Krzysztof Bosak / zdjęcie: materiały prasowe Konfederacji

Wpis na platformie X ambasadora Izraela w Polsce wywołał burzę w sieci. Yacov Livne zaatakował w nim wicemarszałka Sejmu Krzysztofa Bosaka.

Krzysztof Bosak napisał na Twitterze, że zabicie członków organizacji humanitarnej w Strefie Gazy, w tym Polaka, mogło mieć na celu “sterroryzowanie organizacji humanitarnych i narastanie klęski głodu wśród Palestyńczyków“. Te słowa nie spodobały się ambasadorowi Izraela:

Wicemarszałek Sejmu i lider Konfederacji Krzysztof Bosak twierdzi, że Izrael popełnia „zbrodnie wojenne” i terroryzuje organizacje humanitarne, aby zagłodzić Palestyńczyków. To ten sam Bosak, który do dziś nie zgodził się potępić masakry dokonanej przez Hamas 7 października i którego partyjny kolega, prawicowy ekstremista, zgasił gaśnicą chanukową menorę, którą zapaliliśmy w parlamencie w Warszawie. Wniosek: antysemici zawsze pozostaną antysemitami, a Izrael pozostanie demokratycznym Państwem Żydowskim, które walczy o swoje prawo do istnienia. Również dla dobra całego świata zachodniego.

Politycy Konfederacji szybko zareagowali na te oskarżenia. Odniósł się do nich również wicemarszałek Krzysztof Bosak. Poniżej kilka komentarzy polityków Konfederacji zamieszczonych na platformie X.

Krzysztof Bosak
Polscy politycy swoim oportunizmem i lizusostwem przyzwyczaili izraelskich (i nie tylko) dyplomatów do tego, że mogą sobie dowolnie ustawiać Polaków. Czas z tym skończyć. Nie potrzebujemy zielonego światła z żadnej ambasady żeby potępiać zbrodnie (obu stron) i żeby bronić bezpieczeństwa i życia wolontariuszy organizacji humanitarnych, dziennikarzy czy pracowników organizacji międzynarodowych. Za śmierć Polaka oczekujemy przeprosin i odszkodowania dla jego rodziny, a nie połajanek. I to w dodatku w reakcji na tak umiarkowany komentarz!

Krystian Kamiński
Nie spodziewałem się niczego innego… Zamiast mówić o ataku sił izraelskich na konwój humanitarny, lepiej oskarżyć innych o antysemityzm. Takie typowe

Grzegorz Płaczek
Szanowny Panie ambasadorze, czy rozważał Pan zmianę pracy? Bo, jako poseł Konfederacji (szanujący każdego ambasadora), mocno to sugeruję. Jest Pan gościem u nas i proszę nie pluć Polakom w twarz. TU JEST POLSKA.

Ryszard Wilk
Zgaszenie świec Chanukowych – akt terroryzmu.
Świadome ostrzelanie konwoju humanitarnego, w którym zginął Polak- incydent.
Każdy kto krytycznie podejdzie do sprawy, dostanie łatkę antysemity…

Ewa Zajączkowska-Hernik
Naprawdę, naprzeciw zbombardowania humanitarnego konwoju, w którym zginęli ludzie, wytacza pan argument o zgaszeniu świecy chanukowej?

Tomasz Grabarczyk
Dla dobra całego świata zachodniego i w ramach swojego prawa do istnienia państwo Izrael zamordowało kilkadziesiąt tysięcy ludzi w Strefie Gazy, w tym kobiety i dzieci? Dlatego nieustające ataki państwa Izrael trafiają w misje humanitarne? Są granice bezczelności.

Włodzimierz Skalik
Podwójne standardy w wykonaniu dyplomaty państwa położonego w Palestynie: Mord w naszym wykonaniu na nieżydzie nie jest mordem.
A krytyka tego stanu rzeczy jest czystym antysemityzmem.

Emil Krawczyk
Porównujesz zbrodnie wojenne do zgaszenia świeczek?

Nowacka i Brzózka fotka

Brzózka i Nowacka (Fot. Facebook/Wikipedia) / Nowacka i Brzózka fotka

Resort edukacji Barbary Nowackiej wpadł na wspaniały pomysł, jak poprawić polskie szkolnictwo. Nie będzie prac domowych i ocen, ale za to… darmowe podpaski! Radosław Brzózka, dyrektor gabinetu politycznego ministra Przemysława Czarnka, nie pozostawia złudzeń co do polityki lewicowego rządu.

26 marca „Dziennik Gazeta Prawna” poinformował opinię publiczną o nowych planach Ministerstwa Edukacji Naukowej, którym kieruje obecnie Barbara Nowacka. Wszystko wyszło na jaw za sprawą posłanek Lewicy, które złożyły interpelację nr 1470 w sprawie dostępu do podpasek i tamponów w polskich szkołach. Wiceminister Paulina Piechna-Więckiewicz, która odpowiedziała na ich zapytanie, przyznała wprost, że kieruje projektem przewidującym umieszczenie takich środków higienicznych w każdej toalecie szkolnej, obok papieru toaletowego i mydła. Jak na razie resort edukacji zbiera potrzebne dane na temat zapotrzebowania na te produkty w poszczególnych placówkach oraz zastanawia się, czy nowe przepisy powinny zostać przyjęte na drodze rozporządzenia czy może… ustawy.

W Ministerstwie Edukacji Narodowej trwają analizy oraz konsultacje z organizacjami pozarządowymi na rzecz przeciwdziałania ubóstwu menstruacyjnemu wśród polskich uczennic. Planowane są także konsultacje z przedstawicielami samorządu terytorialnego. Minister Edukacji uznaje kwestie zapewnienia środków higieny osobistej, uwzględniając podpaski i tampony, za sprawę, której waga powinna znaleźć odzwierciedlenie w regulacjach prawnych

– możemy dowiedzieć się z oficjalnej odpowiedzi, którą opublikowali dziennikarze kontaktujący się z działem prasowym MEN.

Dane zaprezentowane przez Kulczyk Foundation wskazują na to, że co szósta polska uczennica opuszcza lekcje z powodu braku dostępu do środków higienicznych (wspomnianych już podpasek i tamponów). W przeświadczeniu Lewicy mamy tu do czynienia z niczym innym jak „ubóstwem menstruacyjnym”, czyli kolejnym poważnym problemem społecznym do rozwiązania na drodze ustawy. Krótko mówiąc, nowe władze resortu wolą skupiać się na sferze intymnej uczennic, a jednocześnie nie martwią się tym, czy solidna redukcja podstawy programowej przypadkiem nie obniży poziomu wiedzy młodzieży.

Radosław Brzózka: Lewacka minister boi się jak ognia wychowania do życia w rodzinie

To kompletne pomieszanie z poplątaniem. Obecne przepisy o środkach higienicznych są wystarczające, a zadanie jest po stronie samorządu. Tam jest miejsce na kontakt z radą rodziców i uczennicami. Lewicowa minister edukacji jednak szuka łatwej popularności. Zwodzi młodych, że mogą się mniej uczyć, bez prac domowych i ocen. Za to centralnie zaopiekuje się intymnością dziewcząt. Tylko lewica ma w tej sprawie cały pakiet z lobby LGBT i aborcją włącznie

– wyjaśnia Radosław Brzózka, dyrektor gabinetu politycznego za kadencji ministra Przemysława Czarnka.

Lewacka minister boi się jak ognia wychowania do życia w rodzinie obecnego w podstawie programowej. Odpowiedzialność i dojrzałe podejście do relacji nie przyniosą poklasku na wiecach feministek. Lepiej zagrać dobrą ciotkę z podpaską. Dobrzy gospodarze w samorządach muszą pamiętać o wszystkich realnych potrzebach, a nie tylko o lewackich obsesjach. Wiem o tym jako praktyk w tej materii od 2003 roku. Wciąż zamierzam czuwać nad dobrem uczniów, ale w najbliższym czasie w ramach Sejmiku Województwa Lubelskiego, do którego kandyduję

– uważa Radosław Brzózka, który w poprzednim rządzie zajmował się ustalaniem strategii edukacyjnej resortu edukacji.

Można powiedzieć, że lewicowy rząd chce swoim pomysłem przychylić uczennicom nieba, ale pojawiają się tu dwa zasadnicze problemy. Po pierwsze, w ostatnich deklaracjach resortu padła propozycja usunięcia z podstawy programowej tematów związanych z cyklem menstruacyjnym oraz profilaktyką chorób przenoszonych drogą płciową. Gdzie tu logika? Po drugie, dlaczego Barbara Nowacka zakłada, że tylko uczennice mają miesiączkę? A co z osobami uczniowskimi i wszystkimi, którzy nie poddają się binarnym podziałom płciowym? Toż to dyskryminacja!

Źródło: DoRzeczy.pl, Fronda.pl, Sejm.gov.pl

Krzysztof Bosak / zdjęcie: materiały prasowe Konfederacji

Wicemarszałek Krzysztof Bosak na serwisie X napisał, że czeka nas podziemie ciepłownicze. Bosak zwrócił uwagę, że to jest “kwestia naszej społecznej odporności na wojny i kryzysy” i jako przykład podał wojnę na Ukrainie.

Cały wpis Krzysztofa Bosaka na X:
Szykujmy się na ciepłownicze podziemie. To nie tylko kwestia ekonomicznego przetrwania większości naszego społeczeństwa, którego nie stać na ich fanaberie i ich kłamstwa, że „to się będzie opłacać” (już wiemy, że tak nie jest). To także kwestia naszej społecznej odporności (uwaga, modne słowo!) na wojny i kryzysy.

Dom z piecem = dom, w którym nie pozamarzamy, gdy zacznie się dziać coś złego.

Co wówczas Wam powiedzą modni politycy? Że to nie ich sprawa i wojsko ma Wam przywieźć koce, generatory i nagrzewnice? Brak piecy na Ukrainie kończył się tym, że ludzie tygodniami spali w autach — autach na te przeklęte „paliwa kopalne”, dodajmy.

Poseł Grzegorz Płaczek na serwisie X zajął się pomysłem wycofania z matury obowiązkowego egzaminu z matematyki. Poniżej cały komentarz posła Konfederacji do działań obecnego rządu Donalda Tuska i resortu edukacji, który jest w rękach Lewicy.

Dziś opowiem Wam o tym, jak rząd planuje zrobić z młodego pokolenia Polaków idiotów. Ale zacznijmy od początku.

Konsultantów krajowych powołuje Minister Zdrowia, a jednym z nich jest: KRAJOWY KONSULTANT DS. PSYCHIATRII DZIECI I MŁODZIEŻY – w tym przypadku Pani Aleksandra Lewandowska. Została Ona powołana jeszcze w 2021 roku przez (UWAGA!) szefa Ministerstwa Zdrowia Pana ministra Adama Niedzielskiego. Tego samego, który „zasłynął” ze swoich decyzji w kwestii lockdown’ów, a teraz słuch po Nim zaginął (ale pewnie były Pan minister głodem nie przymiera, bowiem na odchodne dostał kilkadziesiąt tysięcy złotych na „otarcie łez”, a partyjny system zwykle dba o swoich – długofalowo).

• Dodałbym, że osobiście próbowałem zgłosić Pana ministra Niedzielskiego na prokuraturę, ale prokuratura… nie podjęła tropu. Jednak dziś nie o tym. Wróćmy do Krajowego Konsultanta ds. Psychiatrii Dzieci i Młodzieży – Pani Aleksandry Lewandowskiej.

• Ów Pani konsultant, która powinna dbać o dobro dzieci i młodzieży, właśnie wysłała oficjalne pismo do Ministerstwa Edukacji Narodowej, aby (UWAGA!) WYCOFAĆ OBOWIĄZEK ZDAWANIA MATEMATYKI NA MATURZE.

Powód? Zdawanie tego przedmiotu powoduje stres u uczniów, a to nie godzi się w nowoczesnym świecie.

• Zwykle przechodzę obojętnie wobec tego typu pomysłów (uważając je za nierealne i irracjonalne), ale ze względu na to, że resort edukacji jest w rękach Lewicy (a na to zezwolił sam Pan premier Donald Tusk) sugeruję mocno patrzeć resortowi edukacji na ręce. Głupim narodem łatwiej się zarządza i manipuluje, a w przypadku obecnego rządu wszystko jest możliwe. I pomysł z pewnością kusi.

• Jestem daleki od obrażania kogokolwiek i staram się walczyć na argumenty, jednak… albo ktoś nie rozumie, że matematyka jest królową nauk i całej przyrody, albo ktoś odleciał i trzeba takiej osobie pomóc. Nawet jeśli tą osobą jest Krajowy Konsultant ds. Psychiatrii Dzieci i Młodzieży. PS. Polko i Polaku – czas zacząć walczyć o przyszłe pokolenie Polaków!

Jako poseł Konfederacji, zasiadając na co dzień w „Komisji Edukacji, Nauki i Młodzieży”… widzę, co się dzieje. A dzieje się źle.

Gazeta Wyborcza zaatakowała Kanał Zero, a konkretnie jego twórcę i właściciela Krzysztofa Stanowskiego. Ten ostatni w swoim programie na YouTube mocno się odwinął na artykuł-paszkwil Gazety Wyborczej. Jednak tzw. medialny mainstream nie odpuszcza.

W tej chwili już widzi nawet zbliżający się koniec Kanału Zero po tym na Wirtualnych Mediach ukazał się artykuł. pt. Kanał Zero traci widzów. Spadki wyświetleń niemal o połowę. Ta wiadomość, że Stanowskiemu spadła liczba wyświetleń niemal o połowę stała się pretekstem do kolejnych ataków ze strony wszelkiej maści fachowców od mediów. I właśnie z nimi, z tymi ekspertami od tego jak więdzą jak coś zrobić, ale tego nie robią rozprawił się na seriwsie X Sławomir Mentzen.

Sławomir Mentzen na X [cały wpis]

Dzisiaj rano zobaczyłem na Twitterze wpis Wirtualnych Mediów, informujący, że Kanał zero stracił połowę wyświetleń. W marcu będzie miał ich zaledwie 35 milionów. Jaką to dziką radość i satysfakcję wywołało u całej masy zawistnych komentatorów, niewidzących tego, że ich komentarze kompletnie nikogo nie interesują. Hahaha, spadło mu z 70 mln do tylko 35. Jaki frajer, wiedziałem, że tak będzie, dobrze mu tak. A czemu Stanowski zasługuje na porażkę? Bo nie jest jednym z nich. Dlatego nieudolnie zwalcza go Wyborcza i reszta mainstreamowych mediów.

Facet zaczynał jeszcze jako nastolatek w Przeglądzie Sportowym, potem bez przerwy piął się w górę, w końcu założył swój portal Weszło, który był powiewem świeżości na rynku mediów o piłce, następnie kolejna rewolucja – Kanał Sportowy i w końcu Kanał Zero. Za każdym razem wygrywał i awansował do kolejnej medialnej ligi. Pisał świetne teksty, świetne książki, a teraz robi świetne programy. Ludzie chłonęli każdy rodzaj jego twórczości. A teraz jacyś anonimowi mediaworkerzy z Wyborczej, będą tłumaczyć, że Stanowski to żaden dziennikarz. Tłumaczą mu, na kanale na YT, który ogląda kilkaset osób, co powinien robić na swoim kanale mającym dziesiątki milionów wyświetleń miesięcznie. Skąd ja to znam. Ludzie, którzy nie potrafiliby wygrać wyborów na przewodniczącego klasy, którzy nie potrafią zorganizować 10 ludzi do gry w piłkę lub do wyjścia na piwo, są przekonani, że doskonale wiedzą, jak wygrać wybory parlamentarne i rządzić krajem. Ba! Są przekonani, że potrafią przejrzeć plany oraz ograć Putina, Chiny, USA czy całą Europę. I frustracja ich zjada, że nikt ich nie słucha. A oni przecież wszystko wiedzą. Wszystko potrafią. A czemu więc nic nie robią i nie pokażą w praktyce, jak działają ich teorie, to nikt nie wie.

Stanowski właśnie dlatego odnosi sukcesy, bo nie słucha ludzi, którzy ich nie odnoszą. Bo myśli inaczej i robi po swojemu. Każdy jego kolejny projekt jest czymś nowym, pomyślanym inaczej. Od Weszło przez Kanał Sportowy i Kanał Zero. I takich ludzi bardzo wszyscy potrzebujemy. Ludzi, którzy mają odwagę działać po swojemu, na przekór wszystkim innym. Dawidów rzucających wyzwanie kilku Goliatom równocześnie. Szaleńców, którzy poświęcają życie na próbę zmiany świata, albo chociaż jego części. Potrzebujemy ludzi takich jak Trump, Stanowski czy Musk. Ludzi szalonych, wizjonerów, mających wielkie cele, poświęcających wszystko, aby je zrealizować, ciężko pracujących, aby wejść na wymarzony przez siebie szczyt.

Stanowski w porównaniu z wielkimi mediami, to dalej jest nieistotny plankton. Wirtualna Polska ma ponad 1 mld zł przychodu. TVN ponad 2 mld zł. Ringer Axel Springer – wydawca Onetu, Faktu i Newsweeka ma koło 700 mln zł przychodu. Kanał Zero to będzie pewnie coś koło dwudziestu, trzydziestu milionów złotych. Niezauważalna drobinka na rynku medialnym. A i tak im przeszkadza. I tak jest im solą w oku, bo jest od nich niezależny. Bo potrafi wywołać jakiś temat w debacie publicznej, bo nie gra razem z nimi na Tuska, bo patrzy na świat okiem młodego człowieka, bez kompleksów względem Zachodu. I dlatego próbują obrzydzić go reklamodawcom, sponsorom, widzom i potencjalnym gościom kanału. Do tego dochodzi zwykła zawiść i małość. To ja tu za marne kilka tysięcy bieduję w tej Wyborczej, a ten zarabia miliony na swoim, robi to co lubi i jeszcze cieszy się życiem. No jak on śmie.

Krzysztof Stanowski chce walczyć z telewizjami. To naprawdę wielkie wyzwanie i pewnie mu się to nie uda, ale z pewnością namiesza na polskim rynku medialnym. Bo media to nie tylko pieniądze. To przede wszystkim możliwość wpływania na debatę publiczną. I to Stanowski już ma. Łatwo mu oczywiście nie będzie. Na pewno pojawią się też naśladowcy. Bariery wejścia na rynek YT są śmiesznie niskie. Studio, kilka znanych osób i tyle. Założenie telewizji, czy dużego portalu internetowego, wymaga gigantycznych nakładów. A telewizja internetowa? Równowartość kilku mieszkań, jeżeli chce się to robić na bogato. Kanał Zero będzie miał więc nie tylko konkurencję ze strony wielkich mediów, ale również masę ambitnych projektów na YT, które będą go podgryzać od dołu.

Ale wróćmy do tych wielkich mediów i ich niechęci do Stanowskiego. Nikt kto tego nie przeżył, nie wie, jak to jest zmierzyć się z frontalnym atakiem mainstreamowych mediów. Z ich powielanymi miliony razy kłamstwami i manipulacjami. Z ich opluwaniem każdego, kto się zbliżył do ofiary głównego ataku. Dlatego tym bardziej trzeba wspierać i doceniać Stanowskiego za to, że mu się chce. Oraz jego sponsorów za to, że go nie zostawili, tylko razem z nim chcą budować jego nowe medium. Medium, którego wszyscy potrzebujemy, żeby nie być skazani tylko na mdłą papkę z TVN, Newsweeka czy Wyborczej, tworzoną przez miernych i zawistnych mediaworkerów.

Krystian Kamiński na serwisie X [tytuł i wytłuszczenia w tekście pochodzą od Redakcji].

WYBORY NA BIAŁORUSI

Media żyją w bieżącym tygodniu wyborami Władimira Putina na prezydenta Rosji. Ja jednak wolałbym zająć się, jak mam w zwyczaju, sprawą, która całkowicie zeszła z pola widzenia mediów, polityków i komentatorów głównego nurtu, a która dotyczy kraju nie aż tak mniej ważnego dla Polski niż Rosja, to jest Białorusi. Z końcem lutego w państwie tym odbyły się wybory od izby niższej parlamentu – Izby Reprezentantów oraz rad lokalnych. W Polsce mało kto się nimi interesował uznając je za równie przewidywalne jak wybory Władimira Putina na prezydenta Rosji, a swoją rolę odegrał pewnie i powszechny u nas lekceważący stosunek do tego wszystkiego, co dzieje się w kraju mniejszego wschodniego sąsiada. Jednak wyniki białoruskich wyborów okazały się, pod pewnym względem, nie tak znowu oczywisty i znamionują je realne procesy polityczne nad Niemnem i Swisłoczą.

Przez trzy dekady rządów Łukaszenki ławy Izby Reprezentantów zapełniali w przytłaczającej większości formalni deputowani niezależni, czyli tacy, którzy przechodzili przez jednomandatowe okręgi wyborcze poza komitetami partii politycznych. Bywali popierani, zgodnie z radziecką tradycją, przez „kolektywy pracownicze”, oficjalną Federację Związków Zawodowych, jednak formalnie byli właśnie „kandydatami niezależnymi”. Przez lata odzwierciedlało to fakt, że system polityczny uległ pod władzą Łukaszenki daleko idącej personalizacji. Zarówno polityczna praktyka Aleksandra Grigoriewicza, jak i wdrożone przez niego reformy konstytucyjne przydały prezydentowi w zasadzie pełnię władzy. Łukaszenko realizował ją poprzez „wertikal własti”, to jest po prostu przez nomenklaturę, hierarchię administracji państwowej, której wszystkie nitki schodziły się w administracji Prezydenta.

Ersatz ideologii, najbardziej nieoczywiste w perspektywie administracyjnej działania polityczno-agitacyjne były realizowane właśnie przez oficjalne związki zawodowe, będące bardzo udatnym narzędziem mobilizacji i zarządzania obywatelami w razie dodatkowych celów, w państwie o tak dużym udziale sektora państwowego w gospodarce. Temu służy również siatka urzędników do spraw ideologii instalowana w instytucjach publicznych, ale też państwowych przedsiębiorstwach. Dodatkowo przetrwała struktura dawnego Komsomołu, od 2002 r. pod nazwą Białoruskiego Republikańskiego Związku Młodzieży (BRSM), który służy wpływowi na młodzież szkolną i studencką, choć sprowadza się to najczęściej do doraźnej jej mobilizacji, na przykład do uczestnictwa w takich czy innych wyborach, akademiach, czynach społecznych.

Aleksandr Łukaszenko w praktyce wyeliminował natomiast z systemu władzy zjawisko partii politycznych. Te opozycyjne były pozbawione dostępu, nie tylko do zarządzania, ale również do masowego komunikowania. W zeszłym roku ostatnie z nich zostały zaś zdelegalizowane. Te akceptujące władzę przywódcy utrzymywano zaś na niskim poziomie aktywności. Partii rządzącej Łukaszenko nigdy stworzyć nie pozwolił. I w tym właśnie sensie wybory do Izby Reprezentantów mogą odzwierciedlać nową dynamikę systemu politycznego Białorusi.

51 na 110 miejsc zajmie w Izbie partia Biała Ruś (“Biełaja Ruś”). Republikańska Partia Pracy i Sprawiedliwości (RPTS) będzie mieć w nowej kadencji 8 mandatów (2 więcej niż w poprzedniej), Komunistyczna Partia Białorusi (KPB) 7 mandatów (4 mniej), Liberalno-Demokratyczna Partia Białorusi (LDPB) będzie mieć 7 (3 więcej). Trzy ostatnie partie funkcjonują w białoruskiej polityce od lat, odgrywając w niej w zasadzie rolę propagandową. Po zeszłorocznej nowelizacji ustawy o partiach politycznych, ze wszystkich organizacji politycznych tylko one pozostają legalne, co znamionuje stopień zwiększenia restrykcyjności systemu politycznego Białorusi po 2020 r. Tylko one… plus jedna nowa partia – właśnie Biała Ruś.

Została założona jeszcze 17 lat temu, lecz jako stowarzyszenie. Była tworem kręgów nomenklatury. Niemal od początku sygnalizowała ona chęć tworzenia partii politycznej, lecz przywódca kładł granicę tym ambicjom. W zeszłym roku Biała Ruś uzyskała rejestrację jako partia i od razu z przytupem weszła na scenę parlamentarną.

Oczywiście rola Izby Reprezentantów i parlamentu w ogóle w faktycznym systemie władzy Białorusi jest ograniczona. Do tej pory jej deputowani przejawiali bardzo niewielką inicjatywę ustawodawczą. Ważniejszym skutkiem wyborów jest raczej manifestacja instytucjonalizacji czegoś, co może się przekształcać w partię legalnie i oficjalnie agregującą, wyrażającą interesy i poglądy nomenklatury. Takie partie uzyskują wolę i możliwości forsowania tych poglądów oraz interesów. Jeśli się tak stanie będzie to pierwsza poważna zmiana polityczna na Białorusi od czasu konsolidacji personalnej władzy Aleksandra Łukaszenko w drugiej połowie lat 90 XX wieku.

Zmiana ta ma jednak nie tylko wymiar wewnątrzpolityczny. Politycy tworzący Białą Ruś mają powiązania z rosyjskimi elitami politycznymi, a sama partia oficjalnie współpracuje z Jedną Rosją. Tym samym podważona może zostać jeszcze jedna zasada jakiej trzymał się przywódca Białorusi – że to on monopolizuje relacje polityczne ze wschodnim sojusznikiem i protektorem.

Jak donosi Wirtualna Polska Mateusz Morawiecki miał zażądać wyrzucenia ze Zjednoczonej Prawicy Suwerennej Polski.

Takie żądanie miało paść na posiedzeniu Komitetu Politycznego Prawa i Sprawiedliwości. Za propozycją Morawieckiego opowiadali się Ryszard Terlecki i Marek Pęk. Takie żądanie miało być związane z ostatnimi atakami Suwerennej Polski na PiS. Na takie stwierdzenie miał zaeragować Mariusz Kamiński, który rzucił w odpowiedzi Morawieckiemu:
– Ale oni nie krytykują PiS-u, tylko ciebie.

Od dłuższego już czasu trzeszczy na linii PiS-Suwerenna Polska. Politycy tej drugiej coraz śmielej krytykują polityką PiS. Szczególnie właśnie Mateusza Morawieckiego. Wygląda to raczej jednak na próbę odsunięcia od siebie odpowiedzialności za współrządzenie. Za decyzje Mateusza Morawieckiego jako premiera w którego rządzie zasiadali politycy Suwerennej Polski. Krytyka mocno spóźniona i bardzo widać nieszczera. Politycy Suwerennej Polski korzystali bowiem na tym, że są w rządzie Morawieckiego. Teraz wylewają krokodyle łzy.

Źródło: Wirtualna Polska

Stanisław Tyszka / zdjęcie: materiały prasowe Konfederacji

Premier Donald Tusk napisał na serwisie X:
Według NIK premierzy Morawiecki i Sasin kręcili się przy interesach na wadliwych respiratorach i maseczkach. W czasie pandemii, która pochłonęła tysiące istnień. Brakuje słów. Teraz czas na prokuraturę. Panie Prezydencie, proszę dać jej pracować.

Przewodniczący Klubu Poselskiego Konfederacji Stanisław Tyszka przy tej okazji zwrócił uwage, że to za mało. I zaapelował:
Panie Premierze, przecież to czubek góry lodowej, proszę podpisać wniosek Konfederacji o powołanie sejmowej komisji śledczej ds. polityki państwa wobec Covidu, który już pięć miesięcy temu przekazałem do klubu poselskiego KO.

Kadr z nagrania z kamery nasobnej policjanta

Niezwykła akcja ratunkowa. Policjant bez wahania rzucił się na pomoc mężczyźnie, który dryfował w basenie portowym. Przebieg akcji ratunkowej opisał portal Policja.pl.

20 marca około godziny 18.00 dyżurny ze Śródmieścia został powiadomiony telefonicznie o tym, że na Skwerze Kościuszki, za budynkiem oceanarium ktoś wskoczył do basenu portowego. Dyżurny od razu skierował tam policjantów. Policjanci na miejscu zobaczyli w wodzie osobę, która dryfuje kilka metrów od nabrzeża z twarzą skierowaną do tafli wody. Sierżant Kacper Malinowski bez chwili zastanowienia zdjął kamizelkę kuloodporną, buty taktyczne oraz spodnie ćwiczebne. Następnie w bieliźnie oraz bluzie służbowej wskoczył do wody, aby uratować życie dryfującej osoby.

W tym czasie starszy posterunkowy Marcin Bryja asekurował go z nabrzeża przy pomocy linki przytwierdzonej do rzutki ratunkowej. Po dopłynięciu do nieprzytomnego mężczyzny sierżant odwrócił go plecami do tafli wody. Jego głowę ułożył blisko siebie podtrzymując ją nad powierzchnią i umożliwiając tym samym zaczerpnięcie powietrza.

Po kilku minutach na miejsce dotarli funkcjonariusze Państwowej Straży Pożarnej. Jeden ze strażaków wskoczył do wody i wspólnie z sierżantem Malinowskim założyli koło ratunkowe na ratowanego mężczyznę. Następnie policjant wraz ze strażakiem przy pomocy rzuconej liny i koła ratunkowego zostali holowali przez kilkanaście metrów do drabinki, która pomogła w bezpieczny sposób wyciągnąć mężczyznę z wody.

Ze względu na panujące warunki atmosferyczne (temperatura powietrza bliska 0°C), niską temperaturę wody oraz zmęczenie fizyczne spowodowane utrzymywaniem przy życiu tego mężczyzny, od razu po wyciągnięciu go z basenu portowego, policjant podpłynął do drabiny i z pomocą strażaków oraz kolegi z patrolu wdrapał się resztkami sił na ląd nie mając w tamtym momencie czucia w rękach. Funkcjonariusze Państwowej Straży Pożarnej udzielili policjantowi pomocy polegającej na utrzymywaniu krążenia w kończynach, utrzymywaniu odpowiedniej temperatury ciała, a także zabezpieczenia w postaci koców termicznych.

Nieprzytomny 34-letni mężczyzna został przekazany pod opiekę ratowników medycznych, którzy przewieźli go do szpitala.

Źródło: Policja.pl

Tego nie da się opisać, to koniecznie trzeba obejrzeć!

Tak poseł Roman Fritz w imieniu Klubu Poselskiego Konfederacji rozprawił się z sejmowej mównicy z projektem ustawy “o zmianie ustawy o mniejszościach narodowych i etnicznych oraz o języku regionalnym oraz niektórych innych ustaw”.

Warto też zobaczyć minę europosła Kohuta, który stał na galerii sejmowej i przysłuchiwał się wystąpieniu Romana Fritza. Oj, niezadowolony był europoseł Kohut, bardzo niezadowolony.

Poseł Roman Fritz sam był potem zaskoczony swoim wystąpieniem, bo okazało się, że w trakcie swojego przemówienia, wedle proponowanego projektu ustawy, mówił w 6. różnych językach!