Przewodniczący Episkopatu Polski abp. Stanisław Gądecki odniósł się do niedzielnego reportażu TVN o kardynale Dziwiszu. W ukazanym materiale “Don Stanislao” pokazany został domniemany proces tuszowania pedofilii w kurii watykańskiej. Za ukrywanie przestępców z całego świata miał otrzymywać łapówki.

W reportażu TVN pt. “Don Stanislao. Druga twarz kardynała Dziwisza” pokazano zdaniem twórców proces ukrywania za pieniądze aktów pedofilskich z całego świata. Polski kardynał, który był blisko związany z Papieżem Janem Pawłem II miał wykorzystać ten fakt do zamiatania pod dywan pedofilów, ukrywając również te przypadki przed Ojcem Świętym.

Zobacz także: Winnicki: „System ochrony zdrowia został sparaliżowany”

Na sprawę zareagował Przewodniczący Episkopatu Polski, który wydał oświadczenie – “W nawiązaniu do wczorajszego reportażu TVN24 zatytułowanego ‘Don Stanislao. Druga twarz kardynała Dziwisza’, w którym oskarża się ks. kardynała Stanisława Dziwisza o zaniedbania w wyjaśnianiu przypadków nadużyć seksualnych ze strony duchownych, mam nadzieję, że wszelkie wątpliwości, zaprezentowane w tym reportażu, zostaną wyjaśnione przez odpowiednią komisję Stolicy Apostolskiej” – tonuje emocje abp. Stanisław Gądecki.

Sam oskarżony o ukrywanie przestępstw na tle molestowania wydał wczoraj oświadczenie, w którym domaga się powołania specjalnej i niezależnej komisji do zbadania jego sprawy – “Ponawiam propozycję, by sprawami oceny działań podjętych przez stronę kościelną w kwestiach poruszanych w filmie TVN24 “Don Stanislao” zajęła się niezależna komisja” – podkreślił krakowski duchowny.

wp/tvn24

Dodano w Bez kategorii
Konflikt w Górskim Karabachu

Konflikt w Górskim Karabachu / Fot. @Twitter

Armeński oddział “Sputnika” informuje, że został zestrzelony rosyjski śmigłowiec wojskowy. Mają to potwierdzać źródła u rosyjskiego ministerstwa obrony. W sieci znalazło się również nagranie z miejsca katastrofy.

Dzisiaj w godzinach popołudniowych miało dojść do zestrzelenia rosyjskiego śmigłowca wojskowego na terenie Armenii. Informację o tej katastrofie podaje armeński oddział rosyjskiego “Sputnika”, który powołuje się na swoje źródła w ministerstwie obrony.

Zobacz także: Ponad 10 milionów Polaków z dostępem do sieci 5G? Plus buduje nową generację internetu

Katastrofa miała miejsce w pobliżu Nachiczewańska Republika Autonomiczna należąca do Azerbejdżanu. Również pociski rakietowe miały zostać wystrzelone z azerskiego terytorium

Do sieci wyciekło również nagranie wideo z miejsca upadku rosyjskiej maszyny. Z oddali widać na nim kłęby dymu oraz wielkie płomienie ognia sugerujące być potwierdzeniem medialnych informacji. Dotychczas nie potwierdzono liczby ewentualnych ofiar oraz ocalałych.

https://twitter.com/301_AD/status/1325834204412850177

Należy nadmienić, ze latem do tej autonomicznej republiki Turcja wysłała swoje wojska. Niestety nie wiadomo nic, czy nadal one przebywają w tamtym regionie. Reporterzy sugerują, iż nadal mogą tam przebywać. Istnieje również możliwość użycia tych jednostek przeciw rosyjskiemu śmigłowcowi.

sputnik/mediamax

Dodano w Bez kategorii

/ kierunki.info.pl

Jutro na specjalnej ceremonii wicepremier i minister kultury Piotr Gliński odsłoni pamiątkową tablicę z nową nazwą Dworca Wschodniego w Warszawie. Od teraz uczci ono imię ojca niepodległości Romana Dmowskiego. Jest to finał pracy Instytutu Dziedzictwa Myśli Narodowej im Romana Dmowskiego i Ignacego Jana Paderewskiego.

Dzięki pracy Instytutu Dziedzictwa Myśli Narodowej im. Romana Dmowskiego i Ignacego Jana Paderewskiego powstałego w połowie lutego, za sprawą decyzji wicepremiera i ministra kultury Piotra Gliński – powstanie w Warszawie kolejne miejsce ku czci pamięci ojca niepodległości.

Zobacz także: Dalszy ciąg walki warszawskiego ratusza z Marszem Niepodległości: „Przejazd samochodami to wykroczenie drogowe”

Już jutro Dworzec Wschodni w Warszawie otrzyma nazwę imienia Romana Dmowskiego. Udział w pamiątkowej ceremonii odsłonięcia nazwy weźmie wicepremier Piotr Gliński, wiceminister infrastruktury Andrzej Bittel, dyrektor państwowego Instytutu Dziedzictwa Myśli Narodowej, prof. Jan Żaryn oraz prezes zarządu Polskich Kolei Państwowych Krzysztof Mamiński.

Roman Dmowski był jednym z współtwórców niepodległej Polski po 1918 roku. Był również przedstawicielem Polski w trakcie obrad nad Traktatem Wersalskim, na którym wyłożył precyzyjnie dążenia naszego narodu. Jego imię nosi m.in. rondo w centrum Warszawy oraz pomnik ku jego czci.

nowawarszawa.pl

Dodano w Bez kategorii

Prezydent Andrzej Duda ratyfikował umowę polsko-amerykańską z 15. sierpnia. Umacnia ona dotychczasową współpracę wojskową pomiędzy naszymi krajami. Umowa gwarantuje amerykańskim żołnierzom pobyt w Polsce na koszt polskich podatników.

Podczas specjalnej ceremonii w Pałacu Prezydenckim Andrzej Duda podpisał wcześniejszej potwierdzona umowę z 15. sierpnia bieżącego roku, którą podpisał Minister Obrony Narodowej Mariusz Błaszczak i i Sekretarz Stanu Mike Pompeo. Jest to umowa zwiększająca zakres współpracy Polski i Stanów Zjednoczonych w ramach obronności sojuszniczej.

Zobacz także: Szymon Hołownia: Rząd lata jak kurczak bez głowy

“Stosunki polsko-amerykańskie datujemy na stulecia. Mamy wspólnych bohaterów, którzy walczyli o to, co nazywamy “wolnością naszą i waszą”. Polscy i Amerykańscy żołnierze ramię w ramię bronili wolności na świecie po 1989 r. Uważam, że przystąpienie Polski do NATO, było aktem dziejowej sprawiedliwości. Wszyscy, którzy znają się na polityce wiedzą, że skutek tej umowy jest nie tylko militarny. To przede wszystkim gwarancja bezpieczeństwa dla Polski i całej tej części Europy” – powiedział Prezydent Duda.

Zaznaczył swoje oczekiwania, iż ta umowa będzie kontynuowana wraz z administracją nowego prezydenta Stanów Zjednoczonych – “Ostatni okres w amerykańskiej polityce to gorący okres. Chciałbym, żeby ta umowa była symbolem relacji polsko-amerykańskich, które są niezależne od burz w bieżącej polityce. Wierzę, że nasze partnerstwo jest ponad politycznymi podziałami. Czekamy, aż nowy prezydent USA obejmie swój urząd i złoży przysięgę” – podkreślił.

W uroczystości o godz. 15 w Pałacu Prezydenckim wzięli udział także premier Mateusz Morawiecki, szef MON Mariusz Błaszczak, szef MSZ Zbigniew Rau, szef Sztabu Generalnego Wojska Polskiego gen. Rajmund Andrzejczak i ambasador USA w Polsce Georgette Mosbacher.

Amerykańscy żołnierze z darmowym pobytem

Nowa umowa zwiększy m.in. obecny personel amerykański w naszym państwie z 4,5 tysiąca o co najmniej kolejny tysiąc żołnierzy. W razie ewentualnego zagrożenia sankcjonuje ona przerzut dodatkowo 20 tysięcy żołnierzy ze Stanów Zjednoczonych.

Infrastrukturą potrzebną na zakwaterowanie kolejnych tysięcy żołnierzy zająć ma się polska strona. Na liście znajduje się, aż 11 obiektów wojskowych:  kompleks wojskowy w Poznaniu, poligon w Drawsku Pomorskim, Lotnisko Wrocław-Starachowice, bazę sił powietrznych w Łasku, kompleks wojskowy i bazę sił powietrznych w Powidzu, kompleks wojskowy w Lublińcu, poligon wojskowy w Żaganiu, kompleksy wojskowe w Toruniu i Skwierzynie, lotnisko Kraków-Balice, lotnisko w Pyrzowicach, lotnisko w Mirosławcu i bazę sił powietrznych w Dęblinie.

Według umowy Polska udostępnia Siłom Zbrojnym USA bez kosztów wynajmu lub podobnych kosztów uzgodnione obiekty i tereny, w tym użytkowane wspólnie przez wojska Polski i USA. Stany Zjednoczone poniosą swoją proporcjonalną część kosztów eksploatacji i utrzymania obiektów i terenów.

Polska, podobnie jak inne państwa, które goszczą u siebie wojska amerykańskie, zapewni bezpłatne zakwaterowanie, wyżywienie, corocznie określane ilości paliwa, a także wybrane elementy wsparcia w magazynowaniu sprzętu i uzbrojenia oraz obsłudze wykorzystywanej infrastruktury. Szacunkowy koszt tych działań dla wojsk USA stale obecnych w Polsce wyniesie około 500 mln zł rocznie.

onet/pap

Dodano w Bez kategorii

Ratusz miasta stołecznego nie poddaje się walce z patriotami i narodowcami. W najnowszym oświadczeniu ustami rzecznik Karoliny Gałęckiej chce zablokować przejazd kolumny samochodów i motocyklów. Jej zdaniem takie wydarzenie złamie przepisy ruchu drogowego, bez wcześniejszego powiadomienia władz miasta.

Ze względu na panujące obostrzenia oraz epidemię koronawirusa stowarzyszenie Marszu Niepodległości postanowiło zmienić jego tegoroczną formułę z pieszej na motoryzacyjną. 11 listopada ma przejechać wyjątkowo kolumna samochodów i motocykli odpowiednio udekorowanych w biało-czerwone flagi.

Rzecznik warszawskiego ratusza, Karolina Gałęcka wyjaśnia jednak w rozmowie z dziennikarzami, że takie zgromadzeni zostanie uznane za nielegalne przez złamanie prawa drogowego, związanego z brakiem pozwolenia władz miasta.

Zobacz także: Wirtualne targi dzieci. Pary homoseksualne odkupują potomstwo innych rodziców

“Natomiast w sytuacji, w której będzie zorganizowany przejazd samochodowy zajmujący jakiś teren, to zgodnie z przepisami organizator powinien mieć decyzję Biura Polityki Mobilności i Transportu – czyli organu, który zarządza ruchem w Warszawie – na wykorzystanie drogi w sposób szczególny. Procedura uzyskania zezwolenia na wykorzystanie drogi w sposób szczególny zajmuje do 30 dni – w tym momencie, nawet gdyby organizator złożył taki wniosek, to jest mało prawdopodobne, że do środy że wyrobi się ze wszystkimi niezbędnymi formalnościami” – wyjaśniła.

Należy przypomnieć, że w ubiegły piątek prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski ostatecznie zakazał Marszu Niepodległości w tym roku powołując sie na zagrożenie epidemiologiczne. Jednakże kilka dni wcześniej warszawki urzędnik, chętnie brał udział w strajkach kobiet, na których gromadziło się setki ludzi w sporym ścisku.

Wydając decyzję o zakazie Marszu Niepodległości, Trzaskowski powołał się na przepisy Prawa o zgromadzeniach, zgodnie z którymi organ gminy wydaje decyzję o zakazie zgromadzenia nie później niż na 96 godzin przed planowaną datą zgromadzenia, jeżeli jego odbycie może zagrażać życiu lub zdrowiu ludzi albo mieniu w znacznych rozmiarach. Zapis ten stosuje się również do zgromadzeń cyklicznych.

Marsz Niepodległości jest zarejestrowany jako zgromadzenie cykliczne od 2017 r., jednak obecne przepisy związane z epidemią zakazują organizacji zgromadzeń liczących więcej niż 5 osób. O powstrzymanie się od organizacji marszu apelował m.in. premier Mateusz Morawiecki.

interia/pap

Dodano w Bez kategorii

Od maja bieżącego roku trwa budowa nowych masztów oraz przystosowywanie obecnych do nowej generacji sieci 5G. Plus deklaruje, że ponad 10 milionów Polaków będzie miało do niej dostęp. Prace mają zakończyć się w 2021 roku, choć jeszcze do końca listopada dostęp do nowej sieci będzie miało 5 milionów osób.

Przedstawiciel jednej z największych sieci komórkowych w Polsce uruchomił w maju bieżącego roku pierwsze 100 stacji nadawczych w 7 miastach w Polsce, oferujących najszybsze łącze internetowe 5G. Plus oferuje 2600 MHz TDD, które pozwala uzyskać dostęp do szybkiego internetu w postaci 600 Mb/s. Zarząd firmy zadecydował po wcześniejszych testach oraz pozytywnych opiniach, poszyć ofertę rozbudowując kolejne stacje w naszym kraju.

“Oferujemy najszybszą sieć internetu 5G w Polsce. Zależy nam na tym, by w możliwie jak najkrótszym czasie, jak najwięcej Polaków otrzymało do niej dostęp. Podobnie jak 10 lat temu, kiedy jako pierwsi w Polsce wprowadzaliśmy LTE, tak teraz pierwsi chcemy dać milionom mieszkańców Polski prawdziwe 5G” – powiedział Jacek Felczykowski z zarządu Cyfrowego Polsatu i Polkomteli, operatora sieci Plus.

Zobacz także: Siły Kosmiczne przejmują wojskowe wahadłowce X-37B

Jak informuje popularny operator komórkowy do 2021 roku w Polsce ma zostać zamontowanych ponad 1700 stacji we wszystkich miastach wojewódzkich, a także w wielu innych miejscowościach. Docelowo mowa o 150 miastach w kraju.

Do końca listopada ma zostać zamontowanych około 700 stacji przesyłowych, które zapewnią nowoczesny i szybki internet 5G do blisko 5 milionów Polaków.

Do obecnej listy miast z 5G Plusa, czyli Warszawy, Łodzi, Gdańska, Katowic, Poznania, Szczecina i Wrocławia dołączą między innymi mieszkańcy aglomeracji śląskiej, Trójmiasta, Krakowa, Bydgoszczy, Częstochowy, Olsztyna, Kielc, Radomia, Torunia, Zielonej Góry, Opola, Gorzowa Wielkopolskiego i wielu innych.

W przyszłości wraz z rozwojem sieci 5G obecne wykorzystanie pasma 2600 MHz zapewni lepsze pokrycie zasięgowe niż w przypadku wykorzystania jedynie pasma 3400-3800 MHz i pozwoli zachować przewagę na kolejnych etapach budowy 5G związaną z możliwością łączenia pasm.

polsat.news

Dodano w Bez kategorii

/ fot. screen youtube

Prezes Ruchu Narodowego, Robert Winnicki powiedział w rozmowie dla “Radio Zet”, że organizatorzy Marszu Niepodległości ze względu na bezpieczeństwo i oskarżenia postanowiło zmienić tegoroczna formułę. Krytykował również rząd za brak konkretnej reformy ochrony zdrowia, która w czasie epidemii wykazuje oznaki systemowego załamania.

Poseł Konfederacji, Robert Winnicki w rozmowie z redaktor Beatą Lubecką wyjaśnił powody tegorocznej zmiany formuły Marszu Niepodległości przez jego organizatorów. Przypomnijmy, że stowarzyszenie postanowiło przeprowadzić zgromadzenie w postaci przejazdu samochodami i motocyklami przez trasę przemarszu.

“Nawet można było zorganizować zgromadzenie spontaniczne, ale w związku z tym, że pojawiłyby się oskarżenia o to, że rozsiewamy wirusa, dlatego taka decyzja zarządu stowarzyszenia” – podkreślił prezes Ruchu Narodowego.

Pytany o skalę zagrożenia zarażenia koronawirusem na większych zgromadzeniach, odpowiedział – “Pewnie jakiś niewielki wpływ może to mieć, ale wirus jest tak w skali kraju rozprzestrzeniony, że jedno czy drugie zgromadzenie teraz niewiele zmieni” – ocenił.

Zobacz także: Kosiniak: „Rząd zabija polską gospodarkę!”

Bardzo krytycznie ocenił również postawę prezydenta miasta stołecznego Rafała Trzaskowskiego stosującego podwójne standardy wobec patriotycznego zgromadzenia, które zakazał biorąc wcześniej bardzo ochoczo udział w strajkach kobiet.

Zaznaczył, że ciężko przewidzieć potencjalna liczbę osób decydujących się na tradycyjny, pieszy Marsz Niepodległości, mając do wyboru przejazd własnym samochodem lub motocyklem – “Ile osób zdecyduje się na formę zmotoryzowaną? Ciężko powiedzieć. To jest dla nas wielką zagadką” – powiedział.

Nie zrozumiałe ruchy polskiego rządu

Polityk stwierdził, że rząd nie wie jaką obrać strategię na walkę z epidemią koronawirusa. To stworzyło realne zagrożenie zapaści polskiego sytemu ochrony zdrowia, który nie był gotowy na taką sytuację – “To nie jest tylko kwestia niszczenia gospodarki, ale też zapaści systemu ochrony zdrowia. Rząd wysyła wszystkie służby, żeby pilnowały basenów, siłowni, restauracji, żeby się nie otwierały a powinien skoncentrować się na systemie ochrony zdrowia”.

“Wirus szerzy się non stop. To nie jest kwestia, że my zastosujemy teraz wariant chiński – zamkniemy kilkadziesiąt milionów ludzi w areszcie domowym i wyeliminujemy wirusa. Byłby to plan szalony do przeprowadzenia w Polsce” – wyraźnie zaznaczył wieloletni działacz narodowy.

https://twitter.com/Gosc_RadiaZET/status/1325728875700215810


Nowe amerykańskie rządy będą naciskać Polskę

Robert Winnicki odniósł się również do prezydenckich wyborów w Stanach Zjednoczonych, gdzie liderem obecnych przeliczeń głosów jest Joe Biden. Obecny prezydent Donald Trump nie składa broni choć ma coraz mniejsze szansę na reelekcję. Zamierza zaskarżyć niektóre komisje wyborcze o dorzucanie nielegalnych głosów. Sprawa najprawdopodobniej będzie miała swój koniec w Sądzie Najwyższym.

“Joe Biden to reprezentant głównie mainstreamu związanego z wielkim kapitałem, korporacjami, nacisk na Polskę nie ustanie. Jego wiceprezydent jest radykalnie lewicową działaczką. Możemy spodziewać się nowej ofensywy światopoglądowej na Polskę, nacisków światopoglądowych” – zauważył poseł Konfederacji.

Polityk skrytykował rząd za mocne przywiązanie do jednej strony politycznej w USA, nie mając w zanadrzu innej opcji do potencjalnych negocjacji – “Zbyt mocno związali się z Amerykanami przez ostatnie lata. Są bardzo podatni na wszelkie naciski. Z drugiej strony za bardzo związali się z samym Trumpem i obstawili tylko jednego konia w polityce amerykańskiej” – wyjaśniając, że to sprawi w przyszłości kłopoty rządowi oraz Polsce.

RadioZet


Dodano w Bez kategorii

– Rząd okłamywał nas wiosną, okłamywał latem, a teraz na szybko stara się jakoś pozbierać i lata jak kurczak bez głowy – mówił o sytuacji walki z pandemią w kraju lider ruchu Polska 2050 Szymon Hołownia. Jak podkreślił w programie “Graffiti” w Polsat News, “już dawno powinni wprowadzić stan klęski żywiołowej”.

– Dawno powinni wprowadzić stan klęski żywiołowej. To jest przewidziane w Konstytucji, żeby operować takimi sytuacjami, żeby wszystkie ograniczenia wolności obywatelskich nie były robione na ślinę i sznurek, i żeby można było rozliczać rząd – podkreślił.

Pytany przez Marcina Fijołka, co należałoby zrobić w obecnej sytuacji, Hołownia mówił: – Nie namawiam do zamknięcia kościołów, ale dlaczego tam może być jedna osoba na 15 metrów kwadratowych, a w galeriach, kinach i teatrach nie? To też są miejsca pracy – dodał.

– Nie wiem, czy stać nas na kompletny lockdown, ale stać nas na dobre zarządzanie tym kryzysem – stwierdził lider ruchu Polska 2050.

Na pytanie o marsze na ulicach m.in. strajku kobiet czy Marsz Niepodległości, Hołownia odpowiedział: – Fatalny pomysł, żeby w czasie epidemii podpuszczać ludzi, szczuć na siebie i podpalać Polskę odgrzewając spór światopoglądowy. To jest jakaś psychoza polityczna, jakieś rojenia, które siedzą w głowie człowieka, który myśli, że Polska jest jego własnością. To nie protestujący są winni, że protestują, tylko Jarosław Kaczyński, bo ludzie wyszli na ulicę bronić swojej wolności – podkreślił.

Przyznał jednak, że w tym tygodniu powstrzymuje się od uczestniczenia w demonstracjach, choć w ubiegłym tygodniu brał w nich udział.

“Niech PiS specjalizuje się w gangsterce politycznej”

Pytany o jego wypowiedź z 2013 r., w której stwierdził, że jako poseł podpisałby się pod projektem ograniczającym aborcję ze względów tzw. eugenicznych, Hołownia odpowiedział: – Po siedmiu latach nie zmieniwszy poglądów, ale zmieniwszy perspektywę uważam, że nie należałoby zmieniać ustawy z 1993 roku. Nie ma do tego warunków społecznych – zaznaczył.

Dopytywany, czy teraz opowiedziałby się za zaostrzeniem ustawy aborcyjnej, były kandydat na prezydenta powiedział: – Wszystko zależy od tego, jakie prawo będzie na stole i czy będzie podjęta dyskusja z kobietami i środowiskami, których to dotyczy.

Według Hołowni “niepublikowanie wyroku TK jest najgorszym możliwym rozwiązaniem, bo stajemy się Beatą Szydło, tylko mając słuszne intencje”. – Nie powinniśmy o takich rozwiązaniach myśleć. Niech PiS się specjalizuje w gangsterce politycznej – podkreślił.

Jego zdaniem ustawa zaproponowana przez prezydenta “jest niedoskonała”. – Prezydent bardzo diametralnie zmienił zdanie. Ta ustawa jest bublem prawnym w tej sytuacji i należałoby ją bardzo przedyskutować, ale uważam, że to nie jest na to czas – mówił Hołownia.

– Teraz w panelu obywatelskim, w oparciu o Senat, rzecznika praw obywatelskich, organizacje pozarządowe powinniśmy napisać pytania do referendum i za jakiś czas, w ciszy kabiny referendalnej, każdy rozważając to w swoim sumieniu powinien zagłosować – dodał.

Źródło: interia.pl

Dodano w Bez kategorii

Od kilku dni media informują o niewystarczającej liczbie tlenu dla pacjentów zakażonych koronawirusem w Kraśniku czy Warszawie. Według ustaleń RMF FM z tego powodu w każdym województwie powołany został specjalny koordynator, który będzie nadzorował dystrybucję dostaw tlenu do szpitali. Z czego wynikają problemy z dostępnością tlenu dla chorych?

Z powodu epidemii koronawirusa w Polsce zużycie tlenu przez pacjentów szpitali wzrosło o kilka tysięcy procent, w porównaniu do czasów sprzed pandemii. Problemy z dostępnością pojawiają się już w wielu miejscach kraju. Takie sytuacje miały ostatnio miejsce m.in. w Kraśniku.

Brakuje tlenu w szpitalach i karetkach

Jak informuje “Dziennik Wschodni”, z powodu niewystraczających zapasów tlenu niektórzy zakażeni koronawirusem musieli zostać przetransportowani ze szpitala w Kraśniku do placówek w Lublinie i Łęcznej. Dyrektor SP ZOZ w Kraśniku dodał, że z tego powodu wstrzymano również przyjęcia pacjentów, którzy potencjalnie mogą wymagać tlenoterapii, żeby dodatkowo nie zwiększać zapotrzebowania. – Dzienne dostawy to około 50 butli, niestety są niewystarczające. Dostawcy nie są w stanie zrealizować zamówień w całości – powiedział Michał Jedliński. Tlenu brakuje też w szpitalach i w pogotowiach ratunkowych w Mielcu w województwie podkarpackim, Łodzi czy w Warszawie.

Szpitale informują, że popyt na tlen jest średnio o 25-35 proc. większy niż możliwości tych placówek. Tlen potrzebny jest nie tylko dla pacjentów, którzy są podłączeni do respiratorów, ponieważ nawet przy łagodniejszym przebiegu COVID-19 niektórzy chorzy muszą być wspomagani. Do tego dochodzą także pacjenci z innymi chorobami, dla których również musi wystarczyć zasobów.

Według nieoficjalnych ustaleń RMF FM w każdym województwie powołany zostanie koordynator do spraw dystrybucji dostaw tlenu. Dodatkowo Urząd Rejestracji Produktów leczniczych ma uprościć rejestrację zbiorników do przechowywania gazu. Agencja Rezerw Materiałowych zapewnia, że będzie udostępniała butle z tlenem szpitalom poprzez wojewódzkich koordynatorów, a zasoby będą trafiały w pierwszej kolejności do placówek, gdzie sytuacja jest krytyczna.

“Tlenu nie brak, najwyżej będzie bez atestu”. Problematyczna również infrastruktura starych szpitali 

“Dziennik Gazeta Prawna” dodaje, że problemem nie jest sam gaz, ponieważ firmy dostarczające tlen medyczny już teraz zwiększyły jego produkcję. Są nim jednak butle, których liczba jest niewystarczająca oraz sam proces ich napełnienia, którego nie da się przyspieszyć. Dodatkowo butla z tlenem, zanim zostanie zakwalifikowana jako wyposażenie medyczne, musi przejść długotrwały proces certyfikacji. Według informatorów “DGP” rząd rozważa dodatkowe wsparcie dla producentów np. poprzez pozyskiwanie dodatkowych urządzeń, przyspieszenie procesu certyfikacji czy uproszczenie przepisów. Miały pojawić się także pomysły, by w awaryjnych sytuacjach wykorzystywać tlen do zastosowań przemysłowych np. spawania. – Tlenu nie brak, najwyżej będzie bez atestu – mówi rozmówca dziennika.

Niestety poza trudnościami z dostawą gazu kolejnym problemem, na które wskazuje Ministerstwo Zdrowia, jest infrastruktura części szpitali. – Zdarza się też czasem tak, że przy dużym obłożeniu infrastruktury tlenowej i dużej liczbie respiratorów pojawiają się problemy ze starą instalacją elektryczną. Były przypadki, kiedy przy nowej instalacji tlenowej padała cała elektryczna. Takie lokalne problemy mogą występować, a niektóre stare szpitale nie mogą prowadzić tlenoterapii na centralnej instalacji – zauważa wiceminister resortu Sławomir Gadomski.

Źródło: gazeta.pl, rmf fm

Dodano w Bez kategorii

Zmiany w podstawie programowej będą możliwe najpewniej dopiero od przyszłego roku. Dlatego wraca pomysł likwidacji egzaminu ósmoklasisty, ale nie budzi to w MEN entuzjazmu.

W Ministerstwie Edukacji Narodowej powstał zespół do opracowania nowej podstawy programowej. Nie zaproszono do niego ani Związku Nauczycielstwa Polskiego, ani największej organizacji zrzeszającej kadrę kierowniczą ‒ Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Kadry Kierowniczej Oświaty (OSKKO). Dyrektorzy i nauczyciele obawiają się o jakość tworzonego dokumentu oraz że decyzje dotyczące egzaminów będą zapadać w ostatniej chwili i uczniowie nie będą do nich przygotowani.

Jak odchudzać?

– Tak, jak długo nie wiedzieliśmy, kto pracował nad podstawą przy okazji likwidowania gimnazjów, tak i teraz nie mamy wiedzy, kto, z kim i co konsultuje – mówi Marek Krukowski, dyrektor szkoły podstawowej w Lublinie. – Na razie pojawiają się wypowiedzi medialne, które są źródłem naszych domysłów. Nie wiemy, jak MEN chce odchudzać program. Czy zawęzi listę lektur, na podstawie których zdaje się potem egzamin? Co z matematyką? Tu rezygnacja z jednego działu zamyka drogę do poznawania kolejnego.

‒ Potrzebujemy szybkich działań MEN– wtóruje Dariusz Zalewski, dyrektor podstawówki w Kartuzach. Zwraca uwagę, że najcięższa jest sytuacja klas siódmych i ósmych, do których wtłoczono w dużej mierze program gimnazjalny. ‒ W statystykach zbieranych wiosną pytano dyrektorów, czy odbywa się kształcenie zdalne. 98 proc. odpowiedziało, że tak. Ale ani MEN, ani kuratoria nie pytały o jakość, która była bardzo niezadowalająca.

‒ Od kilku już lat wiadomo, że program jest przeładowany, nastawiony na wkuwanie treści i rozliczanie potem z nich uczniów – uważa Marek Pleśniar, dyrektor OSKKO. I tłumaczy, że program nowoczesnej szkoły, o której się tak dużo mówi, powinien uczyć współpracy, wzajemnego zaufania, działania w grupie. ‒ Ważne jest też nauka korzystania ze współczesnych metod komunikacji, wyszukiwania w nich prawdy, rozpoznawania fałszu – wylicza Marek Pleśniar. Jego zdaniem w nowym programie nauczania więcej swobody powinno się też zostawić nauczycielom.

To, że obecny program nie przystaje do współczesnego świata, jest zresztą powszechnym przekonaniem. ‒ Dzieci muszą nabywać umiejętności analityczne, umieć docierać do źródeł, z których mogą czerpać wiedzę potrzebną w danym momencie – zaznacza Ryszard Sikora, dyrektor Szkoły Podstawowej nr 36 w Krakowie.

Zdaniem nauczycieli wraz z nową podstawą programową powinno się też wrócić do jej tworzenia nie w podziale na klasy, ale etapy nauczania. Dzięki temu to, czego nie uda się zrobić w jednym roku, będzie można nadrobić w kolejnym.

Czas ucieka

Pytani przez nas eksperci zgodnie przyznają, że rzetelne opracowywanie nowej podstawy potrwa co najmniej do wiosny i jej wejście w życie jest możliwe najwcześniej od nowego roku szkolnego. – Dlatego nie rozumiem, dlaczego MEN nie ruszył z pracami wcześniej – mówi Monika Marciniak, dyrektor szkoły podstawowej w Białej. – Już teraz, nie czekając na decyzję resortu, musimy dokonywać wyborów, czego uczymy, a co odsuwamy na potem. Na przykład jako nauczyciel matematyki mam problemy z tłumaczeniem uczniom geometrii przestrzennej. W klasie można było pokazać, a teraz? Nawet nauka posługiwania się cyrklem wymaga obecności nauczyciela, bo gros dzieci zatacza koło nie przyrządem, tylko obracając zeszytem.

‒ Obecnego materiału nie da się przerobić w całości w ramach zdalnego nauczania. Szczególnie że w Polsce ono wciąż szwankuje – uważa Ryszard Sikora. A to oznacza, że trzeba zastanowić się nad egzaminem ósmoklasistów ‒ już teraz, a nie na miesiąc przed. ‒ Powinny zostać opracowane wytyczne, jaki dokładnie materiał będzie na nim wymagany.

Wielu nauczycieli i dyrektorów, z którymi rozmawialiśmy, idzie dalej, uważając, że konsekwencją odchudzenia podstawy powinno być odwołanie tego egzaminu, który i tak nie dostarcza wiedzy o uczniu. ‒ Doprowadził do tego, że uczyliśmy dzieci pod testy, zamiast przekazywać wiedzę – komentuje jeden z naszych rozmówców. OSKKO też jest za zniesieniem egzaminu i wprowadzeniem rekrutacji np. na podstawie wyniku ze świadectwa.

Wydawnictwa liczą koszty

Wydawcy podręczników nie kryją niepokoju. ‒ Jako członek Sekcji Wydawców Edukacyjnych Polskiej Izby Książki wiemy, że oficjalna prośba o spotkanie z panem ministrem została skierowana. Jeśli zmiany w zakresie podstaw są planowane, to takie konsultacje powinny rozpocząć się jak najszybciej – mówi Agnieszka von Mallek z wydawnictwa Nowa Era. Przypomina, że zgodnie z art. 22ab ust. 4 ustawy o systemie oświaty, określającej harmonogram wdrażania reformy, nauczyciel, który w tym roku dokonał zmiany wyboru podręcznika, kolejnej zmiany będzie mógł dokonać za trzy lata. Dotyczy to zarówno szkół podstawowych, jak i ponadpodstawowych.

Wtóruje jej Paweł Mazur z Gdańskiego Wydawnictwa Oświatowego. ‒ Żadnych sygnałów z ministerstwa o chęci prowadzenia rozmów nie otrzymaliśmy – mówi. Ocenia, że rzetelne przygotowanie podstawy programowej to kwestia wielu miesięcy.

Zwraca też uwagę na koszty. ‒ W szkołach średnich nie ma ministerialnych dotacji na podręczniki, ale szkoła podstawowa z nich korzysta. W tym roku zaczął się kolejny cykl dotacyjny, który kończy się dopiero w 2023 r. Wprowadzenie przed tym terminem kolejnego podręcznika do szkół nadwyrężyłoby budżet państwa ‒ dodaje. Wylicza również, że zmian w ostatnich latach było niemało. Między innymi w 2017 r., w związku z likwidacją gimnazjów, zaczęły obowiązywać nowe podstawy dla klas 4 i 7, a w kolejnych latach – dla klas 5, 6 i 8. W 2018 r. natomiast zmieniła się podstawa do szkoły średniej.

Zespoły pracują?

MEN pytane o konkrety i terminy od wielu dni milczy. – Bo na razie nie ma dużo do powiedzenia – mówi nasze źródło w resorcie. Nieoficjalnie dowiadujemy się, że prace nie posuwają się w imponującym tempie. Tym bardziej że jedną z pierwszych decyzji Przemysława Czarnka na stanowisku szefa resortu było odwołanie dyrektor odpowiedzialnej właśnie za podstawę programową i podręczniki.

W rozmowie z DGP minister mówi jednak, że powołał zespoły, które pracują nad odchudzeniem podstawy przedmiotów egzaminacyjnych. Zmiany mają dotyczyć wybranych zagadnień, które mogą pojawić się na sprawdzianie kończącym szkołę, co oznaczałoby, że mimo apeli nauczycieli i dyrektorów o rezygnacji z egzaminu na razie nie ma mowy.

Źródło: dziennik.pl

Dodano w Bez kategorii