Minister finansów Tadeusz Kościński zapowiedział podczas poniedziałkowej konferencji prasowej, że ustawa podatkowa dotycząca postanowień “Polskiego Ładu” jest gotowa.
Zdaniem ministra proponowane zmiany są korzystne dla 90 proc. podatników.
Według autorów Polskiego Ładu, na zmianach podatkowych skorzysta 18 mln Polaków – ci mniej zarabiający, ale również ci z klasy średniej, rodziny z dziećmi i emeryci.
Podczas poniedziałkowej konferencji prasowej Kościński przekazał, że zmiany podatkowe będą korzystne lub neutralne dla 90 proc. podatników. Według wyliczeń stanowi to 23 milionów osób. Dodał, że 9 milionów osób przestanie płacić PIT, dzięki czemu w portfelach Polaków zostanie 8 mld zł. „Polski Ład” jest sukcesywnie wdrażany w życie przez obóz rządzący.
„Polski Ład to jest historyczna obniżka podatków”
– stwierdził Kościński.
Tłumaczył, że projekt MF zawiera propozycję, aby podnieść kwotę wolną do 30 tys. zł. Nowa legislacja podniesie także drugi próg podatkowy do 120 tys. zł.
“Już od przyszłego roku proponujemy, aby przedsiębiorcy płacili składki zdrowotne na takim samym poziomie jak pracownicy. Brak możliwości odliczenia składki zdrowotnej od podatku został zrekompensowany innymi rozwiązaniami. Tutaj mamy np. estoński CIT, kolejne obniżki ryczałtu, czy ulgi na innowacje, na ekspansję zagraniczną czy na rozwój firm”
– ocenił minister.
Jego zdaniem zmiany podatkowe w klinie pozostawią dodatkowe około 8 mld zł w kieszeniach podatników. Natomiast koszty zmian w ustawie podatkowej łącznie wyniosą według szacunków MF około 20 mld zł.
Wdrażany w życie „Polski Ład” zapewni więcej pieniędzy w kieszeni podatników?
Według autorów Polskiego Ładu, na zmianach podatkowych skorzysta 18 mln Polaków. Mają to być mniej zarabiający, ale również ci z klasy średniej, rodziny z dziećmi i emeryci. Dzięki podwyższeniu kwoty wolnej od podatku do 30 tys. i podniesieniu drugiego progu podatkowego do 120 tys. w kieszeni 90 proc. podatników zostanie więcej pieniędzy.
Nowy system podatkowy będzie, zdaniem ministra, bardziej sprawiedliwy. Podatki będą płacone przez obywateli proporcjonalnie – bez względu na wysokość zarobków.
„Do tej pory system bardziej obciążał osoby o niskich zarobkach niż te o wysokich”
Kilkoro z aresztowanych 16 lipca białoruskich dziennikarzy zostało wypuszczonych na wolność. Zatrzymanie przedstawicieli mediów niezwiązanych z obozem rządowym odbyło się w czasie serii rewizji w redakcjach niezależnych mediów.
Władze i rządowe media twierdzą, że niezależne redakcje działały na rzecz „mocodawców z Zachodu” i uczestniczyły w „finansowaniu protestów” na Białorusi.
Radio Swaboda obejmuje kapitał amerykański, a telewizję Biełsat finansuje Polska. Dziennikarze tych mediów pracujący na Białorusi są obywatelami tego kraju.
Inna Studzińska, Aleh Hruzdziłowicz i Aleś Daszczyński ze Swabody oraz Ihar Iliasz i jeszcze jedna dziennikarka Biełsatu Hanna Halota zostali zatrzymani 16 lipca. Tego dnia funkcjonariusze resortów siłowych Białorusi przeprowadzili co najmniej kilkanaście rewizji w mieszkaniach dziennikarzy oraz w redakcjach niekontrolowanych przez państwo mediów, w tym wielu mediów lokalnych. Dziś jednak dochodzi informacja, że niezależni dziennikarze wyszli z aresztu.
Daszczyński poinformował Radio Swaboda, że zwolnienie w piątek wieczorem było dla niego nieoczekiwane. Nakazano mu podpisanie zobowiązania do nieopuszczania miejsca zamieszkania. Nie może również rozgłaszać informacji o przebiegu śledztwa, a także zobowiązał się do stawiania się na wezwanie śledczych. Dziennikarz ma dalej status podejrzanego w sprawie karnej.
Celem stały się niezależne media, które padły ofiarą masowych rewizji, przesłuchań i zatrzymań. Władze i rządowe media twierdzą, że niezależne redakcje działały na rzecz „mocodawców z Zachodu”. Według propagandy rządowej, niezależne media uczestniczyły w „finansowaniu protestów” na Białorusi.
Radio Swaboda obejmuje kapitał amerykański, a telewizję Biełsat finansuje Polska. Dziennikarze tych mediów pracujący na Białorusi są obywatelami tego kraju. Niezależni dziennikarze wyszli w z aresztu, jednak nie oznacza to poprawy sytuacji mediów na Białorusi.
Policja w Częstochowie zatrzymała 25-latka w czasie rutynowej kontroli. Okazało się, że jest to mężczyzna poszukiwany przez Interpol w związku z kradzieżą kilkudziesięciu tysięcy dolarów w Iraku.
O sprawie wypowiedziała się rzecznik prasowa Komendy Miejskiej w Częstochowie, podkomisarz Sabina Chyra–Giereś.
Mężczyzna trafił najpierw do policyjnej izby zatrzymań, a następnie na 7 dni do aresztu. Teraz o jego dalszym losie zdecyduje sąd.
Poszukiwany przez Interpol Gruzin został zatrzymany przez policję w Częstochowie. Został zatrzymany do rutynowej kontroli drogowej.
Podczas legitymowania okazało się, że kierujący pojazdem 25-letni mieszkaniec Warszawy jest poszukiwany czerwoną notą Interpolu. Jak się obywatel Gruzji był poszukiwany od lutego 2020 roku na terenie 200 krajów, za dokonanie kradzieży kilkudziesięciu tysięcy dolarów na terenie Iraku.
Informację potwierdziła rzecznik prasowa Komendy Miejskiej Policji w Częstochowie.
„Policjanci z częstochowskiego wydziału ruchu drogowego zatrzymali do kontroli drogowej Toyotę, której kierowca popełnił wykroczenie drogowe. Za kierownicą siedział 25–letni obywatel Gruzji. Podczas legitymowania okazało się, że kierujący – 25–letni mieszkaniec Warszawy – jest poszukiwany czerwoną notą Interpolu. Oznaczało to, że mężczyzna ukrywa się przed wymiarem sprawiedliwości w związku z popełnionym przestępstwem na terenie jednego z blisko 200 krajów członkowskich Interpolu”
– poinformowała w poniedziałek oficer prasowa Komendy Miejskiej Policji w Częstochowie podkomisarz Sabina Chyra–Giereś.
Biuro Interpolu wprowadziło dane poszukiwanego do wszystkich baz danych. Korzystają z nich państwa członkowskie Interpolu, stąd podczas legitymowania na terenie Polski policjanci otrzymali informację, że 25–latek jest poszukiwany.
Podkomisarz Chyra–Giereś dodała, że Gruzin zatrzymany w Częstochowie nie stawiał oporu. Trafił najpierw do policyjnej izby zatrzymań, a następnie na 7 dni do aresztu. Teraz o jego dalszym losie zdecyduje sąd.
Wydawać by się mogło, że czas pandemii COVID-19 nie może przynieść żadnych pozytywnych zmian. Część Polaków jednak uważa, że okres ten wpłynął pozytywnie na niektóre dziedziny życia społecznego i obywatelskiego.
Zdaniem 29 proc. badanych okres pandemii lockdownu przyczynił się do rozwoju usług internetowych oraz umożliwił Polakom spędzanie więcej czasu z rodziną.
Wielkim wzrostem zainteresowania mogą pochwalić się przede wszystkim usługi urzędowe prowadzone online. W czasie pandemii znacząco wrosła liczba obywateli korzystających z usług urzędowych przez internet.
Polacy dostrzegają pozytywne skutki pandemii? Prezes BIG InfoMonitor Sławomir Grzelczak, komentując dla PAP wyniki badania zwrócił uwagę, że według 26 proc. dorosłych rodaków pandemia przyniosła społeczeństwu tyle samo skutków pozytywnych, co negatywnych. Według badań 5 proc. twierdzi, że pozytywne konsekwencje przeważają. Najwięcej, bo 50 proc. badanych jest zdania, że pojawiło się więcej następstw przykrych niż tych pożądanych.
“W badaniu 16 proc. respondentów deklaruje też, że nawet przez chwilę nie odczuli negatywnych konsekwencji epidemii COVID-19” – dodał.
Im wyższe wykształcenie respondentów, tym wyższy wskaźnik deklarujących, że przeważają skutki negatywne. Wśród osób z wykształceniem gimnazjalnym lub niższym taką opinię wyraża 30 proc. badanych; w grupie osób z wykształceniem zasadniczym zawodowym i średnim – 45 proc. osób, a w gronie absolwentów studiów 58 proc.
Różnice w ocenach widać też między osobami z dziećmi (52 proc.) i bezdzietnymi (45 proc.), a także wśród najmłodszych i najstarszych respondentów. Wchodzący w dorosłość są mniej krytyczni (41 proc.) wobec zmian jakie spowodowała pandemia niż osoby po 65 roku życia (57 proc.).
Pozytywne skutki pandemii?
Najczęściej wskazywane pozytywne skutki pandemii to spędzanie większej ilości czasu z rodziną (29 proc.). Doceniony został też rozwój e-usług – na możliwość załatwiania spraw formalnych drogą elektroniczną, co wcześniej nie zawsze było możliwe, wskazało 29 proc. badanych.
Według Grzelczaka pandemia sprawiła, że do e-usług przekonało się w krótkim czasie wiele osób, które normalnie “dojrzewałyby do takiej decyzji jeszcze długi czas”. Zwrócił uwagę, ze np. profil zaufany, który pozwala załatwić wiele urzędowych spraw ma ponad 11 mln osób, w kilkanaście minionych miesięcy założyło go więcej osób niż przez poprzednie kilka lat. Dodał, że większym zainteresowaniem cieszy się też aplikacja mObywatel, w której można mieć m.in. odzwierciedlenie dowodu osobistego, prawo jazdy czy dowód rejestracyjny samochodu, czy zaświadczenie o szczepieniu i unijny certyfikat COVID-19. Zainstalowało ją ponad 3,1 mln osób, na początku 2020 r. aplikację miało 0,87 mln.
Jak donosi rozmówca Interii, który obecny był na spotkaniu klubu parlamentarnego Koalicji Obywatelskiej, po słowach Donalda Tuska twarz Budki zrobiła się „czerwona jak burak”.
Borys Budka został ponownie szefem klubu KO, a dotychczasowy szef Cezary Tomczyk zrezygnował z tego stanowiska na wyraźne polecenie Tuska. Sam chciał nadal zajmować to stanowisko.
Zmiana na tym stanowisku jest efektem wdzięczności Tuska za pokojowe oddanie stanowiska lidera Platformy Obywatelskiej przez Budkę na początku lipca.
Na spotkaniu klubu Koalicji Obywatelskiej miał być obecny szef partii Donald Tusk. Po jego słowach twarz Budki zrobiła się „czerwona jak burak”.
Borys Budka, obecny wiceszef PO, a wcześniej także przewodniczący partii, został w czwartek ponownie wybrany na szefa klubu Koalicji Obywatelskiej. Wcześniej rezygnację z tej funkcji złożył Cezary Tomczyk. Zmiany w klubie KO nastąpiły na życzenie obecnego lidera partii Donalda Tuska.
Szczegóły dotyczące rezygnacji Tomczyka z szefowania klubowi KO opisuje Interia. Portal podaje, że podczas czwartkowego spotkania klubu polityk dał do zrozumienia, że niechętnie zrzeka się swojej funkcji.
„Tomczyk nie owijał w bawełnę i mówił wprost do kolegów i koleżanek, że to przewodniczący Tusk poprosił go o rezygnację – a jest to wynik umowy między Tuskiem a Borysem Budką. Dodawał, że jego wola była inna – chciał kierować klubem dalej” – opisano.
Po Tomczyku głos zabrał Donald Tusk. Lider KO powiedział, że jeżeli Budka nie sprawdzi się na tym stanowisku, to za kilka miesięcy go odwoła. Jak mówi rozmówca Interii, w tym momencie twarz Budki zrobiła się „czerwona jak burak”.
Według agencji Reuters kryzys polityczny w Tunezji związany jest z reakcją prezydenta Saieda na protesty, które odbyły się w wielu miastach kraju. Wynikają ze sprzeciwu politycznego wobec elit rządzących w kraju.
Prezydent Tunezji zdymisjonował rząd i zawiesił prace parlamentu. Protesty, do których doszło w niedzielę zostały sprowokowane przez aktywistów za pośrednictwem mediów społecznościowych.
Zdaniem przeciwników prezydenta doszło do zamachu stanu.
Jak podaje agencja Reuters, prezydent Tunezji ogłosił, że przejmuje władzę wykonawczą w kraju i wyznaczy nowego premiera. To największy kryzys polityczny w Tunezji od 2011 roku. Prezydent Tunezji zdymisjonował rząd i zawiesił parlament.
„Zgodnie z konstytucją podjąłem decyzje, których wymaga sytuacja, aby ratować Tunezję i naród tunezyjski” – oświadczył prezydent.
„To bardzo trudny moment w historii Tunezji” – dodał.
Protesty, do których doszło w niedzielę zostały sprowokowane przez aktywistów za pośrednictwem mediów społecznościowych. Nie są popierane przez żadną z dużych partii politycznych. Większość demonstrantów protestowało przeciw umiarkowanej islamistycznej partii Ennahda, która jest największym ugrupowaniem w tunezyjskim parlamencie. Prezydent Tunezji wydał oświadczenie, w którym tłumaczy, dlaczego zdymisjonował rząd i zawiesił prace parlamentu.
„Wielu ludzi zostało oszukanych przez hipokryzję, zdradę i rabunek praw ludu” – powiedział Saied w trakcie oświadczenia, które było transmitowane w mediach publicznych.
„Ostrzegam każdego, kto myśli o chwyceniu za broń… a kto wystrzeli kulę, siły zbrojne odpowiedzą kulami”- zapowiedział.
Zdaniem przeciwników prezydenta doszło do zamachu stanu. Przewodniczący parlamentu Raszed Ghannuczi, szef Ennahdy oskarżył go o przeprowadzenie „przewrotu przeciwko rewolucji i konstytucji”. W niedzielę wieczorem zadeklarował, że parlament będzie obradował mimo decyzji prezydenta.
Ministerstwo Sprawiedliwości po ponad roku przychyliło się do postulatu prezentowanego przez poprzedniego RPO Adama Bodnara. Chodzi o przepisy dotyczące kwarantanny dla “transgranicznych rodziców”.
Resort sprawiedliwości postuluje zmiany w odbywaniu kwarantanny w tym przypadku.
Wiceminister Michał Woś zapowiedział prace nowe legislacyjne. Mają one dotyczyć włączenia „transgranicznych kontaktów z dziećmi” do wyjątków objętych brakiem kwarantanny po powrocie do kraju zza granicy.
Bodnar alarmował od roku, że wprowadzane w trakcie pandemii koronawirusa obostrzenia nie przewidywały wyjątków dla „transgranicznych kontaktów z dziećmi”. Teraz Ministerstwo Sprawiedliwości postuluje zmiany w odbywaniu kwarantanny.
Wiceminister sprawiedliwości Michał Woś napisał do Ministerstwa Zdrowia pismo. Zaapelował w nim o uwzględnienie zmian w przepisach, które stanowiłyby „odpowiedź na wniosek RPO”. Zmiany w odbywaniu kwarantanny będą musiały przejść pełny proces legislacyjny.
„Przedstawiony problem jest szczególnie widoczny na terenach przygranicznych, gdzie przy obowiązujących ograniczeniach związanych z wystąpieniem stanu epidemii, przyjętych w obowiązującym rozporządzeniu, kontakty nie będą mogły być realizowane, mimo obowiązywania w tym zakresie prawem przewidzianych orzeczeń czy ugód” – czytamy.
„Mając na uwadze potrzebę ochrony zarówno dobra dziecka, jak i prawa rodzica do kontaktu z nim, zasadnym wydaje się podjęcie działań legislacyjnych mających na celu włączenia tej grupy osób do katalogu wyjątków od zasady obowiązku odbywania kwarantanny po powrocie z zagranicy. (…). Jednocześnie pragnę zaznaczyć, że proponowane zmiany mają charakter pilny”. – napisał dalej Michał Woś.
Szczegółowy wykaz osób nieobjętych obowiązkiem kwarantanny znajduje się na stronach internetowych instytucji rządowych.
Kwarantannę nakłada inspekcja sanitarna. Obecnie została skrócona do 10 dni. W uzasadnionych przypadkach inspekcja sanitarna może zdecydować o skróceniu czasu kwarantanny. Dzieje się tak jeśli w trakcie kwarantanny zrobiono test na koronawirusa, a wynik jest negatywny. Obecnie nie przeprowadza się testów u osób bezobjawowych w kwarantannie. Kwarantannę odbywa się w swoim miejscu zamieszkania. Więcej informacji o odbywaniu kwarantanny należy szukać na stronach rządowych.
W niedzielę Ministerstwo Zdrowia poinformowało o 82 przypadkach infekcji i o śmierci jednego pacjenta z COVID-19. Liczby te jednak spadły w poniedziałek. Koronawirus w Polsce nie stanowi żadnego zagrożenia i jest pod pełną kontrolą lekarzy.
lubelskiego (2), podkarpackiego (2), warmińsko-mazurskiego (2), lubuskiego (1), łódzkiego (1), opolskiego (1). 5 zakażeń to dane bez wskazania adresu, które zostaną uzupełnione przez inspekcję sanitarną.
Koronawirus w Polsce- obłożenie szpitali i sprzętu medycznego
Z powodu COVID-19 hospitalizowanych jest 305 osób. To o jedna osoba więcej niż wczoraj. W szpitalach dostępnych pozostaje prawie 6 tysięcy łóżek covidowych.
Z respiratorów korzysta 45 pacjentów, czyli o dwóch mniej niż dobę wcześniej. Dostępne pozostają 572 takie urządzenia.
Kwarantanną jest objętych 83 518 osób. To o ponad tysiąc mniej niż wczoraj. Dotychczas za ozdrowieńców uznano 2 653 359 osób, u których wcześniej potwierdzono zakażenie koronawirusem.
Tomasz Siemoniak kategorycznie wykluczył współpracę Koalicji Obywatelskiej z Konfederacją.
Polityk związany z obozem kierowanym przez Donalda Tuska wypowiedział się o tendencjach antyunijnych w Polsce. Jego zdaniem wśród członków rządu znajdują się tacy, którzy nie chcą obecności Polski w UE.
Siemoniak zdementował plotki o możliwym sojuszu politycznym Platformy Obywatelskiej z Konfederacją. Jego zdaniem odpowiedzi na wszelkie wątpliwości w tym zakresie należy szukać w historii.
Siemoniak wypowiedział się o Konfederacji oraz o antyunijnych tendencjach w Polsce.
“Ja widzę tendencję do rozluźniania więzów z Unią Europejską, do kwestionowania członkostwa. To są czasem działania formalne, prawne, jak kierunek w którym zmierza tzw. Trybunał Konstytucyjny, a czasem to są wypowiedzi, czasem zdanie za dużo, jak w przypadku Elżbiety Witek, która mówi “tu jest polska a nie Unia Europejska”– powiedział poseł Platformy Obywatelskiej na antenie Polskiego Radia 24.
“Tymczasem od 1 maja 2004 r. tu jest i Polska i Unia Europejska” – dodał.
Zdaniem byłego szefa MON, wielu członków obozu Zjednoczonej Prawicy “w głębi ducha wolałaby nie być w Unii”.
“Temat członkostwa Polski w UE jest bardzo ważny, to fundament polskiego bezpieczeństwa, obok członkostwa w NATO” – zaznaczył.
Siemoniak o Konfederacji
W swojej wypowiedzi Tomasz Siemoniak zdementował plotki o możliwym sojuszu politycznym Platformy Obywatelskiej z Konfederacją. Jego zdaniem odpowiedzi na wszelkie wątpliwości w tym zakresie należy szukać w historii.
“Mieliśmy taką sytuację w 2007 r., kiedy Donald Tusk stanął przed wyborem: czy szukać koalicji z LPR i Samoobroną, czy stanąć do wyborów. Jego decyzja była jednoznaczna. Nie możemy wchodzić w koalicje z takimi ugrupowaniami” – zadeklarował.
“W Konfederacji są osoby wypowiadające się antysemicko. Sprawiają, że wizerunek klubu parlamentarnego i samej partii jest trudny do przyjęcia dla milionów normalnych wyborców” – dodał Tomasz Siemoniak.
Orban referendum ogłosił na 3 dni przed sobotnią “paradą dumy” LGBT w Budapeszcie i na niecałe 9 miesięcy przed wyborami. Pięć pytań będzie brzmiało: ->”czy popierasz branie udziału przez dzieci w zajęciach o orientacjach seksualnych bez zgody rodziców”, ->”czy popierasz dostępność operacji zmiany płci dla dzieci”, ->”czy popierasz promocję operacji zmiany płci wśród dzieci”, ->”czy popierasz pokazywanie zmiany płci w mediach”, ->”czy popierasz pokazywanie dzieciom w mediach niekontrolowanych treści, które mogą wpłynąć na ich rozwój seksualny”.
Orban zwrócił się do narodu za pośrednictwem nagrania umieszczonego na Facebooku. “Aktywiści LGBTQ odwiedzają szkoły i przedszkola, żeby prowadzić tam zajęcia z edukacji seksualnej. Chcą to robić też tu, na Węgrzech”. Pytania referendalne w dużym stopniu pokrywają się z ustawą, która weszła już w życie w tym miesiącu. Zgodnie z nią przedstawianie lub promocja homoseksualizmu oraz zmiany płci dzieciom stała się przestępstwem na Węgrzech. Zajęcia z edukacji seksualnej mogą prowadzić jedynie zatwierdzone przez rząd organizacje.
Unia Europejska przeciwko ochronie dzieci
Przeciwko prawu ostro wystąpiła szefowa Komisji Europejskiej, Niemka Ursula von der Leyen. Zapowiedziała ona, że “zrobi wszystko co w mocy Komisji, by zagwarantować prawa obywateli UE”. Dla Orbana tak jednoznaczne wypowiedzi von der Leyen to kolejna szansa do antyunijnej retoryki. “Chodzi o przyszłość naszych dzieci. Musimy powstrzymać Brukselę”.
Kolejny raz widzimy tutaj, że demoliberalny establishment kontrolujący instytucje Unii Europejskiej uważa za integralną część swojej tożsamości walkę z chrześcijaństwem oraz destrukcję tradycyjnych struktur społecznych takich jak rodzina i naród. Pamiętamy zresztą, że już 16 lat temu, podczas projektowania konstytucji dla UE, jej twórcy ze wzgardą odrzucili proponowane odwołanie do “chrześcijańskich korzeni Europy”. “Wartości europejskie” czy “zachodnie” są dziś tożsame z destrukcją istoty historycznej zachodniej cywilizacji, a ich jedyny program pozytywny to hedonistyczny permisywizm i konsumpcja. Opór temu projektowi stawiać mogą tylko broniące swojej tożsamości i suwerenności państwa narodowe. Jednocześnie nietrudno zauważyć, że nawet tak jednoznacznie sprzeciwiający się tej wizji polityk jak Orban konsekwentnie opowiada się za zmienianiem UE od środka, a nie opuszczeniem jej. W 2016 ten sam premier Węgier zamieszczał w brytyjskiej prasie reklamy wzywające Brytyjczyków do głosowania za pozostaniem w UE.
Bonapartyzm po węgiersku
To nie pierwszy raz, gdy Orban zwraca się bezpośrednio do narodu o poparcie swojej polityki. Poprzednio w 2016 zorganizował referendum ws. narzucania przyjmowania imigrantów krajom członkowskim przez UE. Takie rozwiązanie to klasyczny bonapartyzm, we Francji stosowany przez cesarzy Napoleona I i Napoleona III oraz generała de Gaulle’a. Jego istotą jest porozumienie silnego przywódcy państwa z ludem, nad głowami parlamentu i politycznej elity. De Gaulle tak np. zmienił konstytucję wbrew niej samej, wprowadzając powszechne wybory prezydenckie.
Orban rzuca temat ochrony dzieci przed LGBT tuż przed wyborami, bo jest popularniejszy od niego samego po 12 już latach nieprzerwanych rządów. Chce też podzielić zjednoczoną listę opozycji, do której dołączył nacjonalistyczny niegdyś Jobbik. Opozycja prawdopodobnie zbojkotuje referendum, żeby frekwencja w nim wyniosła poniżej 50%. To z 2016 też zbojkotowali – przeciwko przyjmowaniu imigrantów zagłosowało 98,4%, ale przy 44% frekwencji. Wybór takiego rozwiązania świadczy o tym, że demoliberałowie zdają sobie sprawę, że te propozycje Orbana są naprawdę popularne. Mogą częściowo podważyć jego mandat społeczny przez bojkot. W oczywisty sposób większym ciosem w Orbana niż niska frekwencja byłaby jednak porażka w referendum. Ale węgierscy demoliberałowie wiedzą, że nawet mobilizując swój elektorat nie uzyskaliby w nim większości. Dla Orbana wzmocnienie się przez referendum może być kluczowe przed wyborami. Według sondaży jego Fidesz idzie póki co łeb w łeb ze zjednoczoną opozycją, wystawiającą wspólne listy od Jobbiku do lewicy. Zagrożenie utratą władzy od 2010 nie było tak poważne.
Czy to dobra droga?
Przy okazji warto się zastanowić, czy podobne referendum nie byłoby pomysłem wartym rozważenia również w Polsce. Działania przeciwko promocji agendy LGBT wśród dzieci są dziś absolutną koniecznością. Walka z nią nadal wydaje się bardziej popularna niż sam PiS czy dowolny inny rząd. Taka kampania pomogłaby też uświadamiać masy, z jak poważnym problemem mamy do czynienia. Z drugiej strony Polacy są dość przekornym narodem, a politycy wielokrotnie wywracali się na takich referendach (de Gaulle w 1969, ale też premier Włoch Renzi w 2016), za czym szła również porażka całej ich formacji.
Koniec końców to, w jaki sposób broni się dzieci jest znacznie mniej ważne od tego, by ich w ogóle bronić. Zadaniem opinii publicznej jest dziś zgłaszanie rządowi postulatów chroniących naturalną moralność i stałe wywieranie presji na decydentów. Bierność oznacza białą flagę i pogodzenie się z destrukcją tradycyjnej moralności w Polsce. Pole gry nie jest bowiem neutralne – antycywilizacyjna rewolucja cały czas trwa, i jeśli nie będziemy podejmować aktywnych działań, by ją zatrzymać, to również Polacy, w tym polskie dzieci, będą jej ofiarami. Warto śledzić, co robią rządy w innych krajach, by czerpać z ich porażek i sukcesów.