Jeden z liderów Konfederacji ocenił kandydatów w wyścigu do Białego Domu.

We wtorek, 3 listopada, w Stanach Zjednoczonych odbywają się wybory prezydenckie. O Biały Dom walczą obecnie urzędująca głowa państwa Donald Trump (Partia Republikańska), były wiceprezydent w administracji Baracka Obamy Joe Biden (Partia Demokratyczna). Oprócz nich o fotel prezydenta walczą także Jo Jorgensen (Partia Libertariańska), Howie Hawkins (Zieloni) i inni kandydaci, jednak wiadomo, że tylko dwóch głównych kandydatów ma szansę na wygraną.

Według danych przekazywanych przez media zza oceanu, ponad połowa wypełnionych kart wyborczych może pochodzić z głosowania korespondencyjnego.

W środę nad ranem powinniśmy poznać sondażowe wyniki wyborów, jednak liczenie głosów potrwa dużo dłużej.

“Wybór jest oczywisty”

Janusz Korwin-Mikke wskazał swojego lidera w wyborach prezydenckich w Stanach Zjednoczonych. W zamieszczonym na Twitterze wpisie ocenił wszystkich kandydatów na stanowisko prezydenta i wiceprezydenta USA.

„@realDonaldTrump nie będzie dobrym prezydentem; @Mike_Pence byłby lepszym. Ale @JoeBiden byłby bardzo złym prezydentem, a @KamalaHarris katastrofalnym. Wybór jest więc oczywisty. # Trump2020 #ElectionDay # Election2020 #MAGA #MakeAmericaGreatAgain” – napisał na Twitterze Korwin-Mikke.

Źródło: dorzeczy.pl

Dodano w Bez kategorii
Donald Trump

Donald Trump po raz drugi czy Joe Biden? Średnia z sondaży w dniu wyborów prezydenckich w USA wskazuje na kandydata Partii Demokratycznej. Na taki scenariusz liczą też najwyraźniej giełdowi inwestorzy.

Sondaże wyborcze potrafią mocno się różnić od późniejszych wyników, szczególnie w przypadku Stanów Zjednoczonych, gdzie system wyborczy jest niezwykle skomplikowany i ostatecznie można wygrać zdobywając mniej głosów niż rywal. Takie sytuacje miały miejsce w ostatnich latach dwa razy. Ostatnio, w 2016 roku, zwycięstwo miało przypaść Hillary Clinton (zdobyła 3 mln głosów więcej w wyborach powszechnych), ale to Donald Trump został prezydentem Stanów Zjednoczonych (dostał więcej głosów elektorskich 306 vs 232). 

Wybory w USA. Donald Trump vs Joe Biden

Rynki finansowe powitały go najpierw ze sporą dozą niepewności (w noc wyborów kontrakty terminowe na amerykańskie indeksy traciły nawet 5 proc.) – jako przede wszystkim niespodziewanego (wygrać przecież miała kandydatka demokratów), ale ostatecznie po wyborach rozpoczęły marsz w górę (już na drugi dzień były wzrosty), w ostatnich miesiącach sięgając najwyższych poziomów w historii. Pomógł im w tym częściowo sam Trump, obniżając podatki, na czym skorzystali przede wszystkim duzi podatnicy i korporacje.

Dlatego przez długi czas pojawiały się głosy, że przegrana Trumpa w tegorocznych wyborach może być przez rynki odebrana negatywnie – bo Joe Biden obiecuje, że podatki podniesie, poza tym, Trump jest już postacią “oswojoną” przez inwestorów, do której się przyzwyczaili, a demokrata to jednak w części niewiadoma. Są tacy, którzy nadal tak uważają – na przykład według JP Morgan zdecydowana wygrana Trumpa oznaczać może wzrosty indeksów. Z drugiej strony, rynki może wesprzeć potężny program odbudowy gospodarki, a na to można liczyć w przypadku wygranej Bidena. Do tego dochodzą jeszcze inne wybory – do Kongresu (w USA odbywają się co dwa lata, przy czym Izba Reprezentantów odnawiana jest w całości, a Senat w 1/3). Ale po kolei. 

Po pierwsze: sondaże

Najpierw sondaże: w średniej zbieranej przez portal FiveThirtyEight widać wciąż wyraźną przewagę Bidena nad Trumpem, na poziomie ponad 8 punktów procentowych (51,8 proc. vs 43,4 proc.). Wprawdzie w połowie października była większa, ale 8 pkt proc. to nadal znacznie więcej, niż cztery lata temu miała Hillary Clinton (koło 3 pkt proc.). Portal przeprowadził też symulację wyborów w kilkudziesięciu tysiącach prób. Z tej symulacji wynika, że Joe Biden ma znacznie większą szansę na wygraną – choć w przypadku Trumpa nadal ona istnieje i wynosi według FiveThirtyEight 1:10. 

Sondażownia YouGov w swoim ostatnim badaniu przed wyborami wskazuje na 10-proc. przewagę kandydata Partii Demokratycznej. W nieco wcześniejszym (sprzed około doby) przelicza też poparcie na głosy elektorskie – to one decydują o wygranej. I tutaj również Biden ma wyraźną przewagę (by wygrać, należy zdobyć 270 głosów elektorskich). 

Wiele zależy, jak zwykle w Stanach Zjednoczonych, od tak zwanych swing states, czyli stanów, które nie mają twardo określonego koloru sympatii politycznych. Wśród nich zwykle była m.in. Floryda, która daje dużo głosów elektorskich. W tym roku sondaże dają tam przewagę Bidenowi, ale nie jest ona duża. Jako swing states, czyli stany, które mogą zdecydować o wyniku wyborów wymieniane są: Wisconsin, Michigan, Pensylwania, Arizona, Georgia, Iowa, Karolina Północna, Teksas (kiedyś tradycyjnie republikański) i wspomniana Floryda. Średnia poparcia w sześciu kluczowych w tym kontekście stanach wskazuje jednak na wygraną Bidena. 

Niemniej, panuje przekonanie, że wygrana Joe Bidena jest scenariuszem bardzo prawdopodobnym. Ekonomiści z ING Banku w Polsce uzasadniają to pisząc, że Donald Trump ma istotny, większy niż przed czterema laty deficyt poparcia w sondażach, wyborców niezdecydowanych jest mniej niż wtedy, a do tego Joe Biden ma mniejszy elektorat negatywny nie tylko w porównaniu z Trumpem, ale i z Hillary Clinton. 

Po drugie: rynki finansowe

Ogólnie, taki scenariusz, czyli wygrana Bidena, na rynkach mógłby wywołać spadki. Kandydat demokratów chce, jak już wspominaliśmy, podnosić podatki najbogatszym i wprowadzać dodatkowe regulacje, co inwestorom może nie bardzo się na dłuższą metę spodobać. Niemniej we wtorek na giełdach mamy dość wyraźne wzrosty, w Europie wczesnym popołudniem były to poziomy około. 2 proc., choć później nieco wyhamowały. Także indeksy na Wall Street zaczęły wtorkową sesję na plusach.  

Do tego osłabia się dolar wobec euro, co również jest znakiem mniejszej niepewności. Dolar amerykański postrzegany jest jako jedna z tak zwanych bezpiecznych przystani, w których inwestorzy “parkują” swoje pieniądze w czasach zwiększonego ryzyka. 

Dla inwestorów najgorsza jest wspomniana niepewność. W sytuacji, w której znajdują coraz więcej przesłanek dla jednego scenariusza, często reagują optymizmem. Zwłaszcza, że oczekiwane jest nie tylko zwycięstwo Bidena, ale i wygrana demokratów w dwóch innych ważnych głosowaniach – wyborach do Izby Reprezentantów oraz przejęcie większości w Senacie. Szczególnie Senat jest tu istotny, bo gdyby kontrolę w nim utrzymali republikanie, mogliby – i zapewne by to robili – blokować reformy Bidena. 

Po trzecie: nietypowe wybory w USA. Koronawirus, poczta i uznanie wyniku 

Ten scenariusz tak zwanej “błękitnej fali” wcale nie jest przesądzony (niebieski to kolor demokratów, czerwony republikanów). Do tego dochodzi jeszcze jeden element niepewności: termin podania wyniku. W USA można oddać głos wcześniej, w niektórych stanach wyborcy mogą to zrobić od tygodni. Ale tych głosów możemy szybko nie poznać.

Liczenie w wielu stanach zacznie się dopiero po zamknięciu lokali wyborczych, dziś w nocy. A przedterminowo w wyborach powszechnych zagłosowało już ponad 90 milionów Amerykanów. Z sondaży wynika, że przeważają wśród nich zwolennicy Partii Demokratycznej. Wśród wyjaśnień pojawia się to, że wyborcy demokratyczni bardziej przejęli się pandemią koronawirusa i w związku z tym byli bardziej skłonni, by oddać głos wcześniej, za pomocą poczty, z kolei wyborcy republikańscy, postrzegani jako bardziej skłonni do kontestowania ryzyka i wierzący wypowiedziom Trumpa, chętniej mają głosować w dniu wyborów.

Głosy oddawane w lokalach wyborczych są zliczane dość szybko, ale liczenie tych korespondencyjnych może długo potrwać. W związku z tym, wyraźnego zwycięzcy możemy nie poznać od razu, albo co gorsza, przydział głosów może się w najbliższych dniach zmieniać. To będzie dawać paliwo Trumpowi do powtarzania podejrzeń o nieuczciwość “pocztowych wyborów”, nie jest też wykluczone, że nie będzie chciał wyniku od razu uznać. Powtarzanie liczenia i przeciągające się rozstrzygnięcie może wywołać spadki na rynkach akcji. Niepewność podsyciłaby też sytuacja, w której następuje pewien polityczny klincz: czyli władza podzielona jest między dwie partie, z Senatem utrzymanym przez republikanów (to najbardziej prawdopodobny “klinczowy” scenariusz). 

Po czwarte: gospodarka

Donald Trump, którego zamiłowanie do komentowania rzeczywistości na Twitterze jest po tych kilku latach powszechnie znane, lubił przypisywać sobie w postach między innymi wzrosty na giełdzie. Nie przepuszczał też okazji, by uzasadniać swoją prezydenturą dobre dane z gospodarki. Gospodarka trzymała się nieźle, choć nie do końca tak różowo, jak zaplanował, ale PKB rósł w granicach 2-3 proc. rocznie. A potem przyszła pandemia, lockdown i załamanie, które można porównać tylko do największych kryzysów gospodarczych.

Wprawdzie trzeci kwartał przyniósł rekordowe odbicie PKB, co dla Trumpa było idealną pożywką w kampanii. Tyle że jest ono rekordowe po rekordowym spadku, druga fala pandemii może jeszcze na koniec roku mocno namieszać w gospodarce, a ogółem ten rok Stany też najpewniej zakończą na minusie. Według październikowej prognozy Międzynarodowego Funduszu Walutowego, amerykański PKB spadnie w 2020 r. o 4,3 proc. Jeśli tak się stanie, będzie to spadek głębszy niż w czasie ostatniego kryzysu. 

Niezbyt pochlebnie dla Trumpa wyglądają też inne gospodarcze wskaźniki, które obiecywał poprawić, w tym deficyt handlowy, którym uzasadniał prowadzenie wojny handlowej z Chinami. Deficyt w handlu USA wprawdzie mocno spadł na początku tego roku, ale tutaj za główny czynnik można uznać pandemię koronawirusa. Potem znów wzrósł, nie pomagając jednocześnie w poprawie sytuacji w amerykańskim przemyśle (co Trump obiecywał m.in. wyborcom z tzw. pasa rdzy). 

Do tego powiększył się deficyt budżetu USA. Nie widać wyraźnego wpływu pieniędzy od firm, które skorzystały na obniżeniu podatków (na co liczyli republikanie). Dziura w amerykańskim budżecie powiększała się z roku na rok. W ubiegłym zbliżyła się do biliona dolarów. W tym roku mocno dorzuciły się ogromne środki przeznaczone na wsparcie gospodarki w pierwszej fali koronawirusa i deficyt zwiększył się  do rekordowego ponad 3 biliona dolarów (gdyby nie pandemia, przekroczyłby bilion). 

Dług publiczny, który, jak obiecywał niegdyś Trump, miał zniknąć, nie tylko nie zniknął, ale i się powiększył. Zamiast spłacania są pożyczki na kolejne biliony dolarów – w ostatnim czasie oczywiście spowodowane koniecznością walki z koronawirusem. 

Jaki pomysł na gospodarkę miał Trump w obecnej kampanii? Raczej kontynuację wcześniejszego podejścia – choć w jego wypowiedziach, w czasie debat, trudno było znaleźć wiele konkretów. Zostaną więc obniżone podatki, zapewne i wojna handlowa z Chinami. Trump chciałby dużego planu dla infrastruktury, jednak nie przedstawił jego założeń, zapowiadał też wygraną amerykańskich firm w wyścigu po 5G. Nie bardzo ma z kolei ochotę popierać kolejny ogromny covidowy pakiet pomocowy dla gospodarki, w jego wykonaniu byłby on więc zapewne mniejszy niż to, na co jest skłonny zgodzić się Biden. 

“Czysta” wygrana demokratów, czyli zgarnięcie zarówno prezydentury, jak i przejęcie większości w obu izbach Kongresu, oznaczałaby, że do gospodarki amerykańskiej mogą popłynąć ogromne pieniądze. Po pierwsze, rozwiązałby się problem ze wspomnianym nowym pakietem fiskalnym, co do którego jak na razie obie partie nie mogą się dogadać (to też mógłby być pozytywny argument dla rynków). Obserwatorzy szacują, że taki pakiet mógłby sięgnąć nawet 3 bilionów dolarów. Biden w programie ma też plan na “zielone” inwestycje w infrastrukturę, który w ciągu 10 lat miałby pochłonąć 1,3 biliona dolarów, zapewnić pracę klasie średniej i doprowadzić do gospodarki zeroemisyjnej do 2050 roku. Dla rozwiązania sporu z Chinami Biden chciałby stworzenia koalicji międzynarodowych sojuszników. 

Obaj kandydaci stawiają na tworzenie miejsc pracy poprzez infrastrukturę, choć Trump podkreśla przede wszystkim “nacjonalizację” miejsc pracy w przemyśle, czyli zwiększenie ich w tym sektorze w USA, a Biden mocno stawia na inwestycje, które mają związek z klimatem. W przypadku obu z nich nie ma chyba co liczyć na to, że deficyt budżetowy i dług publiczny istotnie spadną. 

Źródło: gazeta.pl

Dodano w Bez kategorii

/ fot. Twitter

Szef KPRM Michał Dworczyk poinformował we wtorek (3 listopada) na konferencji prasowej, że personel medyczny zostanie zwolniony z obowiązku odbycia kwarantanny. Od teraz testowanie dla personelu medycznego ma być możliwe codziennie.

– Personel medyczny, dzięki szybkim testom na obecność koronawirusa, nie będzie podlegał kwarantannie – poinformował Dworczyk. Jak dodał, codziennie przed przystąpieniem do pracy medycy będą mogli być weryfikowani.

– W nocy zostały zmienione przepisy, w taki sposób, że personel medyczny zostaje zwolniony z kwarantanny – oświadczył szef KPRM na wtorkowej konferencji prasowej.

Poinformował, że do tej pory na kwarantannie przebywało ponad 30 tys. osób z personelu medycznego, co – ocenił – stanowi ogromny ubytek w skali całej służby zdrowia.

– Po tej decyzji personel medyczny nie będzie podlegał kwarantannie, dzięki możliwości wykonywania szybkich testów antygenowych. Praktycznie codziennie przed przystąpieniem do pracy, jeśli będzie taka potrzeba, pracownicy będą mogli być weryfikowani – dodał. 

Łatwiejsze zatrudnianie medyków z zagranicy

Dworczyk zapowiedział także, że w przyszłym tygodniu do Sejmu ma trafić projekt, który ułatwi podejmowanie pracy lekarzom z zagranicy.

Na mocy zapowiedzianej nowelizacji mają zostać uproszczone warunki, na których lekarze, pielęgniarki, ratownicy medyczni spoza Unii Europejskiej będą mogli podjąć w Polsce pracę.

– Przygotujemy przepisy dzięki którym lekarz, który się decyduje na podjęcie pracy w Polsce, będzie mógł od momentu decyzji w ciągu dwóch, maksymalnie trzech tygodni rozpocząć taką pracę. Oczywiście pod nadzorem innego polskiego lekarza – powiedział Dworczyk.

Zaznaczył, że ma to być jeden z kroków poprawiających dostęp do personelu medycznego. 

Źródło: interia.pl

Dodano w Bez kategorii

Jeżeli liczba nowych zakażeń zatrzyma się w granicach 20 tys., to nie trzeba będzie wprowadzać nowych obostrzeń – powiedział we wtorek członek Rządowej Rady Medycznej prof. Andrzej Horban. Dodał, że jeśli liczba przypadków wzrośnie do 30 tys. należy rozważyć wprowadzenie “pełnego lockdownu”.

Horban na antenie TVP Info przyznał, że wirus, z którym w tej chwili mamy do czynienia, jest “trochę inny niż wiosną”. Zwrócił uwagę, że obecnie koronawirus rozprzestrzenia się bardzo szybko i łatwo, jednak nie jest on tak zabójczy jak wiosną”.

– Tam śmiertelność była rzędu 3 proc. W tej chwili to jest około 1 proc. – wskazał. Profesor podkreślił jednocześnie, że obecna liczba zgonów zaczyna być bardzo niepokojąca i “skłania nas do bardzo uważnego myślenia, czy jeszcze nie wprowadzić większych środków ostrożności”.

– Sytuacja jest obserwowana bardzo dokładnie. Tego typu decyzje powinny zapaść w środku tygodnia, czyli to jest jutro, pojutrze, w sobotę. Jeżeli tak jak dzisiaj, liczba zakażeń zatrzyma się w granicach 20 tys. to jest nieźle i chyba nie trzeba będzie wprowadzać nowych metod – powiedział Horban.

Dodał zarazem, że jeśli liczba ta wzrośnie, to “trzeba będzie na to zareagować zwiększeniem ograniczeń dla ludzi”. – Bardzo byśmy chcieli uniknąć tego, co się nazywa +pełny lockdown+ i posadzenia wszystkich do domu – podkreślił.

Zaapelował o przestrzeganie zasad epidemicznych – dezynfekcja, dystans i noszenie maseczek oraz unikanie zgromadzeń.

Profesor stwierdził, że system ochrony zdrowia “funkcjonuje jeszcze prawidłowo, ale na granicy wydolności”. Zwrócił uwagę, że w październiku przekroczyliśmy liczbę 250 tys. zdiagnozowanych chorych. – To jest olbrzymia liczba, właściwie zdublowanie liczby przypadków w stosunku do wszystkich rozpoznanych od początku epidemii. Zmiana gwałtowna systemu ochrony zdrowia, która musiała być dokonana właściwie w biegu, musi powodować zakłócenia jego funkcjonowania, to nie do uniknięcia. Olbrzymi wysiłek wszystkich pracowników ochrony zdrowia spowodował, że ten system nadal idzie – zaznaczył.

Zdaniem Horbana górna granica wydolności systemu to 25-30 tys. zajętych łóżek przez pacjentów z COVID-19. – Jeżeli będziemy trzymali liczbę zakażeń na poziomie 20 tys. to nasz system prawidłowo funkcjonujący powinien wytrzymać – ocenił.

Pytany czy podtrzymuje swoją decyzję o rekomendacji pełnego lockdownu w przypadku przekroczenia 30 tys. przypadków dziennie, odparł, że “jeżeli trend w kierunku 30 tys. będzie się utrzymywał to oczywiście tak”.

Komentując wahania liczby dziennych przypadków stwierdził, że “to falowanie w ciągu tygodnia to rzecz nieunikniona”. – Inaczej się testuje w weekend, inna jest dostępność do POZ – zauważył. – Główny problem polega na tym, że jeśli chorują ludzie młodzi, to chorują relatywnie łagodnie, w związku tym mogą nie zgłaszać się do lekarza. To jest nasz apel. Jeżeli ktoś młody zacznie chorować w sposób, który może sugerować zakażanie COVID, to bardzo proszę, żeby jednak się zgłosił do lekarza – powiedział profesor.

Ministerstwo Zdrowia podało we wtorek, że badania laboratoryjne potwierdziły zakażenie koronawirusem u kolejnych 19364 osób. Bilans przypadków wykrytych od początku epidemii wzrósł do 414 tys. 844. Zmarło 227 chorych, w sumie 6102.

Źródło: dorzeczy.pl

Dodano w Bez kategorii

/ katarzynamichniewska.pl

Nie milkną echa wyroku Trybunału Konstytucyjnego, który potwierdził niezgodność z Konstytucją przesłanki pozwalającej na aborcję eugeniczną. Dwaj sędziowie TK i nauczyciele akademiccy – prof. Jakub Stelina i prof. UAM Justyn Piskorski stali się obiektami ataków ze strony środowisk proaborcyjnych. Zwolennicy aborcji domagają się usunięcia wykładowców z uczelni, na których pracują. Instytut Ordo Iuris sprzeciwia się tego typu próbom łamania wolności akademickiej, wolności przekonań i niezawisłości sędziowskiej. Na stronie maszwplyw.pl można podpisywać petycję w obronie atakowanych profesorów. Apel poparło liczne grono pracowników naukowych i organizacji studenckich.

PODPISZ PETYCJĘ – LINK

Wyrok z 22 października w pełni wpisuje się w dotychczasowe orzecznictwo TK. Już 28 maja 1997 r. Trybunał stwierdził, że „wartość konstytucyjnie chronionego dobra prawnego jakim jest życie ludzkie, w tym życie rozwijające się w fazie prenatalnej, nie może być różnicowana”. Także w wyroku z 27 stycznia 2004 r. TK przypomniał o zasadzie, zgodnie z którą „wszelkie możliwe wątpliwości co do ochrony życia ludzkiego powinny być rozstrzygane na rzecz tej ochrony”. O niedopuszczalności ograniczenia prawnej ochrony życia na rzecz dóbr niższego rzędu, Trybunał mówił z kolei w wyroku z 30 września 2008 r. Natomiast 18 kwietnia 2018 r. TK podkreślił, że Rzeczpospolita gwarantuje prawo zarodka do życia i zakazuje jego przedmiotowego traktowania.

Mimo to, wspomniani sędziowie Trybunału spotykają się z atakami ze strony zwolenników aborcji, w tym niektórych studentów i pracowników naukowych. W internecie zamieszczone zostały petycje namawiające uczelnie do zerwania z nimi współpracy. Autorzy apeli twierdzą, że wyrok TK miałby być „pogwałceniem praw człowieka”. Stanowisko wykładowców, ich zdaniem, „stoi w sprzeczności z dobrym imieniem uczelni”.

Zamach islamistów w Wiedniu. Znane są personalia terrorysty

Obaj profesorowie legitymują się pokaźnym dorobkiem naukowym. Prof. dr hab. Jakub Stelina jest kierownikiem Katedry Prawa Pracy Uniwersytetu Gdańskiego, współautorem ponad 100 publikacji naukowych, monografii, podręczników akademickich, komentarzy i artykułów naukowych. Został także odznaczony przez prezydenta RP Srebrnym Krzyżem Zasługi. Dr hab. Justyn Piskorski kieruje Katedrą Prawa Karnego na Uniwersytecie w Poznaniu. Do jego dorobku naukowego należą dziesiątki publikacji i opracowania programów nauczania.

Instytut uruchomił petycję w obronie profesorów. Apel skierowany jest do rektorów uczelni, na których są oni zatrudnieni. Poparło go ok. 140 przedstawicieli świata nauki oraz kilkanaście organizacji studenckich.

Dodano w Bez kategorii
góry w Szwajcarii

/ fot. Adrian Michael via Wikimedia Commons / CC

W poniedziałek po pracy żona 37-letniego mężczyzny w ich domu dokonała makabrycznego odkrycia. Zobaczyła trójkę martwych dzieci oraz swojego zmarłego męża. Rodzina i sąsiedzi są w szoku, gdyż nic nie wskazywało na dokonanie tak morderczego planu przez spokojnego mieszkańca Buchs.

Zwykły poniedziałkowy dzień zamienił się dla pewnej szwajcarskiej rodziny w koszmar, a także w ostatnie chwile spędzone na ziemi. 37-letni mieszkaniec gminy Buch w kantonie Argowia na półnoznym-zachodzie Szwajcarii zamordował wszystkie swoje dzieci oraz popełnił samobójstwo.

Zobacz także: Szef NATO zapowiada dalszą walkę z ISIS

Odkrycia dantejskich scen dokonała jego żona, która po przybyciu z pracy chcąc przywitać się z mężem napotkała na ciała swoich pasierbów: 13-letniego syna oraz 11-letniej córki z pierwszego małżeństwa mordercy oraz swoją zaledwie 3-letnią córeczkę. Pierwsza dwójka zamieszkiwała na zmianę u ojca oraz u matki w sąsiedniej wiosce.

“Podejrzenie popełnienia czynu kieruje się zdecydowanie przeciwko ojcu rodziny. Na postawie dotychczasowych ustaleń śledztwa wykluczyć można użycie przez niego broni palnej” – ujawniła do tej pory szwajcarska policja.

Takiego obrotu spraw nie spodziewali się nawet sąsiedzi. Mężczyzna wydawał się dla nich spokojnym i czułym ojcem oraz mężem – “Robił całkiem normalne wrażenie, często spędzał czas przy grillu w ogrodzie z przyjaciółmi i z dziećmi. Żona także mu wtedy towarzyszyła. Byli wesołą rodziną” – opowiedziała jedna z mieszkanek Buchs.

pap/onet

Dodano w Bez kategorii

Tuż po północy 2. listopada skończył się termin dany na publikację w Dzienniku Ustaw wyroku TK ws. aborcji eugenicznej. Rząd PiS pomimo zapewnień zablokował możliwość zmian w postrzeganiu prawa aborcyjnego i ochrony niewinnego życia.

Pomimo narzuconej przez rząd Prawa i Sprawiedliwości daty 2. listopada jako ostatecznego dnia na publikację wyroku TK ws. aborcji eugenicznej nie odnotowano w Monitorze Polskim oraz w Dzienniku Ustaw zmian w tej kwestii. Wcześniej politycy PiS deklarowali, że należy to orzeczenie opublikować, aby ochronić życie niewinnych dzieci.

Zobacz także: Znamy hasło Marszu Niepodległości oraz tegoroczną trasę! [WIDEO]

Sprawa, która wywołała spore zamieszki oraz strajki w kraju została prawdopodobnie zamieciona pod dywan, aby zastosować inną taktykę. Rząd Mateusza Morawieckiego wraz z prezydentem Andrzejem Dudą pozostawia w sferze planów projekt ustawy wdrażającej zalecenia TK.

Wczoraj w wywiadzie dla “Polsat News” była wicepremier Jadwiga Emilewicz zapowiedziała możliwość odsunięcia publikacji – “Wydaje się, że w stanie, w którym dziś jesteśmy szef RCL-u może podjąć decyzję o odsunięciu publikacji właśnie dlatego, że procedowana jest ustawa, która konsumuje jakoś wyrok TK”.

“Żeby wyrok TK zaczął obowiązywać, musi być oficjalnie ogłoszony, jak akt prawny. Rząd sam wskazał 2.11 jako ostateczny termin publikacji, ogłosił to światu – i tego terminu nie dotrzymał. Aborcja eugeniczna jest niekonstytucyjna, zakazana wyrokiem TK – a nadal legalna. Paranoja” – napisał Michał Wawer z Konfederacji.

Wyrok Trybunału Konstytucyjnego ws. aborcji zapadł w czwartek 22 października. Mocy prawnej nabierze on jednak dopiero po publikacji. Gdy wyrok TK wejdzie w życie, aborcja w Polsce będzie możliwa w przypadku gdy: ciąża będzie pochodziła z czynu zabronionego lub będzie zagrażała ona zdrowiu i życiu matki.

wp

Dodano w Bez kategorii

3 listopada 2020 roku Stany Zjednoczone wybiorą swojego prezydenta. Kto wygra wielką batalię? Trump czy Biden? Od godziny 21.00 rusza nasze studio “Amerykański Wieczór Wyborczy”.

Prowadzą: Michał Krupa i Brunon Różycki.

Komentują: dr Marcin Masny, Kacper Kita, Artur Zawisza, dr Jan Przybył

Goście specjalni: Tomasz Gabiś, prof. Stanisław Bieleń, dr Leszek Sykulski, Michał Szpak

TRANSMISJA NA ŻYWO ROZPOCZNIE SIĘ O GODZ. 21:00. Zachęcamy do ustawienia przypomnienia na YT.

Jak wybiera Ameryka?

Wybory w USA są wyborami pośrednimi. Prezydenta kraju wybiera tak naprawdę Kolegium Elektorów Stanów Zjednoczonych. Łącznie elektorów jest 538. By zostać prezydentem, potrzeba 270 głosów elektorskich. I o nie walczą kandydaci.

Każdy stan ma z góry przypisaną liczbę elektorów. Wszyscy oni “przypadają w udziale” zwycięzcy w danym stanie. Innymi słowy – zwycięzca bierze wszystko.

Elektorami zostają zaufani, lojalni członkowie partii, przewidziane są też w części stanów kary kryminalne dla tzw. elektorów wiarołomnych – głosujących wbrew wcześniejszej deklaracji.

Najbardziej zaludniona Kalifornia ma 55 elektorów, a Alaska, Montana czy Vermont po trzech.

Dodano w Bez kategorii

W obliczu ostatnich zamachów jak te w Nicei, Wiedniu i Kabulu szef NATO zakomunikował, iż sojusz powinien w dalszym ciągu walczyć z tzw. państwem islamskim. ISIS przyznało się do poniedziałkowego zamachu na uniwersytet w Afganistanie. W pozostałych przypadkach żadna organizacja terrorystyczna się nie przyznała.

Po ostatnich zamachach terrorystycznych szef NATO Jens Stoltenberg zapowiedział kontynuację działań na Bliskim Wschodzie w walce z terrorystami. Złożył również rodzinom ofiar swoje osobiste kondolencje.

Jestem przerażony atakami terrorystycznymi w Afganistanie i Austrii. To przypomnienie, że terroryzm ma wpływ na wszystkich i o tym, jakie znaczenie ma kontynuowanie walki z ISIS. Moje kondolencje dla wszystkich poszkodowanych” – napisał Stoltenberg.

Zobacz także: Zamach islamistów w Wiedniu. Znane są personalia terrorysty

W trakcie jednego z ataków, do jakich doszło w poniedziałek wieczorem w śródmieściu Wiednia, zginęło czworo cywilów i jeden napastnik, który został zastrzelony przez policję. Szef MSW Austrii Karl Nehammer oświadczył, że był on zwolennikiem ISIS. Siły specjalne wszczęły pościg za sprawcami pozostałych ataków.

Do poniedziałkowego zamachu na uniwersytet w Kabulu, gdzie zginęło przeszło 20 osób przyznało się tzw. państwo islamskie – ISIS. Zaatakowany uniwersytet jest największym ośrodkiem naukowym w Afganistanie.

Jeden z trzech napastników, którzy wdarli się tego dnia rano na teren uczelni, wysadził się w powietrze, dwaj pozostali zaatakowali studentów. Doszło do wymiany ognia między sprawcami, a afgańskimi siłami bezpieczeństwa, zakończonej po kilku godzinach zabiciem napastników.

rmf24

Dodano w Bez kategorii

/ wiadomosci.wp.pl

Wczoraj wieczorem na ulicach Wiednia przeprowadzono zamach terrorystyczny. Czwórka radykalnych islamistów z karabinami maszynowymi w ręku sterroryzowała stolicę Austrii zabijając kilka osób. Jeden ze sprawców to znany dla austriackiego wywiadu obywatel Albanii.

Po zamachu w Nicei na tamtejszy kościół islamscy terroryści obrali sobie za cel kolejne europejskie miasto. Tym razem zaatakowano świątynię w Wiedniu. Czwórka terrorystów z karabinami maszynowymi pod kościołem rozpoczęła zamach na życie austriackich obywateli, następnie przemierzając ulicami zabytkowego miasta strzelali do niewinnych ludzi.

Zobacz także: Krwawy atak na kabulską szkołę! Co najmniej 19 ofiar śmiertelnych

W poniedziałkowym ataku terrorystycznym zginęło dwóch mężczyzn oraz kobieta. Kolejna ofiara zmarła w wyniku zadanych obrażeń już w szpitalu. Do szpitala trafiło jeszcze kilkanaście osób z ranami postrzałowymi w tym w tym siedem osób w ciężkim stanie. Nie wykluczone są dalsze ofiary zamachu.

Sympatyk państwa islamskiego i Albańczyk

Austriacki minister spraw wewnętrznych Karl Nehammer zorganizował obławę służb na mieszkania w Wiedniu. Przeczesywane są domu w celu odnalezienia pozostałych sprawców. W wyniku jednej z takich akcji wytropiono jednego z terrorystów.

Policjanci starli się z przeciwnikiem, lecz ten został wkrótce przez nich śmiertelnie trafiony. Po weryfikacji jego danych osobowych okazało się, że był nim zaledwie 20-letni Kurtin S. Miał on Albańskie i Macedońskie korzenie. Jego rodzice są bardzo umiarkowanymi wyznawcami Mahommeta.

https://twitter.com/florianklenk/status/1323525909920555008

Co więcej, był on dobrze znany austriackiemu wywiadowi. Znajdował się on na liście 90 islamistów pragnących przedostać się do Syrii.

Zatrzymano również dwie osoby w mieście Sankt Pölten w północno-wschodniej części kraju. Policja aresztowała ich związku z podejrzeniami o współuczestnictwo w przeprowadzeniu poniedziałkowego zamachu.

Rząd kanclerza Sebastiana Kurza uważa, że zamachowców było czterech, a jeden z nich miał być nawet sympatykiem państwa islamskiego. Austriackie służby rozpoczęły akcję poszukiwawczą nie tylko na terenie Wiednia, ale również całego kraju. Zamknięto również granice z Czechami i Słowacją, które leżą blisko austriackiej stolicy.

tvp.info/polsatnews.pl

Dodano w Bez kategorii