Piotr Barełkowski i Robert Bąkiewicz / zdjęcie: zrzut ekranowy YT

Media Roberta Bąkiewicza i Piotra Barełkowskiego likwidują redakcję portalu TVMN.pl. 31 lipca ukazały się ostatnie artykuły na portalu należącym do spółki Telewizja Media Narodowe.

Jak donosi portal Wirtualne Media spółka Telewizja Media Narodowe zrobiła cięcia. Pod topór poszła redakcja portalu. Ostatnie artykuły ukazały się na portalu 31 lipca. Z początkiem sierpnia wchodząc na portal (tvmn.pl) następuje przekierowanie na podstronę TV (tvmn.pl/tv). Czyli na kanał telewizyjny TVMN.

Zapytany o sytuację w TVMN obecny prezes spółki, Piotr Barełkowski, powiedział:
– Jesteśmy w fazie reorganizacji, która znacząco zwiększy rentowność stacji a stawiamy na streaming kosztem treści na portalu, gdyż to sygnał TVMN w necie przynosi największe przychody i poważną widownię. Moim zadaniem, jako właściciela stacji jest racjonalizowanie kosztów

Sytuacja finansowa spółki jest wyraźnie kiepska. Stacja, wg samego Barełkowskiego, na utrzymanie potrzebuje miesięcznie 100 tys. zł. Apele o wsparcie stacji nie przyniosły wielkiego efektu. Jak zauważają Wirtualne Media od początku roku, czyli przez 7 miesięcy, na Zrzutce udało się zebrać na TVMN raptem niecałe 7,5 tys. zł. Jeszcze gorzej wygląda zbiórka na film o Jarosławie Kaczyńskim, na który TVMN zebrał raptem 1369 zł z zakładanych 150 000 zł.

https://twitter.com/WasiukiewiczJ/status/1821128269036474845

O kiepskiej sytuacji finansowej Barełkowski mówił już wcześniej w rozmowie z Wirtualnymi Mediami:
– Z powodów ekonomicznych wypowiedzieliśmy umowę z MWE, będąc pod presją polityczną nie byliśmy w stanie opłacać kosztów emisji naziemnej z wpłat widzów.

Przyszłość stacji nie rysuje się również w kolorach, bo jak zauważają Wirtualne Media z końcem września zostaną zamknięte dwa eksperymentalne mulitipleksy dzięki którym TVMN mógł docierać do widzów w Warszawie i Gdańsku. W związku z tym TVMN zostanie więc emisja za pośrednictwem mniejszych sieci kablowych, własnej strony i aplikacji na Smart TV.

Jeżeli chodzi o stronę internetową to tutaj raczej spółka nie może spodziewać się sukcesów. Oglądalność strony wg Similar Web wynosi niecałe 80 tys. wizyt w okresie ostatnich 28 dni. Dla porównania w tym samym okresie strona portalu Niezalezna.pl zanotowała 19 mln wizyt, a wPolityce.pl 17,5 mln. To jest więc medialna przepaść i widać, że media Bąkiewicza i Barełkowskiego nie mają czego szukać na rynku mając po prawej stronie tak silną konkurencję.

Wygląda więc na to, że powoli zbliża się kres przygody Roberta Bąkiewicza z robieniem własnych mediów. Interes był dochodowy dopóki przy władzy było Prawo i Sprawiedliwość oraz Suwerenna Polska. Wówczas, założona na początku 2023 roku, spółka Telewizja Media Narodowe mogła zapisać po stronie aktywów spore wzrosty. To się jednak skończyło wraz ze zmianą władzy.

Źródło: Wirtualne Media

Sławomir Mentzen i Krzysztof Stanowski / zdjęcie: mat. pras. Konfederacji i zrzut ekranowy YT/Kanał Zero

Sławomir Mentzen na serwisie X ostro skomentował to co się wydarzyło w związku z prowokacją Stanowskiego wobec Zbigniewa Stonogi.

Krzysztof Stanowski postanowił odpowiedzieć na apele Zbigniewa Stonogi, który szukał na niego i jego Kanał Zero jakichś haków. Stanowski mu te “haki” sam podrzucił, a Stonoga, nieświadomy prowokacji wypuścił w świat nagranie przygotowane przez zespół Kanału Zero z inscenizowanego kolegium redakcyjnego. Na owym “kolegium” Stanowski mówił, że tematu Zbigniewa Ziobry i Funduszu Sprawiedliwości nie ruszają. Nagranie zostało “sprzedane” Stonodze jako zapis kolegium z maja, chociaż są na nim “podpowiedzi”, że nie jest nagraniem majowego kolegium, gdyż redaktorzy omawiają sprawę jednego wydarzenia, które wydarzyło się znacznie później. Stonoga tego nie sprawdził i wypuścił materiał natychmiast po jego otrzymaniu.

Nie sprawdziło tego również wielu dziennikarzy, którzy po publikacji Stonogi, zaatakowali Stanowskiego. I właśnie ta reakcja wielu dziennikarzy, komentatorów stała się pretekstem dla Sławomira Mentzena do ostrego komentarza pod adresem dziennikarzy:

Akcja Stanowskiego po raz kolejny pokazała, że dziennikarze są zawodem skazanym na wymarcie. Potwierdza też tezę Roberta Mazurka, że od dziennikarzy głupsi są tylko aktorzy.

Do czego was potrzebujemy? Co takiego robicie, czego nie robią inni ludzie na Twitterze? Wasza aktywność tu nie różni się niczym od aktywności zwykłych użytkowników. A jeśli się różni, to na minus. Jesteście jeszcze bardziej zacietrzewieni. I jedni i drudzy. Zachowujecie się jak żołnierze swoich partii, a nie jak niezależni komentatorzy.

Dziennikarze stają się tak potrzebni jak dorożkarze czy kataryniarze. Ludzie was nie potrzebują, bo nie wnosicie żadnej wartości dodanej do ich życia. Po co im płatni propagandyści? Ani ci robiący propagandę partiom, ani ci pracujący dla korporacji nic pozytywnego nam nie dają. Czemu miałbym cenić kogoś, kto żyje z wprowadzania w błąd ludzi?

Politycy też was nie potrzebują. W dobie mediów społecznościowych każdy może komunikować się ze swoimi odbiorcami bez waszego pośrednictwa. Po co komu pośrednik, który skupi się na tym, żeby zmanipulować, zamazać i zaciemnić przekaz?

Dzięki temu, że Elon Musk przejął Twittera i uratował wolność słowa w Internecie, każdy może pisać co uważa za słuszne i każdy może też sam ocenić, jaki poziom prezentują dziennikarze.

I coraz więcej ludzi widzi, że ten poziom jest absolutnie beznadziejny. Co oczywiście bardzo mnie cieszy.

Robert Bąkiewicz i Tomasz Sakiewicz / zdjęcie: zrzut ekranowy YT

Robert Bąkiewicz liczył na to – w związku z tym, że 1 sierpnia obchodziliśmy 80. rocznicę Powstania Warszawskiego – że uda mu się spokojnie zebrać na organizację Marszu Powstania Warszawskiego wystarczającą kwotę. Jak się okazało mocno się przeliczył.

Marsz Powstania Warszawskiego to wydarzenie, które powstało z inicjatywy Obozu Narodowo-Radykalnego. Robert Bąkiewicz nie był nie tylko pomysłodawcą tego wydarzenia, ale nie był nawet członkiem ONR, kiedy pierwsze Marsze Powstania Warszawskiego szły ulicami Warszawy. Początkowo zupełnie innymi trasami niż obecnie.

Bąkiewiczowi udało się jednak przejąć to wydarzenie (w bardzo podobny sposób chciał przejąć organizację Marszu Niepodległości) i od kilku lat organizatorem Marszu Powstania Warszawskiego jest kilkuosobowe stowarzyszenie Roty, którego prezesem jest Bąkiewicz.

Samo wydarzenie składa się z dwóch części, manifestacji, która startuje z Ronda Dmowskiego oraz występów artystów na zakończenie Marszu Powstania Warszawskiego, które mają miejsce pod Pomnikiem Powstania Warszawskiego. I właśnie organizacji tych występów Robert Bąkiewicz nie podołał.

Na to wydarzenie zabrakło mu 35 tysięcy. Na tyle bowiem wycenił postawienie sceny i nagłośnienia oraz wynagrodzenia dla artystów, o czym informował w mejlingu. W tych samych mejlingach jeszcze na dzień przed Marszem Powstania Warszawskiego alarmował, że ciągle brakuje na organizację wydarzenia 50 tys. zł. Na uruchomionej zrzutce Bąkiewiczowi udało się zebrać do tej pory trochę ponad 12 tys. zł. Tymczasem celem zbiórki było 50 tys. zł.

Tymczasem tuż po Marszu Powstania Warszawskiego w kolejnym mejlingu Robert Bąkiewicz ogłosił sukces, “wspaniałe zwycięstwo” sugerując poniekąd, że udało mu się zebrać potrzebne na organizację całego wydarzenia środki: Przede wszystkim należy tu wspomnieć o ogromnych kłopotach z zebraniem środków finansowych koniecznych do przeprowadzenia Marszu. Do ostatniej chwili nie wiedziałem, czy będziemy mieli potrzebną kwotę.

Wszystko wskazuje, że do ostatniej chwili nie udało się zebrać potrzebnej kwoty i organizację koncertu Bąkiewicz musiał oddać komuś innemu. Tym zajęła się telewizja Tomasza Sakiewicza, czyli Republika. Bąkiewicz nie miał już żadnego wpływu na to jak będzie wyglądało to wydarzenie. Występy prowadzili dziennikarze TV Republika, również doboru artystów dokonano w siedzibie stacji. Bąkiewicza wpuszczono na chwilę na scenę po 1,5 godziny trwania koncertu, ale jego krótkie podziękowanie uczestnikom Marszu poprzedziło złożenie wieńca pod Pomnikiem Powstania Warszawskiego przez… Antoniego Macierewicza.

Oficjalnie, jak podała Telewizja Republika, organizatorem koncertu była TV Republika i Kluby Gazety Polskiej. A cały koncert był transmitowany przez tą telewizję.

Janusz Korwin-Mikke / zdjęcie: zrzut ekranowy YT/Goniec

Jak donosi Rzeczpospolita Janusz Korwin-Mikke złożył zawiadomienie do sądu domagając się ustanowienia kuratora na Konfederacją.

Według Janusza Korwin-Mikkego do 25 lipca partia powinna zwołać kongres i wybrać nowego władze. Do tej pory jednak tego Konfederacja nie zrobiła. Zgodnie ze statutem Konfederacji kadencja władz trwa 5 lat. Ta kadencja według Korwin-Mikkego skończyła się 25 lipca, ponieważ tego dnia minęło 5 lat od ustanowienia obecnego zarządu partii. Dla Janusza Korwin-Mikkego obecne władze są więc nielegalne i dlatego złożył on w sądzie okręgowym wniosek o ustanowienie kuratora dla Konfederacji.

Jak się okazuje nie tylko on jeden. Podobne wnioski mieli złożyć Samuela Torkowska, Piotr Sterkowski i Tomasz Kwiatkowski.

Na artykuł Rzeczpospolitej zareagował Michał Wawer, wiceprzewodniczący Klubu Parlamentarnego Konfederacji, który na serwisie X zamieścił kilka swoich uwag odnośnie tez postawionych w artykule.

Kilka uwag w nawiązaniu do dzisiejszej publikacji Rzeczpospolitej:

1. Władze Konfederacji działają legalnie i będą działać dalej do czasu zwołania przez Radę Liderów pierwszego Kongresu Konfederacji.

2. W razie potrzeby będziemy współpracować z sądem i udzielać wszelkich niezbędnych wyjaśnień. Gdyby sąd postanowił na przykład wyznaczyć termin na zwołanie pierwszego Kongresu, to oczywiście po prostu zwołamy i przeprowadzimy Kongres. Nikt w Konfederacji się tego nie boi – nawet ci, którzy powinni.

3. Powód niezwoływania Kongresu w ostatnich miesiącach jest oczywisty – znajdujemy się w środku cyklu wyborczego, a przed nami jeszcze jedna, bardzo istotna kampania wyborcza.

4. Każdy obywatel ma naturalnie prawo w każdej chwili złożyć do sądu wniosek o cokolwiek, nawet o ustanowienie kuratora dla partii politycznej. Nie oznacza to jeszcze, że taki wniosek zostanie przez sąd uwzględniony.

Źródło: RP.pl

Krzysztof Bosak / zdjęcie: Materiały prasowe Konfederacji

Krzysztof Bosak skomentował na serwisie X wypowiedź Sławomira Mentzena w rozmowie z Łukaszem Warzechą na temat imigracji.

Prezes Sławomir Mentzen tłumaczy dlaczego w kwestiach polityki imigracyjnej przeszedł na bardziej narodowe i zarazem proeuropejskie poglądy. Do tego co powiedział dodałbym jeszcze coś więcej: nie tylko wzrost poziomu przestępczości jest kosztem społecznym w przypadku masowej imigracji. Sama dezintegracja kulturowa społeczeństw i osłabienie pozycji własnego narodu we własnym państwie jest także kosztem i to na kilka sposobów.

Dezintegracja kulturowa, zwana przez lewicę i jej liberalnych satelitów „różnorodnością”, oznacza zmuszenie ludzi na bardzo różnym poziomie rozwoju cywilizacyjnego do przebywania ze sobą, co jest udręką dla reprezentujących wyższy poziom cywilizacyjny. Oznacza także utrudnioną komunikację na co dzień, ze względu na różnice językowe i różne kody kulturowe oraz różne normy zachowań. To co z perspektywy publicystycznej i akademickiej wydaje się ciekawym eksperymentem to w codziennym życiu jest co najmniej uciążliwe.

https://twitter.com/krzysztofbosak/status/1820526025500954760

Gdyby tak nie było to w nauce o zarządzaniu nie byłoby osobnej dyscypliny poświęconej różnicom kulturowym i wyzwaniom z nich wynikającym, a wiodący pracodawcy na rynku nie sięgaliby po dość podobne do siebie kadry po kilku najlepszych szkołach wyższych w danej dyscyplinie. Gdyby tak nie było to w wielonarodowościowych społeczeństwach nie wykształcałyby się dzielnice zdominowane przez określone grupy etniczne, a te grupy z kolei nie wykształcałyby równoległego życia społecznego. Tak się jednak dzieje bo tworzenie trwałych więzi społecznych z ludźmi podobnymi sobie jest prostsze, a więzi te są statystycznie trwalsze i stabilniejsze. Nie znaczy to że nie ma wyjątków, ale chodzi o generalne reguły.

Także w sytuacjach konfliktowych ludzie podobni sobie mają tendencję do stawania po swojej stronie. W ten sposób powstają i samoczynnie pogłębiają się podziały społeczne. Podziały, które ze względów moralnych i politycznych należy przekraczać, ale co do których nie można być naiwnym — które nie znikną i które mają i będą miały wielorakie i doniosłe konwencje, niezależnie jak duży wysiłek zostanie włożony w ich przekraczanie. Wśród tych konsekwencji jest między innymi schodzenie z pozycji narodu-gospodarza do pozycji mniejszości narodowej w określonych miejscach własnego kraju — na osiedlach, w dzielnicach, w miastach, w grupach zawodowych, w szkołach etc. Nie oszukujmy się: bycie mniejszością nie jest niczym fajnym.

Dobrowolne schodzenie z pozycji gospodarza na pozycje mniejszościowe, choćby w konkretnych enklawach, jest rodzajem autodestrukcji własnej pozycji politycznej.

Do tego warto dodać, że w demokracji nawet znaczące, wyraźnie skrystalizowane mniejszości potrafią rozstrzygać o władzy, więc duża masa imigrantów z nadanym obywatelstwem może wpływać na wyłanianie władzy na długo nim zbliży się do statusu większości w danej jednostce administracji. Słyszałem o tym od kolegów samorządowców, którzy mają u siebie mniejszości. Bez wejścia w sojusz z nimi niezwykle trudno jest wygrać.

Doświadczaliśmy tego zresztą przecież przed wojną i doświadczają tego coraz częściej narody zachodnie, w których są systemy dwupartyjne czy gdzie wykształcają się dwa duże bloki. Wówczas od głosów mniejszości zależy wynik. I jest to kolejny argument za tym że także z demokratycznej perspektywy społeczeństwo bardziej spójne cywilizacyjnie i narodowo, złożone w możliwie wysokim stopniu z ludzi podobnych sobie, jest korzystniejsze i lepsze. Bo nie tworzy okazji do spolityzowania podziałów narodowych i kulturowych, na czym korzysta z reguły lewica. Przedstawianie wielokulturowości czy wielonarodowości jako politycznego celu czy ideału to polityczna aberracja.

Na koniec warto dodać że owszem, imigracja może mieć także pozytywne efekty, ale wówczas gdy nie jest masowa, gdy jest mądrze dobrana i dopuszczana warunkowo. Tylko wówczas jest szansa, że wniesie ona coś nowego i wartościowego do życia. Nie w skali jednostek (bo pozytywne przykłady da się znaleźć zawsze), ale w skali całego społeczeństwa. To tyle tytułem uzupełnienia.

Joe Biden / zrzut ekranowy YT

Krystian Kamiński:

Prezydent USA ogłosił rezygnację z ubiegania się o reelekcję. Po nieudanej debacie i licznych wpadkach prawdopodobieństwo takiego ruchu wzrosło radykalnie, tym bardziej gdy pojawiało się coraz więcej sygnałów o zwracaniu się elity Partii Demokratycznej przeciw jego kandydaturze. W tym tekście przyjrzymy się spuściźnie polityki zagranicznej Joe Bidena.

Joe Biden swoją prezydenturę rozpoczął od hasła „America is back”, choć prostego powrotu do beztroskiego hegemonizmu postzimnowojennego nie był już możliwy z powodu zmiany globalnego układu sił. Wycofanie się z Afganistanu w pierwszym roku prezydentury zapowiadało odwrót od najdalej idących ambicji ideologicznych liberalnego interwencjonizmu, „koniec ery wielkich operacji militarnych na rzecz przerabiania innych państw” – jak powiedział w sierpniu 2021 r. sam Biden. Warto przypomnieć, że jeszcze jako senator, w 1975 r. głosował przeciw dodatkowemu wsparciu dla Wietnamu Południowego w obliczu finalnej ofensywy Północy, która miała zmieść reżim w Sajgonie niemal tak błyskawicznie jak talibowie zmietli protegowane przez Amerykanów władze Afganistanu w lecie 2021 r. Biden głosował nawet przeciwko atakowi na Irak w 1991 r. Jest to znaczące, biorąc pod uwagę, że George Bush senior w warunku krachu Związku Radzieckiego otrzymał wówczas poparcie większości świata (w tym ZSRR po rządami Gorbaczowa) i rezolucję Rady Bezpieczeństwa ONZ jako podstawę formalną.

Jednak i tego „gołębia” uniósł wiatr triumfalizmu postzimnowojennego – Biden gorąco popierał ataki na Serbów w Bośni w 1995 r. i atak na Jugosławię w 1999 r., czyli w praktyce oderwanie Kosowa, Był to pierwszy przypadek zbrojnego wymuszenia zmiany granic w Europie, biorąc pod uwagę, że większość państw Unii Europejskiej i NATO, w tym oczywiście USA uznała państwowość Republiki Kosowa, niemal natychmiast po jednostronnym ogłoszeniu niepodległości przez jej włade. Już wtedy została otwarta nowa runda terytorialnych rewizji na kontynencie, która w lutym 2022 r. „wybuchła nam w twarz” wojną na Ukrainie.

Biden poparł nie tylko atak na Afganistan, ale chyba największy błąd amerykańskiej polityki zagranicznej ery postzimnowojennej – zniszczenie państwa irackiego w 2003 r. i próby liberalnego „nation building” w tym kraju, co otworzyło pole do działań Iranowi. Biden już w 2006 r. szukał wyjścia z Iraku, jednak z iście kolonialną manierą – poprzez koncept przekształcenia kraju w federację regionów etno-religijnych, co przywodziło na myśl umowę Sykes-Picot, będącą… źródłem problemów współczesnego Bliskiego Wschodu. Później Biden opowiadał się przeciw zwiększaniu kontyngentu amerykańskich sił w Iraku w latach 2009-2011. Miał rację. Barack Obama na koniec tegoż okresu ogłaszał zakończenie zbrojnej operacji w Iraku (w praktyce pewne oddziały USA pozostają do dziś), nie osiągając żadnego wyraźnego politycznego celu. Biden miał również zgłaszać zastrzeżenia co do ataku na Libię w 2011 r.

Z tego bardzo pobieżnego opisu jego biografii na płaszczyźnie polityki międzynarodowej wyłania się sylwetka polityka elastycznego, którego elastyczność posunięta jest do chwiejności. Prezydentura upływała właśnie na zygzaku między opcją obrony globalnej hegemonii, wciąż mającej poparcie sporej części amerykańskiej elity, a priorytetyzacją zaangażowania (głównie kosztem Bliskiego Wschodu), wobec coraz większego braku sił i środków,.

Bliski Wschód
Choć Stany Zjednoczone utrzymały reżim sankcyjny wobec Syrii, to nie wszczęły kolejnej rundy masowego wsparcia dla zbrojnych ugrupowań antyrządowych, jakie zapewniał Obama. Biden był również jednym z bardziej krytycznych wobec Izraela prezydentów USA. Wstrzymał kampanię formalnego uznawania i popierania aneksjonistycznej oraz kolonizacyjnej polityki Izraela, jaką prowadził Donald Trump. Jednak wystarczył atak Hamasu na Izrael, aby wyzwolić stare odruchy. USA zaangażowały się w masowe wsparcie materiałowe i operacyjne Tel Awiwu, biorąc pod wagę cele i sposób prowadzenia wojny przez Benjamina Netanjahu, przyniosło to administracji koszty w polityce wewnętrznej (sprzeciw określonych grup społecznych i to z zaplecza jego obozu) i zewnętrznej – sukces Trumpa na drodze normalizacji relacji między arabskimi sojusznikami USA a Izraelem został zrelatywizowany. Ci pierwsi, z Arabią Saudyjską na czele, wyraźnie przesunęli się bliżej pozycji chińskiej, a nawet rosyjskiej (współpraca w ramach OPEC Plus, stanowisko wobec wojny na Ukrainie). Chińczycy skutecznie mediujący normalizację stosunków między Saudami a Iranem, którzy doprowadzają nawet do wstępnego porozumienia skonfliktowanych palestyńskich ugrupowań, te wydarzenie obrazują erozję wpływów Waszyngtonu w tym regionie.

W przypadku konfliktu bliskowschodniego polityka Bidena była próbą znajdowania rozwiązań pośrednich – pełne wsparcie dla Izraela, jednoczesne wstrzymywanie dostaw ciężkich bomb, gdy Izraelczycy manifestacyjnie wręcz zlekceważyli bidenowskie zastrzeżenia w kwestii ataku na Rafah w Strefie Gazy, tylko po to, by po kilku tygodniach odblokować ich dostawy, mimo że w postawie Netanjahu nie zmieniło się nic.

Mimo manifestacji siły U.S. Navy, jemeński Ansarullah rozpoczął kampanię kwestionowania kluczowego fundamentu amerykańskiej supermocarstwowości – panowania na światowym oceanie, atakując statki na jednym z kluczowych morskich szlaków handlowych świata. Biden odpowiadał uderzeniem dronów i rakiet, które nijak nie wpłynęło na zachowanie i potencjał Hutich, natomiast wyzwoliło niedawne, potężniejsze uderzenie Izraela na Hudajdę. Konflikt ten rozszerza się wbrew strategii Waszyngtonu.

Wojna na Ukrainie
Wyliczając niedociągnięcia czy porażki Bidena trzeba wszakże podkreślić, że zderzył się on z największym kryzysem bezpieczeństwa w Europie od dekad, największą wojną na naszym kontynencie po 1945 r. Biden musiał zdecydować czy peryferie starzejącego się, coraz mniej innowacyjnego, stagnacyjnego ekonomicznie, stosunkowo rozbrojonego kontynentu bez przywódców politycznych z prawdziwego zdarzenia i z podzielonymi, implodującymi i zdemoralizowanymi w poważnej części społeczeństwami, są jeszcze kluczowym teatrem dla potwierdzania amerykańskiej wiarygodności. Biden uznał, że tak i zaangażował się we wsparcie Ukrainy na poważnie.

Każdy, kto kwestionuje skalę amerykańskiego zaangażowania w wojnę powinien spojrzeć na mapę i ujrzeć jak peryferyjnym dla USA państwem jest Ukraina, a zarazem porachować, że dotychczasowe materiałowe wsparcie wojskowe dla Kijowa jest już większe niż ponad dwie dekady wsparcia dla sił zbrojnych Wietnamu Południowego…

Nie chodzi zresztą jedynie o wsparcie materialne. Szkolenie, a także wsparcie operacyjne przez system zwiadu satelitarnego i elektronicznego, być może asystę personelu wojskowego na miejscu, przy obsłudze kluczowych elementów broni precyzyjnych (jak w swoim przypadku ujawnili w tym roku Francuzi) zapewniły Ukraińcom niezbędne podstawy do prowadzenia tego rodzaju nowoczesnych operacji, które powstrzymały pierwsze rosyjskie działania ofensywne z wielu kierunków i uratowały dla Zełenskiego Kijów, a może i jego samego. Można sądzić, że bez wsparcia USA Ukraina upadłaby jeszcze w 2022 r.

Realistycznym celem Bidena wobec Ukrainy, było niedopuszczenie by kraj ten, lub to, co z niego zostanie, stał się niekwestionowaną rosyjską strefą wpływów, i uczynienie z niego marchii, dzikich pół Imperium Americanum, na których ścierane są i dyscyplinowane imperialne ambicje Kremla. Jego celem nie było rozpoczęcie wojny z Rosją aż do parady zwycięstwa na Placu Czerwonym. Tok wojny wskazuje na coraz gorsze efekty tej strategii stąd uważam, że nawet bez zmiany w Białym Domu, Waszyngton przymusiłby w końcu Wołodymyra Zełenskiego do jakiejś formy co najmniej zamrożenia konfliktu, którego rachunki opłacą Ukraińcy. Wydaje się, że Biden nigdy nie porzucił myśli o takiej zmianie polityki rosyjskiej, by w dłuższej perspektywie Moskwa stała się dla jego mocarstwa przewidywalnym partnerem za plecami ChRL. Obecne poziom współpracy Moskwy i Pekinu to koszmar amerykańskiej polityki.

W reakcji na rosyjską inwazję Biden osiągnął już duży sukces w konsolidacji globalnego obozu Waszyngtonu, imperialnej dziedziny USA. Europejscy, ale też dalekowschodni sojusznicy, w dość zdyscyplinowany sposób przystąpili do rywalizacji z Rosją, popierając szerokie sankcje oraz wspierając w większy lub mniejszy sposób Ukrainę. Jednym ze skutków było wyparcie z europejskich rynków rosyjskich surowców energetycznych, między innymi przez amerykańskie. Bidenowi udało się doprosić Australijczyków, Japończyków, Koreańczyków i Nowozelandczyków na szczyty NATO, zarazem uczynił kroki na rzecz bardziej wielostronnej architektury amerykańskich wpływów w Azji Wschodniej i Południowo-Wschodniej. Amerykańska polityka odeszła od schematu piasta i szprychy, na rzecz formatów bardziej wielostronnych, o czym niegdyś pisałem.

Biden uruchomił w ramach tego narrację ideologiczną, w którą pewnie, jako amerykański liberał, choćby częściowo wierzy, narrację starcia świata demokracji z osią autokracji. O ile ma ona jakąś moc w ekumenie Zachodu, to w skali globalnej jest już traktowana jako irytująca hipokryzja bądź niebezpieczny fanatyzm, co widać w postawie jaką wobec wojny rosyjsko-ukraińskiej zajęło Globalne Południe, sposobie w jaki Rosja była w stanie wpisać się w alternatywny obieg ekonomiczny, marginalizując znaczenie Zachodu w swojej gospodarce. Tegoroczne pogróżki Saudyjczyków o wyzbywaniu się zachodnich papierów dłużnych pod adresem G7, jeśli Zachód zdecyduje się na przejęcie zamrożonych rosyjskich aktywów, pokazują, że Biden nie potrafił zatrzymać czy choćby spowolnić zmiany struktury światowego handlu, bezpieczeństwa i polityki.

Zachód został sam z kilkoma poważnymi starymi sojusznikami dokooptowanymi już wcześniej, z coraz mniejszym wpływem na to, co amerykańscy teoretycy zwą „global governance”.

Biden zwiększył amerykańską obecność militarną u wschodnich granic NATO choć jeszcze w 2021 r. nakazał „przegląd globalnej obecności” sugerując wojskowym zwijanie części jej posterunków jako przeżytku „zimnej wojny”. Zarazem robił to w formacie obecności rotacyjnej, by jego sojusznicy nigdy nie uznali tej obecności za daną raz na zawsze czyniąc z niej zakładnika swojej własnej polityki, czym srodze rozczarowali się politycy Prawa i Sprawiedliwości… w swojej naiwności. Z pewnym powodzeniem, choć z pewnością nie wystarczającym, by niwelować efekt zmian globalnej równowagi sił, Biden przymuszał też europejskich sojuszników do zwiększania nakładów na bezpieczeństwo i obronę. Szedł więc w ślady Trumpa, lecz czynił to w sposób bardziej koncyliacyjny.

W starciu z Chinami, po przegranej przez Trumpa wojnie handlowej w kwestii stali i tym podobnej produkcji masowej, Biden nastawił się raczej na wybranie najważniejszych pól działania – innowacyjnych technologii. Na polu odcinania Chińczyków od amerykańskiego know-how oraz spowalniania rozwoju chińskiego sektora półprzewodników uzyskał zauważalne sukcesy. Taktyka narracyjna deriskingu zamiast decouplingu, czyli stopniowego wycinkowego zrywania z Chinami zamiast szybkiego budowania, o ironio, chińskiego muru, skłoniła też europejskich sojuszników do coraz ostrzejszej retoryki wobec Pekinu, co znalazło wyraz w tegorocznych dokumentach Unii Europejskiej i NATO. Drzwi do zaangażowania tego ostatniego na teatrze dalekowschodnim zostały uchylone. Ten Biden wskazał jako priorytet, przywracając stałą obecność wojskową na Tajwanie i pobudzając jego władze do coraz ostrzejszych deklaracji antypekińskich, po wyborze nowego prezydenta Lai Ching‑te.

Zarazem jednak Biden nie był w stanie odwrócić zmian w strukturze globalnego kapitalizmu, w którym Amerykanie tracą „pakiet kontrolny”. Nie rozpoczęła się na poważnie reindustrializacja Ameryki, dolar i cyfrowe wskaźniki rynków finansowych najkrócej rzecz ujmując i upraszczając nie znajdują poważnego pokrycia w materialnych dobrach produkowanych przez amerykańską gospodarkę. To zresztą ma znaczenie i dla wewnętrznego, socjo-ekonomicznego kryzysu USA, w których masy pracowników, a nawet klasy średniej doznają relatywnej pauperyzacji na tle ekonomicznej elity. Rola dolara jako waluty świata nadal była podważana, choć powoli.

Prezydentura Joe Bidena przypominała rejs wysłużonego statku, którego kapitan coraz bardziej zmęczony, zmagał się z narastającymi podziałami w załodze. Musiał balansować między Scyllą a Charybdą, sprzecznymi wektorami polityki wewnętrznej i zewnętrznej Ameryki. Jednak w tym burzliwym i nieustannie zmieniającym się świecie, polityka zagraniczna nie jest powolnym rejsem, lecz wyścigiem wymagającym błyskawicznych reakcji, zdecydowanych działań i jasnej wizji przyszłości Dlatego przyszły prezydent USA nie będzie mógł być tylko reakcyjny. Stanie on przed wyzwaniem zmieniającej się globalnej dynamiki, która zdecydowanie utrudnia utrzymania amerykańskiej dominacji w coraz bardziej wielobiegunowym świecie. Po czterech latach kadencji Joe Bidena widzimy, że raczej nie nadałby statkowi nowego kierunku aby „ chwycić wiatr w żagle”.

Artykuł ukazał się 30.07.2024 na łamach Nowego Ładu.

Krystian Kamiński / zdjęcie: materiały prasowe Konfederacji

W zeszłym tygodniu pojawiły się informację o sformowaniu się grupy państw unijnych proponujących zmianę polityki wobec Syrii. Ministrowie spraw zagranicznych Austrii, Chorwacji, Cypru, Czech, Grecji, Włoch, Słowacji i Słowenii sformułowali w tej sprawie list do wysokiego przedstawiciela UE do spraw zagranicznych i polityki bezpieczeństwa Josepa Borella.

W czasie konferencji prasowej z 22 lipca Borrell na pytanie o inicjatywę ośmiu państw członkowskich odpowiedział – „wysłuchaliśmy tych państw członkowskich reprezentowanych przez Włochy i Austrię i praca będzie kontynuowana. Będąc pragmatyczni, ale nie naiwni. Wiemy, gdzie jest reżim syryjski, bardzo blisko Rosji i Iranu. Ale będziemy pracować. Zawsze jesteśmy gotowi do pracy, aby spróbować znaleźć rozwiązanie, które mogłoby przynieść korzyści narodowi syryjskiemu”. Reakcja nader wstrzemięźliwa.

Minister spraw zagranicznych Włoch Antonio Tajani bardzo słusznie narzekał na faktyczne zejście sytuacji z Syrii z pola widzenia europejskich polityków i debaty europejskich społeczeństw. O ile dekadę temu Syria pozostawała w centrum uwagi, o tyle dziś jest tematem zmarginalizowanym przez wojnę na Ukrainie, wojnę w Strefie Gazy czy sytuację wokół Tajwanu. Tymczasem wojna w Syrii pozostaje najbardziej krwawym zbrojnym konfliktem Eurazji w XXI wieku. Kosztowała życie 500-600 tys. ludzi, z czego co najmniej połowa to cywile. Syria to kluczowy kraj Lewantu, wrota między Bliskim Wschodem, a Anatolią i Europą.

Pod władzą partii Baas i Hafiza al-Asada Syria stała się stałym, niepomijalnym elementem polityki regionu, a czasami szerszych relacji międzynarodowych. Było to widoczne szczególnie na przykładzie Libanu, gdzie bez Syryjczyków nie udałoby się zamknąć krwawej, zawikłanej, chaotycznej wojny domowej. W czasach „zimnej wojny” bliżej ZSRR, al-Asad potrafił jednak manewrować – mało kto dziś pamięta, że Syryjczycy uczestniczyli w 1991 r. w operacji „Pustynna burza” po stronie Amerykanów. Jednak już w 2003 r. okupacja Iraku przez Amerykanów i próby inżynierii społeczno-politycznej z ich strony wywołały w Damaszku zdecydowany sprzeciw.

Syria stała się pod władzą al-Asada seniora również państwem stabilnym w zarządzaniu właściwą Bliskiemu Wschodowi mozaiką etno-religijną, bezwzględnie tłumiącym radykalnym islamizm sunnitów, gwarantującym swobodę religijną miejscowym chrześcijanom, jak na warunki regionu nie biednym, w dodatku już za rządów al-Asada juniora, w pierwszej dekadzie XXI wieku przeżywającym szybki wzrost gospodarczy. W 2010 r. Syria odnotowała wzrost gospodarczy na poziomie 11 proc. …i wtedy przyszła „arabska wiosna”. Szybko podchwycona przez graczy zewnętrznych, którzy upatrzyli w niej okazję dla „zmiany reżimu” w Syrii.

Napiszmy to wyraźnie – konflikt w Syrii nigdy nie przybrałby formy tak gargantuicznej, krwawej wojny, gdyby nie ingerencja graczy zewnętrznych. Formujące się antyrządowe ugrupowania zbrojne otrzymały wsparcie Arabii Saudyjskiej, Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Kataru, Turcji, USA, Francji, Wielkiej Brytanii, także dżihadystów z regionu i spoza niego, uwzględniając jaką rolę w działalności tak zwanego „Państwa Islamskiego” odegrali ekstremiści z Czeczenii czy Uzbekistanu, wahabici zwalniani z saudyjskich więzień z sugestią podróży na syryjski dżihad, strumienie prywatnych pieniędzy wahabickich krezusów. Same USA wydały na zbrojenie ugrupowań antyrządowych w Syrii ponad miliard dolarów. Przeszkoliły również kilkanaście tysięcy bojowników w Jordanii.

Jednak jeszcze przed końcem ubiegłej dekady, dzięki zbrojnemu wsparciu Iranu i jego regionalnych sojuszników, przede wszystkim libańskiego Hezbollahu, a od 2015 r. dzięki powietrznej interwencji Rosji, al-Asad zdołał przechylić szalę zwycięstwa na swoją korzyść.

Poza pasem północnego pogranicza kontrolowanego przez Turków, terenem niekontrolowanym przez władze Syrii pozostają, pustynna w większości północno-wschodnia część terytorium państwowego, za Eufratem. Tam funkcjonuje parapaństwo miejscowych Kurdów, którego funkcjonowanie gwarantowane jest przez protektorat USA. W ramach tego parapaństwa anarcho-socjalistyczna kurdyjska Partia Unii Demokratycznej (PYD) próbuje utrzymać władzę nad arabską większością, w dodatku, na tym odległym interiorze, żyjącą w znacznej mierze według patriarchalnych reguł plemienno-klanowych. Radykalnie kontrastują one z lewicowo-feministyczną ideologią PYD i nie wróżą moim zdaniem stabilności temu projektowi politycznemu.

Amerykanie nadal stacjonują w tej części Syrii, będąc gwarantem istnienie tych struktur kurdyjskich. Wydobywają syryjską ropę, której złoża znajdują się w prowincji Dajr az-Zaur, dla swojej korzyści. Stacjonują też w at-Tanf przy granicy Jordanii, gdzie blokują główną magistralę łączącą stolicę Syrii z irackim Bagdadem. Niemniej al-Asad kontroluje 70 proc. terytorium państwa, w tym jego stolicę, wybrzeże, oraz większą część populacji państwa. Nic nie wskazuje, by miało się to zmienić.

Konstatując zmianę sytuacji w Syrii autorzy listu, który stał się powodem dla tych rozważań, wskazali, że od 2017 r., czyli ostatniego dokumentu określającego strategię UE wobec tego państwa, sytuacja polityczna się zmieniła. Poprzednia strategia przyjęta przez Radę Unii Europejskiej 3 kwietnia 2017 r. zakładała zakończenie wojny przez generalną tranzycję władzy i ustanowienie zasad liberalnej demokracji – była więc w istocie powtórzeniem celów Zachodu, które przyświecały jego politycznemu, materialnemu i operacyjnemu wsparciu dla rebeliantów… które, to działania już dawno spaliły na panewce i zostały zarzucone, podczas gdy Europa nadal tkwi w koleinach tej samej, starej dyplomacji. Dyplomacji, która poniosła klęskę.

Baszar al-Asad pozostaje prezydentem Syrii. W wyborach parlamentarnych z 15 lipca rządząca Syrią od 1963 r. partia Baas obsadziła 169 na 250 miejsc w parlamencie, a 16 obsadziły jej partie sojusznicze. Uwzględniając oficjalnych kandydatów niezależnych, skład Zgromadzenia Narodowego Syrii będzie niemal identyczny co w poprzedniej kadencji. Słowa często służą dyplomatą do ukrywania prawdy, jak zauważył Talleyrand, i mniej więcej tak jest w tym przypadku. Gdy szefowie dyplomacji ośmiu państw unijnych piszą, że „sytuacja polityczna” się zmieniła, znaczy to, że właśnie nie zmieniła się ona w oczekiwanym przez mocarstwa zachodnie kierunku i czas pogodzić się z realiami. Tak zresztą zrobili już dawni arabscy wrogowie al-Asada – wszyscy poza Katarem odnowili relacje z Syrią, która w zeszłym roku została też przywrócona w prawach członka Ligi Państw Arabskich.

Właściwie, to można stwierdzić, że w porównaniu do punktu startu z 2011 r. to sytuacja zmieniła się na niekorzyść państw zachodnich. Syria stała się częścią osi sojuszników Iranu stanowiącej o jego potędze na Bliskim Wschodzie, stała się również ścisłym sojusznikiem Rosji, popierającym ją na arenie międzynarodowej, łącznie z uznaniem aneksji terytoriów Ukrainy.

Jakie są obecne relacje Unii Europejskiej i Polski z Syrią? W zasadzie trudno mówić, że w ogóle istnieją. Relacje dyplomatyczne zostały zamrożone. W 2012 r. UE uznała powstałą w Katarze, a bazującą przez lata w Stambule, Narodową Koalicję Rewolucji Syryjskiej i Sił Opozycyjnych, za reprezentanta „aspiracji” narodu syryjskiego. Podobnie uczyniły Belgia, Dania, Francja, Hiszpania, Holandia, Niemcy, Norwegia, Luksemburg, Wielka Brytania, Włochy. Właściwie już po roku było wiadomo, że owa Rada nie reprezentuje w terenie, w Syrii, nikogo, a szeroko reklamowana „Wolna Armia Syrii” mająca być jej zbrojnym ramieniem to medialna fikcja przykrywająca rzeszę organizacji etnicznych i islamistycznych, z biegiem czasu się radykalizujących. Pod tą medialną nalepką amerykańska broń trafiała w ręce takich „przyjemniaczków” jak islamistyczny Ahrar asz-Szam czy dawny Dżabhat an-Nusra, przez pewien czas syryjskie skrzydło Al Kaidy. Nota bene zmutowane pozostałości obu tych organizacji do dziś kontrolują resztki syryjskiej prowincji Idlib, dzięki militarnej protekcji Turcji.

Głównym celem rysowanym w liście ośmiu ministrów jest właśnie zakończenie tego rodzaju polityki izolacji i ustanowienie bezpośrednich relacji z władzami Syrii, skoro UE i jej państwa i tak są aktywne wobec tego kraju, obecnie przez zapewnianie wsparcia humanitarnego. Jak podliczono w liście – od początku kryzysu przed 15 lat do Syrii trafiła pomoc o łącznej wartości 33 mld euro. Ta spora suma i tak wydaje się znikoma wobec skali ekonomiczno-społecznej ruiny bliskowschodniego państwa. Mniej więcej 90 proc. Syryjczyków żyje dziś w ubóstwie, a 70 proc. wymaga bezpośredniej pomocy humanitarnej. Na skutek wojny, a potem sankcji i biedy z domów uciekło około 7,2 mln Syryjczyków, w tym około 5 mln poza granice Syrii.

Kryzys migracyjny jaki wybuchnął w 2015 r. możliwy był, na taką skalę, na skutek obalenia Muammara Kaddafiego w Libii i próby usunięcia al-Asada w Syrii, co wiązało się z upadłością obu państw. Stabilna i zdolna do ekonomicznego funkcjonowania Syria jest Europie potrzebna, by nie była właśnie źródłem i korytarzem dla migracyjnej fali. Odbudowująca się gospodarczo Syria nie będzie też miejscem produkcji narkotycznej fenetyliny, jaka napływa stamtąd na nasz kontynent pod nazwą captagonu. Stabilna politycznie Syria to także mniej gleby dla terroryzmu – wyrośnięcie zmory „kalifatu” ISIS, który umożliwił falę dużych zamachów terrorystycznych w Europie w zeszłej dekadzie, również było skutkiem wojny o jakiej piszę i upadłości struktur państwowych Syrii na znacznych jej obszarach za Eufratem, gdzie natychmiast urządzili się dżihadyści z Iraku i trzeba było pięciu lat walki aby zniszczyć ich władztwo terytorialne.

Czas już najwyższy na relacje z tymi, którzy rzeczywiście Syrią rządzą. Czas na dialog o budowaniu regionalnego bezpieczeństwa, stabilności i dobrobytu. Czas na rozmowę o sensowności sankcji, które pogrążają jedynie w biedzie i desperacji miliony ludzi, nie dając im szansy na odbudowy swoich domów, miejscowości, kraju. To ostatnie wymaga stanowiska i działania wszystkich państw Unii Europejskiej, wobec upartości Amerykanów okładających Syryjczyków sankcjami tak rozległymi i ciężkimi, że podważającymi jakiekolwiek interakcje gospodarcze, jakiekolwiek szanse ekonomicznej rekonwalescencji kraju. Amerykanie na drugiej półkuli nie ponoszą konsekwencji swoich ideologicznych manii czy błędnych kalkulacji politycznych, jakie uskuteczniają na Bliskim Wschodzie. Ponosi je Europa. Polska powinna na arenie unijnej natychmiast wesprzeć inicjatywę ósemki państw na rzecz rozwinięcia dialogu z władzami Syrii i poszukiwania dróg normalizacji relacji.

Krystian Kamiński

Robert Bąkiewicz i Paweł Kryszczak / zdjęcie: screen YT/Republika

Jak dowiedział się portal Mediów Narodowych na żądanie Roberta Bąkiewicza podczas Marszu Powstania Warszawskiego interweniowała Policja.

Działania Policji nie były jednak skierowane wobec tych, którzy ewentualnie utrudnialiby przebieg manifestacji, ale wobec części jej uczestników. Robertowi Bąkiewiczowi nie spodobała się obecność na manifestacji Ruchu Narodowego. Jak dowiedzieliśmy się od jednego z działaczy Ruchu “Bąkiewicz nasłał na blok Ruchu Narodowego policję”. Funkcjonariusze z zespołu antykonfliktowego towarzyszyli narodowcom przez cały marsz. Jak dodał działacz RN “Policja potwierdziła, że są obok nas z uwagi na sugestię Bąkiewicza”.

Nie jest to pierwszy tego rodzaju incydent, kiedy Bąkiewiczowi i jego współpracownikom nie podoba się uczestnictwo narodowców na Marszu. Podobna sytuacja miała miejsce w ubiegłym roku. Wówczas tym, który zwrócił się do Policji bliski współpracownik Roberta Bąkiewicza Paweł Kryszczak (widoczny na zdjęciu obok Bąkiewicza). Kryszczak miał zastrzeżenia do uczestnictwa w Marszu Powstania Warszawskiego… szefa Straży Marszu Niepodległości.

Jak widać Bąkiewicz i jego ekipa ciągle nie mogą się pogodzić z tym, że nie udało im się przejąć Stowarzyszenia Marsz Niepodległości. Przypomnijmy, że zorganizowali nawet “walne zgromadzenie”, które zwołane zostało niezgodnie z prawem i statutem SMNu – i wybrali nowe “władze”. Również Bąkiewicz i Kryszczak dokonali próby przejęcia samego wydarzenia jakim jest Marsz Niepodległości. I to w momencie kiedy byli jeszcze członkami Stowarzyszenia, a Bąkiewicz stał na jego czele. Próba “przepisania” organizacji Marszu na stowarzyszenie Roty ostatecznie się nie powiodła. Podobnie próba przejęcia w sposób niezgodny z prawem Stowarzyszenia Marsz Niepodległości również Bąkiewiczowi nie wyszła.

W niedzielę, w wieku 101 lat zmarł żołnierz ZWZ-AK, więzień polityczny okresu stalinowskiego oraz działacz NSZZ Solidarność Rolników Indywidualnych ppłk Antoni Zienkiewicz pseudonim “Cichy”. 

Przypominamy wypowiedź śp. ppłk Zienkiewicza z kanału Ryngraf TV, w której opowiada o swojej działalności w WiN i NSZ oraz o aresztowaniu i śledztwie: “Tak mnie stłukli, że przez marynarkę krew leciała”.

Zdjęcie: zrzut ekranowy z X oraz YouTube

Jak informowaliśmy za wspólnikiem Roberta Bąkiewicza i Piotra Barełkowskiego rozesłano list gończy. Waldemar Bonkowski musi odbyć karę 3 miesięcy więzienia. Nie stawiał się jednak na jej odbycie i dlatego rozesłano za nim list gończy.

Sprawa była dosyć szeroko komentowana w mediach, ponieważ Waldemar Bonkowski to były senator PiS. Bonkowski został skazany za “za znęcanie się nad psem ze szczególnym okrucieństwem”. Jak tłumaczył sam Bonkowski ze względów zdrowotnych nie miał siły wyprowadzać psa w normalny sposób. Dlatego przywiązywał go do samochodu i w ten sposób wyprowadzał go na “spacer”. Jeden z takich “spacerów” skończył się dla psa tragicznie. Sprawę zgłosiła osoba, która widziała jak pies był ciągnięty przez Bonkowskiego.

Waldemar Bonkowski to również wspólnik Roberta Bąkiewicz i Piotra Barełkowskiego. W ubiegłym roku Bąkiewicz i Barełkowski założyli spółkę Telewizja Media Narodowe. Nazwa nieprzypadkowa, miała to być bowiem “kontynuacja” Mediów Narodowych, które prowadzi Stowarzyszenie Marsz Niepodległości. Z tym, że Stowarzyszenie nigdy nie wydało zgody na prowadzenie mediów pod szyldem Mediów Narodowych i z wykorzystaniem logotypu Mediów Narodowych. A to właśnie miało miejsce przez wiele miesięcy. Spółka Bąkiewicza przejęła również konta w mediach społecznościowych, które należały do Mediów Narodowych prowadzonych przez Stowarzyszenie Marsz Niepodległości. A nawet przez długi czas zarządzała bez zgodny Stowarzyszenia, fanpejdżem Marszu Niepodległości promując materiały z portalu TVMN.pl należącego do spółki Bąkiewicza i Barełkowskiego. Fanpejdż udało się niedawno odzyskać Stowarzyszeniu Marsz Niepodległości.

Jak przyznał sam Piotr Barełkowski w rozmowie z Wirtualnymi Mediami Waldemar Bonkowski ma obecnie 20% udziałów w spółce Telewizja Media Narodowe. Udziały te nabył za 500 tys. zł. Pozwoliło to spółce na start, wynajęcie lokalu, zakup sprzętu, wypłaty wynagrodzeń.

Jak podały Wirtualne Media Bonkowski nie jest jedynym udziałowcem spółki, który ma problemy z prawem. Również Robert Bąkiewicz, który posiada wg Barełkowskiego mniej niż 25% udziałów, był skazywany przez sądy. W listopadzie ub.r. Bąkiewicz został prawomocnie skazany na rok prac społecznych i 10 tys. nawiązki dla poszkodowanej kobiety.
Obecnie również toczą się kolejne postępowania wobec Bąkiewicza o czym sam informuje w mediach społecznościowych. Nie wszystkie, jakby chciał Bąkiewicz, mają charakter polityczny, charakter zemsty politycznej.

Waldemar Bonkowski został zatrzymany dzisiaj ok. godz. 10.00 jak poinformowała rzecznik prasowa Komendy Wojewódzkiej Policji w Gdańsku komisarz Karina Kamińska.