Materiały prasowe Konfederacji

Krzysztof Bosak:
– To ukoronowanie konfliktu najwyższych dowódców Wojska Polskiego z ministrem Błaszczakiem.
Zwracaliśmy uwagę na tą sytuację od samego początku. Krytykowaliśmy obwinienie dowódców przez ministra Błaszczaka za sytuację związaną z ukrywaniem spadnięcia rakiety pod Bydgoszczą i za różnego rodzaju nieprawidłowości w komunikowaniu się z opinią publiczną, z ukrywaniem tej sytuacji.
Uważamy, że minister Błaszczak, niezależnie co się wydarzyło, powinien stać za żołnierzami. Jeżeli doszło do nieprawidłowości powinno to zostać wyjaśnione. Natomiast sytuacja, w której minister obrony narodowej zwala winę na najwyższych dowódców, jest oczywiście nieakceptowalna. Przede wszystkich uniemożliwia dalszą współpracę z kadrą generalską. Wiadomo, że szacunek dla munduru musi być. Jeżeli były jakieś sprawy niewłaściwe należy wyciągnąć konsekwencje we współpracy z prezydentem, której jest zwierzchnikiem sił zbrojnych. A nie konfliktować się ze wszystkimi.

Wskazał również, że na tle polityków gen. Andrzejczak zachowywał się w sposób rozsądny:
– Muszę powiedzieć, że głos gen. Andrzejczaka wysoko cenię, ponieważ nie był to głos poprawny politycznie. Był to głos realistyczny, momentami wręcz sceptyczny co do rzeczywistego położenia i rzeczywistej sytuacji międzynarodowej w jakiej się znaleźliśmy w trakcie trwającej wojny na Ukrainie. Generał Andrzejczak nie lukrował sytuacji w odróżnieniu od polityków. I być może dlatego musiał podać się do dymisji.

Mocno skrytykował również polityczne pobudzenie i zainteresowanie wojskiem, przez rząd PiS, dopiero po 6-7 latach sprawowania władzy:
– Wdrażanie każdej zmiany w wojsku to jest ewolucja. To jest proces. To jest proces, który przede wszystkim wymaga przywództwa i zaufania. I tego dobrego przywództwa minister Błaszczak nigdy żołnierzom nie zaproponował. Tego zaufania kadry generalskiej od dłuższego czasu nie ma. Ponieważ zachował się tchórzliwie i oportunistycznie zwalając winę na generałów. Zwalając winę na generałów, nie zachowując się w sposób lojalny. Taka postawa nigdy nie będzie szanowana ani w wojsku, ani w żadnych służbach mundurowych.

– My jako Konfederacja artykułujemy to bardzo wyraźnie. Wszyscy funkcjonariusze państwowych służb i wszyscy żołnierze muszą być szanowani. To nie znaczy, że ma nie być dyscypliny, że ma być przyzwolenie na jakieś nadużycia. Przeciwnie! Natomiast pewne sprawy trzeba załatwiać tam gdzie one się wydarzyły . A nie szukać winnych i robić polowania na czarownice w świetle mediów,. Po to to żeby sobie poprawić pijar. Takiej polityki nie zaakceptujemy. I dlatego też wyrażamy solidarność ze wszystkimi żołnierzami Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej.

KO złoży projekt dot. ochrony zwierząt.

zwierzęta, pies / Fot. Pixabay

Polskie Porozumienie Kynologiczne to obecnie najprężniej rozwijająca się tego typu organizacja w Polsce. Kiedy PPK narodziło się w 2015 roku, mało kto przypuszczał, że będzie ono podejmować realną walkę o poprawienie losu bezdomnych psów. Oczy niedowiarkom otworzył szef organizacji Piotr Kłosiński.

Kłosiński niegdyś zwiazany był ze Związkiem Kynologicznym w Polsce. Obecny prezes PPK zbuntował się się przeciwko przestarzałym strukturom, słabej komunikacji i zarządzaniu rodem z głębokiej komuny.

–  Przeszkadzały mi przestarzałe struktury, które wręcz uniemożliwiały normalnym hodowcom zdrową rywalizację. Do tego dochodziło faworyzowanie wyróżniających się członków. Pozostałym wręcz przeszkadzano w pracy hodowlanej. Ja to zauważyłem głównie w oddziale warszawskim i legionowskim. I, niestety, patrząc na strukturę, uznałem, że najlepszym rozwiązaniem jest po prostu nowa organizacja, która pokaże zupełnie inną jakość

– mówi szef Polskiego Porozumienia Kynologicznego w rozmowie z magazynem napsitemat.pl.

Polskie Porozumienie Kynologiczne stawia na edukację

Niedawno, bo w połowie września, swoją premierę miała aplikacja na smartfony „Zdrowe Rasowe”. Udział w jej powstaniu ma właśnie PPK.

– To aplikacja na telefon, która ma edukować i dorosłych, i dzieci

– wyjawia Piotr Kłosiński.

Aplikacja jest zupełnie darmowa, a korzystanie z niej proste i intuicyjne. Główny cel, który przyświeca „Zdrowe Rasowe”, to ułatwienie dostępu do wiedzy i informacji na temat opieki nad zwierzętami. W aplikacji można znaleźć liczne porady poświęcone pielęgnacji, żywieniu i aktywności fizycznej zwierzaków.

– Aplikacja „Zdrowe Rasowe” powstała przede wszystkim, aby edukować. W Polsce każdego roku kupuje się coraz więcej zwierząt rasowych, niestety także z niepewnych źródeł i bez rodowodów, wspierając w ten sposób – krótko mówiąc – oszustów. Co istotne, jest to okupione potwornym cierpieniem zwierząt. Nam zależy na tym, aby ludzie decydowali się na kupno lub adopcję  zwierzaków w pełni świadomie oraz mieli miejsce, gdzie znajdą bazę dobrych hodowców – takich, którzy naprawdę dbają o psy czy koty, badają je pod kątem genetycznym oraz dysponują udokumentowanym pochodzeniem. Ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, jak łatwo można zostać oszukanym, jeżeli kupuje się z niepewnego źródła, i jakie to za sobą niesie konsekwencje. To nie jest tak, że ktoś musi kupić koniecznie od hodowcy z przedstawionej listy. Ona po prostu daje gwarancję, że mamy do czynienia z pewnym źródłem. Do bazy w aplikacji hodowcy nie mogą dodawać się samodzielnie. Są za to odpowiedzialne związki hodowlane, do których należą, co już daje pewność, że jest to całkowicie legalna hodowla

– wyjaśnia z kolei Beata Krupianik z Fundacji Karuna, która aktywnie współpracuje z PPK.

– Aplikacja nie jest portalem ogłoszeniowym. Wskazujemy jedynie dobrych, legalnych hodowców, których zwierzęta są przebadane genetycznie pod kątem chorób, mają udokumentowane pochodzenie i pełną dokumentację, w tym czip zarejestrowany w bazie, i w pełni dbają o swoje zwierzęta. W tym miejscu muszę wspomnieć o tym, że zgodnie z obowiązującym prawem, sprzedaży a tym samym zakupu zwierzęcia rasowego można dokona wyłącznie w miejscu chowu. Nie na stacji benzynowej, parkingu czy przed galerią handlową. To bardzo ważne, bo dzięki temu  kupujący ma wgląd w warunki, w jakich żył dany pies czy kot. Jeśli przy hodowcy znalezionym w wykazie widoczny jest logotyp „Kastrujemy bezdomność” oznacza to, że ten konkretny hodowca wspiera walkę z bezdomnością zwierząt. Hodowcy nie tylko chcą sprzedawać zwierzęta, ale również pragną, aby były one chciane – to też jest ważne

– dodaje ekspertka.

Nie jest jednak tajemnicą, że praca u podstaw to jedno – drugą sprawą, do której PPK nieustannie powraca, jest wywieranie nacisków na polityków. Polska ze swoją biurokratyczną specyfiką to kraj, w którym o pewne rzeczy trzeba niestety zabiegać u partii politycznych. Piotr Kłosiński nie ukrywa, że systemowa patologia sprzyja rozrostowi patologii na wielu innych płaszczyznach, także tej dotyczącej psów. Sztandarowym programem Polskiego Porozumienia Kynologicznego ma być marginalizacja zjawiska bezdomności zwierząt. Tylko jak to zrobić w sytuacji, gdy niektórym bezdomne czworonogi nabijają kabzę?

Schroniska betonem, który trzeba skruszyć

Kłosiński przyznaje, że w Polsce istnieje potężne lobby broniące schronisk jak niepodległości. Te prezes Polskiego Porozumienia Kynologicznego uważa za główną przeszkodę na drodze zwalczenia bezdomności psów czy kotów.

– Boksujemy się bardzo mocno z lobby, które pompuje sobie rocznie 250-280 mln zł. To są olbrzymie pieniądze. Ludzie myślą, że schronisko chroni. Nie, nie, absolutnie, schronisko jest miejscem, gdzie tylko przetrzymuje się zwierzęta. Jakie jest rozwiązanie? Napisanie nowej ustawy. Tego się wszyscy politycy boją, i ci z prawej, i ci z lewej

– proponuje lider PPK.

Zdaniem Piotra Kłosińskiego władza powinna wprowadzić obowiązkową kastrację i sterylizację zwierząt. Jeżeli właściciel tego nie zrobi – zapłaci karę finansową.

– Jeżeli je wysterylizujemy i wykastrujemy, one się po prostu na nowo nie rozmnożą. To tak proste, nie wiem, kto tego nie mógł zrozumieć. Myślę, że w części tych organizacji po prostu ktoś nie chce tego zrozumieć. Jak to się mówi, sztuką jest gonić króliczka, a nie go złapać. Ale jeśli mówimy o pewnych rozwiązaniach, to uważam, że jednak trzeba go złapać. I to był następny pomysł: stworzenie funduszu do walki z bezdomnością zwierząt, na który łożyliby hodowcy psów i kotów. W grę wchodziłyby drobne sumy, ale przy tak dużej populacji zwierząt te drobne sumy naprawdę mogłyby zrobić kawał dobrej roboty. Te pieniądze zostałyby przeznaczone tylko i wyłącznie na czipowanie, sterylizację i kastrację, a nie np. na wybudowanie schroniska, bo nam następne schroniska są niepotrzebne. Proste i genialne

– wskazuje szef Polskiego Porozumienia Kynologicznego.

Wiadomo już, że polityków trzeba przycisnąć. W końcu od tego są – od słuchania obywateli. Tylko czy w ferworze brutalnej kampanii wyborczej znajdzie się czas na kwestię bezdomności psów? Problem jest palący, a Polska nadal tkwi na tej płaszczyźnie w głębokim XX wieku.

– Przez obligatoryjną kastrację i sterylizację pozbyto się problemu bezdomności zwierząt w wielu krajach. U nas też tak może być

– postuluje Piotr Kłosiński.

Źródło: napsitemat.pl

Materiały prasowe Konfederacji

Trwa wdrażanie Pakietu Fit for 55 na który zgodził się premier Morawiecki. Przypomnijmy, że to radykalizacja unijnej polityki klimatyczno-energetycznej uzgodnionej jeszcze przez rząd Donalda Tuska. To co szkodliwego uzgodnił rząd Donalda Tuska – redukcję do 45% – premier Morawiecki w 2020 roku zgodził się na radykalizację o kolejne 10 punktów procentowych. Aż do 55%! I w tej chwili trwa wdrażanie przepisów, które mają nam zabrać szanse na posiadanie samochodu, na płacenie niskich rachunków za prąd, za ciepło, na rozwój przemysłowy. To wszystko jest nam zabierane w konkretnych przepisach szczegółowych, których prawie nikt nie zna.

– Jako jedyni te przepisy naświetlamy. Zwracamy uwagę na to, że w sposób tajny rząd “wynegocjował”, wziął na Polaków zobowiązanie, że wprowadzi dodatkowe nowe podatki za posiadanie aut. Każdy kto posiada auto będzie jeszcze dodatkowo musiał płacić karny podatek tylko za fakt, że to auto ma… silnik. Nie, to nie żart! Jeżeli ktoś miałby wątpliwości zachęcamy do zajrzenia do załącznika do tzw. Krajowego Planu Odbudowy w którym są tzw. kamienie milowe. Czyli zobowiązania, które Morawiecki wziął na Polaków. Tzw. kamień E3G to wprowadzenie już od przyszłego roku nowej opłaty rejestracyjnej za sam fakt posiadania auta z silnikiem na normalne paliwo. Ten podatek ma być płacony rocznie. I on ma po prostu karać Polaków za to, że ośmielili się posiadać zwykłe auto. Zniechęcać ich do tego.
Drugie zobowiązanie, które Morawiecki i rząd PiS-u stworzyli, to kamień E4G, który oznacza, że już za 3 lata ma być wprowadzona nie jednorazowa opłata rejestracyjna, ale coroczny, karny podatek za posiadanie auta. Rząd nigdy nie wytłumaczył dlaczego wziął to zobowiązanie na Polaków. I nigdy nie wytłumaczył w jakiej wysokości będą te podatki.

Krzysztof Bosak na portalu X: Nie ma w Polsce systemu kontroli jakości, który powodowałby wzrost jakości obsługi pacjenta. Dlaczego? Z bardzo prostego powodu. Jeżeli minister zdrowia i jego nominowany szef NFZ są jedynym i głównym zamawiającym usługi zdrowotne w całym kraju z pieniędzy publicznych, to nie mają interesu, aby ktoś kontrolował jakość tego, co dostarczają.

Rząd będzie dopiero w stanie odgrywać funkcję kontrolną, kiedy zamawiających będzie wielu. I kiedy oni nie będą bezpośrednio nominatami rządu, a więc gdy będziemy mieli system zdecentralizowanych funduszy ubezpieczeniowych.

Wówczas rząd będzie mógł zacząć w imieniu wyborców dbać o jakość i stawiać wymagania. Będzie mógł powiedzieć – prowadzisz fundusz ubezpieczeń zdrowotnych, to masz dostarczać usługi zdrowotne w dobrej jakości i w dobrym terminie, bo to będzie kontrolowane i ocenione!

Obecnie jedyny efektywny społeczny element kontroli jakości jest taki, gdy ktoś w tragicznych okolicznościach umrze i sprawą zajmie się prokuratura! I dopiero wtedy dowiadujemy się, że gdzieś od lat trwały różnego rodzaju nieprawidłowości.

To co mamy w tej chwili i serce tego systemu, czyli wycena świadczeń, to jest czysty socjalizm. Nie da się mówić o żadnej racjonalnej wycenie, jeżeli nie działa jakikolwiek element konkurencji. Metodę administracyjnej wyceny kosztów stosowano w PRL. Gospodarka PRL właśnie dlatego zbankrutowała, że ta metoda nie może działać.

Ten system musi zostać urynkowiony! Nasza propozycja to propozycja stworzenia systemu publicznego, w którym ludzie są ubezpieczeni na bazie pieniędzy, które są obecnie do tego systemu odprowadzane i które tam pozostaną. Jak ktoś będzie chciał zostać w NFZ, to będzie mógł tam zostać! Nasza propozycja jest bardzo odpowiedzialna i zakłada zmianę ewolucyjną, a nie rewolucyjną.

Zdjęcie: Materiały prasowe Konfederacji
Na zdjęciu: Dariusz Wasilewski i Krzysztof Bosak podczas konferencji prasowej w Sejmie nt. systemu ochrony zdrowia.

Molo w Sopocie

Fot. Diego Delso. CC BY-SA 3.0 / Molo w Sopocie

Dziennikarze portalu dorzeczy.pl ustalili, że ekskluzywne przybrzeżne tereny w Sopocie nie posiadają takich atrakcji, jakie miastu obiecała dzierżawiąca nieruchomość firma. 3 hektary miały imponować turystom nowoczesnymi warunkami dla amatorów sportów wodnych. Co z tego wyszło? To, co zwykle – na obietnicach się skończyło.

Sopotem od lat rządzi związany z opozycją prezydent Jacek Karnowski. Długowłosy samorządowiec dał się poznać jako polityk, któremu zależy na pełnej transparentności umów. No i braku dziadostwa, powszechnego przecież w polityce ogólnokrajowej. W grudniu 2022 roku Karnowski z niechęcią wypowiadał się o fuzji Orlenu z Lotosem. Wówczas to w rozmowie z portalem Gazeta.pl występował w roli tego, który dysponuje mandatem pouczania bogatszych o doświadczenia kolegów po fachu.

„Nie ma tajnych umów, wszystkie umowy muszą być jawne” – twierdził z przekonaniem.

A czy pan prezydent oraz jego podkomendni postępują w myśl tej zasady? Tutaj pojawiły się znaczące wątpliwości, które opisał portal dorzeczy.pl w swoim najnowszym artykule.

Miasto Sopot udziela Kojarowi kredytu zaufania

W 2015 roku miasto ogłosiło publiczny przetarg na sumienne zagospodarowanie gruntu położonego przy ul. Bitwy pod Płowcami 73-79. Lokalizacja liczy sobie ponad 3 hektary. Dzisiaj znajduje się tam ośrodek oraz kemping „Park 45”. Teren w dzierżawę na, bagatela, kilkadziesiąt lat wzięła firma  Kojar Jan Jaroszewicz Józef Kowal spółka cywilna. Jak zauważają dziennikarze dorzeczy.pl, spółka w momencie wygrania przetargu nie mogła pochwalić się większymi osiągnięciami na jakiejkolwiek płaszczyźnie. W końcu powstała niedługo przed ogłoszeniem przetargu. Wypadałoby więc zauważyć, że miasto udzieliło firmie Kojar niemałego kredytu zaufania. Ale które władze odmówiłyby spółce, która z miejsca przedstawia super atrakcyjny plan na zagospodarowanie 3 hektarów? Chodzi naturalnie o dobro turystów i mieszkańców.

„Miała powstać ku temu specjalna infrastruktura – firma Kojar przedstawiła atrakcyjny i najkorzystniejszy (zdaniem miasta) kompleksowy plan zagospodarowania terenu (obejmujący m.in. (1) remont starych budynków, (2) budowę nowych domków i budynków użyteczności ogólnej). W oparciu o tenże plan Spółka zaproponowała miesięczny czynsz w wysokości sześciu tysięcy złotych netto. Wydawać by się mogło, że wszystko jest w porządku, a teren miał być bezpieczną przystanią dla fanów żeglarstwa, windsurfingu i kitesurfingu oraz ciekawym miejscem do spędzenia wolnego czasu na świeżym powietrzu. Na jaw jednak wyszło, że coś nie gra”

– czytamy w artykule dorzeczy.pl.

Kojar Jan Jaroszewicz Józef Kowal spółka cywilna obiecała wykonać minimum 50 stanowisk dla kamperów z przyłączem energii elektrycznej, postawić wypożyczalnię sprzętu do sportów wodnych oraz obiekt przygotowany do ewentualnych napraw i wreszcie – wznieść budynek, który byłby perłą w koronie całej inwestycji. Miał on posiadać basen, tarasy, bar oraz centrum zabaw dla dzieci.  Kojar w przedstawionym projekcie obiecał ośrodek, który mógłby na poważnie konkurować z podobnymi w Europie Zachodniej. Miało być po europejsku, z klasą, a także z myślą o niepełnosprawnych, tak, by nikogo nie wykluczać.

Były wyraźne przesłanki do rozwiązania umowy? Zamiast Wersalu późny PRL

Śledztwo dziennikarskie portalu dorzeczy.pl miało wykazać, że Kojar dosyć swobodnie interpretował swoje ambitne założenia. Spółka miała nie wykonać prac tak, jak przewidywał zaproponowany przez nią projekt.

„Prace, do których wykonania zobowiązał się Kojar albo w ogóle nie zostały wykonane, albo zostały wykonane niezgodnie z tym, co obiecywały dostarczone miastu oferta i wizualizacje. Ujmując rzecz kolokwialnie, miał być mercedes, a jest mały fiat”

– przytacza słowa informatora dorzeczy.pl.

A więc miał być nowoczesny basen i bar, a skończyło się na dzierżawie tak wielkiej powierzchni za marne 6 tysięcy złotych miesięcznie?

„W okolicy działki znajdują się luksusowe trójmiejskie osiedla mieszkaniowe oraz nowopowstałe ośrodki wypoczynkowe: Sopot Marriott Resort & Spa i Hotel Radisson. Więcej kosztuje wynajęcie dużego mieszkania w mieście, nie wspominając już nawet o cenach w okresie letnim”

– zauważają dziennikarze.

Teren zagospodarowywany jest, lecz stan faktyczny nieoczekiwanie rozjechał się z zaprezentowaną wizją. Dziennikarze dorzeczy.pl zapoznali się ze szczegółowym projektem koncepcyjnym. Opisy tego, co i jak miało wyglądać, są nad wyraz dokładne. Więc jak to możliwe, że umowa, choć bardzo restrykcyjna, wciąż nie została rozwiązana? Przecież Kojar zobligował się do tego, by wszystko wyglądało tak jak na obrazku. Od wygrania przetargu minęło 8 lat. Przesłanki do rozwiązania umowy mają być widoczne jak na dłoni.

„Poświadczono realizację basenu i baru, których nie ma. Baru nigdy nie było, basen był, ale inny niż w ofercie. Zamiast nowoczesnego, wbudowanego w ziemię basenu z drewnianym tarasem, co było pokazane w ofercie, postawiono mały stelaż z marketu. Teraz nawet i tego basenu nie ma, mamy jednak zabezpieczoną dokumentację dla organów”

– brzmią zarzuty.

Chodzi tutaj o budynek B2. To właśnie ten gmach miał mieścić w sobie wspomniany basen sezonowy z tarasem, bar, plac zabaw dla dzieci i obsługę plaży.

„Nigdy nie powstał. W jego miejsce, zgodnie z publicznie dostępnymi informacjami pozyskanymi z portalu YouTube.com, ustawiony został mały, tymczasowy basenik, na próżno natomiast w ogóle szukać baru i rozległych eleganckich tarasów”

– czytamy w artykule.

„Choć umowa jest niekorzystna i pojawiają się przesłanki, iż doszło do działań na szkodę miasta, to Prezydent nie tylko nie rozwiązuje umowy z dzierżawcą, ale też zachowuje chłodny dystans wobec dziennikarzy pochylających się nad sprawą. Pomimo niewykonania umowy przez dzierżawcę Miasto Sopot nadal analizuje sprawę i nie kwapi się do rozwiązania niekorzystnej umowy”

– wskazuje portal dorzeczy.pl.

Miasto przymyka oko?

Wszystko powyżej przypomina trochę scenariusz rodem z komedii Stanisława Barei. Dziennikarze dostrzegłszy zaistniały absurd, skontaktowali się z miejskimi organami, m.in.: Biurem Promocji i Komunikacji Społecznej Urzędu Miasta Sopotu oraz Sekretarzem Miasta Sopotu Wojciechem Zemłą.

Ten ostatni w odpowiedzi na pytania w trybie prasowym przekonuje, że „wszystkie budynki, jakie miały powstać na terenie kempingu zostały wybudowane”. Jak pada w odpowiedzi, miasto „nie znajduje podstaw” do wypowiedzenia umowy dzierżawy. Pracownicy prezydenta Karnowskiego odbijają również piłeczkę, jeśli chodzi o wysokość czynszu, który miesięcznie opłaca Kojar Jan Jaroszewicz Józef Kowal spółka cywilna. Dziennikarze twierdzą, że tak atrakcyjne tereny powinny jednak mieć swoją cenę, zwłaszcza gdy w ciągu 8 lat zaszły przesłanki do wypowiedzenia umowy.

„Jak to możliwe, że w Sopocie więcej trzeba zapłacić za wynajem mieszkania niż ogromnej działki z budynkami i infrastrukturą? Jak to ma się do rachunku ekonomicznego Miasta Sopot?”

– pytają redaktorzy serwisu.

Podsumowując, ze strony miasta nie ma jakiejkolwiek refleksji ani też woli współpracy. Można odnieść wrażenie, że postawione pytania w trybie prasowym mącą spokój urzędników i samego prezydenta Karnowskiego. Sprawa jest na tyle kontrowersyjna, że bada ją Regionalna Izba Obrachunkowa. Doprowadziła do tego skarga sygnalisty, która trafiła na biurko Jacka Karnowskiego. Miasto poprosiło o materiały dowodzące tego, że zamiast Wersalu przy ul. Bitwy pod Płowcami 73-79 jest późny PRL. I je otrzymało. A nuż, widelec, doszło do jakichś nadużyć? Niestety, urzędnicy nie chcą za bardzo brać pod uwagę takiej opcji. Czerwona lampka zapala się i migocze coraz intensywniej, gdyż prezydent Jacek Karnowski nadal nie zajął konkretnego stanowiska.

Źródło: dorzeczy.pl

Jak napisał Sławomir Mentzen: W ostatnich dniach kampanii wyborczej zamierzam wrzucić szósty bieg. W czwartek 12 października zaczynam trasę Piątka z Mentzenem. W ciągu dwóch dni mam zamiar odwiedzić całą Polskę. Będę w 5 miastach dziennie, zachęcał do głosowania na listę nr 5, mówił o 5 Konfederacji, tłumaczył się z 5 Mentzena i przybijał piątki z sympatykami, którzy przyjdą na spotkania.

Plan rzeczywiście jest ambitny po w czwartek 12 października Mentzen chce odwiedzić Gdańsk, Szczecin, Poznań, Łódź, Warszawę. A w piątek 13 października Lublin, Rzeszów, Wrocław i Katowice. Jak zamierza to zrobić? “Żeby zdążyć odwiedzić tyle miast jednego dnia, będę poruszał się helikopterem, emitując bardzo dużo CO2. Mam nadzieję, że kapłani walki z klimatem mi to wybaczą” – skomentował Mentzen.

Dodatkowo w Warszawie i Krakowie po skończonym tak intensywnym dniu kampanii Sławomir Mentzen zapowiada, że uda się z sympatykami… na piwo. Piątka z Mentzenem zapowiada się więc jako szczególnie ciekawe wydarzenie.

Krzysztof Bosak: Suwerenność Polski kolejny raz jest zagrożona przez zakusy eurokratów! Już w Traktacie Lizbońskim wyeliminowano zasadę jednomyślności państw członkowskich w wielu dziedzinach. Alarmowaliśmy, że doprowadzi to do supremacji instytucji unijnych ponad państwa członkowskie. Dokładnie to się dzieje, a teraz jest propozycja, żeby pójść w tym kierunku dużo dalej! Wyłączne kompetencje UE mają być przekazane w takich dziedzinach jak ochrona środowiska i różnorodność biologiczna, a także przeciwdziałanie zmianom klimatu. Każdy, kto obserwuje implementację pakietu Fit for 55, wie że przeciwdziałanie zmianom klimatu dotyczy właściwie wszystkich dziedzin gospodarki! Dla Konfederacji podejście do tych kwestii jest zupełnie oczywiste. Absolutnie się na te sprawy nie zgadzamy i nigdy nie zgodzimy. Uważamy, że dotychczasowe uszczuplenie kompetencji państwa polskiego, ograniczenie polskiej suwerenności, idzie już zdecydowanie zbyt daleko, jak na cel, który Polacy zaakceptowali w referendum akcesyjnym do Unii Europejskiej!

Krzysztof Bosak podczas konferencji prasowej pod siedzibą UE w Polsce, wyraził jasno jakie jest stanowisko Konfederacji w związku z tymi nowymi zakusami Unii Europejskiej.
– My się absolutnie na te sprawy nie zgadzamy i nigdy nie zgodzimy. Uważamy, że dotychczasowe uszczuplanie kompetencji państwa polskiego, ograniczenie polskiej suwerenności idzie zdecydowanie już zbyt daleko. Nie interesuje nas budowa superpaństwa europejskiego! Nie interesuje nas wzmacnianie centralistycznych, biurokratycznych instytucji w Brukseli. Nie interesuje nas ingerowanie przez instytucje brukselskie czy luksemburskie, jak Trybunał Sprawiedliwości, we wszystkie sprawy w Polsce. Nie interesuje nas paraliżowanie przez Unię Europejską ochrony granic. Nie interesuje nas narzucanie nielegalnych imigrantów w Polsce. Jesteśmy jedyną formacją mentalnie zdolną do tego, żeby odrzucić unijne regulacje.

Zdjęcie: Materiały prasowe Konfederacji

Ten wpis na Twitterze potwierdza tylko niepokojącą tendencję. Pan Rafał Gładysz opisał to co spotkało firmę kosmetyczną jego żony, która w branży działa od 10 lat.

“8 lat temu, 15 września 2015 roku, moja żona wreszcie otworzyła swój wymarzony salon kosmetyczny. Początek był dość skromny, ale szybko z 50m2 i dwóch pracownic zrobiło się 170m2 (dodane dwa lokale obok) i mała armia kosmetyczek, fryzjerek, manicurzystek i pedicurzystek. Świetne miejsce do prowadzenia takiego biznesu, mnóstwo klientek przez te wszystkie lata (baza danych na prawie 4.000 osób), doskonałe opinie, dobra atmosfera. Pracy nigdy nie brakowało.”

Tymczasem minęło 8 lat. Czyli akurat tyle ile przy władzy jest obecna koalicja PiSu i Suwerennej Polski, a żona pana Rafała “oddała ostatni z trzech lokali i zakończyła swoją działalność”. Nie szło jej w biznesie? Nie miała klientów? Źle prowadziła swoją działalność? Nic podobnego. Musiała zamknąć interes “pomimo ciężkiej i uporczywej walki o byt” i “przy pełnym obłożeniu klientkami”.

“Galopująca kawalkada niepojętych kosztów, wszystkie pochodne lockdownów covidowych, podwyżki podatków, ZUS-u, płac minimalnych, cen towarów, energii, inflacja itd. spowodowały, że tego biznesu po prostu nie dało się dalej prowadzić, bo było to tylko zjadanie własnego ogona.”

Pan Łukasz skomentował w kilku zdaniach całą sytuację, która dotknęła działalność gospodarczą jego małżonki. “2015-2023. Te daty nie są przypadkowe. Tak przez te wszystkie lata wygląda w Polsce dorzynanie małych przedsiębiorców i wykrwawianie ich z miesiąca na miesiąc. Takich firm, jak ta mojej żony, upadło i upadnie tysiące. Obecna władza każdego, kto pracuje na własny rachunek, dopadnie wcześniej czy później, w ten czy inny sposób. Chyba że za dwa tygodnie coś się zmieni…”

– Popatrzmy na dane rynkowe. Takie są fakty. Od lipca ceny diesla na londyńskiej giełdzie wzrosły o 38%. Od lipca w hurcie w Polsce spadły o 4% – przytoczył dane Krzysztof Bosak. I skomentował:
– Ktoś za to płaci. Kto za to płaci? Otóż my wszyscy za to płacimy! Poprzez brak zysków i dywidendy, która będzie w Orlenie. Poprzez przejadanie zapasów z rezerw strategicznych, za które płaci rząd.

Redaktor Rymanowski postanowił się upewnić, czy poseł Konfederacji jest “pewien, że te rezerwy są przejadane”. Krzysztof Bosak odpowiedział:
– Panie redaktorze, gdyby było to transparentne, to bym mógł powiedzieć, że jestem pewny. Rząd ukrywa, co się dzieje. Wszelkie rzeczy, które się dzieją w Agencji Rezerw Strategicznych, od kilku lat są ukryte! Krążą plotki wśród polityków, wśród funkcjonariuszy różnych instytucji państwowych i służb, że jest tam złodziejstwo na dużą skalę. Mam nadzieję, że jak PiS zostanie wywalony z rządu, to wyświetlimy to złodziejstwo. To złodziejstwo, które odbywało się przez ostatnie lata w Agencji Rezerw Strategicznych pod pretekstem covida czy wojny na Ukrainie.

Bosak powiedział też o kuriozalnym piśmie jakie Orlen rozesłał do swoich parterów biznesowych:
– Orlen rozesłał do swoich biznesowych partnerów, że będą podwyższać ceny po wyborach. Po piętnastym! W związku z czym ci hurtownicy, którzy są niezależni od Orlenu, nie sprzedają paliwa! Po co mają sprzedawać tanio, jak będą mogli za dwa tygodnie sprzedawać drogo? Z kolei ludzie, którzy potrzebują paliwa i mają gdzie je zmagazynować, tankują na zapas. Widzieliśmy na przykład jednego z członków rządu PiS-u, który do iluś kanistrów do bagażnika tankował.

Zdjęcie: Zrzut ekranowy Polsat

Poseł Krzysztof Tuduj w nieco żartobliwy sposób odniósł się do tego co można ostatnio zaobserwować, jeżeli chodzi ceny paliw. Ale również jeżeli chodzi o “awarie” dystrybutorów, które coraz częściej występują na stacjach paliw:
– Wygląda na to, że PiS chciał dojechać na tanim paliwie do wyborów. Chciał sobie zapewnić tanią kampanię wyborczą na paliwie. Natomiast wygląda na to, że tego paliwa przed wyborami zabrakło.
Dziwna choroba opanowała dystrybutory Orlenu w całej Polsce. Choroba, która polega na tym, że z dnia na dzień mamy do czynienia z awarią tych dystrybutorów. Co ciekawe, dwa dni wcześniej wyciekła wewnętrzna informacja w której było wyjaśnienie spółki Orlen do pracowników, że jeśli zabraknie paliwa to mają wywieszać informację, że jest awaria pompy.

Drugi poseł Konfederacji, który wziął udział w konferencji prasowej, Stanisław Tyszka, już nie żartował. W bardzo mocnych słowach skomentował to co się dzieje w kwestii paliwa. Coraz częściej pojawiają się informacje, że Orlen, chcąc utrzymać niskie ceny paliwa, wykorzystuje do tego rezerwy strategiczne.
– Dochodzą do nas słuchy, że poprzez tą promocję wyborczą paliwową już została naruszona rezerwa obowiązkowa – mówił poseł Tyszka. – To wszystko co się dzieje to są działania o charakterze przestępczym. PiS wykorzystuje spółki skarbu państwa do nielegalnego finansowania swojej kampanii. Po utracie władzy przez PiS będziemy wyciągali z tego konsekwencje. Również w stosunku do zasiadających w zarządach spółek skarbu państwa, którzy działają w tym momencie na szkodę tych spółek drenując je z pieniędzy. A to są pieniądze Polaków.