Dr Bartosz Józwiak.

/ Fot. YouTube/MediaNarodowe

– Ustawa o broni i amunicji od dawna powinna wylądować w śmietniku. Z jednego podstawowego powodu. Jest ustawą, która daje policji dowolną możliwość interpretacji zapisów w tej ustawie zawartych, tudzież ich ignorowania – ocenił dr Bartosz Józwiak, były poseł, prezes Unii Polityki Realnej.

– Niestety, pozostawiono cały szereg elementów, które mają być interpretowane. Natomiast niestety po drugiej stronie, czyli po stronie policji nie znaleziono jak widać do dzisiaj osób odpowiedzialnych – podkreślił dr Józwiak. – W aktualnej sytuacji, w tym, co obserwujemy po działaniach policji, to należy odebrać policji absolutnie w ogóle kwestie wydawania pozwoleń na broń i przekazać to do starostw powiatowych – stwierdził.

– Oczywiście pewnie będzie wielki problem, bo starostwa powiatowe nie są elementem administracji rządowej, więc nasze państwo, które chce wszystko odgórnie czapą okryć, nie będzie się chciało zgodzić. Dobrze – niech robią to urzędy wojewody, nie ma problemu. W każdym razie musi to być organ cywilny i z pełną procedurą odwoławczą, jak w każdej innej sprawie administracyjnej – podkreślił.

– Druga rzecz to przejście na system, który jest praktycznie w całej Europie, że nie ma broni do celu (łowieckiego, sportowego itd.), tylko są cztery kategorie broni, w zależności od jej specyfiki. Ta pierwsza kategoria, najprostsza, podstawowa powinna być wydawana po prostu na zwykłą kartę posiadacza broni – zaznaczył. Przedstawił też warunki, jakie jego zdaniem powinny pozwalać na posiadanie broni. – Trzy warunki: adres, gdzie ta broń będzie przechowywana, oświadczenie od lekarza rodzinnego o braku przeciwwskazań, tj. braku jednostek chorobowych z listy wymienionej konkretnie w ustawie, a nie jakiejś tam fikcyjnej. Trzecia rzecz to niekaralność za przestępstwa wymienione w ustawie. Też literalnie wymienione, konkretne przestępstwa – powiedział.

/ Fot. Pixabay

Gubernator Południowej Dakoty Kristi Noem podpisała ustawę ograniczającą żeńskie drużyny w szkołach publicznych do uczniów, którzy są biologicznie płci żeńskiej, po tym jak ustawa przeszła w Senacie tego stanu stosunkiem głosów 20 do 15.

– W Południowej Dakocie świętujemy #InternationalWomensDay poprzez obronę kobiecych sportów! Jestem podekscytowana – napisała gubernator Noem na Twitterze. Wcześniej w lutym projekt przeszedł przez stanową Izbę Reprezentantów, która przyjęła ustawę zdecydowaną większością głosów.

Inicjatywa spotkała się też z krytyką. – Ustawa wyklucza całą grupę kobiet i dziewcząt z sensownego uczestnictwa w sporcie – stwierdziła Jett Jonelis z American Civil Liberties Union of South Dakota. – Ustawa nie jest o ochronie uczciwości w sporcie kobiet. Chodzi o wymazywanie i wykluczanie osób trans z uczestnictwa we wszystkich aspektach życia publicznego – powiedziała.

Także parlament stanowy Mississippi rozpatruje podobną ustawę. Projekt przeszedł już przez Izbę Reprezentantów. Inicjatywa zakazuje transseksualnym sportowcom rywalizacji w dziewczęcych i kobiecych drużynach sportowych.

foxnews.com

Obrazek ilustracyjny

Obrazek ilustracyjny / Fot. Pixabay

Australijski poseł przygotował projekt ustawy, która wprowadziłaby prawny obowiązek zapewnienia opieki medycznej dzieciom urodzonym żywcem wskutek “nieudanej aborcji”. W 2016 r. w programie ABC News poinformowano, że Queensland Health potwierdziło, że w takich przypadkach nie zapewnia się opieki ratującej życie dziecku po podjęciu decyzji o jego zabiciu i pozostawia się je na pastwę losu w klinice.

  • Australijski polityk George Christensen zgłosił projekt ustawy, mający na celu ochronę dzieci żywo urodzonych w wyniku “nieudanej aborcji”.
  • Sam fakt, że opieka medyczna nie jest zapewniona i że te dzieci są pozostawiane na śmierć, pokazuje, że celem aborcji jest zakończenie życia dziecka, a nie po prostu to, aby matka dziecka nie była w ciąży – stwierdziła rzeczniczka Right To Life UK, Catherine Robinson.
  • Zobacz także: Reforma funduszu alimentacyjnego. Do Sejmu wpłynął rządowy projekt

Ustawa o ochronie praw człowieka (ochronie dzieci żywo urodzonych), której autorem jest George Christensen, poseł z okręgu Dawson w Queensland w Australii, ma na celu “ochronę dzieci urodzonych jako żywe (w tym w wyniku procederu aborcji), a także cele pokrewne”. W stanie Wiktoria, z 310 późnych aborcji (po 20 tygodniu) 33 dzieci urodziło się żywe, a następnie zmarło. Zgony te zostały zarejestrowane jako “zgony noworodków”, a nie jako śmierć w wyniku aborcji.

W 2008 r. brytyjski raport wykazał, że 66 niemowląt urodziło się żywych po przerwaniu ciąży przez Narodową Służbę Zdrowia (NHS) w ciągu jednego roku. Większość z tych 66 dzieci umierała ponad godzinę. W latach 2005-2015 204 dzieci urodziło się żywe w wyniku aborcji w Queensland.

– Mamy również międzynarodowe zobowiązania wynikające z Międzynarodowej Konwencji Praw Dziecka, a w tej międzynarodowej konwencji, którą podpisaliśmy, w artykule 6 stwierdza się: że ‘państwa-strony (do których zalicza się Australia) uznają, że każde dziecko ma przyrodzone prawo do życia – zaznaczył Christensen.

“To pokazuje, że celem aborcji jest zakończenie życia dziecka, a nie po prostu to, aby matka nie była w ciąży”

Christensen nie jest pierwszym posłem, który wzywa do zakończenia tej praktyki. W 2018 r. w Australii Zachodniej poseł Nick Goiran, mówiąc o 27 dzieciach urodzonych żywych po aborcji, powiedział, że jest “statystycznie niewyobrażalne”, że żadne z dzieci nie mogło zostać uratowane i przejść do normalnego życia.

– Nie chodzi o prawo do “nie bycia w ciąży”. Gdyby tak było, to po aborcji, w wyniku której dziecko rodzi się żywe, można by zapewnić mu opiekę. Sam fakt, że opieka medyczna nie jest zapewniona i że te dzieci są pozostawiane na śmierć, pokazuje, że celem aborcji jest zakończenie życia dziecka, a nie po prostu to, aby matka dziecka nie była w ciąży – stwierdziła rzeczniczka Right To Life UK, Catherine Robinson.

righttolife.org.uk

Wolontariusz Fundacji Pro – Prawo do życia z Gorzowa Wielkopolskiego został skazany w trybie nakazowym za zorganizowanie pikiety, podczas której modlono się w intencji ofiar aborcji i prezentowano plakaty pro-life. Wyrok nie jest prawomocny. Aktualnie przeciwko działaczom Fundacji toczy się 67 procesów sądowych.

  • Wolontariusz Fundacji Pro – Prawo do Życia z Gorzowa Wielkopolskiego został skazany w trybie nakazowym. Wyrok nie jest prawomocny.
  • Wolontariusz otrzymał karę 30 dni ograniczenia wolności poprzez przymusowe prace społeczne. Fundacja zamierza składać odwołanie.
  • To pierwszy w Polsce przypadek sądowego ograniczenia wolności człowieka za to, że pokazywał czym jest i jak wygląda aborcja.
  • Aktualnie przeciwko działaczom Fundacji toczy się 67 procesów sądowych.
  • Zobacz także: Skandal w pociągu Kraków-Wrocław. Dr Bawer Aondo-Akaa usunięty siłą

To pierwszy w Polsce przypadek sądowego ograniczenia wolności człowieka za to, że pokazywał czym jest i jak wygląda aborcja. Fundacja Pro – Prawo do życia zapowiada złożenie odwołania. To jeden z kilkudziesięciu przypadków ciągania po sądach wolontariuszy pro-life. – Wobec niektórych naszych wolontariuszy toczy się kilka procesów sądowych jednocześnie. Dla przykładu, Bawer Aondo-Akaa, nasz niepełnosprawny wolontariusz, który może poruszać się tylko na wózku z pomocą drugiego człowieka, musiał stawiać się jednego dnia w dwóch różnych sądach leżących w dwóch różnych miastach – poinformowała Fundacja.

Wolontariusz z Gorzowa Wielkopolskiego otrzymał w trybie nakazowym karę 30 dni ograniczenia wolności poprzez przymusowe prace społeczne. Oskarżenie złożyła kobieta, która, jak wynika z mediów społecznościowych, sympatyzuje z tzw. “Strajkiem Kobiet” oraz skrajnie lewicową partią Razem.

Maseczka do zasłaniania twarzy.

Zdjęcie ilustracyjne / Fot. Daniel Allgyer/Pixabay

Przez ostatni rok na świecie wzrosła produkcja maseczek ochronnych, które są wykorzystywane przez społeczność w czasie epidemii. Niestety katastrofa naturalna stoi otworem, gdy tony zużytych przedmiotów do walki z wirusem ginie w wodach oceanu. Nurkowie, którzy pływali w Morzu Południowochińskim są przerażeni skalą problemu i ostrzegają przed dalszym skutkiem zużywania codziennie milionów ton plastikowych maseczek.

  • Epidemia koronawirusa ma negatywny wpływ na środowisko naturalne
  • U wybrzeży Filipin odnaleziony miliony ton maseczek wyrzuconych do Morza Południowochińskiego
  • Mikroplastik zatruje środowisko oraz zagrozi ludzkiemu zdrowiu, przez spożywanie zatrutych owoców morza
  • Zobacz także: Toksyczne niebezpieczeństwo. Wykryto odpady pod Poznaniem

W 2020 roku na całym świecie wybuchła panika związana z nowym rodzajem koronawirusa nazwanego przez naukowców SARS-CoV-2, który przez swój brak poznania stał się niebezpieczny dla ludzi. Światowe rządy na czele z Chinami, gdzie wybuchła epidemia postawiły sobie na cel walkę z chorobą poprzez wprowadzanie bardzo restrykcyjnych przepisów w kwestii ochrony zdrowia.

Do powszechnego użytku wkroczyły, popularne do tej pory w krajach azjatyckich maseczki ochronne, które w ogromnej większości są produkowane z tworzyw sztucznych. Postawiono również na higienę osobistą w postaci dezynfekcji rąk oraz różnych przedmiotów, płynem sporządzonym na bazie alkoholu, który ma zabijać wirusy.

Nieuchronna katastrofa naturalna

Do tej pory w szerszej opinii publicznej nie pojawiał się przez cały ten okres temat zagrożenia naturalnego z powodu zużywanych maseczek, które trafiały najczęściej do domowego kosza. Nie jest tajemnicą, że w krajach azjatyckich takie odpady trafiają najczęściej do rzek, a stamtąd do otwartych wód tj. mórz i oceanów.

Ten problem został naocznie zauważony przez płetwonurków, którzy postanowili popływać w wodach Morza Południowochińskiego. W trakcie eksploracji filipińskich wybrzeży natrafili oni na miliony maseczek oraz innych odpadów użytku medycznego.

W procesie rozpuszczania maseczek powstają cząsteczki mikroplastiku, które trafią do układów pokarmowych tamtejszej zwierzyny. Niewykluczone, że ryby i owoce morza stamtąd wyłowione trafią również ostatecznie do dań serwowanym ludziom.

Brytyjska telewizja BBC informuje natomiast, że tylko aglomeracja Manili w szczycie epidemii wytwarzała dziennie kilkaset milionów ton niebezpiecznych odpadów.

“Rozpowszechnione podczas pandemii koronawirusa jednorazowe środki ochrony, jak maseczki zanieczyszczają filipińskie wybrzeże. W szczycie epidemii sama aglomeracja Manili wytwarzała dodatkowe 280 ton odpadów medycznych dziennie” – podają eksperci.

forsal.pl

Ponad dwa lata temu policjanci z patrolu drogowego zatrzymali wiceprezesa Sądu Rejonowego w Kętrzynie. W czasie rutynowej kontroli alkomatem, u kierującego pojazdem Andrzeja M. wykryto blisko dwa promile alkoholu. Teraz nastąpiła swego rodzaju ochrona jednego ze swoich, gdyż były sędzia otrzymał wyrok w zawieszeniu i karę finansową.

Sąd Okręgowy w Olsztynie postanowił podtrzymać nieprawomocny wyrok pierwszej instancji dla byłego sędziego Andrzeja M., który został pozbawiony swojej funkcji ponad dwa lata temu. Patrol drogowy rozmieszczony w miejscowości Stare Uściany podczas rutynowej kontroli wykrył u kierującego pojazdem wiceprezesa Sądu Rejonowego w Kętrzynie blisko 2 promile alkoholu we krwi.

Sędzia już 29. października 2018 roku, czyli dwa dni po zdarzeniu i ujawnieniu rewelacji w lokalnych mediach został zawieszony przez swojego szefa. Ostatecznie 2. listopada tego samego roku Andrzej M. postanowił zrzec się swojej funkcji. Pomimo przejścia w stan spoczynku, Sąd Najwyższy pozbawił go nieprawomocnie z tego przywileju.

Ochrona kasty sędziowskiej?

Historia prowadzenia samochodu pod wpływem alkoholu przez byłego sędziego zainteresowała również inne osoby, które założyły postępowanie karne w Sądzie Rejonowym w Piszu. Tam zapadł wyrok skazujący sędziego na pół roku pozbawienia wolności w zawieszeniu na dwa lata, pięcioletni zakaz prowadzenia pojazdów, pokrycie kosztów sądowych obowiązek zapłaty 10 tys. zł na rzecz Funduszu Pomocy Pokrzywdzonym oraz Pomocy Postpenitencjarnej.

Jednakże prokuratura postanowiła odwołać się od tego wyroku do sądu wyższej instancji, apelując jednocześnie o karę roku więzienia, dziesięcioletni zakaz prowadzenia pojazdów oraz 10 tys. zł grzywny i 15 tys. zł świadczenia pieniężnego.

Sąd Okręgowy w Olsztynie uznał jednak, że kara z pierwszej instancji jest wystarczająca. Tym samym wyrok stał się prawomocny.

onet.pl

/ fot. @Twitter

Funkcjonariusze z poznańskiej Komendy Wojewódzkiej Policji zatrzymali grupę sześciu osób podejrzanych o stwarzanie toksycznego niebezpieczeństwa ekologicznego. Pracownicy firmy utylizacyjnej rozwozili i zakopywali w nieczynnych żwirowniach dziesiątki ton odpadów przemysłowych. Prokuratura otrzyma wkrótce zgromadzone materiały dowodowe oraz przedstawi zatrzymanym odpowiednie zarzuty.

Wielkopolscy funkcjonariusze policji otrzymali sygnały, że w pod poznańskiej firmie zajmującej się utylizacją odpadów dochodzi do nieprawidłowości. Zauważono bowiem, że odpady przemysłowe, które miały trafiać do specjalnych zakładów, ostatecznie były wywożone do starych oraz nieczynnych żwirowni znajdujących się w Wielkopolsce.

Toksyczne niebezpieczeństwo dla środowiska

Śledczy z Wydziału ds. Przestępczości Gospodarczej oraz Dochodzeniowo-Śledczego KWP w Poznaniu ustalili, że niebezpieczne dla środowiska odpady trafiały do nieczynnych żwirowni w Bojanicach koło Leszna oraz do Kunowa pod Gostyniem. Z informacji tych wynikało, że w żwirowniach mogły być zakopywane duże ilości pyłów polakierniczych oraz substancji ropopochodnych.

W związku z tą sprawą aresztowano sześć osób podejrzanych o działalność przestępczą – “Został zatrzymany właściciel żwirowni oraz pięć innych osób, w tym współwłaściciel firmy zajmującej się utylizacją tych odpadów” – wyjaśnił rzecznik Komendy Wojewódzkiej Policji w Poznaniu, Andrzej Borowiak.

Na terenie nielegalnych składowisk w Bojanicach i Kunowie pracowali także eksperci Wojewódzkiego Inspektoratu Ochrony Środowiska, wyspecjalizowane jednostki Straży Pożarnej oraz biegły sądowy. Zostały wykonane wykopy i odwierty. Pobrano także próbki do badań laboratoryjnych.

Dziesiątki ton trujących odpadów

Z prac przeprowadzonych na nieczynnych żwirowniach wstępnie ustalono, że pod ziemią mogły zostać ukryte toksyczne dla środowiska naturalnego odpady przemysłowe, które mogły zostać przewiezione przez co najmniej 90 ciężarówek.

W jednej z lokalizacji znajduje się także hałda o powierzchni około dwustu metrów kwadratowych, w której mogą znajdować się dziesiątki ton odpadów.

Jak poinformował Andrzej Borowiak z wielkopolskiej policji, niedługo Prokuraturze zostaną przedstawione odpowiednie materiały dowodowe, w celu wszczęcia postępowania karnego – “Niebawem osobom zatrzymanym zostaną ogłoszone zarzuty. Brane jest także pod uwagę skierowanie wniosku do sądu o tymczasowe aresztowanie podejrzanych” – dodał.

polastnews.pl

/ fot. Pixabay.com

– Stanowisko rządzących powinno być propolskie. Niestety, tak jak kiedyś, za rządów AWS i UW zlikwidowano sporo kopalń na Śląsku i w Małopolsce, tak i teraz okazuje się, że rząd “Zjednoczonej Prawicy” niestety zobowiązał się w perspektywie roku 2023-24 do zlikwidowania 14 kopalń na Śląsku – stwierdził Paweł Czyż – rzecznik Zarządu Głównego Zjednoczenia Chrześcijańskich Rodzin w rozmowie z portalem prawy.pl.

– Chodzi tutaj o sławetne ograniczenie emisji CO2 o 50%. Do tego zobowiązał się rząd PiS. W naszym przekonaniu jest to błędna droga – zaznaczył Czyż. – Jesteśmy przeciwko likwidacji górnictwa. Trzeba je oczywiście unowocześnić – podkreślił. Rzecznik ZChR skrytykował plany likwidacji kopalń.

Polityk zauważył, że w sprawie emisji CO2 kluczowe jest, jak zachowają się największe państwa, jak Chiny czy Indie. Jeżeli one nie ograniczą zanieczyszczenia, działania Polski niewiele zmienią. – Natomiast likwidacja polskiego górnictwa będzie miała rozmaite skutki. Np. na Górnym Śląsku to jest około 100 tys. miejsc pracy w górnictwie oraz przemyśle, który z nim kooperuje – zauważył.

– Za reformę odpowiadają osoby, które nie mają żadnych związków z górnictwem. To jest poważny problem – zauważył. Ponadto ZChR wzywa do embarga na rosyjski węgiel. Jak stwierdził rzecznik ugrupowania, ten węgiel “de facto jest kradziony Ukraińcom z Donbasu”. Jego zdaniem embargo na rosyjski węgiel polepszy sytuację polskiego górnictwa.

Rosja nie ufa szczepionce przeciwko COVID-19, a rosyjski wywiad udostępnia informacje, mające zniechęcić do jej stosowania – twierdzą Amerykanie.

  • Skuteczność rosyjskiej szczepionki Sputnik V budzi wątpliwości na Zachodzie, podczas gdy na Wschodzie kwestionowana ma być jakość preparatu Pfizera.
  • Amerykański Wall Street Journal twierdzi, powołując się na słowa urzędnika Global Engagement Center, iż za tekstami kwestionującymi skuteczność szczepionki Pfizera stoi Rosja.
  • Kreml zaprzecza podejrzeniom, radząc, aby USA nie przejmowały się tak mocno krytyką szczepionki.

Jak informuje Wall Street Journal, Rosja miała stworzyć “cztery portale szerzące dezinformację” na temat szczepionki firmy Pfizer. Internetowe publikacje zostały powiązane z rosyjskim wywiadem. Raport, w którym cytuje się anonimowego urzędnika amerykańskiego z Global Engagement Center Departamentu Stanu, może przez swoją “fałszywą narrację” zwiększyć “nieufność wobec szczepionki”. Publikacje szczególnie zaniepokoiły amerykańskie media, które piszą o “rosyjskiej akcji dezinformacji”.

“Wywrotowe” teksty pojawiły się na witrynach, zidentyfikowanych jako New Eastern Outlook, Oriental Review, News Front i Rebel Inside – “podkreślają ryzyko skutków ubocznych szczepionek, kwestionują ich skuteczność i twierdzą, że proces zatwierdzania szczepionki Pfizera został przyspieszony”. Amerykanie natychmiast zdyskredytowali publikacje pojawiające się na wspomnianych stronach. „Można powiedzieć, że te placówki są bezpośrednio powiązane z rosyjskimi służbami wywiadowczymi” – powiedział Wall Street Journal urzędnik Global Engagement Center.

„Wszystkie są własnością zagraniczną i mają siedzibę poza Stanami Zjednoczonymi. Bardzo różnią się zasięgiem, tonem, odbiorcami, ale wszyscy są częścią rosyjskiego ekosystemu propagandy i dezinformacji” – zapewnił. Wall Street Journal dodaje, iż Rosja znacznie wzmogła głoszenie “obaw dotyczących kosztów i bezpieczeństwa szczepionki Pfizera” na rządowych platformach i kontach w mediach społecznościowych. Zdaniem amerykańskich ekspertów, jest to zabieg mający na celu promocję rosyjskiej szczepionki, Sputnik V.

Co ciekawe, sam Kreml odrzuca zarzuty stania za publikacjami. “To jest nonsens. Rosyjskie służby specjalne nie mają nic wspólnego z krytyką szczepionek ”- powiedział dziennikom Dmitrij Pieskow. Dodał, iż nie można przejmować się każdą negatywną opinią. “Jeśli każdą negatywną publikację przeciwko szczepionce Sputnik V potraktujemy, jako wynik starań amerykańskich służb specjalnych, oszalejemy, bo widzimy to codziennie, co godzinę i we wszystkich anglosaskich mediach” – podsumował Pieskow.

Wall Street Journal

Zdjęcie ilustracyjne

Zdjęcie ilustracyjne / Fot. pixabay

Jak wynika z danych Ministerstwa Zdrowia, kolejne województwa stają na granicy lockdownu.

Kolejne dwa województwa stanęły praktycznie na granicy zupełnego zamknięcia. Jeśli ilość zachorowań wzrośnie, w województwie lubuskim i mazowieckim zostaną wprowadzone jeszcze surowsze restrykcje. Zamkniete zostaną hotele, galeria, teatry i obiekty sportowe, zaś dzieci będą musiały zadowolić się nauką hybrydową.

Wskaźniki zachorowań w lubuskim oraz mazowieckim stale rosną. Jak informuje portal money.pl, “milion mieszkańców województwa lubuskiego oraz ponad pięć milionów mieszkańców mazowieckiego powinno już myśleć o ponownym lockdownie”. Ministerstwo Zdrowia alarmuje, iż regiony przekroczyły “wskaźniki bezpieczeństwa”. Jak rząd decyduje o zamknięciu województw? Podsumowywane są średnie dzienne wskaźniki zachorowań z ostatnich 7 dni, a wartość tę przelicza się 100 tysięcy mieszkańców. W ten sposób można podjąć kroki, uwzględniając wielkość województwa. Jako pierwsze, zamknięte zostało województwo warmińsko-mazurskie. Od 13 marca zamknięte zostanie także pomorskie.

“Dla warmińsko-mazurskiego to już 59 wykrytych infekcji każdego dnia na każde 100 tys. mieszkańców. Dla województwa pomorskiego jest to 47 wykrytych przypadków. Nie tak daleko są jednak dwa inne regiony: to województwo lubuskie i mazowieckie. Już w ubiegłym tygodniu oba regiony były pod baczną lupą Ministerstwa Zdrowia. Decyzja o zamknięciu nie zapadła. Dziś oba te regiony mają wskaźniki przewyższające poziom Warmii i Mazur z momentu zamknięcia” – informuje money.pl. Rząd ma zdecydować o nowych obostrzeniach pod koniec bieżącego tygodnia.

To jednak nie koniec. “Warto dodać, że na liście województw, gdzie zakażenia rosną, są jeszcze inne regiony” – zaznacza portal. “I są to województwa kujawsko-pomorskie, dolnośląskie, śląskie oraz podkarpackie. We wszystkich tych regionach liczba wykrytych zakażeń na każde 100 tys. mieszkańców przekracza próg 30. Jeszcze niedawno takich miejsc w Polsce nie było” – czytamy.

Money.pl