Białoruś niszczy polskie pomniki

Zniszczony pomnik AK pod Grodnem / Fot. Twitter

  • Białoruskie władze zniszczyły ostatnio pomnik polskiego żołnierzy Armii Krajowej w Stryjówce pod Grodnem.
  • Zniszczony obelisk upamiętniał VII Uderzeniowy Batalion Kadrowy, który 20 września 1943 r. stoczył bohaterską walkę z Niemcami.
  • Polski konsul z Grodna Andrzej Raczkowski odwiedził zgliszcza zapalając symboliczny znicz.
  • Zobacz także: Powrót Al-Ka’idy. Rok po wycofaniu amerykańskich wojsk z Afganistanu

W Stryjówce znajdował się kamienny obelisk, upamiętniający żołnierzy VII Uderzeniowego Batalionu Kadrowego, którego dowódcą był Zbigniew Czarnocki, „Czarny”

– poinformował portal Związku Polaków na Białorusi.

20 września 1943 roku ta jednostka stoczyła pod Stryjówką bój z żandarmerią niemiecką, tracąc 32 żołnierzy.

Pomnik na mogile żołnierzy AK postawiono w 1992 roku staraniami Światowego Związku Żołnierzy AK przy wsparciu Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa.

Portal Głos znad Niemna publikuje również zdjęcie polskiego konsula z Grodna Andrzeja Raczkowskiego, który stoi przy gruzach zburzonego pomnika.

Chcesz być na bieżąco? Czytaj codziennie MediaNarodowe.com

radiomaryja.pl

GW szykuje atak na Pawła Kryszczaka

Paweł Kryszczak z Rot Niepodległości / Fot. Twitter

Zobacz także: Sąd znów przeciw Marszowi Powstania Warszawskiego. Kuriozalne przesłanki

Trzaskowski walczy z Marszem Powstania Warszawskiego

“W przypadku braku cykliczności skorzystamy z innych środków prawnych, choćby zgromadzenia w trybie zwykłym, które zostało już złożone. Nawet gdyby tego zabrakło i tak Marsz Powstania Warszawskiego przejdzie. Przyjeżdżają ludzie z całej Polski, dla których bliska jest wolność ojczyzny. Znam też ludzi z Anglii czy Włoch, którzy specjalnie na ten dzień przyjeżdżają do Warszawy. Natomiast działania Trzaskowskiego są szkodliwe dla stolicy naszego kraju” – mówił Kryszczak.

Batalia sądowa

“Od samego początku nie byliśmy informowani. O pierwszej rozprawie w Sądzie Okręgowym dowiedzieliśmy się na pół godziny przed sprawą. Na żaden mail nie dostaliśmy informacji, linku do rozprawy. To samo było w przypadku Sądu Apelacyjnego – na godzinę przed zostaliśmy poinformowani, że rozprawa się odbędzie. Nie znaliśmy szczegółów, nie mogliśmy wziąć udziału” – podkreślał Kryszczak.

Chcesz być na bieżąco? Czytaj codziennie MediaNarodowe.com

Robert Bąkiewicz i Rafał Trzaskowski

Robert Bąkiewicz i Rafał Trzaskowski / Fot. Twitter, NCzas

  • Pod koniec ubiegłego tygodnia Sąd Apelacyjny w Warszawie uchylił decyzję Sądu Okręgowego ws. cykliczności Marszu Powstania Warszawskiego.
  • Teraz sprawa wróciła do Sądu Okręgowego w Warszawie. Sędzia Stokowska-Komorowska zdecydowała o uchyleniu decyzji wojewody o rejestracji zgromadzenia cyklicznego Marsz Powstania Warszawskiego. Jej zdaniem Stowarzyszenie Roty Marszu Niepodległości nie wypełniło przesłanek umożliwiających rejestrację w takim trybie.
  • Od dzisiejszego postanowienia Sądu Okręgowego, stronom postepowania przysługuje prawo złożenia zażalenia w terminie 24 godzin. Wszystko wskazuje więc, że sprawa będzie miała wkrótce swój dalszy ciąg.
  • Jest prowadzona zbiórka na organizację tegorocznego Marszu. Warto ją wesprzeć. Link.
  • Organizatorzy Marszu Powstania Warszawskiego złożyli też wniosek o jego rejestrację w trybie zwykłym. Niezależnie od rozwoju sytuacji, wydarzenie się odbędzie.

Jak już informowaliśmy, pod koniec ubiegłego tygodnia Sąd Apelacyjny w Warszawie uchylił decyzję Sądu Okręgowego ws. cykliczności Marszu Powstania Warszawskiego. Okoliczności działań Sądu Apelacyjnego budzą znamiona bulwersującego bezprawia – organizatorzy manifestacji są informowani o posiedzeniu post factum i nie otrzymują możliwości zapoznania się ani z treścią zażalenia, jakie złożył prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski, ani uzasadnieniem decyzji sądu.

Tym razem sprawą zajął się ponownie Sąd Okręgowy w Warszawie. Dziś przedpołudniem odbyła się rozprawa, prowadzona przez sędzię Dorotę Stokowską-Komorowską z XXIV Wydziału Cywilnego tego sądu.

Uzasadnienie sądu

Sędzia Stokowska-Komorowska zdecydowała o uchyleniu decyzji wojewody o rejestracji zgromadzenia cyklicznego Marsz Powstania Warszawskiego. Jej zdaniem Stowarzyszenie Roty Marszu Niepodległości nie wypełniło przesłanek umożliwiających rejestrację w takim trybie.

Pełnomocnicy stron są doskonale rozeznani, że kluczowym punktem nie jest kwestia celu zgromadzenia. Jest on dla sądu jasny i oczywisty i nie budzi wątpliwości. Rocznica Powstania Warszawskiego to jest oczywiście cel szczytny, pod którym można się gromadzić i dokonywać marszu. Natomiast jest kwestia tej przesłanki, która dotyczy tożsamości podmiotu, który powinien zgłaszać co najmniej trzykrotnie, w tym konkretnym przypadku(…) – powiedziała sędzia Stokowska-Komorowska.

W dalszej części uzasadniania decyzji sędzia stwierdziła, że rzekomo w czasie poprzednich zgromadzeń (w poprzednich latach) nie było wiadomo, że są one organizowane przez środowisko Rot Marszu Niepodległości, co w jej opinii oznacza, że nie można uznać Marszu Powstania Warszawskiego za zgromadzenie cykliczne.

Gdyby przyjąć, że zgłaszający, w swoim mniemaniu, tkwił w przekonaniu, że robi to w ramach stowarzyszenia, to brak jest w tej sprawie wiedzy przede wszystkim w tamtym czasie i dla organizatora, w sensie zapewnienia bezpieczeństwa, czyli dla gminy, dla wojewody. Przecież wówczas żaden z tych podmiotów, żaden z tych organów nie wiedział, kto jest organizatorem, że organizatorem jest stowarzyszenie, ale też już z całą pewnością nie ma takich dowodów w sprawie, które by świadczyły o tym, że wiedzieli o tym uczestnicy – podkreśliła.

Warto dodać, że sędzia Stokowska-Komorowska nie chciała wysłuchać ani Roberta Bąkiewicza, ani Pawła Kryszczaka ze Stowarzyszenia Roty Marszu Niepodległości, ani też nie chciała dołączyć do sprawy dodatkowego materiału dowodowego, zgłaszanego przez pełnomocników stron postepowania w trakcie dzisiejszego posiedzenia. To może wyjaśniać, dlaczego “nie ma takich dowodów w sprawie”.

Uczestnicy nie wiedzieli, kto organizuje marsz?

Sąd w łatwy sposób mógłby zweryfikować wątpliwość, czy o tym, kto organizuje Marsz Powstania Warszawskiego, wiedzieli w poprzednich latach uczestnicy. Redakcji Mediów Narodowych zajęło to kilka minut. Warto przypomnieć, że w ubiegłym roku Roty Marszu Niepodległości zapraszały na X Marsz Powstania Warszawskiego, warto zwrócić uwagę logotypy jakich organizacji są obecne na plakacie wydarzenia i jakie wnioski mogli z tego wyciągnąć zaproszeni uczestnicy.

Podobnie było rok wcześniej.

Na stronie zbiórki na organizację IX Marszu Powstania Warszawskiego, który odbył się w 2020 roku, można było przeczytać:

1 sierpnia 2020 r. o godzinie 16:30 z ronda im. Romana Dmowskiego w samym sercu Warszawy, wyruszy IX Marsz Powstania Warszawskiego organizowany przez Roty Marszu Niepodległości przy wsparciu Stowarzyszenia Marsz Niepodległości.

Informacje o tym, kto organizuje Marsz Powstania Warszawskiego, były szeroko rozpowszechnione w wielu miejscach, były także podawane podczas samego wydarzenia. Uczestnicy corocznych marszów byliby, wbrew sugestiom sądu, ostatnimi osobami, które nie wiedziałyby, że to wydarzenie należy łączyć z Rotami Marszu Niepodległości. No, ale jeśli sąd nie potrzebuje dowodu, ani wysłuchania przedstawicieli organizatorów, może istotnie nie mieć takiej wiedzy.

Co na to wojewoda?

Jeszcze w trakcie posiedzenia sądu, pełnomocnik wojewody mazowieckiego, radca prawny Konrad Kosior odniósł się do tezy, jakoby nie było wiadomo, kto w ostatnich latach organizował Marsz Powstania Warszawskiego.

Wojewoda mazowiecki, prowadząc to postępowanie oparł się na piśmie policji, które wskazała pani pełnomocnik miasta. Jest to pismo z 18 lipca 2022 roku. W związku z tym, że nie zostało dołączone do akt tego postępowania, wnoszę o zobowiązanie mnie do złożenia tego dokumentu w terminie do godziny 13 w dniu dzisiejszym. (…) ono w istocie nie ma charakteru kluczowego, natomiast w tym piśmie policja wskazuje, że w okresie ostatnich trzech lat powyższe przedsięwzięcia odbywały się, tzn. te marsze 1 sierpnia, odbywały się w formie zgromadzeń organizowanych przez osoby powiązane ze Stowarzyszeniem Roty Marszu Niepodległości (…). Rolą wojewody mazowieckiego było ustalenie, czy te osoby występowały w imieniu własnym, czy też w imieniu Stowarzyszenia. I tutaj czynności, które wojewoda podejmował w sprawie, tzn. ustalił skład członków Stowarzyszenia i ten dowód został dostarczony w sprawie (…) i wszystkie te osoby, widniejące w piśmie policji są członkami Stowarzyszenia Roty Marszu Niepodległości. Ponadto Dyrektor Wydziału Spraw Obywatelskich, która prowadziła niniejsze postępowanie, w dniu 12 lipca 2022 roku rozmawiała telefonicznie z p. Pawłem Kryszczakiem, osobą wskazaną do kontaktu we wniosku i uzyskała informacje, że każda z osób organizujących zgromadzenie(…) działała w imieniu Stowarzyszenia – podkreślił.

Ciąg dalszy nastąpi

Od dzisiejszego postanowienia Sądu Okręgowego, stronom postepowania przysługuje prawo złożenia zażalenia w terminie 24 godzin. Wszystko wskazuje więc, że sprawa będzie miała wkrótce swój dalszy ciąg.

Organizatorzy Marszu Powstania Warszawskiego złożyli też wniosek o jego rejestrację w trybie zwykłym. Niezależnie od rozwoju sytuacji, wydarzenie się odbędzie.

Chcesz być na bieżąco? Czytaj codziennie MediaNarodowe.com

Kapłan w przededniu karnawału „Solidarności”

Na wstępie warto przypomnieć, iż ks. Sylwester Zych dał się poznać opozycji oraz jego późniejszym oprawcom z SB jako młody kapłan. Gdy rozpoczynał się „karnawał Solidarności” miał zaledwie 30 lat. Od młodzieńczych lat wyróżniała go skłonność do pomagania innym osobom, do wychodzenia z inicjatywą wykonania jakichś prac. Już w wieku siedemnastu lat odczuwał silne pragnienia pójścia drogą służenia Chrystusowi jako kapłan.

Kształcił się w warszawskim seminarium im. św. Jana Chrzciciela. Ukończył je w 1977 r. z wynikiem bardzo dobry. Niedługo po tym, otrzymał święcenia kapłańskie – bezpośrednio z rąk Prymasa Tysiąclecia kard. Stefana Wyszyńskiego.

Ks. Sylwester Zych: wieszajcie krzyże w salach!

Do historii Kościoła i Polski przeszła inicjatywa ks. Zycha z lat 1977-78. Wówczas zaczął namawiać dzieci i nauczycieli z Tłuszcza do zawieszenia krzyża w szkolnych salach. Do swojej akcji szybko włączył miejscowe przedszkola.

Wieść o krzyżach pojawiających się w salach szkół i przedszkoli pocztą pantoflową rozeszła się po kraju. Momentalnie spozycjonowało to ks. Sylwestra Zycha jako wroga „władzy ludowej”, który przez takie działania ma naruszać zasadę rozdziału Kościoła od państwa. Był to najbardziej nośny w skutkach i zarazem pierwotny powód znienawidzenia ks. Zycha przez komunistów i w konsekwencji doprowadzenia do jego śmierci.

Za Tłuszczem poszło wiele innych miejscowości. Na ten nowy trend, jakże piękny z punktu widzenia pielęgnowania chrześcijańskiej kultury i wiary w zniewolonym kraju, zwracał uwagę na posiedzeniach najważniejszych organów państwa członek KC PZPR Kazimierz Barcikowski. W marcu 1981 r. na posiedzeniu Komisji Wspólnej Rządu i Episkopatu żalił się interlokutorom, że w diecezji przemyskiej akcja wieszania krzyży doprowadziła do pojawienia się ich we wszystkich istniejących tam szkołach.

Więziony, prześladowany, zabity

Z ciężkim sercem ks. Sylwester Zych przeżył wprowadzenie stanu wojennego. Starał się – wraz z innymi kapłanami – wspierać rodziny internowanych i aresztowanych. Działał w konspiracji. Osobiście uważał, że zbrojna walka społeczeństwa z reżimem gen. Jaruzelskiego nie ma sensu. – Nie wierzyłem w skuteczność akcji zbrojnej (…) Wiedziałem, że chłopcy rozmawiali o odbiciu internowanych w Białołęce, ale ten plan nie mógł się powieść – mówił ks. Zych. W jego myślach dojrzewały inne sposoby na ratowanie Ojczyzny i chrześcijańskiego dziedzictwa narodu.

Na początku marca 1982 r. także i ks. Zycha dosięgły komunistyczne ręce. Został aresztowany w obławie urządzonej wokół plebanii kościoła św. Anny w Grodzisku Mazowieckim. Władze komunistycznej Polski na podstawie spreparowanego śledztwa oskarżyły duchownego o próbę obalenia siłą ustroju PRL i przynależność do organizacji zbrojnej. Próbowano księdza dyskredytować i oczerniać, publikując nawet książkę „Rok w trumnie” – pełną insynuacji i oskarżeń pod adresem ks. Zycha.

Niezłomny kapłan w komunistycznym sądzie usłyszał wyrok sześciu lat więzienia. Opuścił je w 1986 roku. Bardzo szybko dostrzegł, iż wiatr zmian obejmuje przeobrażenia w mentalności i podejściu do społeczeństwa komunistycznej dyktatury. Ta ostatnia, dążąca do ułożenia na nowo stosunków w państwie i uwłaszczenia swojej nomenklatury w docelowo zreformowanym systemie gospodarczym, na pierwsze strony gazet oraz do dziennika telewizyjnego zaczęła wrzucać gorbaczowskie hasła przebudowy i otwartości na opozycję, przy jednoczesnym kontynuowaniu zbrodniczych działań aparatu represji na zapleczu głównego teatru wydarzeń.

Nie inaczej było z samym ks. Zychem, którego funkcjonariusze SB nieustannie inwigilowali, jak np. podczas nabożeństw odprawianych w Gdańsku w lipcu 1988 r. Kilkukrotnie został też pobity przez nieznanych sprawców. Jak zauważa Zbigniew Branach, nie był to wyjątek, lecz reguła – w raportach władz tego okresu przewijały się nazwiska: Stefan Niedzielak, Jan Sikorski, Paweł Piotrowski, Leon Kantorski i Tadeusz Sitko.

Narastająca począwszy od akcji wieszania krzyży z 1977 r. nienawiść aparatu represji do ks. Zycha przyniosła tragiczne żniwo. W dniu 11 lipca 1989 r. – a więc tuż po zwycięskich dla „Solidarności” wyborach kontraktowych – odnaleziono ciało niezłomnego kapłana w pobliżu małego baru w Krynicy Morskiej. Skandalicznie poprowadzone śledztwo, podczas którego przy pomocy sfingowanych zeznań rzekomych świadków zdarzenia, starano się ze zmarłego kapłana zrobić alkoholika, doprowadziło w 1993 r. do umorzenia postępowania.

„Nie wstydzę się Jezusa” – dziedzictwo ks. Popiełuszki i ks. Zycha

Komunistom – kimkolwiek się nie posłużyli – udało się uciszyć w tamtym czasie ks. Zycha. Niemniej jednak, jego śmierć wywarła skutki odwrotne od zamierzonych. Obok bł. ks. Jerzego Popiełuszki, ksiądz Zych stał się postacią korowodu polskich kapłanów-męczenników. Mało tego, świadectwo jego życia, wielokrotnie zintensyfikowane pracą duszpasterską następców i doniosłym pontyfikatem św. Jana Pawła II, doprowadziło do ukształtowania kilku pokoleń polskich patriotów i katolików, którzy krzyż potraktowali z szacunkiem, jakiego pragnął ks. Sylwester Zych.

Gdy w 2010 r. z inicjatywy lewicowych mediów rozpoczęła się we Wrocławiu akcja zdejmowania krzyży z sal jednej ze szkół średnich, reakcja społeczna sparaliżowała inicjatorów przedsięwzięcia. Choć inicjatywę dechrystianizatorów, posługujących się małą grupą średnio świadomej swych czynów młodzieży, szeroko rozpropagowano w wielkonakładowych mediach, za Wrocławiem nie poszły kolejne miasta.

Przeciwnie – reakcja katolickiej opinii publicznej, na czele której wysunęły się organizacje takie jak Stowarzyszenie Kultury Chrześcijańskiej, Instytut Ks. Piotra Skargi, Radio Maryja, Fronda, wygenerowała trend odwrotny. Setki tysięcy Polaków zaczęły publicznie przyznawać się do Jezusa, m.in. za sprawą akcji pod prostym hasłem „Nie wstydzę się Jezusa”.

Wspomniane Stowarzyszenie Kultury Chrześcijańskiej z Krakowa wyprodukowało i zaczęło rozprowadzać po Polsce breloki z hasłem „Nie wstydzę się Jezusa” oraz cytatem z Ewangelii wg św. Mateusza, a konkretnie ze słowami Zbawiciela, przestrzegającymi przed tym, co stanie się z tymi, którzy zaprą się Jego Osoby przed innymi ludźmi (Mt 10,33). W ojczyźnie ks. Popiełuszki i ks. Zycha – po ponad 2 dekadach od śmierci tych niezłomnych kapłanów – w tę inicjatywę włączyło się 1,2 mln osób. Słynne srebrne breloki do dziś można spotkać na ulicach polskich miast.

Ksiądz Sylwester Zych to jedna z tych postaci, które dzięki świadectwu swojego życia i męczeńskiej śmierci żywo przyczyniły się do odrodzenia moralnego dużej części polskiego społeczeństwa. Dzięki ludziom takim jak on po dziś dzień krzyż wisi na ścianach tysięcy sal lekcyjnych w Polsce, a nawet w gmachu Sejmu. Choć przybywa tych, którzy dążą do zabrania krzyża z przestrzeni publicznej, muszą liczyć się z tym, że i tym razem nie pójdzie gładko.


Mariusz Zawadzki

Wysyłanie swojej śliny może być niebezpieczne

Wysyłanie swojej śliny może być niebezpieczne / Fot. Flickr

  • Amerykański parlamentarzysta Jason Crow ostrzegł przed testami DNA.
  • “Ludzie bardzo szybko spluną do kubka i wyślą go do 23andMe i uzyskają naprawdę interesujące dane na temat ich pochodzenia. I zgadnij co? Ich DNA jest teraz własnością prywatnej firmy” – powiedział.
  • Według senator Joni Ernst, broń biologiczna może być używana do celowania w zapasy żywności, przeciwko określonemu rodzajowi roślin uprawnych lub zwierząt gospodarskich.
  • Zobacz też: TikTok pozwany. Ponoć jego algorytm promuje brutalne filmy nastolatkom

Deputowany Jason Crow, członek Komisji ds. Wywiadu Izby Reprezentantów, ostrzegał ludzi przed udostępnianiem swojego DNA firmom genealogicznym, twierdząc, że może on zostać użyty do produkcji broni biologicznej, która ma zabić tylko konkretną osobę.

Nie można dyskutować o tym bez rozmowy o prywatności i ochronie danych handlowych, ponieważ oczekiwania dotyczące prywatności spadły w ciągu ostatnich 20 lat. Młodzi ludzie w rzeczywistości bardzo mało oczekują prywatności, tak pokazują ankiety i dane.

Crow zauważył, że rozwój takiej broni jest powodem do niepokoju, biorąc pod uwagę, że ludzie chętnie dzielą się swoim DNA z firmami testującymi DNA.

Ludzie bardzo szybko spluną do kubka i wyślą go do 23andMe i uzyskają naprawdę interesujące dane na temat ich pochodzenia. I zgadnij co? Ich DNA jest teraz własnością prywatnej firmy. Można go sprzedać przy bardzo niewielkiej ochronie własności intelektualnej lub ochronie prywatności, a my nie mamy przepisów prawnych i regulacyjnych, aby sobie z tym poradzić.

Ochrona danych

W 2018 r. firmy zajmujące się testami DNA MyHeritage, 23andMe, Ancestry, Helix i Habit podpisały zasady dotyczące najlepszych praktyk w zakresie usług testowania genetycznego konsumentów, które zawierają wytyczne dotyczące udostępniania informacji genetycznych i danych osobowych stronom trzecim i organom ścigania.

Musimy mieć otwartą i publiczną dyskusję na temat tego, jak wygląda ochrona informacji o opiece zdrowotnej, informacji DNA i twoich danych, ponieważ te dane będą faktycznie pozyskiwane i gromadzone przez naszych przeciwników w celu opracowania tych systemów.

Według senator Joni Ernst, członkini Senackiej Komisji Sił Zbrojnych, broń biologiczna może być używana do celowania w zapasy żywności, przeciwko określonemu rodzajowi roślin uprawnych lub zwierząt gospodarskich. Rozmieszczona w ten sposób broń biologiczna może powodować niedobory żywności i niepewność.

Chcesz być na bieżąco? Czytaj codziennie MediaNarodowe.com

Reclaim The Net

Zdjęcie ilustracyjne

Zdjęcie ilustracyjne / Fot. PAP/Olivier Hoslet. Sfinansowano przez Narodowy Instytut Wolności ze środków Programu Rozwoju Organizacji Obywatelskich na lata 2018 – 2030

  • Grupa Krumme-13 używa akronimu “LGBTIQ+P” i domaga się „oficjalnego włączenia pedofilów” do “ruchu LGBT”.
  • Promotorzy legalizacji krzywdzenia nieletnich, którzy byli obecni na “paradzie równości”, nie zgłosili, że byli fizycznie lub słownie atakowani za promowanie swoich “poglądów”.
  • Natomiast podczas tej samej “parady” grupa kobiet została zaatakowana przez “transaktywistów” i nazwana “TERF” za sugerowanie, że mężczyźni nie mogą identyfikować się jako “lesbijki”.
  • Zobacz też: Niemiecki minister chce podwyżki podatków na auta na gaz, by pojazdy elektryczne wyglądały na tańsze

Członkowie niemieckiej grupy “pro-pedofilskiej” byli obecni i demonstrowali podczas jednej z największych w Europie “parad równości” w Kolonii. Grupa Krumme-13 używa akronimu “LGBTIQ+P” i domaga się „oficjalnego włączenia pedofilów” do “ruchu LGBT”.

Promotorzy legalizacji krzywdzenia nieletnich, którzy byli obecni na “paradzie równości”, nie zgłosili, że byli fizycznie lub słownie atakowani za promowanie swoich “poglądów”. Natomiast podczas tej samej “parady” grupa kobiet została zaatakowana przez “transaktywistów” i nazwana “TERF” za sugerowanie, że mężczyźni nie mogą identyfikować się jako “lesbijki”. Rewolucja pozera własne dzieci.

“Pedoseksualiści”

Opisując symbolikę flagi MAP, Krumme-13 mówi, że kolory „łączą pedo-, hebe- i/lub także parteno-/efebofilów”, które są “parafiliami seksualnymi” wyróżniającymi preferowane przedziały wiekowe ofiar gwałtów. Niebieskie i różowe paski na fladze MAP symbolizują zainteresowanie odpowiednio młodymi chłopcami i młodymi dziewczynkami.

Krumme-13, wraz z innymi obrońcami gwałcenia dzieci, wzywają do uznania “pedofilii” za chronioną „tożsamość seksualną” zgodnie z art. 3 niemieckiej ustawy zasadniczej, która zakazuje dyskryminacji ze względu na pewne cechy, w tym “rasę” i płeć. Na głównym forum społecznościowym aktywiści już planują swoją obecność na kolejnej “paradzie dumy” z życia w grzechu śmiertelnym.

W 2023 r. w wielu miastach ponownie odbędą się [parady] CSD. K13online już wzywa niemiecką scenę pedofilską do aktywnego uczestnictwa w taki czy inny sposób w [demonstracjach] społeczności LGBTIQ+(P).

Na czele Krumme-13 stoi lobbysta Dieter Gieseking, który złożył w Bundestagu lub parlamencie łącznie trzy petycje wzywające członków partii politycznych SPD (Socjalistyczni Demokraci), FDP (Wolna Partia Demokratyczna) i Zielonych do wyrażenia zgody do poprawki do art. 3, która chroniłaby “pedofilię” jako “tożsamość seksualną”.

“Eksperyment”

Niemiecki rząd ma swoją mroczną historię wspierania, a nawet dotowania gwałtów na nieletnich. W późnych latach 60-tych – 80-tych niemieccy “seksuolodzy” – w tym twórca terminu “cisgender” – zaczęli określać gwałty na dzieciach jako postępowe i nieszkodliwe.

W niesławnym „Eksperymencie Kentlera” przeprowadzonym przez berlińskiego “seksuologa” Helmuta Kentlera dzieci zastępcze umieszczano w domach gwałcicieli począwszy od 1969 roku. Eksperyment ten został zatwierdzony i dotowany przez Senat Berliński. W 1988 roku, prawie dwie dekady później, Kentler opisał projekt jako “całkowity sukces” w raporcie, który przedłożył Senatowi.

Trend kulturowy zmierzający do legalizacji procederu był tak wszechobecny, że nawet niemiecka Partia Zielonych opowiedziała się za zniesieniem paragrafu 176 niemieckiego kodeksu karnego, który kryminalizuje gwałcenie osób poniżej 14 roku życia.

Ustawodawstwo, które obniżyłoby “wiek przyzwolenia”, zostało częściowo opracowane przez organizację “Zielonych BAG SchwuP (Federalna Grupa Robocza dla Gejów, Pederastów i Transseksualistów)”. W 1984 r. “BAG SchwuP” został oddelegowany do parlamentarnej grupy roboczej ds. “Prawa i społeczeństwa” i był finansowany przez rząd federalny. Koordynator “SchwuP”, Dieter Fritz Ullmann, od 1980 roku aż sześć razy był w więzieniu za gwałcenie dzieci. Jednak Ullmann działał w Zielonych na szczeblu stanowym, a od 1985 roku reprezentował partię na szczeblu federalnym.

Chcesz być na bieżąco? Czytaj codziennie MediaNarodowe.com

Reduxx

Zdjęcie ilustracyjne.

Zdjęcie ilustracyjne. / Z archiwum Mirosława Duszaka (pierwszy z lewej z brodą).

14 sierpnia 1982 r. w więzieniu w Kwidzynie milicja i straż więzienna przeprowadziły brutalną pacyfikację obozu internowania dla działaczy “Solidarności”. W jej wyniku pobito ponad 80 internowanych, blisko połowa z nich doznała ciężkich obrażeń. Bezpośrednim powodem protestu podjętego przez internowanych 14 sierpnia 1982 r. było niedopuszczenie do ośrodka ich rodzin w wyznaczonym dniu odwiedzin. W reakcji na protest władze więzienne i milicja podjęły brutalną akcję pacyfikacyjną.

W obozie internowania znajdującym się na terenie Zakładu Karnego w Kwidzynie władze stanu wojennego przetrzymywały przede wszystkim solidarnościowych działaczy szczebla zakładowego i regionalnego, pochodzących głównie z północno-wschodniej Polski, ale i również z regionu łódzkiego, w sumie ok. 150 osób. Internowani to przede wszystkim aktywiści i etatowi pracownicy „Solidarności” (115), NSZZ „S” Rolników Indywidualnych (4), działacze Niezależnego Zrzeszenia Studentów (13), Związku Młodzieży Demokratycznej (1), uczniów szkół średnich (2, obaj z KPN), pracownicy niezależnych wydawnictw (2), więźniowie kryminalni (4), kleryków z seminarium duchownego, KPN (2), przewodniczący rady pracowniczej (1) i członek Klubu Wolność-Samorządność-Niezależność (spis wg. Adama Golika).

Zobacz także: Zbrodnicza transformacja — celowo wpędzono Polaków w nędzę i patologie [OPINIA]

Sielanka przed tragedią

Jak wcześniej wspomniałem (w części I), dla nas po przybyciu z Zakładu Karnego Łowicz (Ośrodek Odosobnienia), Kwidzyn wydawał się Wersalem: otwarte cele, możliwości całodziennych spacerów, do dyspozycji boiska do siatkówki i koszykówki, tenis. Wewnątrz świetlica, telewizja (transmisja mistrzostw świata w piłce nożnej w Hiszpanii). Klawisze nie byli zbyt inwazyjni, czy wścibscy. Ludzie opalali się, słowem totalne rozluźnienie. Posiłki wydawano w pawilonie # I, w naszym pawilonie obok mieściła się świetlica i biblioteka…

Sami klawisze przyzwyczajeni do wprost nieograniczonej władzy nad więźniami obserwując to rozluźnienie na terenie ośrodka, czuli się mniej wolni od internowanych, ale przynajmniej czasowo jakoś znosili tę sytuację. Po więzieniu ciągle kręciło się mrowie chłopaków. Pamiętam naliczyłem internowanych, aż z ówczesnych 24 województw (z istniejących wówczas 49), miało to swoje konsekwencje dla rodzin, którym czasem podróż z krańca Polski na widzenie z uwięzionym zabierała nawet dwa dni (!). Dokładnie już nie pamiętam, ale również i do mnie przyjechała siostra Elżbieta z Brzezin, k/Łodzi, siostra Ania z Paprotni k/Nowego Miasta nad Pilicą i przyjaciel ze studiów na UŁ (historia, później socjologia) Zbyszek Natkański. Kiedy ktoś cię odwiedzał było święto, byłeś kimś, nie byłeś wałęsającym się po więzieniu „bezpańskim kundlem” o którego nikt nie dbał…

Przypominam sobie wyraźnie, że w ostatniej celi, w której przebywałem, w celi # 15 toaleta mieściła się po lewej stronie, zaraz przy wejściu, oddzielona była kotarą, obok przy ścianie był nawet zlew. Ta „prywatność” w toalecie była miłą zmianą w porównaniu z ZK Łowicz, gdzie kibel był osadzony niedaleko (metr) od jadalnego stołu. Pamiętam sytuacje z mającym częste sensacje żołądkowe sympatycznym Andrzejem Kernem (późniejszym wicemarszałkiem Sejmu) podczas wspólnych śniadań, nie wyglądało to dobrze…

Ta wyżej opisana sielanka więzienna trwała za komendantury naczelnika mjr. Stefana Mikołajczyka, z którym wcześniej internowani wynegocjowali dla siebie wiele udogodnień. Były też i zgrzyty, jeszcze 12 maja miał miejsce ograniczony protest w pawilonie # I, kiedy to internowani z dwóch cel nie zgodzili się na ich opuszczenie na czas zarządzonego przez klawiszy „kipiszu” (określenie na metodyczne przeszukania celi). Wtedy na pomoc służbie więziennej przybyła specjalna grupa szturmowa do pacyfikacji więziennych buntów ze Sztumu. Wtedy w ramach represji oskarżono Andrzeja i Zygmunta Goławskich, Adama Kozaczyńskiego i Radosława Sarneckiego. Jednak do planowanej rozprawy sądowej nie doszło ze względu na wydarzenia z dnia 14 sierpnia 1982 roku.

Ucieczka internowanego…

Do lipca 1982 r. widzenia z rodzinami odbywały się raz w miesiącu i trwały 1 godzinę chyba, że komendant Mikołajczyk na prośbę internowanego przedłużył widzenie. W ramach liberalizacji i dobrej woli komendanta, od lipca widzenia odbywały się zbiorowo w sali widzeń, jak i na przyległym do niej placu. Pierwsze widzenia w nowej formule miało miejsce już po moim przybyciu do Kwidzyna 7 sierpnia bez problemów, ale podczas wieczornego apelu stwierdzono jednak brak jednego internowanego. Okazało się, że Mirosław Andrzejewski (z siedleckiej opozycji) wyszedł (niezatrzymany przez klawiszy) na wolność po zakończeniu widzenia razem ze swoją rodziną. Podobno nawet po odprowadzeniu najbliższych chciał wrócić, ale nie wpuścili go strażnicy…

Sfrustrowany komendant Mikołajczyk powiadomił o tym wydarzeniu milicję i swoich zwierzchników dopiero po 5 dniach (poszukiwany Andrzejewski ukrywał się do początku 1983 r., kiedy to sam zgłosił się na milicję). Oczywiście pozwolenie na zbiorowe widzenia w niedzielę 8 sierpnia zostały cofnięte. To z kolei spowodowało nasz półtoragodzinny protest, podczas którego śpiewaliśmy patriotyczne pieśni, organizując festiwal kociej muzyki, uderzając więziennymi miskami i łyżkami o talerze skandując: „Wpuścić rodziny!”. Uczestnicy protestu byli fotografowani przez przybyłych funkcjonariuszy MO. Odbyły się negocjacje naszych delegatów z mjr. Mikołajczykiem. Protest wymusił na komendancie więzienia cofnięcie ostatniej decyzji i przywrócenie poprzedniej rozszerzonej formy widzeń.

W przeddzień tragedii

Zgodnie z tradycją w każdą miesięcznicę wprowadzenia stanu wojennego 13 grudnia w ośrodkach internowania miały miejsce wspólne śpiewy patriotycznych pieśni i prelekcje. Na 13 sierpnia konspiracyjnie wydrukowany został specjalny program uroczystości, według którego 12 sierpnia o północy mieliśmy spotkać się w łączniku między pawilonami, aby odśpiewać stosowne patriotyczne pieśni i kontynuować manifestację następnego dnia po południu. Co też miało miejsce.

13 sierpnia w samo południe zaczęliśmy apelem poległych zakończonym minutą ciszy za ofiary komuny w Polsce. Następnie odśpiewaliśmy „Rotę”, „Boże coś Polskę”, „Mury” i popularną „Pieśń Konfederatów Barskich”. Na więzienne latarnie chłopaki wyciągnęli polskie flagi z krepą, był nawet transparent „Solidarności” na dachu budynku. Cała uroczystość zakończyła się spokojnie wieczornym apelem, odśpiewaniem patriotycznych pieśni i zwinięciu flag i transparentu. Klawisze nie interweniowali, nie doszło też do spięć.

To wprost nienaturalne poczucie wolności wśród internowanych w Kwidzynie i nasze sukcesy w negocjowaniu coraz to lepszych warunków nie uszły uwadze zwierzchników komendanta Mikołajczyka. Właśnie 13 sierpnia otrzymał on dymisję, mogło to mieć również związek z ucieczką internowanego Andrzejewskiego.

Nowy komendant, nowe porządki

Nowym komendantem został z-ca ZK w Sztumie, kpt. Juliusz Pobłocki, który z miejsca zlikwidował wynegocjowane rozszerzone widzenia, o czym jednak my internowani (ani nasze rodziny) nie zostaliśmy poinformowani. Celem zainstalowanego nowego komendanta więzienia było zgniecenie istniejących wolności, przywrócenie tradycyjnego autorytetu służby więziennej i przywrócenie dyscypliny. Internowani nieposiadający informacji o zmianach, po śniadaniu zaczęli znosić na plac widzeń stoły i taborety, aby przyjąć przybyłe z całej Polski rodziny. Za więzienną bramą czekało ok. 100 członków rodzin internowanych. Jednak organizowane widzenia były tylko limitowane i odbywały się jedynie w sali widzeń przy „ambasadzie” (biuro komendantury).

Powoli rozeszła się wieść o zakazie widzeń na powietrzu. Ok. 10.30 rozpoczął się protest prawie 150 internowanych śpiewających patriotyczne pieśni, słychać było antykomunistyczne okrzyki. Wtedy więzienny „wychowawca” (KO-owiec) Edmund Młotkowski zaproponował, aby wyłoniona 3 osobowa delegacja internowanych udała się na rozmowy z komendantem. Delegacja w składzie Roman Jarmuszkiewicz (kierowca, Sieradz, mój kolega z ZK Łowicz, dziś Szwecja), Andrzej Bober (przedtem ZK Iława) i Włodzimierz Przybyłko (uprzednio ZK Zielona Góra, Głogów, Ostrów Wlkp., Gębarzewo) zażądała respektowania wynegocjowanych porozumień ze szczególnym akcentem na umożliwienie widzeń większej ilości przybyłych (często z daleka) tej niedzieli rodzin.

Komendant przygotowuje pacyfikację

Pobłocki markował narady, konsultacje, przeciągał negocjacje jednocześnie skrycie ściągał oddziały do tłumienia buntów. Wkrótce pojawiła się dobrze uzbrojona w pałki, kaski i tarcze grupa uderzeniowa z ZK Sztum (22 bojowych funkcjonariuszy), przybyły też bratnie oddziały milicji z Kwidzyna (30 bojowców) oraz ZOMO z Elbląga. Protestujących dzielnie utrwalał po cywilnemu milicyjny fotograf.

Wśród dotąd pokojowo nastawionych uczestników protestu sytuacja zaczęła się niebezpiecznie zmieniać. Wpierw kontynuowaliśmy dotychczasową formę protestu robiąc hałas i śpiewając patriotyczne pieśni. Od rodzin zgromadzonych przed więzienną bramą dotarła do nas wiadomość o nadciągającej „atandzie” ZOMO, MO, innych oddziałów, a nawet Straży Pożarnej. Kilku chłopaków m.in. Władysław Kałudziński, Michał Lubowski, Mirek Duszak i Radek Sarnecki wspięło się na dach budynku gospodarczego i część z nich zeszła na obszar wydzielony po drugiej stronie demarkacyjnej siatki i dalej dachem do bramy głównej. Tam nawiązali kontakt z oczekującymi rodzinami odbierając od nich listę osób oczekujących na widzenia, następnie wycofując się do demarkacyjnej 2 metrowej siatki wyznaczającej tzw. strefę bezpieczeństwa. Tuż za nimi od naszej strony ktoś zdołał przeciąć tę siatkę. Wtedy ok. 50 internowanych przeszło przez tak powstały otwór w kierunku bramy głównej. Teraz już zrozumiałem, że sytuacja staje się niebezpieczna i wymykając się z rąk organizatorom zmienia definitywnie swój charakter.

Część rodzin przeniosła się na pagórek, wzniesienie obok więziennego muru, aby lepiej widzieć, co dzieje się z protestującymi. W tym czasie przybyły tu komendant MO z Kwidzyna przerwał odbywające się w sali widzenia z rodzinami, a przeganiając rodziny z obszaru przylegającego do więzienia, jednocześnie zablokował drogi dojazdowe do ZK Kwidzyn.

Bezpośrednio wcześniej wydarzyło się coś, co podgrzało atmosferę wśród protestujących. Otóż jeden z funkcjonariuszy uderzył pałą wyciągnięte pod główną bramą rączki dziecka, które krzyknęło „tatuś” w kierunku internowanych. Po drugiej stronie bramy odpychane siłą rodziny obrzuciły milicjantów przywiezionymi jabłkami, jajkami i wyzwiskami. Trzeba dodać, że również niektórzy z internowanych robili dokumentację zdjęciową z protestu. Nadchodziły wydarzenia o których nie sposób będzie później zapomnieć…

Pacyfikacja

Ok. godz. 12.15, 55 funkcjonariuszy służby więziennej (35 z ZK Kwidzyn, Elbląga, Iławy i 20 z ZK Sztum otrzymało rozkaz „Do ataku” i rozpoczęło akcję pacyfikacyjną spychając protestujących w kierunku więziennych pawilonów motopompą czerpiącą wodę z retencyjnego zbiornika. Zastanawiające jest, że nie było komendy „rozejść się” tylko od razu ruszyli do ataku. Wtedy zaintonowaliśmy hymn państwowy. Woda uderzająca pod ciśnieniem, szczekanie niemieckiego owczarka (bez kagańca) i ustawicznie napierający szpaler funkcjonariuszy z pałami spychał nas do tyłu.

W miarę wzrastania napięcia nerwów i psychozy niebezpieczeństwa, zagrożenia i pałowania słychać było tylko wrzaski bólu i okrzyki: „gestapo”, „oprawcy”… Ci zaopatrzeni w przeznaczone na widzenia stoły i taborety wycofywali się bezpieczniej, nawet aluminiowa miska oferowała pożądaną ochronę przed penetrującym i rozdzierającym biczem wody skierowanym na twarz. Również atakujący przejawiali twórcze pomysły rzucając w cofających się, czym popadło, od pogubionych przez internowanych butów, czy też puszkami pozostawionych ze spotkania z rodzinami konserw.

Nie było jednak na tym etapie jeszcze zaciętości, która przyniosłaby poważne obrażenia ciała. Niektórym z nas jednak srogo się dostało. Schwytanego Adama Kozaczyńskiego ostro spałowano, pomógł mu się wycofać dopiero Andrzej Busse. Krzysztof Zadrąga mało nie stracił przytomności. Jednak najbardziej skatowali Władysława Kałudzińskiego, który zbyt długo pozostał na swoim punkcie obserwacyjnym na kominie budynku gospodarczego. Okrążonego bito i kopano, aż stracił przytomność i obudził się dopiero w szpitalu (zeznawał o tym w późniejszym procesie stary opozycjonista Marek Chwalewski – RWD – z Pabianic). Pobito też dotkliwie Romana Jarmuszkiewicza, Piotra Bączyka, Arkadiusza Kutkowskiego i Marka Chwalewskiego.

Świadek tych wydarzeń wezwany do ugaszenia “pożaru” komendant Straży Pożarnej z Kwidzyna Roman Gołuch wspominał:

“Wjechałem na teren obozu. Miejscowa straż stała już z hydrantami na dziedzińcu. Strażnicy wpychali internowanych do pawilonów. Jakiś człowiek stał na dachu. Dwóch milicjantów ściągnęło go stamtąd i zaczęło bić. Pała, kop, pała, kop. Maltretowali strasznie. Moi chłopcy zaczęli płakać. Widok zakrwawionych ludzi i znęcających się nad nimi milicjantów przekraczał powoli granice mojej wytrzymałości. Widziałem w życiu wiele nieszczęść, ale wszystko to były wypadki losowe. Tym razem byłem świadkiem bestialstwa”.

Zarządzający pacyfikacją wydali rozkaz Straży Pożarnej aby dodatkowo użyli strażacką pompę do zmiatania protestujących, czemu kategorycznie sprzeciwił się komendant Roman Gołuch, odsyłając wóz do bazy wywołując tym wściekłość komendanta MO i komendanta więzienia. Później Gołuch zapłacił za to utratą pracy i wilczym biletem z powodu którego nie mógł nawet znaleźć pracy w Trójmieście gdzie bezrobotny przeniósł się z rodziną. Tylko dlatego, że zachował się jak prawdziwy polski patriota…

W czasie chwilowej przerwy, kilku internowanych w łączniku między pawilonami zbudowało barykadę ze stołu pingpongowego, stołu z jadalni i kraty. Pędzeni ludzie starali się ukryć w swoich celach. Przy wejściu do łącznika mieściła się stróżówka, gdzie rezydowali klawisze. Niestety dwóch z nich Józef Gutowski i Reinhold Brzezicki na złość pozamykali niektóre cele i nie wszyscy mogli ukryć się w swoich stając się łatwymi ofiarami i celami właśnie wdzierających się do budynku zwyrodniałych pałkarzy. Jan Łodyga próbował bezskutecznie dostać się do swojej celi # 4, próbował # 3 niestety ponownie pech, była zamknięta. Wtedy pod celą # 2 dopadło go 5 niewyżytych oprawców, którzy bijąc go „religijnie” krzyczeli: „klękaj pod celą i módl się, skurwysynu” (wszak była niedziela). Zaczynały się łowy na tęskniącą za wolnością zwierzynę przez niewolników totalitarnego systemu.

W całym szale zamieszania podczas opóźniających walk właśnie ci dwaj klawisze (zamykający cele) zostali odcięci od swoich nacierających na główną barykadę towarzyszy. W tym gąszczu emocji, strachu, rodzącej się wściekłości i beznadziejności tuż obok mnie padły słowa: „brać te dwie kurwy na zakładników!”. Z tego, co ja mogłem jeszcze przytomnie skojarzyć to klawiszom groził lincz od zdesperowanych, psychicznie rozdygotanych kolegów. Strach pomyśleć co nastąpiłoby po tym… Pamiętam, jak wspólnie z innymi kolegami z ZK Łowicz Romanem Jarmuszkiewiczem, Henrykiem Maciejewskim i Grzegorzem Rachausem próbowaliśmy tych dwu psubratów obronić, co dzięki Bogu nam się udało.

Bestialstwo i okrucieństwo

Następna faza operacji pacyfikacyjnej protestu nosiła wdzięczną nazwę „przeszukania”. Kilkuosobowe grupy bojowców klawiszy rozpoczęły metodyczne bicie i poniżanie internowanych. Komuna zawsze kładła duży nacisk na kulturę i oświatę niestety potwierdziło się to i tym razem. Więzienny „wychowawca”, KO-wiec Edmund Młotkowski z dużym poświęceniem starał się szerzyć czerwoną kulturę zdemoralizowanego systemu wskazując osoby przeznaczone do specjalnego bicia.

Klawisze tego dnia odreagowywali wszystkie swoje nagromadzone w kontaktach z internowanymi stresy w pocie czoła nie oszczędzając sił w służbie socjalistycznej ojczyźnie. Pacyfikacja wewnątrz więzienia trwała od godz. 12.40 do 14.00 i niestrudzeni obrońcy zbrodniczego systemu ofiarnie wbijali nam nie tylko do głów, ale i gdzie popadło swoje idee porządku i postępowej równości (z podłogą!) i przewodniej roli pały, powodując przy tym wiele siniaków i czasem z zapałem łamiąc nam kości.

Rozwścieczeni, a może i po środkach odurzających oprawcy zorganizowali przemyślne “ścieżki zdrowia” na zalanym wodą korytarzu, otwierając kolejno cele i przeganiając internowanych na dokładną osobistą kontrolę do świetlicy (naprzeciwko naszej celi!), aby w tym czasie dokonać dokładnego kipiszu w ich celi. Następnie wywoływano pojedynczo po nazwisku ludzi ze świetlicy gdzie ustawiony w dwuszeregu z pałami gotowymi do „masażu” stał oddział do uśmierzania więziennych buntów, zapraszający na przebycie tradycyjnej „ścieżki zdrowia”. Internowany miał przebiec pod gradem pałek i okazjonalnych kopnięć między umundurowanymi miłośnikami starego reżimu. Były różne szkoły jak się zachować, czy biegnąc chronić ramionami głowę i odsłaniać nerki i inne organy? Najważniejsza była zasada, aby nie upaść i nie dać się powalić, bo wtedy nic już ci nie pomoże. Wszelkie wahania internowanego wybrańca i wątpliwości miał rozwiewać ujadający z przodu niemiecki owczarek bez kagańca i równie sympatyczne zachęty czekających oprawców…

Uciekając przed nacierającymi na barykadę zwyrodnialcami z ponaddźwiękową szybkością wpadliśmy do naszej „studenckiej” celi i wszyscy zamarliśmy w bezruchu przestając oddychać. Słychać było tylko nieznośnie i niebezpiecznie głośno latającą muchę. Z niepokojem nad słuchaliśmy głosów i kroków. Słyszeliśmy łoskot kolejno otwieranych drzwi cel, kanonadę wrzasków i krzyków, szczekanie psa, po czym zawodzenia, odgłos zadawanych razów tupot i jęki, nawet szloch kolegów przebiegających „ścieżkę zdrowia”. Nawet łoskot upadających ciał, wszystko to przerywane głośnymi wybuchami salw śmiechu ze strony dobrze bawiących się oprawców. Mieliśmy dużo szczęścia i ocaleliśmy dzięki temu, że wcześniej samowolnie zajęliśmy celę, która w planie więziennym przeznaczona była na jadalnię. Dlatego obeznani z rozkładem więziennych cel zostawili nas w spokoju myśląc, że tam nikogo nie było…

Zenon Szachowicz (Zielona Góra) wspomina, że przed wyjściem z celi kazano mu ściągnąć ze ściany portret Lecha Wałęsy i napis „Solidarność”, kiedy już tego dokonał, polecono mu wyciągnąć ręce do przodu, po których bito go pałką mówiąc: „to za wyciąganie rąk na komunistyczną władzę”. Innego internowanego (Jerzy Pogłodziński, Zielona Góra) najpierw uderzono pałką w głowę, a następnie podstawiono mu ją pod nos, aby zapoznał się: „jak pachnie władza ludowa”, po czym przystąpiono do bombardowania go pałkami.

Chyba najbardziej więzienni „kapo” pastwili się nad internowanymi z celi # 8, których pamiętali jeszcze z poprzedniego buntu z 12 maja 1982 r. Mieszkańców celi wywlekano z celi za włosy, brody bijąc ich i kopiąc. Siedzieli tam bracia Goławscy (Siedlce), uczeń Radek Sarnicki (Zamość) i Ryszard Piekart (Siedlce). Andrzeja Goławskiego bito i kopano najpierw w pozycji kucznej, kiedy jednak po ciosie w skroń upadł, kopano go po głowie i kręgosłupie. Podobnie potraktowano Ryszarda Piekarta, którego bito jeszcze po tym jak przestał się ruszać. Po kilkakrotnym biciu funkcjonariusz Zbigniew Puławski zdarł fotografię papieża Jana Pawła II i kopał zrzucony krzyż. Po kwadransie pałkarze powrócili do celi i zaczęli ponownie bestialsko bić. Wtedy Andrzej Goławski dwukrotnie stracił przytomność, ale oni kontynuowali bicie drewnianymi pałkami po nogach, korpusie i po genitaliach. Oczywiście, aby jeszcze bardziej w sposób uciążliwy pokazać internowanym, że właśnie oni są panami życia i śmierci oprawcy z wściekłością powyrzucali w ramach kipiszu wszystko z szafek, pudełek, słoików mieszając np. mąkę z cukrem i solą.

Młodziutki (licealista) Sarnicki pisał później o ataku:

„w pewnej chwili zostałem zrzucony z łóżka na podłogę. Zaczęto mnie znowu bić i kopać. Pamiętam dokładnie, jak jeden z funkcjonariuszy przycisnął mi butem brodę i policzek do betonowej posadzki, a drugi stanął obiema nogami na mojej klatce piersiowej. Nie byłem w stanie wykonać ruchu i nie mogłem oddychać.”

Radek ważył 53 kg, był szczupły, nosił okulary – 3,5 dioptrii, był wprost wymarzonym kandydatem do znęcania się przez uzbrojonych rosłych dryblasów…

Wieczorem po biciu rozpoczęli metodycznie przeprowadzany „kipisz”, przeszukania, który przeprowadzały dwie grupy po 11 funkcjonariuszy. Tym razem ofiarą padło 14 małych radioodbiorników, grzałki, noże, kable elektryczne, „betoniarki” i nielegalna literatura. Podnosiliśmy się na duchu żartując:

„No, nie jest źle, może któryś z nich umie czytać”.

“Pobici mieli głównie obrażenia głowy – wstrząsy mózgu. Pokazywali też całkowicie sine nogi, ręce i plecy, nie było widać nawet kawałka zdrowego ciała. Niektórym przez wiele godzin nie udzielano pomocy lekarskiej. Jeden z pobitych został dopiero następnego dnia odwieziony do szpitala w Gdańsku. Był w śpiączce. W Kwidzynie nie mogli sobie już z nim poradzić” – opowiadał Kałudziński.

Oprawcy uruchomili pałki, a jak ktoś już upadł to kopali. Ze znajomych skatowany został Andrzej Tomaszewicz z Sieradza, który po bestialskim pobiciu upadł, koledzy podnieśli go, ale upadł ponownie z atakiem serca, trafił do szpitala. Mocno dostało się też Romanowi Jarmuszkiewiczowi, ktory jeszcze przed pobiciem uskarżał się na chorobę kręgosłupa. Tę dwójkę znałem jeszcze z ZK Łowicz.

Kiedy następnego dnia cierpiący, bardziej pobici (kilku internowanych zabrano do szpitala wcześniej) domagali się wizyty u więziennego lekarza, w drzwiach pojawili się uzbrojeni dzielni szturmowcy i wymachując pałkami z uśmiechem i udawaną troskliwością pytali:

„czy może ktoś się źle czuje i potrzebuje pomocy, czy lekarza…?”,

zabrakło nam słów jak na lekarstwo, odpowiadała im głęboka cisza.

Kiedy nowy komendant z dumą i uśmiechem defilował po spacyfikowanym więzieniu, wtedy z naszej strony spotkała go następna niespodzianka. Internowani ogłosili swoje postulaty ukarania winnych pobicia, powołania specjalnej komisji do zbadania zajść z 14 sierpnia, usunięcia komendanta Pobłockiego i dopuszczenia przedstawicieli Episkopatu Polski i MKCK (Międzynarodowy Komitet Czerwonego Krzyża).

Jako środek nacisku został proklamowany strajk głodowy, ale żeby nie przedłużać, o tym i o haniebnym procesie internowanych o pobicie (!) funkcjonariuszy następnym razem…

Chcesz być na bieżąco? Czytaj codziennie MediaNarodowe.com

Zdjęcie ilustracyjne

Zdjęcie ilustracyjne / Fot. sxc.hu

Przykładem takiego szkodliwego społecznie działania władz była forma transformacji ustrojowej z komunistycznej PRL w postkomunistyczną III RP. Po okresie komunistycznej dyktatury (która na zlecenie Rosjan, narzuciła Polakom nieefektywny system ekonomiczny, by Polacy byli biedni, nie mieli sił i środków do buntu przeciwko Moskwie), wybrano (zgodny z instrukcjami Międzynarodowego funduszu Walutowego i Banku Światowego i wolą Moskwy) model transformacji, który sztucznie utrzymał Polaków w biedzie – by nie stali się konkurencją dla zachodnich gospodarek, pokornie kupowali tandetę z zachodu i stanowili rezerwuar taniej siły roboczej, i równocześnie byli bezbronni wobec rosyjskiej infiltracji.

To do jakie nędzy doprowadził model transformacji narzucony Polsce przez finansjerę, opisał (niezwykle plastycznie, wciągająco, ukazując przerażające realia, na przykładzie patologii wśród mieszkańców Włocławka), w (wydanej przez wydawnictwo Zysk) pracy „Znikająca Polska” Piotr Witwicki.

Zobacz także: Brednie o Wielkiej Lechii – przypominamy ostrzeżenia Patlewicza i Michalkiewicza

Szkodliwy społecznie model transformacji

Zamiast upowszechnić własność wśród Polaków (nadać im własność mieszkań komunalnych i udziały w zakładach pracy), zapewnić niskie podatki i proste przepisy, chronić małych przedsiębiorców przed oszustami, czyli stworzyć prawdziwy wolny rynek – co pozwoliłoby na rozwój Polski i systematyczne budowanie dobrobytu w naszym kraju – nominowani przy okrągłym stole przez (podległych Moskwie) komunistów politycy przedstawiani jako solidarnościowcy, zgodnie z instrukcjami Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Banku Światowego (i wolą Moskwy), doprowadzali do ruiny państwowe przedsiębiorstwa, by, w najlepszym wypadku, ich rynki, konsumentów, maszyny i budynki mogły przejąć zachodnie korporacje, zatrudniające Polaków po minimalnych kosztach. W najgorszym pozbawić Polaków możliwości pracy i skazać na wegetacje w nędzy.

Tego mechanizmu nie usprawiedliwia nawet to, że dużą część gospodarki PRL, w wyniku tego, że była komunistyczna (z woli Rosjan), była przestarzała, niekonkurencyjna (produkowała drożej towary gorszej jakości), niszczyła środowisko.

Zablokowanie rozwoju Polski

Konsekwencją realizacji zablokowania szans rozwojowych Polski, zgodnie z wolą globalnej finansjery (i Moskwy, która nie dopuściłaby w Polsce zrealizowany model chińskiej modernizacji), było powszechne bezrobocie (z likwidowanych zakładów będących jedynymi fabrykami w mieście zwalniano z dnia na dzień tysiące zatrudniony), bez realnych szans na znalezienie pracy w małych i średnich miejscowościach. Nędza i brak nadziei na poprawę sytuacji skłonił wielu bezrobotnych do topienia smutków w alkoholu. Alkohol doprowadził wielu do upadku, przemocy w rodzinie, patologicznych zachowań, a nawet popełniania zbrodni.

Wraz z demoralizacją mieszkańców, degenerowały się całe dzielnice (a nawet czasami całe miasta), stając się strefami bezprawia i patologii. Upadek gospodarczy prowadził do katastrofy społecznej – owa katastrofa nikogo z polityków nie interesowała – Polska zapomniała o wielu swoich obywatelach.

Zdegenerowane społecznie obszary charakteryzowały się: smrodem, brudem, biedą, bezsensownymi aktami przemocy, chuligaństwem, terrorem marginesu, powszechną agresją napędzaną konsumpcją alkoholu.

Patologie III RP

Patologie III RP potęgowało to, że narzucony przez finansjerę ustrój nie tylko wygenerował nowe patologie, ale też replikował stare patologie z okresu PRL – jak w PRL awansowano z partyjnego klucza PZPR, to w III RP przynależność do partyjnej kliki dzierżącej władzę zapewniało awans. Nie liczyła się wiedza, pracowitość, kreatywność czy uczciwość.

Ofiary transformacji ustrojowej topiły swoja beznadzieje w alkoholu wyzwalający w nich agresję prowadzącą do zachowań kryminalnych. Beznadzieję potęgowały warunki mieszkaniowe odziedziczone po PRL – rozwalające się rudery, wilgotne, śmierdzące stęchlizna i brudem, pozbawione ogrzewania i toalet. Realia ze slumsów XVIII wiecznej Europy w Polsce przełomu XX i XXI wieku. Z racji na biedę i bezrobocie wszystkie sklepy i usługi zbankrutowały, nie licząc sklepów z alkoholem i lumpeksów oferujących stare ubrania. W zapomnianych dzielnicach bezrobocie, przemoc, przestępstwa, brak wykształcenia mieszkańców stawały się kilkukrotnie większe niż w innych miejscach.

Wyuczeni do bezradności

Zapewne popadnięcie w patologie, ułatwiły wzory kulturowe i mechanizmy socjologiczne wynikające z przeszłości. Ludność miast często składała się z migrantów ze wsi, którzy w wyniku migracji zostali pozbawieni kontroli społecznej ze strony rodzin i lokalnego środowiska, przez co nikt im nie przeszkadzał w popadnięciu w patologie. Polska w wyniku dwu wieków zaborów, potem dekady sanacji, lat okupacji, i pół wieku komuny nie mogła się rozwijać, ludzie żyjący w PRL w nędzy i feudalnej zależności od władz (fabryka zapewniała opiekę zdrowotną, życie kulturalne, mieszkanie, wakacje) nie potrafili być samodzielni i nie mieli za co być samodzielnymi.

W momencie transformacji zostali pozostawieni sami sobie. Nie wiedzieli jak się odnaleźć w rzeczywistości, w której jedyne źródło utrzymania znikało (ich dotychczasowe fabryki zamykano i w ciągu kilku lat fabryczne budynki popadały w kompletną ruiny) i nie mieli perspektyw na żadną inną pracę.

Wieki zaborów, sanacji, okupacji, komuny sprawiały, że ludzie byli niezdolni do walki o swoje, pogrążeni w apatii. Likwidacja zakładów pracy spotykała się z milczącą akceptacją. Władze III RP nie czuły żadnej presji, by bronić interesów robotników z likwidowanych zakładów. Dramat ludzi pracy nie interesował też mediów. W wyniku planu Balcerowicza w całej III RP zlikwidowano ponad 700 fabryk, prace straciło 850.000 robotników. Ich dramat nie interesował nikogo w polskiej polityce. Polacy zapłacili ogromną cenę za swój brak kapitału społecznego skutkujący brakiem umiejętności samoorganizacji. Rozpacz objawiała się tylko wzrostem poparcia wyborczego dla postkomuny z SLD. Moim zdaniem można więc podejrzewać, że pauperyzacja (proces wpędzania Polaków w biedę) był celowy i miał na celu wykreowanie demokratycznego poparcia dla postkomuny (często agenturalnie powiązanej z Moskwą). Postkomuna wygenerowała problem, by móc się przedstawiać jako rozwiązanie (choć nie zamierzała rozwiązać problemu i go nie rozwiązała).

Wieloletnia sztucznie wykreowana patologia weszła ludziom w krew. Bezrobocie i niechęć do pracy, etos życia z pomocy, alkoholizm, przygodne relacje seksualne, wykorzenienie kulturowe, doprowadziły do stworzenia patologicznej tożsamości kulturowej.

Model antyPiSu

Akceptowane przez antyPiS (PO i jej satelitów) koszty transformacji ustrojowej stały się dla współczesnej Polski barierą w rozwoju. Doprowadziły do katastrofy demograficznej i masowej emigracji młodych, która doprowadzi do bankructwa systemu emerytalnego, systemu ochrony zdrowia. Model III RP gloryfikowany przez antyPiS polegał na tym, że Polaków zaproszono do wyścigu, w którym nie dano możliwości nie tylko wygrania, ale nawet dobiegnięcia od mety, do sytuacji, że życie w nędzy i bycie zmarginalizowanym nie było zawinione. Beneficjenci systemu (dziś okopani w szańcach antyPiSu) nie zauważali przez dekady milionów Polaków, którzy ponieśli koszty transformacji. Co bardziej odrażające, beneficjenci, bramini III RP, by nie odczuwać wyrzutów sumienia wobec poszkodowanych transformacją, znienawidzili biedotę i non stop okazują biedocie pogardę. Sprawia to, że nie ma w naszym kraju niezbędnej dyskusji o tym, jak przeciwdziałać negatywnym skutkom transformacji – dla beneficjentów z antyPiS taka dyskusja jest niedopuszczalna, bo dogmatem dla nich jest to, że żadnych kosztów transformacji nie było i wszyscy przed PiS-em w dobrobycie. Bezczynność wobec patologii nie sprawi, że one znikną, tylko doprowadza do tego, że się pogłębiają.

Historia sztucznie wykreowanej patologii przez model transformacji, obojętności wobec tego problemu, akceptacji złego losu przez poszkodowanych, doskonale tłumaczą czemu Polacy zgodzili się na patologię, jaką był covidowy faszyzm czy uprzywilejowanie globalnych korporacji w gospodarce kosztem Polaków.

Ponura rzeczywistość nie powinna nas skłaniać do akceptacji patologii i bezczynności. Dzięki katolickiej nauce społecznej czy myśli narodowo demokratycznej, wiadomo, co trzeba zrobić, by sytuacja się polepszyła. Trzeba dzień po dniu budować kapitał społeczny, kreować więzi społeczne, wzmacniać naturalne wspólnoty (rodziny, naród, wiarę, kulturę).

Chcesz być na bieżąco? Czytaj codziennie MediaNarodowe.com

Obrazek ilustracyjny

Obrazek ilustracyjny / Fot. Wikimedia Commons

  • Spośród tematów najbardziej niepokojących w kraju (inflacja, bieda, przestępczość, bezrobocie, korupcja itd.), na pierwszym miejscu znalazła się inflacja.
  • Co ciekawe, więcej osób wybrało “zmiany klimatyczne” niż terroryzm i “moralny upadek”.
  • Niewielu Polaków martwi się bezrobociem, nieco więcej korupcją. Statystyki “podbił” Polsce strach przed międzynarodowym konfliktem militarnym.
  • Zobacz też: Media zaostrzają przekaz ws. globalnego ocieplenia? Zmiany w prognozach pogody [+FOTO]

W raporcie “What Worries The World?” Szwecja zajmuje trzecie miejsce wśród 27 państw pod względem strachu społeczeństwa przed przestępczością i przemocą (57%). Wyprzedza ją tylko Meksyk (66%) i Chile (58%). Z wynikiem 6% Polska jest na ostatnim miejscu.

“Czym się martwi świat?”

Spośród tematów najbardziej niepokojących w kraju (inflacja, bieda, przestępczość, bezrobocie, korupcja itd.), na pierwszym miejscu znalazła się inflacja, na drugim bieda i “nierówność społeczna”, na trzecim bezrobocie. Co ciekawe, więcej osób wybrało “zmiany klimatyczne” niż terroryzm i “moralny upadek”.

Jeśli chodzi o narodowość osób, jakie wybrały inflację, Polacy ulokowali się na drugim miejscu, tuż po Argentyńczykach. W przypadku biedy i “nierówności społecznej” Polska pojawia się bardzo nisko, a jeśli chodzi o przestępczość, na samym końcu. Szwecja znalazła się na trzecim miejscu, tuż po Meksyku i Chile. Choć globalnie przestępczości najbardziej obawia się 27% ludzi biorących udział w sondażu, aż 57% Szwedów wybrało tę odpowiedź.

Również niewielu Polaków martwi się bezrobociem, nieco więcej korupcją. Statystyki “podbił” Polsce strach przed międzynarodowym konfliktem militarnym. Rzeczpospolita stanęła na drugim miejscu, za Niemcami. Sytuację ekonomiczną 79% polskich ankietowanych oceniło negatywnie. Dla porównania w przypadku Hindusów było to 25%.

Na dość ogólne pytanie “Czy powiedziałbyś, że sprawy w twoim kraju idą w dobrym kierunku, czy też są na złej drodze?”, odpowiedź “na złej drodze” wybrało 80% polskich ankietowanych, co umieściło Polskę na trzecim miejscu pod tym względem (przed nią znalazła się Argentyna oraz Peru). Z kolei najwięcej osób które odpowiedziały “w dobrym kierunku” pochodziło z Arabii Saudyjskiej (aż 93%) i Indii (75%).

Pełne statystyki na maj 2022 roku znajdują się pod tym linkiem.

Chcesz być na bieżąco? Czytaj codziennie MediaNarodowe.com

IPSOS

TikTok w telefonie komórkowym

TikTok w telefonie komórkowym / Fot. Pixabay

Niedawno pisaliśmy o tym, że były agent CIA powiedział, iż gangsta rap został stworzony w celu zapełnienia prywatnych więzień. Teraz chiński TikTok stoi w obliczu twierdzeń, że jego algorytm kieruje brutalne filmy do czarnoskórych użytkowników. Roszczenie jest częścią procesu sądowego w sprawie śmierci 14-letniej czarnoskórej dziewczyny o imieniu Englyn Roberts. W skardze jako pozwanych wymienia się Facebooka, Snapchata i firmę macierzystą TikToka, ByteDance.

“Stronniczy algorytm”

Pozew jest ostatnim w długiej kolejce obwiniania firm mediów społecznościowych za uzależnienie nastolatków od ich platform i produktów. Rodzice Englyn Roberts, która zmarła we wrześniu 2020 r., około dwa tygodnie po próbie odebrania sobie życia, twierdzą, że TikTok zdaje sobie sprawę z błędów w swoim algorytmie związanych z rasą i statusem społeczno-ekonomicznym.

Skarga, która została złożona w środę w sądzie federalnym w San Francisco, twierdzi, że Roberts nie widziałaby i nie uzależniała się od szkodliwych treści, które przyczyniły się do jej śmierci, gdyby nie stronniczy algorytm TikTok.

Produkt mediów społecznościowych TikTok kierował i promował szkodliwe i brutalne treści w większej liczbie do Englyn Roberts niż to, co promował i rozpowszechniał wśród innych użytkowników rasy kaukaskiej w podobnym wieku, płci i stanie zamieszkania.

Grupa prawnicza z siedzibą w Seattle Social Media Victims Law Center złożyła pozew. Przedstawiciele TikToka, Facebooka i Snapa nie odpowiadali na prośby o komentarz.

Chcesz być na bieżąco? Czytaj codziennie MediaNarodowe.com

Breitbeit