przemocy czy wykorzystywania seksualnego. Dziesiątki tysięcy takich dzieci nazwano „skradzionym pokoleniem”. Rdzennym mieszkańcom odbierano nie tylko dzieci, ale również ziemię.
WARSZAWA POSIEDZENIE SENATU RP / PAP/Paweł Supernak
Senat przyjął w piątek ustawę o przygotowaniu i realizacji inwestycji w zakresie odbudowy Pałacu Saskiego, Pałacu Bruehla oraz kamienic przy ulicy Królewskiej w Warszawie, wprowadzając do niej szereg poprawek.
Senacką część legislacji skomentował były marszałek, Stanisław Karczewski. Wyraził on wdzięczność i zadowolenie z powodu przegłosowania ustawy planującej odbudowę Pałacu Saskiego.
Prezydencki projekt ustawy został przygotowany przez specjalny zespół powołany przez szefa Kancelarii Prezydenta RP we współpracy z Biurem Programu „Niepodległa”.
Senat poparł odbudowę Pałacu Saskiego. Równocześnie, senatorowie wprowadzili do ustawy szereg zmian, którymi teraz zajmie się Sejm. Jedna z nich zakłada, że swojego kandydata do Rady Odbudowy będzie mógł zgłaszać marszałek Senatu.
Senat poparł odbudowę Pałacu Saskiego w Warszawie
Za ustawą wraz z poprawkami głosowało 49 senatorów (z klubu PiS), przeciw było 34 (głównie z klubu KO, Lewicy i PSL), a 15 wstrzymało się od głosu (przede wszystkim z klubu KO, m.in. marszałek Senatu Tomasz Grodzki, Bogdan Borusewicz, Antoni Mężydło, Aleksander Pociej i Bogdan Zdrojewski). Teraz ustawa wróci do Sejmu, który rozpatrzy senackie poprawki.
Komentarz w tej sprawie wygłosił były marszałek Senatu Stanisław Karczewski, który już w poprzedniej kadencji opowiadał się za podjęciem inicjatywy legislacyjnej ws. odbudowy Pałacu Saskiego.
“Jestem wdzięczny senatorom za głosowanie, niektórym dziękuję za wstrzymanie się i odstąpienie od bardzo złego pomysłu odrzucenia tej ustawy” – powiedział Karczewski.
“Bardzo by nam to utrudniło, także z punktu widzenia wizerunkowego, bo badania pokazują, że Polacy są za odbudową Pałacu Saskiego” – dodał.
Prezydencki projekt ustawy o przygotowaniu i realizacji inwestycji w zakresie odbudowy Pałacu Saskiego, Pałacu Bruehla i kamienic przy ul. Królewskiej w Warszawie został przygotowany przez specjalny zespół powołany przez szefa Kancelarii Prezydenta RP we współpracy z Biurem Programu „Niepodległa”. W zamierzeniu Pałac Saski ma stać się przestrzenią instytucji i inicjatyw kulturalnych. Po tym, jak Senat poparł odbudowę Pałacu, ustawa trafi ponownie do Sejmu. Następnie podpisze ją prezydent.
Po zniszczeniu Pałacu Saskiego przez Niemców pod koniec grudnia 1944 r. jedynym śladem po nim pozostał fragment trzech środkowych arkad. To w nich znajduje się Grób Nieznanego Żołnierza – symboliczna mogiła upamiętniająca bezimiennych żołnierzy poległych w obronie Polski. Jest to również miejsce obchodów najważniejszych świąt państwowych.
Donald Tusk odpowiedział na pytanie, czy jego zdaniem w szkołach powinny wisieć krzyże. Polityk wyraził swoje zdanie w ramach czwartkowego czatu z sympatykami.
Zdaniem lidera PO, miejsca publiczne, takie jak Sejm czy szkoła, „powinny być wolne od symboliki religijnej”.
Na słowa Tuska zareagował minister edukacji i nauki Przemysław Czarnek. Powiedział, że “w Polsce mamy wolność religijną i to rodzice wraz z dyrekcją decydują czy w szkole są i jakie są symbole religijne”.
Lider PO Donald Tusk został zapytany podczas czwartkowego czatu, czy jego zdaniem w szkołach powinny wisieć krzyże. Z odpowiedzi polityka można wywnioskować, czy Tusk usunie krzyże ze szkół, gdy potencjalnie dojdzie ponownie do władzy.
“Uważam, że nie” – odpowiedział.
“Bardzo chciałbym, żeby tym miejscem, w którym ci, którzy wierzą, mogli się spotkać w pokoju i wzajemnym zaufaniu, pomodlić się, były kościoły, a nie urzędy publiczne czy szkoły. Szkoła powinna uczyć nas wzajemnego respektu i szacunku, niezależnie od tego, czy ktoś jest wierzący, czy nie” – zaznaczył Tusk.
Jego zdaniem miejsca publiczne, takie jak Sejm czy szkoła, „powinny być wolne od symboliki religijnej”.
Na słowa Tuska zareagował minister edukacji i nauki Przemysław Czarnek.
„Na szczęście w Polsce mamy wolność religijną i to rodzice wraz z dyrekcją decydują czy w szkole są i jakie są symbole religijne, zresztą zgodnie z orzecznictwem ETPC i polskich sądów. Wolność, a nie dyktaturę lewactwa i ateizmu jak na Zachodzie” – napisał na Twitterze polityk.
W rozmowie z portalem tvp.info minister dodaje, że zarówno Europejski Trybunał Praw Człowieka, choćby w głośnej sprawie Finki Laudsi we Włoszech, jak i polskie sądy, w tym WSA w Warszawie, „wypowiadały się jednoznacznie, że obecność symboli religijnych w przestrzeni publicznej, w tym w szkołach, jest elementem wolności religijnej”.
“Panu Tuskowi brakuje elementarnej tolerancji dla wierzących – dość charakterystyczna postawa dla ludzi dyktatury lewackiej” – wskazuje Czarnek.
Wygląda na to, że nawet będąc przy władzy, Tusk nie usunie elementów religijnych, takich jak krzyże, ze szkół.
Czesław Kiszczak / Fot. PAP. Sfinansowano przez Narodowy Instytut Wolności ze środków Programu Rozwoju Organizacji Obywatelskich na lata 2018 – 2030
Bezpieka uprzywilejowana kasta
Bezpieka będąca hierarchiczną, zbiurokratyzowaną i opartą na bezwzględnym posłuszeństwie organizacją, w okupowanej przez komunistów Polsce tworzyła uprzywilejowaną kastę, mającą dostęp do dóbr niedostępnych dla reszty społeczeństwa. Celem jej działalności było czuwanie, by rzeczywistość była zgodna z komunistyczną ideologią.
Bezpieczniaków łączyły odrębne od Polaków wzory kulturowe, symbole, mity. Wśród motywów, dla których podejmowano pracę w bezpiece antropolodzy i socjolodzy wyróżnili, to, że praca w bezpiece zapewniała funkcjonariuszom: poczucie posiadania władzy, solidarności i odrębności od reszty społeczeństwa, siły i bezkarności wynikające z możliwości torturowania przeciwników politycznych, przynależności do uprzywilejowanej grupy (w ich mniemaniu lepszej i ważniejszej dzięki posiadanej wiedzy).
Do wstąpienia w szeregi bezpieki skłaniał bezpieczniaków: pozytywny wizerunek kreowany przez komunistyczną propagandę, uprzywilejowanie materialne (niedostępne dla reszty mieszkania, samochody, alkohol, dostęp do resortowych rozrywek, resortowej służby zdrowia), awans społeczny (z wiejskiej biedy do życia w dobrobycie nieosiągalnym dla reszty – co zapewniało prestiż).
Bezpieczniacy nie mieli poczucia winy z powodu dokonywania zbrodni na polskich patriotach, bo wykazywali wiarę w słuszność działań przełożony, czuli się usprawiedliwieni ideologią komunizmu głosząca słuszność terroru wobec reakcjonistów.
Początki bezpieki to prymitywny terror
Początkowo bezpieka opierająca się na prymitywnym terrorze, z czasem stała zaczęła w swoich działaniach wykorzystywać naukę. „Od lat sześćdziesiątych XX wieku […] bezpieka zaczęła wykorzystywać narzędzia socjologiczne do analizy pozyskanych danych, a w latach siedemdziesiątych przygotowywała się do informatyzacji”.
Nie od razu jednak bezpieczniacy korzystali z nauki. „Do końca lat pięćdziesiątych w resorcie nie doceniano, a nawet programowo lekceważono, wykształcenie ogólne i humanistyczne. Uważano, że wyższe uczelnie opanowane zostały przez element burżuazyjny, więc tylko demoralizowały przyszłych oficerów bezpieczeństwa. Rozwinięto więc system własnego szkolnictwa, metodą kursów, szkół partyjnych, które dawały poczucie wykształcenia i potrzebnych kwalifikacji. Podstawowym podręcznikiem w tych szkołach był krótki kurs historii WKP(b) i biografia Stalina”. Wykładowcy na kursach bezpieki głosili, że wiedza akademicka jest przestarzała, a wiedza z kursów partyjnych postępowa.
Zbrodniarze z bezpieki często nie byli ani psychopatami, ani prymitywami – część z nich miała dobre przedwojenne wyższe wykształcenie (Fajgin, Humer, Różański, Brystygierowa). Ci, którzy byli komunistami często wyrośli z okresu demoralizacji I wojną światową oraz zostali ukształtowani w dwudziestoleciu międzywojennym przez pobyty w więzieniach, gdzie byli szkoleni przez swoich towarzyszy. Na wolności przechodzili szkolenia w ZSRR. Z czasem, z zyskiwaniem wykształcenia, bezpieczniacy stali się mniej ideowi i bardziej pragmatyczni.
Ich liczba szybko wzrastała – w 1945 w bezpiece zatrudniano 2.500, a w 1953 – 33.000. W bezpiece początkowo służy większy odsetek kobiet. Z czasem komuniści przestali chętnie zatrudniać kobiety w bezpiece, uznając, że nie mają wymaganej do pracy w resorcie odporności psychicznej i fizycznej (zwłaszcza w sytuacjach stresowych), zbyt często są nieobecne w pracy z powodu choroby, od pracy odciąga je opieka nad dziećmi, nie ma jak im zapewnić bezpieczeństwa poza siedzibami bezpieki.
Bezpieka zamknięta kasta
Bezpieka miała swój specyficzny język, używany tylko między swymi. Kreślił on obraz świata z punktu widzenia resortu, odmiennie opisujący świat od tego, jak był on postrzegany przez Polaków. Wewnętrzny język bezpieki kształtował relacje społeczne tak, by były one zgodne z oczekiwaniami resortu. Bezpieczniacki język był instrumentem socjalizacji – służył dopasowaniu rekruta do instytucji oraz był odzwierciedleniem norm kulturowych wyznawanych przez funkcjonariuszy. Bezpieka dzięki swojemu specyficznemu językowi wyróżniała się od innych i tworzyła zamkniętą na obcych wspólnotę.
Więcej o badaniach antropologicznych nad bezpieką można przeczytać w zbiorze artykułów naukowych „Aparat bezpieczeństwa w perspektywie antropologii organizacji i antropologii władzy” opublikowanym nakładem Instytutu Pamięci Narodowej.
Waldemar Kraska był gościem TVP Info. Wiceszef resortu zdrowia wypowiedział się na temat wariantu Delta, 4 fali COVID-19 oraz nowych zakażeń wariantem Lambda w Polsce.
W jego opinii, jeśli nie uzyskamy odporności populacyjnej na poziomie nawet 90 proc., to na jesieni dojdzie do nowych zachorowań.
Wiceminister zdrowia zapewnił, że resort monitoruje nowe przypadki zakażenia tym wariantem oraz nowe mutacje, które się pojawiają.
Kraska w rozmowie z TVP Info zwrócił uwagę, że w przypadku klasycznego wariantu koronawirusa potrzebowano 60 proc. odporności zbiorowej, natomiast w przypadku wariantu Delta “epidemiolodzy mówią o dużych procentach wyszczepialności, odporności populacyjnej – na poziomie nawet 90 proc.”. W swojej wypowiedzi dla mediów dodał, że wariant Lambda już jest w Polsce.
W jego opinii, jeśli nie uzyskamy takiej odporności, to na jesieni dojdzie do nowych zachorowań.
Wariant Lambda w Polsce
Wiceminister zdrowia poinformował, że dotychczas w Polsce stwierdzono trzy przypadki zakażenia wariantem Lambda koronawirusa.
“Nie widzimy, żeby ten wariant był tak aktywny i bardziej zakaźny jak wariant Delta, więc myślę, że nie będzie się rozprzestrzeniał z tak dużą siłą” – powiedział Kraska.
Zapewnił, że resort monitoruje nowe przypadki zakażenia tym wariantem oraz nowe mutacje, które się pojawiają.
Kraska pytany o ewentualne podanie trzeciej dawki szczepionki przeciw COVID-19, przekazał, że w tej chwili nie ma rekomendacji ani Rady Medycznej ani Europejskiej Agencji Leków w tej kwestii.
Minister zdrowia Adam Niedzielski powiedział w czwartek w RMF FM, że Rada Medyczna zarekomendowała rozważenie podania trzeciej dawki szczepionki grupom najbardziej narażonym na koronawirusa. Żadne decyzje jednak nie zostały podjęte.
Nowy wariant koronawirusa, nazwany w czerwcu przez Światową Organizację Zdrowia “Lambda”, został wykryty u zagranicznego podróżnika, który w kwietniu przebywał na kwarantannie w hotelu w Nowej Południowej Walii. Informację podała baza danych genomicznych AusTrakka.
Wstępne badania sprzed dwóch miesięcy sugerowały, że nowy wariant może się szybko rozprzestrzeniać i być trudny do zwalczenia za pomocą dostępnych szczepionek.
• Do Sejmu wpłynął projekt zmian w ustawie o radiofonii i telewizji, który zrównuje pozycję prawną podmiotów zagranicznych i polskich (także z pośrednim kapitałowym udziałem osób zagranicznych).
• Obecnie przepisy ograniczają możliwość udzielania koncesji spółkom z udziałem osób zagranicznych spoza Europejskiego Obszaru Gospodarczego, pozostawiając jednak możliwość prostego obejścia tych ograniczeń.
• Polskie przepisy ograniczające udział podmiotów zagranicznych w krajowym rynku medialnym są bardziej liberalne niż analogiczne rozwiązania innych państw członkowskich UE.
• Instytut Ordo Iuris przygotował analizę prawną przybliżającą projektowane zmiany i skutki ich uchwalenia dla porządku prawnego i rynku medialnego.
• Prawnicy podkreślają m.in., że nowelizacja spowoduje lepszą kontrolę państwa nad strukturą rynku medialnego w Polsce i utrudni obchodzenie prawa przez podmioty mogące zagrażać interesowi państwowemu.
„Sektor medialny należy uznać za strategicznie istotny dla bezpieczeństwa państwa. Nie może zatem dziwić, że organom państwowym takim jak Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji należy zapewnić prawną możliwość przeciwdziałania przejęciu kontroli nad podmiotami medialnymi zagranicznym podmiotom, w tym z państw stanowiących potencjalne zagrożenia dla bezpieczeństwa państwa polskiego. Jednocześnie sposób wprowadzania zmian nie powinien naruszać praw słusznie nabytych, o ile za odstąpieniem od tej ochrony w konkretnym przypadku nie przemawia inna zasada prawnokonstytucyjna” – komentuje Łukasz Bernaciński, Dyrektor Centrum Analiz Legislacyjnych Ordo Iuris.
7 lipca do Sejmu wpłynął zgłoszony przez grupę posłów projekt ustawy o zmianie ustawy o radiofonii i telewizji (druk nr 1389). Projekt ma na celu wprowadzenie zmian w zakresie wymagań stawianych podmiotom zagranicznym starającym się o uzyskanie koncesji na rozpowszechnianie programów radiowych i telewizyjnych na polskim rynku medialnym lub już ją posiadającym. Jak wskazują projektodawcy, nowelizacja ma umożliwić efektywne przeciwdziałanie przez Krajową Radę Radiofonii i Telewizji możliwości przejęcia kontroli nad nadawcami radiowymi i telewizyjnymi przez dowolne podmioty spoza Unii Europejskiej, w tym podmioty z państw stanowiących istotne zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa. Zmiany wprowadzane projektem mają, w opinii jego twórców, doprowadzić także do identycznego, w świetle przepisów ustawy o radiofonii i telewizji, statusu prawnego spółek z siedzibą w Polsce i spółek z siedzibą w państwach Europejskiego Obszaru Gospodarczego (EOG).
Obecne przepisy ustawy medialnej ograniczają możliwość udzielania koncesji na rozpowszechnianie programów radiowych i telewizyjnych spółkom z udziałem osób zagranicznych, których siedziba lub stałe miejsce zamieszkania znajduje się poza terytorium państw członkowskich EOG. Obowiązujące regulacje umożliwiają jednak łatwe obejście tych ograniczeń. Wystarczy, że podmiot spoza EOG założy spółkę w jednym z państw EOG i za jej pośrednictwem uzyska koncesję medialną w Polsce.
Ustawodawstwo szeregu państw europejskich przewiduje mechanizmy mające na celu ochronę rynku medialnego przed zbyt dużym udziałem podmiotów zagranicznych. Dopuszczalne limity udziału w przedsiębiorstwach nadawczych przez podmioty mające siedzibę w państwach spoza EOG wynoszą w Niemczech i Francji odpowiednio 10% i 20%. W Polsce limit ten stanowi obecnie 49%, po tym jak został w 2004 roku podniesiony z 33%.
Projekt nowelizacji uznawany jest za kontrowersyjny ze względu na aktualny skład właścicielski spółki TVN S.A. W tym przypadku, amerykański gigant medialny Discovery Inc. kontroluje polskiego nadawcę za pośrednictwem holenderskiej spółki Polish Television Holding BV, należącej do grupy Discovery. Instytut Ordo Iuris przygotował analizę prawną przybliżającą projektowane zmiany i skutki ich uchwalenia dla porządku prawnego i rynku medialnego.
W strugach deszczu odbyły się ogólnowarszawskie uroczystości związane z Rzezią Woli. Przemawiali m.in. burmistrz Woli Krzysztof Strzałkowski oraz zastępca Prezydenta m.st. Warszawy Renata Kaznowska. Został odczytany Apel Poległych. Oddano też salwę honorową. Potem wieńce i znicze złożyły liczne delegacje państwowe – w tym w imieniu Prezydenta RP, premiera Morawieckiego, wicemarszałków Sejmu i Senatu, Ministerstwa Obrony Narodowej i Wojska Polskiego, MSWiA, Komendy Głównej Policji, władze Warszawy, ambasador Niemiec w Polsce Arndt Freytag von Loringhoven, instytucje kulturalne i oświatowe – m.in. Muzeum Powstania Warszawskiego, IPN, Instytut Pileckiego, mieszkańcy Woli oraz liczni przedstawiciele organizacji patriotycznych (m.in. Wolscy Patrioci), klubów sportowych (kibice Legii), a przede wszystkim – Rodziny Pomordowanych, a także Ocalałych Mieszkańców Stolicy oraz Kombatantów i Weteranów II wojny światowej.
Kolejna prowokacja środowisk LGBT
Niestety podczas tak ważnych i tragicznych uroczystości kolejny raz (po uroczystościach 1 sierpnia, o czym pisaliśmy tutaj) z prowokacją wystąpili przedstawiciele ruchów LGBT-owskich, składając pod Pomnikiem Ofiar Rzezi Woli kolorowy wieniec. Obecna na miejscu liczna publiczność złożona m.in. z mieszkańców Warszawy natychmiast zaczęła gwizdać, a starsze osoby wołały: „Hańba!”
Marsz Pamięci Ofiar Cywilnych Powstania
Następnie uformował się Marsz Pamięci Ofiar Cywilnych Powstania Warszawskiego, który przeszedł z al. Solidarności ulicami Wolską i Redutową aż do Cmentarza Powstańców Warszawy. Tam przy szklanych podświetlanych kolumnach z wypisanymi nazwiskami poległych podczas Powstania nastąpiło zapalenie zniczy rozdawanych przez wolontariuszy Muzeum Powstania Warszawskiego, które już po raz szósty było organizatorem Marszu.
Przemówienia pod pomnikiem Polegli Niepokonani
Ostatnia część obchodów miała miejsce w okolicach pomnika Polegli Niepokonani. Głos zabrali m.in. Wanda Traczyk-Stawska ps. „Pączek”, „Atma” – uczestniczka Powstania Warszawskiego, działaczka podziemia niepodległościowego podczas II wojny światowej, obecnie przewodnicząca Społecznego Komitetu ds. Cmentarza Powstańców Warszawy oraz świadek historii Janusz Dzikowski, który w momencie wybuchu Powstania miał 6 lat, przeżył Rzeź Woli, a po pobycie w niemieckim obozie przejściowym w Pruszkowie został wywieziony do Niemiec i próbowano go zgermanizować. Weterani, Kombatanci oraz Rodziny Poległych i Ocalałych z II wojny światowej zapalili znicze na grobach bliskich. Uroczystości zakończyły się około godz. 21.
• Uczelnia Collegium Intermarium zainaugurowała Centrum Badań nad Integracją Europejską.
• Początkiem działalności Centrum była prezentacja raportu „Między Europą narodów a superpaństwem”, autorstwa ekspertów Collegium Intermarium i Instytutu Ordo Iuris.
• W wydarzeniu wzięli udział naukowcy i eurodeputowani z kilku krajów.
• Autorzy publikacji zwracają uwagę na przekraczanie przez władze Unii swoich kompetencji w dziedzinach takich jak prawo rodzinne oraz polityka socjalna, imigracyjna czy zdrowotna.
• Jak pokazuje raport, tendencje federalizacyjne sprzyjają tylko najbogatszym członkom UE, prowadząc do rosnących dysproporcji w poziomie rozwoju poszczególnych krajów.
“Mamy do czynienia ze stałym procesem, który można by określić jako przejmowanie kompetencji państw członkowskich. Proces ten powinien być oceniany przez jeden podstawowy organ – Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej, który został powołany właśnie do tego, aby ustalać granice legislacji z uwzględnieniem zasad pomocniczości i proporcjonalności. To jest jego rola, której w pełni nie realizuje” – podkreśla dr Tymoteusz Zych, rektor Collegium Intermarium.
W raporcie przypomniano, że aktywność Unii Europejskiej ograniczona jest przyznanymi jej w traktatach kompetencjami oraz zasadami subsydiarności i proporcjonalności. Zgodnie z Traktatem o Unii Europejskiej, zasada subsydiarności (pomocniczości) opiera się na tym, że UE inicjuje działania w sprawach, które nie należą do jej wyłącznego obszaru, tylko wówczas, gdy zamierzone cele nie mogą zostać osiągnięte w wystarczający sposób przez państwa członkowskie. Ponadto, doktryna prawa i orzecznictwo Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej potwierdza, że istotą subsydiarności jest podejmowanie decyzji na poziomie najbliższym dla obywateli, a więc na szczeblu władz państwowych.
Przykładem negatywnych skutków dążeń federalizacyjnych jest dysproporcja między poziomem rozwoju poszczególnych państw, które przyjęły wspólną walutę. W latach 1999-2019 dystans między poziomem PKB per capita krajów takich jak Hiszpania, Grecja, Włochy czy Portugalia zwiększył się w stosunku do średniej w strefie euro. Na integracji walutowej skorzystały za to kraje najbogatsze. Przykładowo, w 1999 r. PKB Włoch i Niemiec były na podobnym poziomie. W 2019 r. różnica wynosiła już niemal 14 tys. dolarów na korzyść RFN.
Unia, wbrew przyznanym jej kompetencjom, ingeruje także często w prawo rodzinne materialne. W 2018 r. TSUE orzekł, że państwa członkowskie powinny uznawać „małżeństwa jednopłciowe” zawarte w innych krajach w zakresie dyrektywy o swobodnym przemieszczaniu się. To nieuprawniona ingerencja w polski porządek prawny i próba naruszenia art. 18 Konstytucji. Co więcej, wstępne założenia projektowanego rozporządzenia w sprawie uznawania rodzicielstwa między państwami członkowskimi wskazują, że jego celem będzie doprowadzenie do akceptacji adopcji dokonanych w innym kraju przez pary jednopłciowe.
Coraz większa jest również ingerencja UE w politykę zdrowotną. Od lat 80-tych instytucje unijne coraz mocniej naciskają na promocję tzw. praw reprodukcyjnych i seksualnych, rozumianych głównie jako nieskrępowany dostęp do aborcji oraz antykoncepcji. Jest to celem m.in. przyjętego w formie rozporządzenia „Programu UE dla Zdrowia”. Dążenia federalizacyjne są wyraźne także, chociażby, w polityce migracyjnej. Coraz większe uprawnienia w dziedzinie ochrony granic przyznaje się bowiem agencji Frontex. W Unii pojawiła się również propozycja przyznania kompetencji państw członkowskich w obszarze przyznawania azylu Europejskiemu Urzędowi Wsparcia w dziedzinie Azylu.
To tylko niektóre z wielu aspektów, w jakich instytucje unijne podejmują ingerencję większą, niż przewidują to traktaty. Korzyści z opisanych tendencji czerpią wyłącznie najbogatsze państwa wspólnoty. Obecne dążenia pokazują także niewydolność organów UE w sytuacjach kryzysowych. Przykładem jest pandemia Covid-19, podczas której Unia nie potrafiła wytworzyć sprawnych i niebudzących kontrowersji mechanizmów przezwyciężania problemów. Autorzy raportu postulują zatem m.in. deregulację licznych obszarów objętych prawodawstwem unijnym, w przypadkach, gdy nie przynosi ono zamierzonych rezultatów oraz respektowanie zasady pomocniczości.