Węgry nie zablokują aspiracji unijnych Ukrainy

Węgierski ambasador na Ukrainie Istvan Ijgyarto / Fot. Twitter

  • Węgierski ambasador na Ukrainie Istvan Ijgyarto w ostatnim wywiadzie dla telewizji Espresso zaznaczył, że jego rząd szanuje aspiracje Kijowa.
  • Podkreślił, że Węgry nie są przeciwko wejścia Ukrainy do Sojuszu Północnoatlantyckiego i Unii Europejskiej.
  • Jeszcze w kwietniu Kijów wypełnił kwestionariusz ubiegając się o członkostwo w UE
  • Zobacz także: Walka cywilizacji w Stanach Zjednoczonych. Zwolennicy mordowania życia wyszli na ulice

Według doniesień agencji Ukrinform, takie stanowisko węgierski ambasador przedstawił w wywiadzie dla ukraińskiej telewizji Espreso.

Jeżeli mówimy o chęci wstąpienia Ukrainy do NATO, to nigdy nie byliśmy temu przeciwni. Dlatego jeśli Ukraina nadal chce przystąpić do sojuszu, nie będziemy się temu sprzeciwiać

– podkreślił węgierski ambasador na Ukrainie Istvan Ijgyarto.

Dyplomata stwierdził również, że Węgry poprą członkostwo Ukrainy w Unii Europejskiej, gdy ta kwestia będzie rozważana. W drugiej połowie kwietnia Ukraina wypełniła kwestionariusz w sprawie przystąpienia do UE. Władze w Kijowie liczą, że w czerwcu otrzymają status kraju kandydującego.

Czytaj więcej: Porozumienie na półwyspie koreańskim? Suk-yeol kontynuuje politykę swojego poprzednika

Spotkanie szefowej KE z Orbanem

Przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen pojechała w poniedziałek na Węgry, aby namawiać premiera Viktora Orbana do poparcia kolejnego pakietu unijnych sankcji, który zakłada m.in. zakaz importu rosyjskiej ropy.

Węgry wielokrotnie opierały się narzucaniu europejskich sankcji na gaz i ropę. Jednakże pod swoją opiekę przyjęły pomimo tego ponad 300 tys. ukraińskich uchodźców.

Chcesz być na bieżąco? Czytaj codziennie MediaNarodowe.com

dorzeczy.pl

Rury gazociągu PiNG

Rury gazociągu PiNG / Fot. YouTube

  • Niemiecki koncern NVG oświadczył, że zamierza płacić w rublach za rosyjski gaz.
  • W tym celu spełnił oczekiwania Kremla i założył konto w Gazprombanku, gdzie będzie skupować rosyjską walutę.
  • Polska jako jeden z niewielu krajów nie wyłamuje się z europejskich sankcji.
  • Warto przypomnieć, że w kwietniu Gazprom przestał dostarczać gaz do Polski i Bułgarii.
  • Zobacz także: Zakaz importu rosyjskiej ropy. UE przyjmie kolejny pakiet sankcji z pewnymi wyjątkami

Niemiecki koncern należy do grupy przedsiębiorstw, które uruchomiły już konto w Gazprombanku. Bank ten nie został objęty sankcjami. Zgodnie z założeniami władz na Kremlu, kupujący mają wpłacać pieniądze za gaz w euro i pozwolić Gazprombankowi kupować ruble w ich imieniu, co wywinduje kurs rosyjskiej waluty, osłabionej przez sankcje.

Przypomnijmy, że pod koniec kwietnia Gazprom wstrzymał dostawy gazu do Polski i Bułgarii tłumacząc to tym, że odbiorcy w obu krajach odmówili zapłaty za gaz w rosyjskiej walucie. Europejscy nabywcy rosyjskiego gazu muszą zatem podejmować decyzję, czy dostosować się do nowych zasad płatności narzuconych przez Kreml.

Czytaj więcej: Niemieccy eksperci ubolewają nad rosyjskim gazem. “Polacy mądrze się zabezpieczyli”

Koncern VNG spełnia żądania Moskwy

VNG, którego większościowym właścicielem jest niemieckie regionalne przedsiębiorstwo energetyczne EnBW, przekazało, że podejmuje wszelkie niezbędne środki, zgodnie z obowiązującymi sankcjami, w celu dalszego zapewnienia dostaw, a tym samym stabilności gospodarczej w Niemczech.

Kwotę faktury, która nadal będzie denominowana w euro, wpłacimy na rachunki w Gazprombanku zgodnie z zaplanowaną procedurą, tak aby zapewnić terminową płatność naszemu dostawcy. Zakładamy też, że przewalutowanie na ruble nie sprawi żadnych trudności

– czytamy w oficjalnym komunikacie firmy .

Agencja Reutera nie uzyskała natomiast odpowiedzi na pytanie, czy otworzyła dwa rachunki w Gazprombanku, jeden do płatności w euro, a drugi do przewalutowania na ruble.

Chcesz być na bieżąco? Czytaj codziennie MediaNarodowe.com

dorzeczy.pl

Parlament Europejski

Parlament Europejski / Fot. YouTube

  • Podczas ostatniej sesji Parlament Europejski przyjął rezolucję ws. dostępu do aborcji dla ukraińskich uchodźców przebywających w krajach członkowskich.
  • W uchwale podkreślono, że wszystkie państwa muszą przestrzegać unijnych wytycznych w sprawie aborcji na życzenie w przypadku gwałtu.
  • PE oskarża polskie władze o małą dostępność do aborcji dla Ukrainek, choć należy przypomnieć, że to polski rząd zaoferował wcześniej takowe usługi dla uchodźców.
  • Europosłowie wzywają również, aby Komisja Europejska wysłała na Ukrainę środki potrzebne do dokonywania aborcji jak m.in. tabletki wczesnoporonne.
  • Zobacz także: Prof. Krzyżanowski: „Całość kształtującej się Polski pomagała Górnemu Śląskowi” [NASZ WYWIAD]

W rezolucji Parlamentu Europejskiego, usługi w zakresie zdrowia reprodukcyjnego i seksualnego oraz związane z nimi prawa zakwalifikowano jako podstawowe usługi opieki zdrowotnej. Nie pozostawiając wątpliwości zaznaczono, że w skład usług wchodzi dostęp do bezpiecznej i legalnej opieki i usług aborcyjnych w każdych okolicznościach, a ich zapewnienie należy do obowiązku krajów członkowskich.

Wszystkie państwa przyjmujące (…) muszą wywiązać się ze swojego obowiązku, w tym na mocy prawa krajowego, dotyczącego zapewnienia dostępu do opieki aborcyjnej kobietom, które zaszły w ciążę w wyniku gwałtu

– czytamy w niebezpiecznej rezolucji Parlamentu Europejskiego.

Wezwanie kierowane jest szczególnie do Polski, kraju z największym odsetkiem uchodźców na liczbę mieszkańców, gdzie jednocześnie dostęp do takiej opieki jest poważnie utrudniony m.in. ze względu na niemal całkowity zakaz aborcji.

Czytaj więcej: Aborcja to zabójstwo. Kasprzak: Prosimy o zbieranie podpisów [NASZ WYWIAD]

PE kontroluje tzw. kraje niepraworządne

W tym kontekście Parlament Europejski nalega, by nadzorować sposób wydawania środków finansowych, zwłaszcza w krajach, w których dochodzi do ciągłych naruszeń praworządności, takich jak Polska i Węgry. Podkreślając jednocześnie, że zasada uwzględniania aspektu płci i sporządzania budżetu z uwzględnieniem aspektu płci jest jedną z podstawowych zasad UE.

Co więcej, wzywa Komisję Europejską do ochrony członków organizacji pozarządowych i grup aktywistów, które ze względu na rzekomą wymagającą polską ustawę aborcyjną mają być prześladowane np. za nielegalne dostarczanie pigułek do aborcji farmakologicznej.

W odniesieniu do kobiet, które nadal przebywają na Ukrainie, parlament wzywa UE do wykorzystania wszelkich dostępnych środków i funduszy, aby zaspokoić ich potrzeby w zakresie SRHR, a także do wysłania na Ukrainę i do krajów przyjmujących w ramach pakietów i konwojów humanitarnych zestawów godnościowych, w tym środków antykoncepcyjnych i zestawów zdrowia reprodukcyjnego.

Chcesz być na bieżąco? Czytaj codziennie MediaNarodowe.com

europa.eu, pch24.pl

Mordercy dzieci wyszli na ulice

Protesty pro-aborcjonistów w Stanach Zjednoczonych / Fot. PAP/EPA/Caroline Brehman. Sfinansowano przez Narodowy Instytut Wolności ze środków Programu Rozwoju Organizacji Obywatelskich na lata 2018 – 2030.

  • Według doniesień amerykańskiego portalu lifenews.com w Stanach Zjednoczonych dochodzi do napaści na budynki należące do organizacji pro-life.
  • Protesty na ulicach wielu miast w USA są związane z planowanym unieważnieniem przez Sąd Najwyższy precedensów prawnych.
  • Zwolennicy cywilizacji śmierci podczas protestu w Wisconsin obrzucali siedzibę Family Action koktajlem Mołotowa.
  • Zobacz także: Zbigniew Ziobro: Berlin chce sam rządzić Europą, reszta państw ma słuchać i wykonywać

Jak donosi portal lifenews.com, centra ciążowe pro life, zapewniające opiekę ciężarnym kobietom, stały się celem ataków amerykańskich aborcjonistów. Wandale namazali na fasadach dwóch zakładów w miastach Portland i Maryland dzieciobójcze hasła oraz wulgaryzmy. W przypadku tego pierwszego wybito również okna.

Agresja aborcjonistów w Stanach Zjednoczonych przybiera także coraz bardziej niebezpieczne formy. Wielu działaczy pro-life doświadczyło w ostatnich dniach pobicia, śledzenia i gróźb. Dochodzi również do starć z policją. Podczas manifestacji obrońców aborcji w Los Angeles rannych zostało dwóch funkcjonariuszy.

Najbardziej szokujący wydaje się atak na biuro organizacji Family Action w Wisconsin. Napastnik wrzucił do środka miejsca pracy koktajl mołotowa, powodując poważne uszkodzenia jednego z pomieszczeń. ­­

Wyobraźcie sobie co by było, gdyby ktoś był w biurze w czasie tego zdarzenia. Stała by mu się krzywda ­­

– oceniła prezydent organizacji Julaine Appling.

Powodem wybuchu agresji zwolenników mordowania dzieci jest planowane przez Sąd Najwyższy w USA unieważnienie precedensów prawnych, które pozwoliły na legalizację aborcji na życzenie. Takie posunięcie oznaczałoby, że zakres ochrony życia nienarodzonego ustali we własnym zakresie każdy stan.

Chcesz być na bieżąco? Czytaj codziennie MediaNarodowe.com

lifenews.com, pch24.pl

Zdjęcie ilustracyjne

Zdjęcie ilustracyjne / Fot. Canva/Andy bARBOUR

Jak pokazują dane historia nie jest faworytem polskich maturzystów. W przeciągu ostatnich lat, do egzaminu maturalnego z tego przedmiotu podchodziło zaledwie 6-8 proc. osób.

Każdego roku odsetek osób wybierających historię jest mniej więcej taki sam. Chociaż porównując ten rok, kiedy egzamin z historii wybrało 7,1 proc. tegorocznych absolwentów, do ubiegłego roku, kiedy było 6,6 proc. absolwentów, to mamy drgnięcie o pół punktu procentowego

– powiedział Marcin Smolik.

Jednakże dyrektor Centralnej Komisji Egzaminacyjnej zauważył, że dwa lata temu maturę z historii zdawało 7,5 proc. maturzystów.

Historia traktowana jako nieważna

Wiceminister edukacji i nauki Tomasz Rzymkowski wskazał, że uczelnie rekrutują studentów na kierunki humanistyczne bez wymaganej matury z historii.

To, jakie przedmioty abiturienci w danym roczniku wybierają na egzaminie maturalnym, jest podyktowane procedurą rekrutacyjną na konkretną uczelnię wyższą i na konkretny kierunek (…). Często obok historii znajdują się również przedmioty ścisłe, takie jak matematyka czy fizyka. Teoretycznie można studiować kierunek humanistyczny bez egzaminu z historii, ale z bardzo dobrze zdanym egzaminem na poziomie rozszerzonym z matematyki

– podkreślił Tomasz Rzymkowski.

Ministerstwo Edukacji i Nauki nie zamierza jednak wpływać na uczelnie w tym względzie.

Decyzja jest po stronie uczelni, ponieważ na tym polega autonomia uniwersytetu, że to on sam decyduje, na podstawie jakich egzaminów z konkretnych przedmiotów będzie przeprowadzał proces rekrutacyjny na konkretny kierunek studiów

– zaznaczył wiceminister.

Czytaj więcej: Przemysław Czarnek ostro o czasach Donalda Tuska: “Kondominium niemiecko-rosyjskie”

Rzymkowski: “Polacy lubią i znają historię”

Tomasz Rzymkowski jest jednak zdania, że Polacy mimo wszystko znają i lubią historię.

Jesteśmy wyjątkowym krajem na tle innych. Oczywiście często sami się biczujemy i mówimy, że słabo znamy historię swojego państwa, ale wystarczy pójść do przysłowiowego butiku z prasą i zobaczyć, ile tytułów prasowych ukazujących się od lat, ma w nazwie “historię”. Podobnie jest w przypadku dodatków historycznych do tygodników i dzienników

– stwierdził Rzymkowski.

Wiceminister zauważa również, że jednym z sukcesów resortu edukacji w ostatnich latach jest zatrzymanie procesu rugowania nauczania historii ze szkół.

Chcesz być na bieżąco? Czytaj codziennie MediaNarodowe.com

polskieradio.pl

Blok mieszkalny

Blok mieszkalny / Fot. Canva

  • Amerykańska spółka doradcza CBRE opublikowała raport dotyczący polskiego rynku nieruchomości.
  • Pomimo epidemii koronawirusa oraz wojny na Ukrainie, eksperci odnotowali wysokie wzrosty inwestycyjne.
  • Wartość kapitału nieruchomości komercyjnych w Polsce wyniosła 1,66 mld euro.
  • Jest to o 35 proc. więcej, niż w pierwszym kwartale 2019 r.
  • Niestety większość nieruchomości znajduje się w rękach obcego kapitału, gdyż polskie firmy posiadają zaledwie 2 proc. udziałów na rynku.
  • Zobacz także: Historyczny moment? Polska na nowo otwiera relacje z Iranem

CBRE zwraca uwagę, że ten wzrost wartości inwestycji w nieruchomości komercyjne następuje pomimo wywołanej przez wojnę na Ukrainie niepewności na polskim rynku.

Największe inwestycje na polskim rynku dotyczyły nieruchomości związanych z handlem. Następne pod względem wartości były biura i magazyny.

Światowy niepokój nie zagroził inwestycjom w Polsce

Wartość kapitału ulokowanego w Polsce w nieruchomości komercyjne w pierwszym kwartale 2022 roku wyniosła 1,66 mld euro, tj. o 35 proc. więcej niż w tych samych miesiącach ubiegłego roku i dwa razy więcej niż w 2019 roku

– przekazała amerykańska firma.

Jak podaje CBRE, największy udział w rynku należał do segmentu handlowego (44 proc.). Na drugim miejscu uplasowały się biura (39 proc.), a za nimi sektor magazynowy (12 proc.).

Polskie nieruchomości w rękach zagranicznych inwestorów

Według CBRE, 59 proc. kapitału, który napłynął do polskich nieruchomości komercyjnych w I kw. br., pochodziło z Ameryki Północnej. Kraje europejskie odpowiadają za 16 proc. napływu. Wśród tych ostatnich dominowały Węgry, Niemcy i Szwajcaria. Polski kapitał to jedynie 2 proc. całej kwoty.

Jak podkreślają eksperci CBRE, sytuację zmienić może ustawodawstwo, w tym rozpowszechnienie funduszy Real Estate Investment Trust, które ułatwiłyby polskim inwestorom lokowanie środków w nieruchomości komercyjne

– czytamy w komentarzu spółki doradczej CBRE,

CBRE to spółka z siedzibą w Los Angeles mieszcząca się na liście Fortune 500 i SP 500. Zajmuje się doradztwem i świadczeniem usług w zakresie nieruchomości komercyjnych.

Chcesz być na bieżąco? Czytaj codziennie MediaNarodowe.com

polskieradio24.pl

Prezydent Korei Południowej otwarty na dialog z Kim Dzong Unem

Prezydent Korei Południowej Yoon Suk-yeol / Fot. PAP/EPA/Lee Jin-man. Sfinansowano przez Narodowy Instytut Wolności ze środków Programu Rozwoju Organizacji Obywatelskich na lata 2018 – 2030.

  • Prezydent Korei Południowej Yoon Suk-yeol podczas inauguracji swojej prezydentury zapowiedział kontynuację polityki poprzedniego przywódcy.
  • Dotychczas przywódcy wywodzący się z konserwatywnego ugrupowania Partii Władzy Ludowej zaogniali retorykę wobec bratniej Korei Północnej.
  • Tym razem Suk-yeol zapowiedział, że zamierza kontynuować dialog, lecz aby doszło do pełnego porozumienia Pjonjang musi spełnić jeden warunek.
  • Nowy przywódca Korei Południowej oczekuje odejścia od programu atomowego.
  • Zaproponował on Kim Dzong Unowi, szeroki pakiet współpracy gospodarczej, który pomógłby Pjonjangowi rozwinąć gospodarkę.
  • Zobacz także: Przemysław Czarnek ostro o czasach Donalda Tuska: “Kondominium niemiecko-rosyjskie”

W przemówieniu inaugurującym swoją prezydenturę Yoon Suk-yeol zapowiedział kontynuację polityki dialogu Moon Jea-ina, że Korea Południowa jest gotowa przedstawić szeroki plan wzmocnienia gospodarki Korei Północnej, jeśli rozpocznie ona proces całkowitej denuklearyzacji.

Podczas gdy programy broni jądrowej Korei Północnej stanowią zagrożenie nie tylko dla naszego bezpieczeństwa i Azji Północno-Wschodniej, drzwi do dialogu pozostaną otwarte, abyśmy mogli pokojowo zmniejszyć to zagrożenie

– zadeklarował południowokoreański przywódca.

USA chcą posiedzenia Rady Bezpieczeństwa ONZ

Z kolei Stany Zjednoczone wezwały pozostałych członków Rady Bezpieczeństwa Organizacji Narodów Zjednoczonych do zorganizowania nadzwyczajnego posiedzenia poświęconego testom rakietowym przeprowadzanych przez Koreę Północną.

Zdaniem agencji AFP, Waszyngton obawia się, iż Pjongjang w najbliższych dniach może przeprowadzić testy broni atomowej. Ich zdaniem Pjonjang przygotowuje poligon Punggye-ri, aby nawet jeszcze w maju przeprowadzić tam test nuklearny.

Pjonjang wciąż przeprowadza testy rakietowe

W sobotę za zgodą północnokoreańskiego przywódcy Kim Dzong Una wystrzelono przynajmniej jeden pocisk w kierunku Morza Japońskiego. Obiekt nie został zidentyfikowany, ale jak podały południowokoreańskie siły zbrojne, była to prawdopodobnie rakieta balistyczna dalekiego zasięgu.

Ten test rakietowy był w tym roku przeprowadzonym przez Pjongjang. Poprzednia próba miała miejsce zaledwie trzy dni wcześniej, a według agencji Yonhap, Korea Płn. wystrzeliła wtedy przypuszczalnie międzykontynentalny pocisk balistyczny.

Chcesz być na bieżąco? Czytaj codziennie MediaNarodowe.com

interia.pl

Dr. hab. prof. UŚ Lech Krzyżanowski. / Fot. Arch. Piotr Motyka.

Zobacz także: “Czytajmy Zygmunta Krasińskiego!” – zachęca historyk Piotr Boroń [NASZ WYWIAD]

Piotr Motyka: Jakie było znaczenie Powstań Śląskich dla całej, odradzającej się Rzeczypospolitej Polskiej?

Prof. Lech Krzyżanowski: Znaczenie sięga do bardzo różnych płaszczyzn. Z jednej strony ekonomiści wiedzieli, że to jest ten obszar, który jeśli przypadnie Polsce, to ta Polska będzie się dużo szybciej, dużo łatwiej rozwijała, zaś jeśli Górnego Śląska nie będzie, z tym rozwojem ekonomicznym będzie dużo trudniej. Oczywiście ta płaszczyzna ekonomiczna nie była jedyną, bardzo ważna była płaszczyzna społeczna. Świadomość tego, że na Górnym Śląsku mieszka wiele set tysięcy ludzi, którzy na co dzień posługują się językiem polskim, mimo, że Górny Śląsk od wielu wieków do Polski nie należy, to powodowało, że warto o tych ludzi walczyć, by mieć ich w granicach państwa polskiego, bo to będzie taki fundament tkanki narodowej. I była wreszcie bardzo ważna płaszczyzna czysto kulturowa. Chodziło o to, żeby Polskę łączyć z ziem leżących wcześniej w trzech odrębnych państwach, składających się z trzech zaborów, żeby ten były zabór pruski również w tych granicach Drugiej Rzeczypospolitej został w jakiś sposób odzwierciedlony, żeby ta przyszła Polska nie była Polską składające się tylko z ziem byłego zaboru rosyjskiego i austriackiego. Walka o Górny Śląsk to była tak naprawdę walka toczona z bardzo wielu różnych powodów, ale one wszystkie mieściły się w tym samym mianowniku. Chodziło o to, żeby zrobić wszystko, aby Górny Śląsk bądź jakaś jego część, znalazł się w granicach Polski.

Piotr Motyka: Jaki był wkład pozostałych części kraju w Powstania Śląskie?

Prof. Lech Krzyżanowski: Sprawa Górnośląska to była jedna z tych spraw, która jednoczyła Polaków z ziem bardzo różnych. Właściwie nie ma takiej dzielnicy, która by nie próbowała pomóc Górnemu Śląskowi. Oczywiście najłatwiej z takiego czysto logistycznego punktu widzenia było mieszkańcom tych ziem, które bezpośrednio graniczyły z Górnym Śląskiem, z Zagłębia Dąbrowskiego, z regionu częstochowskiego, z zachodniej Małopolski. Stamtąd bezpośrednio przychodzili ludzie, którzy chcieli walczyć. Inne regiony bardziej oddalone, myślę o Mazowszu, o Wielkopolsce czy nawet o Wileńszczyźnie, to tutaj trudno sobie wyobrazić ludzi, którzy fizycznie przyjadą na Górny Śląsk, natomiast zbiórki pieniężne, zbiórki materiałów opatrunkowych, żywności, wszelkiej pomocy, zarówno dla powstańców, jak przede wszystkim dla ludności cywilnej, która uciekała z Górnego Śląska, jako z ziemi objętej bardzo niszczącymi, brutalnymi walkami, były kierowane bardzo szerokim strumieniem, płyneły do ośrodków uchodźczych, w których Górnoślązacy się znajdowali. Bez przesady można powiedzieć, że całość tej kształtującej się wtedy Polski pomagała Górnemu Śląskowi.

Piotr Motyka: O czym powinniśmy pamiętać w kontekście eksterminacji polskich elit?

Prof. Lech Krzyżanowski: Wydawało się, że odzyskanie niepodległości w 1918 roku, ukształtowanie granic do roku 1922 spowoduje, że Polska będzie mogła teraz nie niepokojona spokojnie się rozwijać. Przyszłość pokazała, że raptem tylko kilkanaście lat dane było funkcjonować Polsce w pokoju. Wybuchła druga wojna światowa, która prowadzona była w taki sposób, że jednym z jej celów, jeżeli chodzi o ziemię polskie, było to, żeby doprowadzić do eksterminacji polskiej inteligencji, polskich elit. Niemcy mieli pełną świadomość, Rosjanie zresztą również, że to właśnie elity mogą być tą jedyną grupą, która ewentualnie będzie mogła dać sygnał do następnego powstania, do jakiejkolwiek formy buntu przeciwko nowej okupacyjnej włądzy, a więc tej elity trzeba było się pozbyć. Niemcy wchodząc na Górny Śląsk, byli wyposażeni w taką księgę, która się nazywała Sonderfahndungsbuch Polen, taką księgę z zapisanymi nazwiskami osób, które mają zostać aresztowane, niektóre rozstrzelane natychmiast, inne wysłane do obozów koncentracyjnych. To jest walka, która miała wymiar czysto indywidualny, to byli wskazani, konkretni ludzie, którzy mają zostać zgładzeni i to było realizowane, zarówno przez Niemców, jak i Armię Czerwoną na wschodzie Polski. Rzeczywiście jedną z takich największych strat Polski w czasie II Wojny Światowej, strat osobowych, to są straty w zakresie polskich elit. 

Piotr Motyka: Jakie znaczenie w skali kraju, ma dbanie o pamięć o historii lokalnej?

Prof. Lech Krzyżanowski: Z całą pewnością jest bardzo istotne, żeby badać historię w zakresie regionalnym. Nie ma syntezy historii Polski, która nie bazowałaby na badaniach regionalnych. Te badania są najtrudniejsze dlatego, że odnoszą się częstokroć, do postaci, które nie są znane w historii, które nie mają już opublikowanych biografii, ale to właśnie takie badania odnośnie bardzo niewielkich miejscowości, czy wręcz wsi, konkretnych ludzi, którzy mają bardzo często szalenie interesujące życiorysy, które bywają potem zapomniane, to są badania, których wartość trudno przecenić. Choćby właśnie dlatego, że jeśli nie zrobimy tego dziś, a dziś już nie żyją powstańcy śląscy, ale żyją ich wnuki, a ich potomkowie mają często ciekawe dokumenty. Jeśli my dziś do tych dokumentów nie sięgniemy, jeśli dziś nie wysłuchamy tych relacji, to za lat kilka, kilkanaście, będziemy ich w ogóle pozbawieni. Wtedy badanie tych wydarzeń będzie dużo trudniejsze. Książki o regionalnej historii, które odkrywają coś nowego, są właśnie po to, żeby zgromadzić to, co udało się do tej pory, w tej dziedzinie zbadać. 

Piotr Motyka: Serdecznie dziękuję za ciekawy wywiad, Bóg zapłać!

Chcesz być na bieżąco? Czytaj codziennie MediaNarodowe.com

Annalena Baerbock

Annalena Baerbock / Fot. PAP/EPA/Hannibal Hanschke / POOL. Sfinansowano przez Narodowy Instytut Wolności ze środków Programu Rozwoju Organizacji Obywatelskich na lata 2018 – 2030

  • We wtorek do Buczy przyjechała niespodziewanie niemiecka minister spraw zagranicznych Annalena Baerbock.
  • Wizyta nie była ostatecznie zapowiedziana wcześniej, więce władze w kijowie były delikatnie zaskoczone.
  • Jednakże wcześniej prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełeński i kanclerz Niemiec Olaf Scholz wyjaśnili w czwartek zamierzchłe zatargi i nieporozumienia.
  • Dzięki temu ukraiński przywódca, zaprosił do Kijowa kanclerza oraz prezydenta Niemiec Franka-Waltera Steinmeiera.
  • Zobacz także: Witold Waszczykowski: Mówiłem od dawna, że ambasadora Rosji należy się pozbyć

Pojawienie się Annaleny Baerbock na Ukrainie było zapowiadane przez kanclerza Olafa Scholza w zeszłym tygodniu, ale wizyta szefowej niemieckiej dyplomacji do Buczy nie była wcześniej ogłaszana. 

W czwartek ukraiński prezydent Wołodymyr Zełeński zaprosił do siebie kanclerza Olafa Scholza, cały niemiecki rząd oraz prezydenta Republiki Federalnej Niemiec Franka-Waltera Steinmeiera. Jak informowały władze w Berlinie, podczas rozmowy prezydentów wyjaśniono nieporozumienia z przeszłości. 

Krytyka Kijowa za uległą politykę Niemiec wobec Moskwy

Trzy tygodnie wcześniej ukraińskie władze nie zgodziły się, by Steinmeier przyjechał do ich państwa. Zarzuciły mu, że Niemcy zbyt łagodnie postępowali wobec Władimira Putina i jego imperialnych dążeń. Krytykę skierowano także do samego prezydenta Niemiec, który w przeszłości odpowiadał za berlińską dyplomację.

Steinmeier przyznał się wówczas do błędów we wcześniejszej polityce wobec Rosji. Ostrzejsza była reakcja rządu Niemiec, który zarzucił Kijowowi wywołanie skandalu i lekceważenie głowy państwa.

Czytaj więcej: Aleksander Łukaszenka wyznał, o czym rozmawia z Putinem. Niestety, chodzi o Polskę

Podróże zachodnich przywódców na Ukrainę

W niedzielę na Ukrainie zjawiła się amerykańska pierwsza dama Jill Biden. Żona prezydenta USA przyjechała do obwodu zakarpackiego i spotkała się m.in. z uchodźcami wojennymi oraz Ołeną Zełenską, małżonką Wołodymyra Zełeńskiego.

Tego samego dnia skutki inwazji Rosji w Irpieniu widział na własne oczy premier Kanady Justin Trudeau. Następnie szef rządu w Ottawie udał się do Kijowa, gdzie rozmawiał z prezydentem Ukrainy.

Chcesz być na bieżąco? Czytaj codziennie MediaNarodowe.com

interia.pl

Babcia Kasia

Katarzyna Augustynek po raz kolejny prowokuje policjantów. / fot. Twitter

Babcia Kasia atakuje policjantów

W warszawskim Ogrodzie Saskim agresywna aktywistka przepychała się i ubliżała funkcjonariuszom policji. 

Mam podejrzenie, że pan za 15 minut w najbliższych krzakach napadnie jakieś dzieciątko, bo mężczyźni mają taką potencjalną możliwość. Tak samo ja mam – potencjalną tylko i wyłącznie – możliwość…

– zaczęła niedoszła “Warszawianka Roku”.

Policjant przerwał jej, zwracając uwagę, że musi odebrać telefon. Oburzona aktywistka zaczęła przepychać się z policjantką. 

Co? Zadowolona ze swojej roli? Przemocówki. To, że masz twarz kobiety, nie znaczy, że jesteś kobietą

– krzyczała.

Po kolejnym zwróceniu uwagi, by nie dotykała policjantki, wypaliła:

Nie dotykam żadnej policjantki, bo bym jej nawet brudną szmatą nie dotknęła. Rozumiesz to? Jest taka odrażająca

– stwierdziła skrajnie lewicowa aktywistka.

Chcesz być na bieżąco? Czytaj codziennie MediaNarodowe.com

Tysol