Kanclerz Niemiec Olaf Scholz / fot. PAP/EPA/FILIP SINGER
Sfinansowano przez Narodowy Instytut Wolności ze środków Programu Rozwoju Organizacji Obywatelskich na lata 2018 – 2030
Jak przekazał premier Ukrainy Denys Szmyhal, niemiecki przywódca Olaf Scholz odmówił wysłania czołgów.
Wcześniej jeden z koncernów Krauss-Maffei-Wegmann zaoferował przekazanie 100 czołgów Leopard 2A7, czyli najnowocześniejszej wersji.
Do tej pory Niemcy wysłały na Ukrainę różnego rodzaju sprzęt wojskowy, szczególnie armatohaubice.
Premier Ukrainy Denys Szmyhal prosił niedawno kanclerza Niemiec Olafa Scholza o przekazanie ciężkiego uzbrojenia. W szczególności chodziło o czołgi Leopard 2. Jednakże niemiecki przywódca kategorycznie odmówił takiej formie pomocy.
Władze w Berlinie nie widzą takiej możliwości, chociaż jeden z koncernów zbrojeniowych jest gotowy, by wesprzeć Ukrainę
– podaje niemiecki tygodnik “Spiegel”.
Scholz miał poinformować Szmyhala o swoich planach podczas niedawnej wizyty ukraińskiego premiera w Niemczech.
Jak jednak informuje “Spiegel”, koncern zbrojeniowy Krauss-Maffei Wegmann już w kwietniu deklarował gotowość przekazania na Ukrainę 100 czołgów Leopard 2A7. Co więcej koncert zapewnił, że przekaże czołgi wraz z częściami zamiennymi. Wartość tego wsparcia wyceniono na 1,55 mld euro. Koncern deklarował, że pierwsze czołgi trafiłyby jednak dopiero po trzech latach od zawarcia umowy.
W połowie lipca rząd w Berlinie opublikował pełną listę systemów uzbrojenia i sprzętu wojskowego dostarczonego Ukrainie od początku rosyjskiej inwazji. W zestawieniu przekazanej już pomocy znalazło się 38 pozycji, a na liście planowanych dostaw 25 kolejnych.
Ukraina potrzebuje zachodniej broni, aby powstrzymać atak Rosji, który trwa od 24 lutego i przekształcił się w największy konflikt zbrojny w Europie od momentu zakończenia II wojny światowej. Ani z Kremla, ani z Kijowa nie płyną sygnały świadczące o tym, żeby inwazja miała się szybko zakończyć. Niestety wojskowi analitycy również są pesymistami w tej sprawie.
Moskwa nie nazywa swoich działań wojną, lecz specjalną operacją wojskową i domaga się od Kijowa uznania Krymu za rosyjski oraz tzw. demilitaryzacji i denazyfikacji Ukrainy.
Arcybiskup nikaraguańskiej stolicy zapewnił, że Ojciec Święty, a także watykański sekretariat stanu są doskonale poinformowani o sytuacji w tym latynoamerykańskim kraju. Od niemal trzech tygodni sandynistowskie władze przetrzymują w areszcie domowym biskupa diecezji Matagalpa, Rolando Alvareza a w więzieniu policyjnym w El Chipote siedmiu duchownych.
W marcu br. wydaliły nuncjusza apostolskiego, abp. Waldemara Stanisława Sommertaga, natomiast w czerwcu 18 sióstr Misjonarek Miłości, zgromadzenia zakonnego założonego przez Matkę Teresę z Kalkuty. Ponadto zamknęły dziewięć katolickich stacji radiowych i usunęły trzy kanały katolickie z abonamentowej oferty telewizyjnej. Ortega określił tamtejszych biskupów jako spiskowców i terrorystów.
Zdaniem kard. Leopolda Brenesa bardzo smutny jest fakt krytyki papieża Franciszka, ponieważ rzekomo nic nie wie, że jest niezorientowany w tym, co dzieje się w Nikaragui.
To najgorsze kłamstwo, że czasami niektóre media i niektóre osobistości to czynią
– stwierdził kard. Leopoldo Brenes.
Arcybiskup Managui zapewnił, że papież Franciszek modli się za nikaraguański Kościół katolicki, podobnie jak biskupi tworzący Radę Episkopatów Ameryki Łacińskiej i Karaibów. Hierarcha wyjaśnił, że nie ma żadnych negocjacji z rządem Ortegi w sprawie sytuacji uwięzionych duchownych i że Kościół katolicki kontynuuje modlitwę.
Jesteśmy ludźmi dialogu, Kościół nie jest Kościołem konfrontacji, ale Kościołem dialogu. Ojciec Święty wskazywał, Konferencja Episkopatu wskazywała wielokrotnie, że wszystkie sytuacje konfrontacji do niczego nie prowadzą, bo przemoc rodzi przemoc, a akcja przynosi reakcję
– dodał duchowny.
Nikaraguański purpurat zapewnił, iż duszpasterze są umacniani przez modlitwę i że mają pewność, iż otacza ich wsparcie narodu, który nie przestaje się modlić zarówno w kraju, jak i na świecie.
Odnosząc się do sytuacji przebywającego w areszcie domowym biskupa diecezji Matagalpa, Rolando Álvareza, kard. Brenes powiedział, że mimo tych warunków ma się dobrze, że jest otoczony dobrą opieką. W przypadku pozostałych siedmiu księży, którzy przebywają w więzieniu, arcybiskup Managui poinformował, że odwiedził ich przewodniczący Konferencji Episkopatu Nikaragui i biskup diecezji Jinotega Carlos Enrique Herrera oraz że poczyniono ustalenia, by mogli ich odwiedzać członkowie ich rodzin. Zapytany o możliwość przeniesienia duchownych z więzienia policyjnego w El Chipote, do swoich domów, kard. Brenes powiedział, że w tej chwili nie jest to możliwe, ale wszystkie kroki są podejmowane i posuwają się one powoli naprzód.
Stosunki między sandinistami a Kościołem katolickim w Nikaragui przez ostatnie 43 lata były naznaczone tarciami i nieufnością, co nie zmieniło się pod socjalistycznym i antykatolickim rządem Daniela Ortegi. Według ostatniego narodowego spisu ludności w liczącej 6,6 mln mieszkańców Nikaragui katolicy stanowią 58,5 proc. ludności, wyznawcy Kościołów ewangelikalnych 21,6 proc., a 15,7 proc. deklaruje się jako osoby nie wyznające żadnej religii.
Zgromadzenie Ogólne Organizacji Narodów Zjednoczonych zatwierdziło „Współpracę międzynarodową w zakresie dostępu do wymiaru sprawiedliwości, środków zaradczych i pomocy dla ofiar przemocy seksualnej”, która promuje aborcję, tzw. prawa reprodukcyjne i język oparty na ideologii gender. Tylko Nigeria, wspierana przez ponad trzydzieści delegacji, głównie z Afryki i Bliskiego Wschodu, wezwała do zmiany języka w zakresie „zdrowia seksualnego i reprodukcyjnego” oraz do zaprzestania promowania praw dopuszczających aborcję. Negocjatorzy stwierdzili, że projektowana rezolucja dotyczy kwestii uzgodnionych w drodze konsensusu, mimo że nie ma międzynarodowego porozumienia w sprawie aborcji. Polska od początku poparła rezolucję, nie kwestionując kwalifikacji aborcji jako prawa człowieka, ani nie popierając poprawek. Kilka dni przed głosowaniem, Instytut Ordo Iuris wystosował list do Prezydenta RP i Stałego Przedstawiciela RP przy ONZ, domagając się sprzeciwu wobec rezolucji, co do której nie ma międzynarodowego konsensusu i która dawałaby agendom ONZ większe kompetencje w zakresie promowania aborcji.
Podczas ostatniego posiedzenia plenarnego Zgromadzenia Ogólnego Organizacji Narodów Zjednoczonych omówiono i przegłosowano rezolucję „Współpraca międzynarodowa w zakresie dostępu do wymiaru sprawiedliwości, środków zaradczych i pomocy dla ofiar przemocy seksualnej”. Zgromadzenie wezwało państwa do pilnego zapewnienia promowania i ochrony „praw seksualnych i reprodukcyjnych” oraz „bezpiecznej aborcji”. Użyty w rezolucji język traktuje aborcję jako prawo człowieka, mimo że nie ma w tej sprawie międzynarodowego porozumienia ani wiążącego aktu, który by to potwierdzał.
Rezolucja ignoruje również i reinterpretuje ustalenia Międzynarodowej Konferencji na temat Ludności i Rozwoju (ICPD) z 1994 r., która odbyła się w Kairze. Zaznaczono wówczas (par. 8.25), że aborcji nie można promować jako metody planowania rodziny i że rządy powinny pomagać kobietom w unikaniu aborcji.
Podczas debaty, Nigeria przewodniczyła grupie ponad trzydziestu krajów, które sprzeciwiły się kontrowersyjnej treści tekstu, zgłaszając cztery poprawki do jego projektu. Delegacja nigeryjska zaznaczyła, że aborcja jest kwestią polityczną, a nie prawem człowieka. Podkreśliła, że język używany przez negocjatorów nie został uzgodniony w drodze konsensusu, co sugerowały delegacje Japonii i Sierra Leone. Z drugiej strony, Malezja potępiła nieprzejrzyste prowadzenie negocjacji, ponieważ „nie było rzeczywistego interesu w znalezieniu wspólnego mianownika do rozwiązania problemu”. Delegacja tego kraju stwierdziła też, że „nieodpowiedzialne jest twierdzenie, że taka terminologia, przyjęta bez głosowania, stanowi język konsensusu”.
Stały Przedstawiciel Republiki Czeskiej, w imieniu krajów członkowskich Unii Europejskiej (w tym Polski), po przyjęciu projektu doprecyzował, że „w rezolucji nakreślono szereg konkretnych działań, które państwa członkowskie powinny podjąć w celu ustanowienia skutecznych mechanizmów rozliczalności i pomocy, zarówno na poziomie krajowym i międzynarodowym”. Ponadto przedstawiciel potwierdził zobowiązanie UE do „promowania, ochrony i realizacji prawa każdego do pełnej kontroli oraz swobodnego i odpowiedzialnego decydowania w sprawach dotyczących ich seksualności oraz zdrowia seksualnego i reprodukcyjnego, bez dyskryminacji, przymusu lub przemocy”. Zaznaczył również, że „UE podkreśla również potrzebę powszechnego dostępu do wysokiej jakości i przystępnych cenowo informacji na temat zdrowia seksualnego i reprodukcyjnego, edukacji, w tym kompleksowej edukacji seksualnej, oraz usług zdrowotnych”.
Podczas głosowania nad poprawkami zgłoszonymi przez Nigerię, Polska nie wyraziła dla nich żadnego poparcia, dostosowując się do stanowiska wyrażonego przez Unię Europejską. Stało się tak, mimo że Stały Przedstawiciel RP przy ONZ był świadomy treści uchwał, które zagrażają obronie praw podstawowych w Polsce oraz zdolności naszego państwa do dalszego decydowania o własnej polityce ochrony podstawowych praw człowieka, takich jak prawo do życia.
„Polityczna presja, z jaką język tej rezolucji został narzucony przez jedną grupę państw – ignorując dążenie do wspólnego konsensusu w sprawie opracowania skutecznego dokumentu w zakresie pomocy ofiarom przemocy – stanowi zmarnowaną szansę dla Polski do obrony swojego prawa krajowego oraz suwerenności w decydowaniu o regulacjach dotyczących aborcji. Przede wszystkim jest to jednak stracona okazja do obrony – wraz z wieloma innymi delegacjami – nienarodzonego życia ludzkiego, potępienia i powstrzymania bezprawnych nacisków na propagandę przemysłu aborcyjnego, a także zapewnienia, że nienarodzone dzieci nie mogą być wykluczone z prawa do życia, zgodnie z prawem międzynarodowym. Co więcej, milczenie Polski i Węgier przy zajmowaniu stanowiska na arenie międzynarodowej, oznaczało niezrealizowanie zobowiązania podjętego w Deklaracji Konsensusu Genewskiego do obrony praw podstawowych i walki o przywrócenie prawdziwego znaczenia pojęcia prawa człowieka” – podkreśliła Veronica Turetta, analityk Centrum Prawa Międzynarodowego Ordo Iuris.
Towarzystwo Zarządzania Zasobami Ludzkimi przeprowadziło badania, z których wynika, że coraz więcej firm ogranicza płatne urlopy rodzinne. O niepokojącym trendzie w Stanach Zjednoczonych pisał też dziennik The Wall Street Journal. Wiele firm ogranicza np. urlop macierzyński, oferując nowe świadczenia związane z aborcją, przez co pracownicy odczuwają presję finansową w związku z posiadaniem dzieci.
Wyniki badań pokazały, że od 2020 roku liczba amerykańskich firm, które oferują płatny urlop macierzyński wykraczający poza wymogi prawne, spadła o 18 proc. W przypadku płatnego urlopu ojcowskiego jest to spadek w granicach 17 proc. Coraz mniej pracodawców oferuje już urlopy adopcyjne i zastępcze.
Disney ogranicza urlopy dla rodziców i oferuje aborcję
Jedną z firm, które ograniczają płatne urlopy rodzinne jest Hulu. Spółka jest własnością koncernu Disney. Hulu zmniejszyła płatny urlop macierzyński o ponad 50 proc. Z badań wynika, że pracownicy Hulu, zamiast 20, mogą wziąć obecnie jedynie 8 tygodni płatnego urlopu rodzinnego.
Jak podkreśla Towarzystwo Zarządzania Zasobami Ludzkimi, pracownicy odczuwają presję finansową w związku z zakładaniem rodziny. Dotyczy to szczególnie kobiet, jednak mężczyźni również odczuwają zmiany.
Warto zauważyć, że w czerwcu Disney podjął decyzję o finansowaniu dla pracowników podróży w celu dokonania aborcji, po tym jak Sąd Najwyższy unieważnił wyrok Roe kontra Wade.
Disney aktywnie tworzy teraz zachęty dla swoich pracowników w Hulu do aborcji, zamiast dążyć do rodzicielstwa. Nie tylko opłaca się podróż w celu dokonania aborcji, ale także obcina świadczenia dla rodziców. Jest to gruba forma utylitarnej kalkulacji, w której wydaje się, że tańsze jest zachęcanie pracownic do aborcji, a nie zapewnianie świadczeń na pomoc w opiece nad dziećmi
– ocenił rzecznik prasowy “Right to Life” Catherine Robinson.
Jak donosi portal lifenews.com podobne działania podejmują inne amerykańskie firmy. Wśród nich są m.in. Warner Brothers, Netflix, Google, Apple, Microsoft, Kroger, Amazon, JP Morgan Chase czy Tesla.
Donald Tusk / Fot. PAP/Paweł Supernak
Sfinansowano przez Narodowy Instytut Wolności ze środków Programu Rozwoju Organizacji Obywatelskich na lata 2018 – 2030
Niedawno przewodniczący Platformy Obywatelskiej Donald Tusk zapowiedział, że na listy wyborcze nie będą brane osoby anty-aborcyjne.
Kobiety działające przy Centrum Życia i Rodziny stanowczo odpowiedziały byłemu premierowi.
Sprzeciwiły się one narzucaniu politykom i innym poglądów, służące zabijania nienarodzonych dzieci.
My, żony i matki, kobiety odpowiedzialne za rozwijające się w nas życie poczęte, mówimy jasno: Żądamy, by Donald Tusk publicznie odwołał haniebne deklaracje przeciw życiu ludzkiemu
– czytamy w apelu kobiet zaangażowanych przy Centrum Życia i Rodziny.
⛔️Odpowiedz stanowcze "nie" na zapowiedzi lidera PO, który chce zbić kapitał polityczny na mordzie dzieci nienarodzonych 👉Podpisz petycję✍️https://t.co/Ks2XVTwnHG
W apelu skrytykowano również próbę zmuszania polityków PO do zmiany poglądów na proaborcyjne.
Nie zgadzamy się na promowanie aborcji, na wywieranie presji i wymuszanie poparcia dla zabijania nienarodzonych, jako warunku kariery politycznej. Żadna kobieta, matka nie uzna możliwości zabijania dzieci za swoje prawo! Kobiety są pierwszymi nosicielkami i strażniczkami życia i nie damy sobie odebrać tego prawa i przywileju – ani Donaldowi Tuskowi, ani żadnemu innemu politykowi narastającemu na nas i dzieci – na jakimkolwiek etapie życia
– stwierdziła Monika Zając z Centrum Życia i Rodziny.
Autorki petycji sprzeciwiają się również kłamstwu, że zabójstwo człowieka rozwijającego się w łonie matki, jest prawem człowieka.
Ten nieludzki i okrutny fałsz, który Pan głosi, powoduje zamęt zwłaszcza wśród młodych dziewcząt i kobiet, podatnych na manipulacje ideologicznych aktywistów. Często są to kobiety znajdujące się w trudnej życiowej sytuacji, którym zamiast zaoferowania pomocy i koniecznego wsparcia, także prawnego i materialnego, oferuje Pan zgodne z prawem zabójstwo własnego dziecka!
– czytamy na stronie kobietyprzeciwtuskowi.pl.
Apel “Kobiety przeciw Tuskowi” jest odpowiedzią na zapowiedź legalizacji tzw. aborcji do 12. tygodnia ciąży, jeśli tylko Platforma Obywatelska wygra wybory parlamentarne. Donald Tusk twierdzi również, że tzw. aborcja jest rzekomym „prawem kobiety” i decyzję o niej powinna podejmować kobieta.
Słowa te można odbierać jako próbę zrzucenia odpowiedzialności za tzw. aborcję tylko i wyłącznie na matkę
– podkreśliły oburzone kobiety.
Autorki listu do Donalda Tuska wskazują, że w tej sprawie potrzebna jest stanowcza reakcja, zwłaszcza polskich kobiet. Bierność będzie bowiem oznaczała przyzwolenie na dalsze kroki lewicowych polityków dążących do zalegalizowania zabijania nienarodzonych dzieci.
Polska Grupa Górnicza utrzymuje sprzedaż węgla na stałym, wysokim poziomie.
Od początku roku w sklepie internetowym transakcję sfinalizowało 226 tys. klientów, do gospodarstw domowych trafiło dotąd ponad 900 tys. ton węgla
– czytamy we wpisie Polskiej Grupy Górniczej.
E-sklep #PGG ⚒️ utrzymuje sprzedaż węgla na stałym, wysokim poziomie. Od początku roku w sklepie internetowym transakcję sfinalizowało 2️⃣2️⃣6️⃣ tys. klientów, do gospodarstw domowych trafiło dotąd ponad 9️⃣0️⃣0️⃣ tys. ton węgla.https://t.co/TXCecoEwACpic.twitter.com/wNwExaVRfk
Według deklaracji prezesa Tomasza Rogali, PGG dokonała rewolucji. W ubiegłym roku w tym samym okresie sprzedała 12 tys. ton węgla dla sześciu tys. gospodarstw domowych, a planuje jeszcze wrócić do sprzedaży miału węglowego. Ma to nastąpić w najbliższych dniach. Korzystać będą mogli jednak z niego użytkownicy kotłów niższej klasy, od I do III.
Trzeba w tej chwili palić wszystkim, oczywiście poza oponami czy podobnymi rzeczami. Po prostu Polska musi być ogrzana
– podkreślił Jarosław Kaczyński, podczas wizyty w Nowym Targu.
Z kolei politycy PSL udają się na Śląsk, by pytać już nie o to, czym mają palić odbiorcy indywidualni, ale o przedsiębiorców. Według prezesa Polskiego Stronnictwa Ludowego, Władysława Kosiniaka-Kamysza, PGG miała składać deklaracje o sprzedaży węgla dla małych firm z branży spożywczej.
Dla piekarni, dla małych spożywców, dla cukierni, dla ciastkarni
podkreślił Władysław Kosiniak-Kamysz.
PSL przekonywało, że małym firmom grozi upadłość.
Może zabraknąć węgla do opalania pieców, w których wypieka się chleb
– zaznaczył poseł Paweł Bejda.
Politycy tego ugrupowania pojawili się jednak w miejscu, w którym trudno im o popularność, zwłaszcza że weszli na teren, gdzie sporo do powiedzenia mają górnicy. W trakcie poniedziałkowej konferencji prasowej związkowcy postanowili rozliczyć polityków PSL z ich głosowania w sprawie pomocy publicznej dla PGG.
Za kogo wy macie Polaków? Za zwykłych baranów? Niedawno żeście krzyczeli, że górnictwo trzeba likwidować
– odpowiedział ludowcom jeden z oburzonych górników.
Jest to jednak zarzut, który był kierowany w stronę polityków wszystkich opcji. Towarzyszyły mu pretensje o nieodbieranie przez polską energetykę zakontraktowanego węgla, jaki zalegał na zwałach. Premier Mateusz Morawiecki z pytaniami o węgiel mierzył się w trakcie poniedziałkowego spotkania z mieszkańcami gminy Brańsk. Mówił, że problem nie tkwi w braku podpisanych umów na węgiel, ale w jego dystrybucji.
Nie przejdziemy tego kryzysu całkowicie bezboleśnie
– powiedział szef polskiego rządu.
W przypadku węgla ten ból wiąże się nie tylko z jego dostępnością, ale również z ceną. Zdaniem premiera Mateusza Morawieckiego ma spaść wraz z kolejnymi dostawami surowca.
Im więcej go będzie, tym bardziej wszyscy, którzy sprzedają węgiel, będą musieli sprzedawać go bliżej ceny 2-2,5 tys. zł, a nie 3-3,5 tys. złotych
– wskazał premier Mateusz Morawiecki.
Szef rządu przekonywał, że od nowa budowana jest sieć dystrybucji węgla w Polsce. Zachęcał też prywatne firmy, by kupowały i rozpoczęły działalność w tym obszarze w portach. Mateusz Morawiecki zaznaczył, że nawet jeśli skorzystamy z portów holenderskich czy niemieckich, problem pojawia się z przepustowością kolei niemieckich.
Premier Japonii Fumio Kishida / Fot. PAP/EPA/Sean Gallup. Sfinansowano przez Narodowy Instytut Wolności ze środków Programu Rozwoju Organizacji Obywatelskich na lata 2018 – 2030
Rosjanie zdecydowali się zerwać umowę z Japończykami ws. swobodnego podróżowania po spornych wyspach kurylskich.
Choć informacja nie została jeszcze potwierdzona przez Kreml, to Tokio zdecydowanie potępiło ten ruch.
Do tej pory mieszkańcy obu krajów mogli swobodnie podróżować, bez potrzeby wyrabiania wiz turystycznych.
Przewodniczący komitetu ds. międzynarodowych rosyjskiej Dumy Państwowej Leonid Słucki oświadczył, że zerwanie umowy jest odwetem za sankcje nałożone przez Japonię za rosyjską agresję przeciwko Ukrainie
– podała japońska agencja Kyodo.
Szef MSZ Japonii Yoshimasa Hayashi potępił jednostronną decyzję Rosji, określając ją jako całkowicie nie do zaakceptowania. Dodał, że Moskwa nie poinformowała jeszcze formalnie Tokio o sprawie, a japoński rząd wystosował już protest kanałami dyplomatycznymi.
Spór dotyczy czterech wysp na Pacyfiku, które Japończycy nazywają Terytoriami Północnymi, a Rosjanie – Kurylami Południowymi. Armia Czerwona zajęła je razem z całym archipelagiem Kuryli w 1945 roku, krótko po kapitulacji Japonii w II wojnie światowej. Według Tokio było to nielegalne.
Z powodu sporu o wyspy Japonia i Rosja nie podpisały formalnego traktatu pokojowego po wojnie. Moskwa ogłosiła w marcu zawieszenie negocjacji pokojowych z Tokio w odwecie za przyłączenie się Japonii do zachodnich sankcji nałożonych na Rosję za inwazję na Ukrainę.
Dwustronna umowa o ruchu bezwizowym umożliwiała Japończykom, byłym mieszkańcom wysp, odwiedzanie ich bez rosyjskich wiz. Pozwalała również obecnym mieszkańcom wysp na bezwizowe podróże do Japonii
“Jako młode osoby interesujemy się polityką i szeroko rozumianym społeczeństwem obywatelskim oraz obserwując na co dzień obecną sytuację i tendencję wśród młodzieży – a więc poglądy lewicowo – liberalne, postanowiliśmy zadziałać i pokazać, że młodzi też mogą popierać Prawo i Sprawiedliwość” – podkreślała Wiktoria Mielniczek.
“Sympatyzujemy z prawą stroną sceny politycznej. To są poglądy, które wyznajemy, których się nie wstydzimy. Nasze Okiem Młodych miało być projektem, który nasz punkt widzenia, punkt widzenia młodych konserwatystów przekaże i przełamie stereotyp, ten fałszywy przekaz, że młodzi nie mogą popierać prawicy” – dodawał Oskar Szafarowicz.
“To nie jest tak naprawdę prawda, że młodzi ludzie nie popierają prawicy. Lewicowo – liberalne media nakreślają fałszywy trend. Jadąc do studia, rozmawialiśmy z młodymi ludźmi, gratulującymi nam naszej działalności. Młodzi ludzie wspierają prawicę i to jest nasza misja, aby pokazywać, że młodzi ludzie mogą popierać konserwatystów” – komentował Kamil Kaniuk.
Hejt i ataki
“Jesteśmy bardzo atakowani, koleżanka jest wyzywana od prostytutek, kolega od homoseksualistów. Nie powinno się tak mówić do człowieka młodego, który dopiero rusza w świat. My nikogo nie obrażamy, to należy podkreślić. Nie padają żadne wyzwiska, krytykujemy konstruktywnie” – mówił Kaniuk.
“My odpowiadamy z uśmiechem i życzliwością, ale konstruktywnie i merytorycznie. Uważamy, że taki powinien być przekaz. I taka jest też prawica – uśmiechnięta, merytoryczna, gdzie ma konkrety i stabilną szeroką wizję” – wtórował Szafarowicz.
“Zakładając konto na Tik Toku spodziewaliśmy się, że hejt się na nas wyleje. Oczywiście (nie zakładaliśmy – przyp. red.) że tak szybko największe media opozycyjne się nami zainteresują i ściągną na nas całą opozycję. Wiedzieliśmy, że nasze konto nie przejdzie obojętnie” – dodawała Mielniczek.
Niedawno pisaliśmy o tym, że przywódca Czeczenii Ramzan Kadyrow, opublikował nagranie, na którym stwierdził, że jest już stary i zasłużył na długie wakacje. Następnie Kreml dał jasno do zrozumienia, że wciąż liczy na Kadyrowa. Władca autonomicznej Czeczenii zapowiedział, że nie zamierza odchodzić ze stanowiska, ani w najbliższym czasie nie wyjeżdża na nieokreślony urlop.
Oczywiście, że nie mam prawa tak po prostu odejść. Ludzie powierzyli mi przywództwo regionu. Spełnienie tego zaufania jest moim (…) obowiązkiem. Rozmowy o wakacjach zostawię na inny czas.
“Mówił w przeszłości podobne rzeczy”
Iwan Kłyszcz, ekspert ds. Kaukazu w Instytucie Studiów Politycznych w Estonii, oznajmił:
Mówił w przeszłości podobne rzeczy. Takie wypowiedzi zwykle pojawiają się, gdy chce czegoś od Putina, nawet najmniejszego wyrazu poparcia.
45-letni Kadyrow rządzi Czeczenią od 2007 roku. Czeczeński przywódca jest jednym z najbardziej wpływowych ludzi w Rosji i ma bliskie stosunki z prezydentem Putinem. Ostatni raz obaj mężczyźni spotkali się 5 sierpnia w Soczi.
“Mamy niejaką dwoistość rozumienia i tłumaczenia tych zagadkowych zgonów. Z jednej strony każdy z nich jest wytłumaczony jakąś tam historią, zazwyczaj są to samobójstwa, niekiedy dosyć efektowne, bo chociażby spowodowane wielokrotnymi ranami kłutymi, które miałby zadać sobie samobójca. W dwóch przypadkach są to samobójstwa rozszerzone. To sytuacja, w której osoba popełniająca samobójstwo zabiła też inne osoby, w tym wypadku była to rodzina. Jest to zagadkowe, że w ciągu ostatnich 8 miesięcy, 8 osób związanych z rosyjskim sektorem gazowo – naftowym, zabiło się lub zostało znalezionych martwych. I są to ludzie, którzy zajmowali bardzo ważne stanowiska, najczęściej w spółkach takich jak Gazprom, Lukoil i Gazprom. Snuć można różne teorie” – podkreślał Wiech.
Prawdy nie poznamy nigdy
“Można mnożyć różne teorie. Może to byli ludzie, którzy sprzeciwiali się doktrynie Putina, jeżeli chodzi o konflikt na Ukrainie, może to byli ludzie, którzy weszli w konflikt interesów, chcieli zakończyć wojnę lub inaczej zagospodarować układ wpływów, który rządzi Rosją. Przypuszczeń może być wiele. Prawdy niestety nie poznamy nigdy lub poznamy ją późno, na pewno nie w najbliższym czasie, kiedy Rosja jest coraz bardziej wyizolowana i zasłonięta jest parawanem informacyjnym, szczelnie rozpostartym przez rosyjskie służby” – komentował gość MN.
Rosja nie ma strategii
“Uważam że Rosja nie ma strategii i ten szantaż energetyczny Europy, który teraz został przez Rosjan podjęty, jest właśnie wyrazem tego, że Rosjanie nie wiedzą co do końca zrobić z takim rozwojem wypadków, do jakiego doszło na Ukrainie” – dodawał Jakub Wiech.