Krystian Kamiński / zdjęcie: materiały prasowe Konfederacji

Były poseł Konfederacji, polityk Ruchu Narodowego analizuje obecną sytuację społeczno-polityczną w Stanach Zjednoczonych.

Krystian Kamiński na Twitterze Sąd Najwyższy USA zadecydował, że federalna straż graniczna ma prawo niszczyć drut kolczasty na zaporach granicznych, jaki został na nich zainstalowany przez władze stanu Teksas. Drut pojawił się tam z inicjatywy władz stanowych, jako środek utrudniania nielegalnego przekraczania granicy z Meksykiem, która stała się w ciągu ostatnich lat progiem wejścia dla istnej wędrówki ludów jaka przetacza się z południa na północ przez zachodnią półkulę. To właśnie na Teksas przypada zdecydowanie najdłuższy odcinek południowej granicy Stanów Zjednoczonych, toteż kwestia nielegalnej migracji jest szczególnie dotkliwa właśnie dla tego stanu.

Sąd Najwyższy trudno określać w USA „trzecią władzą”, bo ten przykład pokazuje, iż bywa władzą pierwszorzędną, ponieważ system przyznaje mu quasi-arystokratyczną funkcję autorytatywnego podejmowania decyzji o bezpośrednim znaczeniu politycznym. Sąd wydał swoją decyzję na wniosek administracji prezydenta Joe Bidena, która uznała taki sposób ochrony granicy, jaki przedsięwzięły władze Teksasu za niehumanitarny, bo mający przyczyniać się do obrażeń, a nawet śmierci niektórych migrantów. Uczciwie trzeba przyznać, że nie jest to pogląd bezpodstawny. W istocie w przypadku próby desperackiego przedzierania się może tego rodzaju zapora może sprowadzić na desperata niebezpieczeństwo. Amerykańscy liberałowie stanęli jednak na stanowisko, że życie, czy też zdrowie takiego migranta i przestępcy jest ważniejsze niż suwerenność państwa do stanowienia i egzekwowania prawa zakreślona granicą państwową.

Tymczasem gubernator Teksasu uznał dokładnie odwrotnie. Greg Abbott publicznie oświadczył, że decyzji Sądu Najwyższego nie wykona i dalej będzie instalował drut kolczasty na granicy z Meksykiem. Wezwał służby podlegające swojemu, archetypicznie republikańskiemu, stanowi do niepodporządkowywania się funkcjonariuszom federalnym, a nawet przeszkadzania, a następnie pełnego przejęcia kontroli nad granicą. Pojawiły się zresztą informację, że miejscowi funkcjonariusze federalni nie palą się do wykonywania poleceń prezydenta i Sądu Najwyższego, a część z nich identyfikuje się z kursem politycznym gubernatora. US Customs and Border Protection oświadczyła wprost, że „nie planuje” usuwania ogrodzeń z drutu kolczastego z granicy. Przedstawiciel tej służby powołał się na „silne” relacje z Teksasem, pomimo sporu tego stanu z Waszyngtonem.

Kurs ten trwa zresztą od trzech lat, bo jeszcze w 2021 r. Abbott ogłosił operację „Samotna gwiazda”, sprowadzającą się do masowego zaangażowania podlegający mu zasobów, w tym najbardziej zmilitaryzowanego – Gwardii Narodowej, w ochronę granicy stanu i państwa. O skali presji migracyjnej niech świadczy to, że przez trzy lata teksańskie służby dokonały pół miliona zatrzymań osób wkraczających nielegalnie na terytorium USA. Za niepełnej kadencji Bidena, do USA napłynęły nie setki tysięcy, ale miliony nielegalnych imigrantów – według oficjalnych danych co najmniej 3,1 mln, ale mogą to być szacunki zaniżone. Mamy do czynienia z wysoką falą migrantów z Ameryki Południowej, a głównie Środkowej, ale sytuację starają się wykorzystać również migranci z całkiem innych zakątków świata. Wszak wątek zapewniania obywatelom państw afrykańskich i azjatyckich wolnej drogi do Meksyku przewinął się i w polskiej aferze wizowej, jaka wybuchła na kanwie działalności wiceministra spraw zagranicznych rządu PiS Piotra W.

Abbott sam wszedł w rolę Sądu Najwyższego interpretując zalew nielegalną migracją jako inwazję, obrona przed którą jest podstawowym konstytucyjnym obowiązkiem władz stanowych. Otrzymał zresztą wyraźne poparcie republikańskich gubernatorów równo połowy stanów – 25. Floryda, którą rządzi jeden z bardziej radykalnych republikanów Ron DeSantis może wysłać żołnierzy własnej Gwardii Republikańskiej na pomoc gwardzistom teksańskim, w tym celu zainicjowano zmianę prawa stanowego, które dotychczas dopuszczało użycie gwardii jedynie na terytorium Florydy.

W Partii Demokratycznej pojawiły się już głosy, by władze centralne po prostu przejęły bezpośrednią kontrolę nad teksańską Gwardią Narodową. Abbott uznał to za „mało prawdopodobne zdarzenie”, jednocześnie, z pewnością siebie deklarując, iż jest przygotowany na taki rozwój wydarzeń cokolwiek miałoby to znaczyć.

Tak oto eskaluje polaryzacja od dawna podważająca już stabilność i sterowność Stanów Zjednoczonych. O polaryzacji świadczy i fakt, że wspomniana decyzją Sądu Najwyższego została podjęta większością pięciu sędziów przeciwko czterem. Sytuacja w tym gremium jak w soczewce skupia obraz współczesnych Stanów Zjednoczonych i ich społeczeństwa.

Odzwierciedla ona polaryzację etniczną i rasową, jaka wylała się kilka lat temu ruchem Black Live Matter. Polaryzację socjo-ekonomiczną, przejawiającą się postępującym rozwarstwieniem majątkowym i upadkiem klasy średniej, przedstawianej przez dekady jako sól amerykańskiej ziemi i filar systemu politycznego. Polaryzację płci, pobudzaną przez entą generację coraz bardziej fanatycznych w wymyślaniu coraz to nowych statusowych rewindykacji feministek. Polaryzację regionalną, przeciwstawiającą rdzewiejące stany dawnego tradycyjnego przemysłu, wyeksportowanego przez wielkich kapitalistów i liberalną politykę do Chin, Indii czy innych państw azjatyckich na przeciwko bogacącym się cyfrowym i usługowym centrom wschodniego i zachodniego wybrzeża. Polaryzację cywilizacyjną między religijnymi grupami wierzącymi w prawo naturalne, a postmodernistami kwestionującymi naturę człowieka i jakąkolwiek obiektywną naturę bytu, nie tylko struktur społecznych ale wręcz biologicznych, jak ruch LGBT.

Wszystko to od dawna znajdowało ujście w procesie politycznym, a jego wadliwe procedury, z absurdalnie zróżnicowanymi procedurami wyborczymi dolały wiele oliwy do ognia nieuznawania się przez mieszkańców USA z różnych grup za współobywateli, z którymi możliwy jest dialog na rzecz jakiegoś dobra wspólnego zamiast całkowitej marginalizacji przeciwników. Sytuacja, w której każdy stan określa procedury wykonawcze głosowania i podliczania głosów jest doskonałym przepisem na chaos obarczony ryzykiem pomyłek bądź nadużyć i manipulacji, z możliwością zafałszowania wyniku. Pierwsze poważne problemy z tym związane miały miejsce prawie ćwierć wieku temu, w czasie kwestionowanego zwycięstwa George’a Busha juniora nad Alem Gore’m. Ta ogólna społeczno-polityczna polaryzacja po raz pierwszy jednak przybrała formę zinstytucjonalizowaną, w sensie konfrontacji dwóch instytucji władzy ze sobą. Konfrontacja ta ma zresztą cechy iście weberowskiego kontrastu miedzy etyką przekonań a etyką odpowiedzialności, między abstrakcyjnym, a przez to łatwym doraźnym humanitaryzmem skupionym na wyabstrahowanej jednostce, a właśnie odpowiedzialnością za realnie kalkulowane odległe w czasie i rozległe w swoim społecznym zakresie konsekwencje podejmowanych decyzji.

Do tej zinstytucjonalizowanej polaryzacji dochodzi w momencie, gdy pozycja światowa USA podważana jest jak nie była podważana od upadku Związku Radzieckiego. Jak już pisałem przed tygodniem działania Jemeńczyków w Zatoce Adeńskiej i na Morzu Czerwonym kwestionują samą podstawę tej pozycji – panowanie Waszyngtonu na oceanie światowym. W niedzielę inni sojusznicy Iranu zaatakowali amerykańską bazę w Jordanii zabijając trzech amerykańskich żołnierzy i raniąc 25, co jest wyraźnym sygnałem, że w Teheranie poczuli krew rannego, jak sądzą ajatollahowie, wroga. Korea Północna zdążyła w ciągu pierwszego miesiąca nowego roku przeprowadzić już trzykrotne testy rakietowe. Tymczasem wielu Polaków i to szczególnie wśród tych, którzy powinni być najbardziej świadomi – polityków, dziennikarzy, publicystów – zachowuje się jakby żyli nadal w świecie niepodzielnej hegemonii Waszyngtonu sprzed 30 lat. Tak bardzo są pewni tej jednej karty, na którą każą postawić nam wszystko?

Zdjęcie ilustracyjne

Zdjęcie ilustracyjne / fot. TryJimmy, pixabay.com

Portal dorzeczy.pl nagłośnił sprawę młodego mężczyzny, który został aresztowany przez policję w Nowym Sączu na 48 godzin. Legalny najemca nagrabił sobie u dzikich lokatorów, którzy od lat mają okupować posiadłość właściciela nieruchomości.

Oskarżony to Kamil Dudkowski. Jak sam twierdzi, próbował wejść do własnego domu, za co usłyszał zarzuty o zakłócenie miru domowego, utrudnianie dostępu do lokalu, stalking oraz niszczenie mienia (rozwiercenie zamków, które zostały zmienione po tym, gdy dostał klucze do posesji). Już w najbliższy wtorek 30 stycznia odbędzie się rozprawa sądu drugiej instancji.

Prokuratura kreuje psychicznie chorych?

Prokuratura Rejonowa w Nowym Sączu wysłała Kamila Dudkowskiego na badanie przez biegłych sądowych, którzy według doniesień dziennikarzy dorzeczy.pl mieli stwierdzić „zaledwie po kilku minutach”, że nie wiedzą, czy oskarżony jest zdrowy psychicznie, czy może niepoczytalny.

– Wszystko przez zgrubienie na nerwie prawej stopy od nadmiernego chodzenia (podejrzenie choroby Mortona), które ewentualnie leczy się operacyjnie u chirurga. Ponadto zdaniem psychiatrów podczas badania mężczyzna miał „podwyższony nastrój”

– dowiadujemy się z artykułu pt. Trafi do psychiatryka przez zgrubienie na stopie? Kuriozalne postanowienie sądu w Nowym Sączu.

Jak się okazuje, winnym całego zamieszania ma być asesor prokuratury, a więc osoba dopiero przygotowywana do obowiązków prokuratora. Asesor zawnioskował o skierowanie mężczyzny na przymusową obserwację sądowo-psychiatryczną do Aresztu Śledczego na Montelupich w Krakowie.

– Zamiast zlecić powtórne badania u specjalisty, uznano, że najlepszym wyjściem będzie umieszczenie oskarżonego wśród przestępców i osób naprawdę chorych psychicznie

– podaje dorzeczy.pl.

– Sąd Rejonowy w Nowym Sączu przychylił się do wniosku Prokuratury co do skierowania Kamila Dudkowskiego na oddział psychiatryczny, jednak oskarżony złożył zażalenie. W związku z tym mężczyzna oczekuje na wyrok sądu drugiej instancji – rozprawa odbędzie się już we wtorek 30 stycznia. W międzyczasie mężczyzna postanowił działać w swojej obronie. Wysłał pisma m.in. do Rzecznika Praw Obywatelskich Marcina Wiącka, Centrum Interwencji Prawnej Instytutu na rzecz Kultury Prawnej Ordo Iuris czy Fundacji Court Watch Polska. Jego sprawą zainteresował się już poseł z okręgu obejmującego Nowy Sącz, a mianowicie Ryszard Wilk z Konfederacji (Nowa Nadzieja)

– czytamy w artykule opublikowanym w serwisie dorzeczy.pl.

Konfederacja murem za legalnym najemcą

Ryszard Wilk to nowy poseł Konfederacji, który dopiero od kilku miesięcy zadomawia się w ławach Sejmu. Parlamentarzysta postanowił zareagować na sprawę swojego krajanina (Wilk startował w okręgu obejmującym Nowy Sącz) i nagłośnić prokuratorski absurd.

To wygląda kuriozalnie, aby na podstawie choroby nogi i stwierdzenia, że jest „energiczny”, pozbawiać człowieka wolności, i to na 4 tygodnie. To brutalne środki i po prostu przesada. Można byłoby go wysłać na dodatkowe badania, jakąś rozmowę, a nie zamykać w psychiatryku. Kamil Dudkowski złożył zażalenie na decyzję sądu pierwszej instancji, dlatego przygotowuję pismo do Prokuratury i wybieram się na kolejną rozprawę, która odbędzie się już we wtorek 30 stycznia. Chcę usłyszeć, jak sąd będzie argumentował swoją decyzję. To bardzo „interesująca” sprawa, że z taką uznaniowością podchodzi się do obywatela i swobodnie decyduje o jego losie

– opisuje swoje spostrzeżenia poseł Ryszard Wilk.

Sam portal dorzeczy.pl postanowił w trybie dziennikarskim udać się do źródeł, a więc organów państwa. Te jednak odmówiły współpracy.

– Komenda Miejska Policji, Sąd Rejonowy oraz Sąd Okręgowy, jak również Prokuratura Okręgowa, do której trafiły akta sprawy, jednomyślnie skierowały dziennikarzy do Prokuratury Rejonowej. Jej rzecznik odmówił odpowiedzi na szczegółowe pytania w sprawie, „mając na uwadze dobro prowadzonego śledztwa”

– referują redaktorzy portalu.

Jak potoczą się losy Kamila Dudkowskiego? Przekonamy się o tym już w najbliższy wtorek.

Źródło: dorzeczy.pl

Jarosław Kaczyński/zdjęcie: Sejm.gov.pl

Poseł Konfederacji Michał Wawer w rozmowie z Polską Agencją Prasową w zdecydowany sposób skomentował propozycję Kaczyńskiego nt. wcześniejszych wyborów.

Wczoraj Jarosław Kaczyński w Sejmie otoczony przez grupę dziennikarzy odpowiadał szybko na ich pytania. W odpowiedzi na jedno z nich rzucił:
– Wyjściem jest okres przejściowy, oczywiście z nowym rządem i następnie wybory. Inaczej tego się nie da rozwiązać.

Dalej stwierdził:
– Mamy sytuację nadzwyczajną i konstytucja właściwie przestała praktycznie obowiązywać. Nie mamy w gruncie rzeczy władzy, która przestrzega konstytucji, czy choćby chce przestrzegać konstytucji. No, to powinno być załatwione przez pana prezydenta, ale to są jego decyzje.

Poseł Konfederacji Michał Wawer skomentował te słowa prezesa PiS:
– Konfederacja jest zawsze gotowa do udziału w przedterminowych wyborach. Jeżeli wniosek w tej sprawie zostanie złożony przez PiS w Sejmie, to zapewne go poprzemy.

Dodał jednak, że nie uważa tej propozycji za rzeczywiście poważną.
– Faktem natomiast pozostaje, że PiS nie podjął żadnych formalnych działań w tym kierunku, więc na chwilę obecną wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego trzeba traktować jako pusty gest desperacji przegranego polityka.

Przemysław Czarnek/zdjęcie: Sejm.gov.pl

W Radio Wnet b. minister edukacji Przemysław Czarnek wyraził zainteresowanie propozycją Konfederacji odnośnie Resetu Konstytucyjnego.

Czarnek uznał to za dobry pomysł.
– Oznaczało jakiś okrągły stół wokół zmian przepisów, które by doprowadziły do jakiegoś rozwiązania tej sytuacji, wyjścia do państwa praworządnego – komentował.

Dodał jednak, że jest sceptyczny w jednej sprawie, że Platforma Obywatelska będzie chciała usiąść do takich negocjacji:
– Nie wierzę w to, że Platforma może usiąść z nami do stołu i mówić o jakichkolwiek wspólnych zmianac.

Dodał natomiast, że z Konfederacją z chęcią usiądę do stołu i zawsze będę rozmawiał.

Źródło: Radio Wnet

Paweł Kukiz/zdjęcie: Sejm.gov.pl

W rozmowie z Do Rzeczy Paweł Kukiz, na pytanie co jest potrzebne, żeby poprawić naszą sytuację wewnętrzną, stwierdził, że ciekawy pomysł dotyczący resetu przedstawiła Konfederacja.

I dodał:
– Tylko ten reset nie może polegać na tym, że mamy starą legislację jednak wybieramy od początku ludzi. To wszystko byłoby bezsensu. Reset musi polegać na tym, że wprowadzamy nowe i kluczowe zmiany w sądownictwie, ordynacji wyborczej, czy partycypacji obywateli przy kontroli nad władzą.

Kukiz w związku z tym uważa, że wówczas też zmieniamy konstytucję w tym zakresie i podkreślił:
– Bez tego, prędzej czy później – a raczej prędzej – dojdzie w Polsce do powtórki z końcówki XVIII wieku. Być może wówczas uda nam się rzutem na taśmę konstytucję napisać, ale podobnie jak wówczas będzie już za późno.

Pomysł Konfederacji wcześniej pochwalił prezydent Andrzej Duda, który uznał go za warty rozważenia. Przypomnijmy najważniejsze założenia Resetu Konstytucyjnego, który proponuje Konfederacja:
• Oczyszczenie Sądu Najwyższego, Trybunału Konstytucyjnego i Krajowej Rady Sądownictwa,
• Poprawka do Konstytucji i jednocześnie wybór nowych składów SN, TK i KRS (większością konstytucyjną),
• Odpartyjnienie Sądu Najwyższego, Trybunału Konstytucyjnego i Krajowej Rady Sądownictwa,
• “Starzy” sędziowie wracają na dotychczasowe stanowiska albo przechodzą w stan spoczynku.

Źródło: Do Rzeczy

Łukasz Warzecha opublikował w mediach społecznościowych krótkie ostrzeżenie, dotyczące działań obecnej władzy i “głównej partii opozycyjnej”.

Łukasz Warzecha na Twitterze:
Zwracam się do moich P.T. obserwujących, tutaj, w innych miejscach, w tym na YT: i władza, i główna partia opozycyjna zrobią mnóstwo w najbliższym czasie, żeby odwracać naszą uwagę w kierunku spraw ideologicznych, podczas gdy w tle będą się rozgrywać – niedostrzegane w Polsce – kwestie zasadnicze, dotyczące polityki klimatycznej i kursu Unii Europejskiej. Zapewniam, że w moich filmach, wypowiedziach i tekstach będą Państwo mogli znaleźć informacje na ten temat i analizy problemów. Trzeba o tym mówić jak najgłośniej.

Materiały prasowe Konfederacji / Materiały prasowe Konfederacji

Krzysztof Bosak skomentował, że wypuszczenie Wąsika i Kamińskiego wiąże się z rozwiązaniem jeszcze jednego problemu. A mianowicie rozstrzygnięcia czy Maciej Wąsik i Mariusz Kamiński są czy też nie są posłami. Czyli mogą czy nie mogą ostatecznie uczestniczyć w obradach Sejmu.

Krzysztof Bosak na Twitterze: W ślad za decyzjami prezydenta panowie Wąsik i Kamiński opuszczą więzienie i wrócą, by uczestniczyć w obradach Sejmu. Wbrew temu co wydaje się powierzchownym komentatorom ich status prawny jako posłów/byłych posłów nie jest ani jednoznaczny ani jednakowy. Ostrzegałem przed tym na prezydium Sejmu, ale zabrakło chęci przewidywania wydarzeń. Spór o wygaszenie ich mandatów będzie nam towarzyszył do końca kadencji. Czekają nas zatem sceny, których — gdyby nie lekkomyślność i niemądry upór — można było uniknąć.

Krystian Kamiński / zdjęcie: materiały prasowe Konfederacji

Komentarz Krystiana Kamińskiego o sytuacji na Bliskim Wschodzie zamieszczony na Twitterze.

Ostatnie dwa tygodnie dołożyły kolejnych kilka stopni do temperatury politycznej na Bliskim Wschodzie. W ciągu tygodnia nastąpiła tam wymiana ciosów, która pokazała, że choć pokrywka tego kotła jeszcze nie wystrzeliła, a jego zawartość nie wykipiała parząc skutkami cały świat, to pod przykrywką buzuje coraz bardziej. Bliski Wschód jest jednym z trzech najważniejszych teatrów geopolitycznych świata, a obecnie zachodzi tam proces mający właściwie bezpośredni wpływ na Polskę i to na dwóch płaszczyznach. Po kolei.

16 stycznia Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej Iranu dokonał ostrzału rakietowego terytorium Syrii i Iraku. W pierwszej kolejności źródła irańskie podkreślały, że atak był wymierzony w bazy tak zwanego „Państwa Islamskiego”. Uderzenia tego można się było spodziewać. Było ono nieuchronnym odwetem za krwawy zamach terrorystyczny w irańskim Kermanie z 3 stycznia, za który odpowiedzialność wzięło na siebie właśnie ISIS. Dwie odpalone kolejno po sobie bomby zabiły tam kilkadziesiąt osób. Pierwsza wybuchła 300 metrów od mogiły gen. Kasima Solejmaniego, dowódcy sił specjalnych Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej zabitego w 2020 r. przez Amerykanów. Zamach nastąpił w czwartą rocznicę jego śmierci. Solejmani był kimś więcej niż generałem, był jednym z twórców bliskowschodniej polityki Iranu, toteż zamach był ciosem w prestiż Republiki Islamskiej.

Jednak irańskie rakiety poleciały także na Irak, a konkretnie na stolicę autonomicznego irackiego Regionu Kurdystanu – Irbilu. Środki masowego przekazu natychmiast wyszczególniły jedną, spośród cywilnych ofiar ataku. To iracko-kurdyjski biznesmen, milioner Peszraw Dezaji, na którego dom spadł jeden z pocisków. Część źródeł twierdzi, że był zaangażowany nie tylko w handel z Izraelczykami, ale też we współpracę z ich wywiadem. Irańczycy twierdzili nawet, że w ich ataku wraz z Kurdem mieli zginąć agenci Mosadu. Nie sposób zweryfikować tego typu twierdzeń. Faktem jest jednak, że iraccy Kurdowie, pozostają jednym z niewielu żywiołów na Bliskim Wschodzie, obok libańskich maronitów, w którym Izraelczycy łatwo mogą znajdować partnerów.

W ten sposób Iran wziął choć mały odwet za całą dekadę zabijania oficerów Korpusu Strażników w Syrii, która regularnie ostrzeliwana jest izraelskimi rakietami. Ich celem zwykle są nie Syryjczycy ale ludzie i obiekty Iranu, bądź jego najbliższych sojuszników z libańskiego Hezbollahu. W zeszłym roku takie ataki przeprowadzili – co znacznie rzadsze – także Amerykanie. Wet za wet. W sobotę celem niewielkich rakiet stała się amerykańska baza Al-Asad w Iraku. Tym razem Teheran wolał działać przez pośredników. W Iraku jego szyiccy sprzymierzeńcy mają otwarte pole do działania. Otworzyli je im zresztą sami Amerykanie obalając śmiertelnego wroga Iranu ajatollahów Saddama Husajna i jego partię Baas.

Irańczycy na tym jednak nie skończyli. Dzień później wystrzelili rakiety na terytorium Pakistanu, a konkretnie w region Beludżystanu. Jego celem był nie Pakistan jako taki, z którym Teheran ma poprawne relacje, lecz bazy organizacji Dżaisz al-Ald. Reprezentuje ona etnicznych Beludżów z Iranu. Ich separatyzm wezbrał ponownie z końcem 2022 r., na fali destabilizujących kraj protestów rozpoczętych po hasłami feministycznymi, a przeradzających się niemal w uliczną rebelię. Dżaisz al-Adl do feminizmu ma jak najdalej. To organizacja dżihadystyczna. Jedna z niewielu, które znajdują się na liście terrorystów zarówno w Teheranie, jak i w Waszyngtonie. Miała powiązania z Al Kaidą. Dodać jednak trzeba i to, że Dżaisz al-Adl ma korzenie w innej salafistycznej organizacji – Dżundullah, która według doniesień medialnych, w pierwszej dekadzie XXI wieku miała być po cichu wspierana przez administrację George’a Busha juniora via pakistańskie specsłużby w celu podminowania Iranu, bo i ten prezydent amerykański desygnował Iran jako jednego z istotniejszych wrogów, na jednym z pierwszych miejsc w kolejce do „zmiany reżymu”.

W sensie politycznym przeminęła już cała epoka. Pakistan jest już dziś znacznie dalej od Stanów Zjednoczonych, za to znacznie bliżej Chin. Bez względu na to, że celem byli Beludżowie, a pakistańskie władze mają na pieńku i ze swoimi Beludżami, bowiem lud ten żyje po obu stronach porowatej, irańsko-pakistańskiej granicy, i po obu jej stronach nie brak niezadowolonych i zradykalizowanych żywiołów, Iran dokonał jednak naruszenia pakistańskiej suwerenności. Przy wszystkich swoich problemach, Pakistan to państwo atomowe, grające w poważne gry, zatem odpowiedź musiała być. Udzielono jej18 stycznia doskonale symetrycznie – Pakistańczycy ostrzelali z kolei beludżyjskich separatystów, którzy zbiegli z ich kraju do Iranu. Władze Pakistanu zachowały więc twarz, jednocześnie pozwoliły Irańczykom także wyjść z twarzą bez nakręcania eskalacji. I tak się prawdopodobnie stanie, na co wskazuje raczej spokojna retoryka obu stron. Spokojniejsza ze strony Pakistanu nawet niż ze strony Iraku, choć to w tym drugim Teheran ma poważne aktywa.

Dlaczego Iran znajdujący się cały czas pod silną presją USA i na celowniku Izraela postanowił wymierzyć ciosy na dwie strony i to tak demonstracyjnie? Sam przyjął ich wiele, więc chcąc być branym na poważnie musiał oddać. Pod drugie i USA, i Izrael są obecnie silnie zaangażowane w we własne konflikty, przy czym ten ostatni w konfrontację bieżącą na wielką skalę (Hamas) bądź narastającą konfrontację (Hezbollah) ze sprzymierzeńcami Teheranu. Myślę jednak, że środek jaki zastosował Iran – broń rakietowa, ma być też manifestacją gotowości do bezpośredniej konfrontacji z wymienionymi wrogami, w czasie której właśnie ta broń miałaby ważną rolę do odegrania. Niemal równocześnie – w sobotę, Irańczycy przekazali, że wystrzelili kolejnego satelitę, na najwyższą jak dotychczas orbitę – na wysokość około 750 km, gdzie została wyniesiona przez trzystopniową rakietę. Satelita należy do Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej, można się więc domyślić, że będzie miała co najmniej podwójne, jeśli nie czysto militarne zastosowanie.

Iran pręży muskuły bowiem obserwuje, jak Amerykanie politycznie przegrywają z jego jemeńskim sprzymierzeńcem – Ansarullahem. Popularni Huti prowadzą już asymetryczne działania zbrojne trzeci miesiąc. Dopiero 12 stycznia Amerykanie wraz Brytyjczykami dali odpowiedź, przeprowadzając ostrzał rakietowy Jemenu z powietrza i morza. Najwyraźniej nie wpłynęła ona zbytnio ani na potencjał, ani na wolę Jemeńczyków. Cztery dni później Huti trafili pociskiem rakietowym bądź dronem statek M/V Gibraltar Eagle należący do amerykańskiej firmy Eagle Bulk Shipping, który płynął przez Zatokę Adeńską. Ich ataki na statki, które uznają za powiązane z Izraelem bądź jego zachodnimi sojusznikami są kontynuowane. Wpływa to na światowy handel. Kolejnym wielkim koncernem, który 16 stycznia podjął decyzję o rezygnacji z pływania przez Zatokę Adeńską i Morze Czerwone stał się Shell. Dzień wcześniej podobną decyzję podjął potentat LNG QatarEnergy. Pływanie wokół Afryki, a także wzrost kosztów ubezpieczeń, wpłynie na ceny podstawowych dóbr. Europa ledwie wykaraskała się z inflacji a za chwilę znów może ulec impulsowi inflacyjnemu. Sytuacja na tych akwenach to nie jest dla Polski teoria. W ramach poważnego zmniejszenie importu rosyjskiej ropy naftowej i bardziej ograniczonego zmniejszenia importu rosyjskiego gazu, Polska duże ich ilości sprowadza z Półwyspu Arabskiego (Arabia Saudyjska i Katar). To co dzieje się na Morzu Czerwonym dotyka nas już bezpośrednio.

Uważam, że Amerykanie nie są w stanie zmitygować Hutich kampaniami ostrzałów rakietowych i wykorzystania dronów. Ansarullah od 2015 r. mierzył się masowym bombardowaniem przez Arabię Saudyjską i lądową interwencją Zjednoczonych Emiratów Arabskich, bliskowschodnich krezusów wyposażonych w nowoczesną amerykańską broń i werbujących (jak ZEA) tysiące najemników w Afryce. Interwentom ledwie udało się odeprzeć Hutich spod Adenu, w stolicy Sanie nadal trzymają się mocno. Jako ruch masowy, zakorzeniony, fanatyczny i zaprawiony w bojach Huti stali się potężniejsi dzięki transferom technologii z Iranu. Swoją rolę odgrywa i technologiczny postęp. Relatywnie tanie drony doskonale sprawdzają się jako narzędzie tej asymetrycznej walki.

Działania jemeńskiego Ansarullahu podważają mocarstwową pozycję Amerykanów bardziej niż klęski w Iraku czy tym bardziej w Afganistanie. Klasyczna myśl geopolityczna daje w tym przypadku trafną odpowiedź. USA są klasycznym mocarstwem morskim. Cała ich potęga polityczna, ale też ekonomiczna zasadza się na kontroli światowego oceanu, który ciągle odgrywa dla globalnej wymiany towarowej i podziału pracy znacznie poważniejszą rolę niż ląd. Ta kontrola pozwalała na działanie na globie z bezpiecznej przystani, dawała inicjatywę w osaczaniu rywali na eurazjatyckiej „Wielkiej Wyspie” poprzez wybór punktu nacisku, pozwalała wchodzić w rolę gwaranta światowego handlu i dobrobytu.

Zgodnie z teorią partyzanta rozwiniętą przez Carla Schmitta, władza przegrywa, a partyzant wygrywa, gdy choć część obszaru, na którym była egzekwowana ta pierwsza wychodzi spod jej kontroli. Zakwestionowanie władzy imperium w jednym punkcie, kwestionuje ją pośrednio w każdym innym, bo kwestionuje jego zdolność projekcji siły i egzekwowania woli, kwestionuje sprawczość.

USA stoją więc przed wielkim wyzwaniem pacyfikacji globalnego partyzanta uderzającego w podstawy jego wiarygodności. Ograniczona kampania rakietowa nie przynosi rezultatów. Jednak jakakolwiek ekspedycja w kraju takim jak Jemen niesie w sobie ryzyko ugrzęźnięcia i niekontrolowanego zwiększania się zaangażowania imperium, które już zdradza oznaki „przeciągnięcia” zaangażowania w różnych miejscach globu. Nie wygląda na to, że Amerykanie są na to gotowi materialnie i moralnie, szczególnie w roku wyborczym. Zaś każde głębsze zaangażowanie odbije się na ich możliwościach w Azji Wschodniej i Południowo-Wschodniej oraz w Europie. I to druga płaszczyzna, na której to, co dzieje się na Morzu Czerwonym ma znaczenie dla Polski. Polski, w której elity polityczne i masy obywateli nadal myślą, że USA jest niezachwianym hegemonem, który może wszystko i wszędzie. Już nie może.

Chodzi o posła Prawa i Sprawiedliwości Piotra Kaletę, który na posiedzeniach Sejmu “zachowuje się jak troll”. Sławomir Mentzen zachowanie posła Kalety porównał właśnie do internetowych trolli. Jak wyjaśnił taki troll komentuje np. na Twitterze wszystko w sposób wulgarny i często bez sensu. Nie zachowuje się tak jednak w życiu. Nie chodzi po ulicy i nie zaczepia ludzi komentując ich zachowanie.

Natomiast poseł Piotr Kaleta do Sejmu przeniósł właśnie takie zachowanie. Wszystko głośno komentuje. Wydziera się często kompletnie bez sensu. Czym w pewnym momencie zirytował nawet Sławomira Mentzena, który odwrócił się w jego stronę i pokazał mu gest stukania się palcem o głowie.

Piotr Kaleta do tego stopnia zirytował Sławomira Mentzena, że ten postanowił nadać mu tytuł najgłupszego posła. Zastanawiał się w programie “Mentzen grilluje” czy za te słowa trafi przed komisję etyki poselskiej, ale doszedł do wniosku, że przecież wśród 460 posłów musi być jakiś najgłupszy, więc to co powiedział o pośle Kalecie będzie trudne do sfalsyfikowania, albowiem zarzucający mu nieprawdziwe stwierdzenia, będzie musiał wskazać innego “najgłupszego posła”. A wówczas taka osoba sama narazi się na stanięcie przed komisją.

Karina Bosak stwierdziła, że obecny lewicowy wiceminister sprawiedliwości Krzysztof Śmiszek zapowiedział, że w jego resorcie właśnie trwają prace nad wprowadzeniem tych przepisów ograniczających wolność słowa i swobodę debaty publicznej w Polsce.

Dodała, że bezpośrednim skutkiem wprowadzenia karalności za jakieś konkretne słowa, będzie tak naprawdę kryminalizacja za poglądy konserwatywne, religijne, chrześcijańskie.

Dobromir Sośnierz dodał:
– Wiemy jak to w praktyce wygląda. Sprzeciwiamy się temu, bo wiemy do czego to będzie zmierzało. Wiemy co lewica rozumie przez tzw. mowę nienawiści. W praktyce będzie to oznaczało, że jest to mowa której nienawidzi pan minister Śmiszek. To niekoniecznie będzie mowa wyrażająca nienawiść wobec kogoś. To będzie coś co po prostu nie podoba się lewicowcom.

I dalej komentował:
W praktyce to rzeczywiście będzie ograniczanie debaty publicznej i od tego ten rząd zaczyna. Nie od poszerzania naszej wolności tylko od ograniczania po raz kolejny naszej wolności.

Zauważył również, że problemy z penalizowaniem mowy nienawiści już teraz są widoczne na Zachodzie:
– Potrzebujemy teraz zwiększenia teraz wolności słowa. Już teraz są z tym problemy. A patrząc na to w jakim kierunku idzie to w Europie Zachodniej to nie jest argument równi pochyłej, to jest obserwacja praktyki. Wystarczy spojrzeć na Kanadę, gdzie znany psycholog Jordan Peterson został skazany – wzorem z czasów sowieckich – na obóz reedukacyjny w celu korekty poglądów. Czy naprawdę tego chcemy doczekać?