REKLAMA

[OPINIA] Oleśnicki: Letniość, obojętność, Zarembizm – czyli jak przegrać cywilizację

[OPINIA] Oleśnicki: Letniość, obojętność, Zarembizm – czyli jak przegrać cywilizację

ZBIGNIEW OLEŚNICKI || Kilka tygodni temu, jeszcze przed pierwszą turą wyborów prezydenckich, jeden z najbardziej znanych polskich publicystów Piotr Zaremba kolejny już raz zaproponował PiSowi, by wprowadził instytucję związków partnerskich dla homoseksualistów. Jego zdaniem miałby to być „kompromis”, który rzekomo miałby ostudzić atmosferę wokół haseł środowisk LGBT.

REKLAMA

Jednym z centralnych momentów „Biesów” Dostojewskiego – niestety, za życia pisarza nieopublikowanym z powodu ingerencji carskiej cenzury – jest wizyta Mikołaja Stawrogina u mieszkającego klasztorze archijereja Tichona. Główny bohater powieści szybko zadaje mnichowi słynne pytanie:
„– A czy można wierzyć w diabła, gdy się w Boga nie wierzy? – śmiał się Stawrogin.
– O, można, bardzo nawet można, i jakże często – odpowiedział Tichon, już podnosząc głowę i uśmiechając się.
– A pewien jestem, że taką nawet wiarę gotów jest ojciec więcej szanować, niż całkowity ateizm… – mówił Stawrogin, śmiejąc się coraz głośniej.
– Wprost przeciwnie. Całkowity ateizm jest stokroć szczytniejszy od obojętności światowej.
Tichon wymówił to na pozór wesoło i prostodusznie.
– Ach, więc u ojca tak?
– Zdecydowany ateista stoi na przedostatnim szczeblu. Na ostatnim jest wiara doskonała. Czy ten szczebel przekroczy, to co innego. A obojętny nie ma żadnej już wiary, oprócz głupiego strachu i to z rzadka, i to tylko tyle, o ile jest człowiekiem wrażliwym.
– Hm… Ojciec zna Apokalipsę?
– Tak, znam.
– Pamięta Ojciec: „Aniołowi Kościoła w Laodycei napisz”?
– Pamiętam.
– Gdzie ta książka? – zaniepokoił się i poruszył Stawrogin, szukając Pisma Świętego na stole. – Chciałbym odczytać… jest tekst rosyjski?
– Pamiętam ten ustęp – wymówił Tichon.
– Na pamięć? Tak? Słucham.
Spuścił oczy, oparł dłonie na kolanach i czekał niecierpliwie. Tichon zacytował, a tekst pamiętał dosłownie. Aniołowi Kościoła w Laodycei napisz:

„To mówi Amen,
Świadek wierny i prawdomówny.
Początek stworzenia Bożego:
Znam twoje czyny, że ani zimny, ani gorący nie jesteś.
Obyś był zimny albo gorący!
A tak, skoro jesteś letni i ani gorący, ani zimny, chcę cię wyrzucić z mych ust.
Ty bowiem mówisz: „Jestem bogaty”, i „wzbogaciłem się”, i „niczego mi nie potrzeba”, a nie wiesz, że to ty jesteś nieszczęsny i godzien litości, i biedny i ślepy, i nagi”.

– Dosyć – przerwał Stawrogin. – Czy ojciec wie, że pokochałem go?
– Ja także ciebie kocham – półgłosem odpowiedział Tichon.”

Ci z Państwa, którzy zetknęli już z radosną twórczością piszącego te słowa, mogli zauważyć, że cytowany Fiodor Dostojewski to mój ulubiony pisarz, do którego odwołuję się często i chętnie. Ale nie przywołuję go tu bez powodu. Kilka tygodni temu, jeszcze przed pierwszą turą wyborów prezydenckich, jeden z najbardziej znanych polskich publicystów Piotr Zaremba kolejny już raz zaproponował PiSowi, by wprowadził instytucję związków partnerskich dla homoseksualistów. Jego zdaniem miałby to być „kompromis”, który rzekomo miałby ostudzić atmosferę wokół haseł środowisk LGBT. Zaremba pisał w „Rzeczpospolitej” – „To nie ofensywa haseł środowisk gejowskich jest główną przyczyną kryzysu rodziny czy wartości. Zarazem mniejszości seksualne są widoczne i będą się nadal upominać o swoje, szukając równocześnie, nie zawsze w mądry sposób, odwetu na „starej kulturze”. Czy mimo natężenia emocji w tym sporze istnieje pole przynajmniej przejściowego kompromisu? Być może tak.”

Cameron, gdy doszedł do władzy, wprowadził radykalnie antychrześcijańskie homomałżeństwa. Uznając to „za obronę rodziny – bo homoseksualiści to też rodzina”.

W jednym Piotr Zaremba ma na pewno rację – kompromis byłby przejściowy. Zaraz po legalizacji związków partnerskich te same środowiska, które podnoszą ten postulat, z tą samą mocą i w ten sam krzykliwy sposób zaczęłyby żądać „równości małżeńskiej”, oczywiście z prawem do adopcji, kupowania u surogatek czy sztucznej produkcji dzieci. Jednocześnie żądać będą kolejnych „antydyskryminacyjnych” przepisów sankcjonujących jako „mowę nienawiści” wszelką krytykę ich agendy. Dla każdego kto obserwuje sceny polityczne w Europie Zachodniej jest to równie oczywiste, jak to, że gdy podrzucimy do góry kamień, to po chwili spadnie on z powrotem na ziemię.

Wszędzie tam pojawiali się najpierw tacy sami letni, „umiarkowani” Piotrowie Zarembowie, którzy postulowali „rozsądny kompromis”. Niekiedy mieli też jeszcze bardziej szczwany plan dla centroprawicy w swoich krajach – „wyprzedzająco” wprowadzić związki czy od razu małżeństwa homoseksualne z prawem do adopcji dzieci. Tak zrobili Torysi w Wielkiej Brytanii za Davida Camerona. Dzięki temu brytyjscy prawicowcy już nigdy nie zostali nazwani pełnymi nienawiści i uprzedzeń, zwyrodniałymi faszystami. Rewolucyjna lewica spokorniała, uradowała się z „rozsądnego kompromisu”, przestała stawiać nowe żądania. Prawda? Tak właśnie jest, tak to właśnie działa.

Casus Davida Camerona jest o tyle ciekawy, że mówimy o polityku, który często był postrzegany w Polsce, zwłaszcza na umownej centroprawicy skupionej wokół PiS, jako dobry partner, z którym znacznie łatwiej znaleźć wspólny język niż z centroprawicą niemiecką czy francuską. Cameron, który kierował Partią Konserwatywną długo, 11 lat, od 2005 do 2016, a między 2010 a 2016 był premierem Zjednoczonego Królestwa, rzeczywiście wyróżniał się na tle demonicznej Angeli Merkel i ideowo bliskich jej polityków. Czym? Przede wszystkim sceptycyzmem wobec Unii Europejskiej. Ubiegając się w 2005 o fotel nowego lidera Partii Konserwatywnej, Cameron obiecał wyprowadzenie Torysów z Europejskiej Partii Ludowej, skupiającej wyrosłe z chadecji dominujące, centroprawicowe partie Niemiec, Francji, Włoch, Hiszpanii i innych, mniejszych państw. Cameron wygrał i rzeczywiście wyszedł z EPP, tworząc nowy sojusz pod nazwą Europejscy Konserwatyści i Reformatorzy, do którego dołączyło sporo partii z państw przyjętych do UE w 2004, w tym polski PiS, który stał się drugim obok Torysów filarem grupy. Ówczesny lider brytyjskiej opozycji był też obecny w 2009 w Warszawie na wiecu w ostatnich dniach pierwszej wspólnej kampanii do Parlamentu Europejskiego. Jarosław Kaczyński mówił wówczas w wystąpieniu, że UE jest „antykatolicka”, a wspólna Europa, by przetrwać, musi być chrześcijańska. Słuchający wówczas tych haseł Cameron, gdy doszedł do władzy, wprowadził radykalnie antychrześcijańskie homomałżeństwa. Uznając to „za obronę rodziny – bo homoseksualiści to też rodzina”. O aborcji w ogóle nie było mowy, ten temat w ramach kolejnych rozsądnych, umiarkowanych kompromisów był passé już za czasów niekiedy wielbionej w Polsce Margaret Thatcher. Choć jeszcze w 2004 obecny premier Boris Johnson został wyrzucony z torysowskiego gabinetu cieni, gdy wyszło na jaw, że zmusił jedną ze swoich kochanek do aborcji.

Centroprawica decydowała się przez ostatnie dekady na kolejne, nigdy nie kończące się „rozsądne kompromisy”

Czy to zaskakujące? Oczywiście nie. Dystans Camerona wobec UE był innym dystansem niż ten Kaczyńskiego. Chodziło przede wszystkim o zachowanie suwerenności Wielkiej Brytanii, nie przedstawiano w zamian alternatywnego spoiwa UE w postaci religii czy jakiegokolwiek innego (przy czym PiS rzadko kiedy zdobywał się na konkretne propozycje zmian w UE wykraczające poza ogólną krytykę status quo i hasło „Europy Ojczyzn”). To właśnie też Cameron, stale balansujący między prounijnymi Liberałami, z którymi był w wymuszonej koalicji w latach 2010-15, lewicową opozycją z Partii Pracy, a jednoznacznie antyunijnym UKIP Nigela Farage’a, zdecydował się na postawienie sprawy na ostrzu noża. Obiecał przeprowadzenie referendum w sprawie dalszego członkostwa Wielkiej Brytanii w UE, dzięki czemu w 2015 wygrał wybory do Izby Gmin, pierwszy raz uzyskując samodzielną większość (podczas gdy UKIP zdobyła ledwie jeden mandat, a Farage osobiście poniósł widowiskową klęskę). Po zwycięstwie Cameron przeprowadził negocjacje z Brukselą i uzyskał dalsze koncesje na rzecz suwerenności Londynu. Następnie był liderem kampanii przeciw Brexitowi, optując za pozostaniem w Unii. W sprawie UE Cameron, jak przystało na wyznawcę „rozsądnych kompromisów”, także starał się przez lata siedzieć okrakiem na barykadzie – nadal być w UE, ale zachować na stałe własną walutę, poszerzyć jeszcze swoją niezależność i sabotować projekty federalizacji Europy. Ale minimalnie przegrał – 48% wobec 52% – wobec czego ustąpił ze stanowiska premiera, szefa partii i w wieku ledwie 50 lat udał się na polityczną emeryturę, na której pozostaje po dziś dzień. W pożegnalnym wystąpieniu przed Downing Street 10 jako swoje wielkie osiągnięcie, z którego jest szczególnie dumny, wymienił wprowadzenie małżeństw homoseksualnych z prawem do adopcji dzieci.

W Polsce, szczególnie na tej części prawicy, która lubuje się w przypominaniu działań „perfidnego Albionu” przed, w trakcie i po II wojnie światowej, pokutuje stereotyp chłodnych, flegmatycznych, racjonalnych, zawsze wyrachowanych Brytyjczyków. Oczywiście stereotyp, jak to zazwyczaj bywa ze stereotypami, mający pewne podstawy w historycznej rzeczywistości. Kampania ws. Brexitu, a następnie seria politycznych przepychanek, zakończonych dopiero wyjściem w Unii w styczniu tego roku, pokazała jednak, że i Brytyjczycy są tylko ludźmi. W praktyce raczej mało kto głosował „za” lub „przeciw” członkostwu w UE ze względu na konkretne korzyści lub straty wynikające z obecności w tej organizacji – choć jedna i druga strona starała się używać takich haseł podczas kampanii. Zasadnicza linia podziału była taka sama jak wszędzie – „przeciw” UE byli ci, którzy czują się przede wszystkim Brytyjczykami, związanymi z brytyjską historią, brytyjską flagą i brytyjską królową. Odczuwający tradycyjną, wielowiekową niechęć wobec „kontynentu”. Bo Brytyjczykom nikt nie będzie rozkazywał – ani Papież, ani Ludwik XIV, ani Napoleon, ani Wilhelm II, ani Hitler, ani Angela Merkel. Intuicyjnie niechętni masowej imigracji (w tym sporo elektoratu Partii Pracy, przedstawicieli klasy pracującej którzy przybyszów postrzegali jako zagrożenie). „Za” – ci, którzy czują się przede wszystkim Europejczykami (w wiadomym, postoświeceniowym rozumieniu tego słowa), bardziej kosmopolityczni, bardziej postępowi, chcący być „otwartymi”. David Cameron utonął między tymi dwoma blokami ze swoim „trochę tak, a trochę nie” – podobnie jak podczas wyborów w grudniu 2019, będących swego rodzaju dogrywką do referendum, utonął lider Partii Pracy Jeremy Corbyn, niezdolny zdecydować się na jasne stanowisko swojej partii ws. Brexitu. Dlatego Johnson przejechał się po nim jak walec, uzyskując dla Torysów najlepszy wynik od 1987. Populus także nie lubi ludzi letnich – zwłaszcza w chwilach kryzysu. Dlatego „letni” nadreprezentowani są właśnie wśród wysublimowanych, salonowych intelektualistów, czytanych przez stosunkowo wąskie, ale wpływowe kręgi odbiorców.

W przypadku prawicy brytyjskiej tematy obyczajowe od dłuższego czasu nie odgrywają tak znaczącej roli jak w Polsce. Podobnie w innych państwach Europy Zachodniej centroprawica decydowała się przez ostatnie dekady na kolejne, nigdy nie kończące się „rozsądne kompromisy”. W naszym kraju, ostatnim w Europie, w którym nielegalna jest zarówno aborcja na życzenie jak i małżeństwa jednopłciowe, w naszych pięknych okopach Świętej Trójcy, nadal żywe jest przywiązanie do religii katolickiej i do tradycyjnie pojmowanej rodziny. Tradycyjnie, czyli zgodnie z prawem naturalnym, z naturalnym porządkiem rzeczy. By to rozumieć i z taką definicją się zgadzać nie trzeba w ogóle wierzyć w Boga. Dlatego dziś, stając wobec zagrożenia utraty Pałacu Prezydenckiego, PiS zdecydował się na wzięcie na sztandary właśnie tematyki LGBT, dążąc do maksymalnego podgrzania podziałów wobec niej. Sytuacja jest o tyle specyficzna i złożona, że decydenci PiS przez 4,5 roku samodzielnych rządów tej partii unikali tematyki „światopoglądowej”, co widzieliśmy przy konsekwentnym spychaniu do zamrażarki projektów takich jak zakaz aborcji eugenicznej czy seksualizacji dzieci. Postawieni przed koniecznością wyboru, nigdy jak dotąd nie zdecydowali się na zachwianie paradygmatem „status quo albo liberalizacja obyczajowa”.

Rewolucji społecznej nie da się zatrzymać zachowaniem status quo

W latach 2005-07 i po 2015 zarówno niektórzy działacze i posłowie rządzącego PiS jak jego konkurenci (kiedyś Marek Jurek, od wewnątrz PiS jako marszałek Sejmu, a potem z zewnątrz, LPR, dziś Konfederacja), rozmaite media i środowiska katolickie, konserwatywne i patriotyczne czy instytucje takie jak Instytut Ordo Iuris zgłaszały kolejne postulaty „obyczajowe”. Niektóre z nich były nawet wspierane przez Kościół. W wyraźnej większości przypadków te projekty, o ile tylko zostaną ostemplowane groźnym mianem „światopoglądowych”, były i są jednak konsekwentnie zbywane lub „odkładane na później”, by nigdy nie doczekać się realizacji.

Jest to zazwyczaj wobec katolickiego czy konserwatywnego elektoratu uzasadniane założeniem, że zachwianie ww. paradygmatem z zasady osłabi PiS, a może nawet doprowadzi do przejęcia władzę przez liberałów lub lewicę. Tworzy się iluzję „kompromisu” lub wynajduje kolejne wymówki, by którejś kwestii nie podejmować w danym momencie. Doświadczenia innych państw pokazują, że to założenie jest błędne. Rewolucji społecznej nie da się zatrzymać zachowaniem status quo. W ten sposób, zastraszona przez media i zainfekowana absurdalnym przekonaniem o „nieuchronności tych procesów” postępowała prawica w Europie Zachodniej, USA i innych państwach anglosaskich. Schemat był zawsze ten sam – bronienie status quo jako „rozsądnego kompromisu” przed atakami postępowych polityków i mediów, a potem albo utrata władzy, albo częściowe przyjęcie ich programu w ramach nowego „rozsądnego kompromisu”.

Profity? Utrzymywanie się u władzy za pomocą straszenia groźną, rewolucyjną lewicą. Ostatnie kilka lat w rolę demonicznego lewaka, komucha przedstawianego przez satyryków w sowieckiej czapce z czerwoną gwiazdą, świetnie wpisywał się w Wielkiej Brytanii Jeremy Corbyn. „Może nie realizujemy wielu swoich obietnic, ale jeśli nie my, to on – a spójrzcie, jaki jest straszny!” – tak można ad infinitum. Wielką Brytanią z ostatnich 41 lat 28 rządzi Partia Konserwatywna (i ma mocny mandat na kolejne, do grudnia 2024). Nie-Torys, który wygrał wybory i został premierem był po 1974 (!) jeden – Tony Blair. Ile udało się zakonserwować z tradycyjnej Wielkiej Brytanii? Pytanie jest retoryczne. Jak pisał Peter Hitchens w 2010 w swojej znakomitej, będącej wielkim aktem oskarżenia idącego po władzę wspomnianego wyżej ówczesnego lidera opozycji „Cameron Delusion”:

„Gdyby Partia Konserwatywna była twoją lodówką, całe twoje jedzenie by się popsuło. Gdyby była twoim samochodem lub rowerem, byłbyś porzucony na poboczu drogi. Gdyby była twoim księgowym, byłbyś bankrutem. Gdyby była twoim prawnikiem, byłbyś w więzieniu. Gdyby jakiekolwiek dobro konsumenckie, usługa lub zawód tak stale i w tak przewidywalny sposób zawodziło w swoim rzekomo głównym celu, ludzie odwróciliby się od niego. Zostałoby prześcignięte, zastąpione i wymiecione z rynku przez lepszego konkurenta. Ogromną zagadką Wielkiej Brytanii, a zwłaszcza Anglii, jest że Partia Konserwatywna nadal ma miliony lojalnych klientów, a nie wszyscy z nich są u kresu swoich dni. Odmawiają porzucenia jej, niezależnie od tego jak wiele razy ich zawiedzie lub nawet napluje na nich z wielkiej wysokości. Wydaje się nawet, że gdy robi co może, by zademonstrować swoją pogardę dla nich [swoich wyborców] i ich opinii, ich lojalność [wobec Partii] wydaje się tylko zwiększać”.

Chyba nawet arcypesymistyczny arcymizantrop Hitchens nie wyobrażał sobie jednak, że za kilka lat wściekłe tłumy barbarzyńców, nie wiedzących o świecie nic oprócz tego, że go nienawidzą, będą niszczyć pomniki wielkich Brytyjczyków, Anglików czy Szkotów – często zupełnie przypadkowych i Bogu ducha winnych, ale jednak „martwych białych mężczyzn”. Na przykład Roberta Bruce’a, czternastowiecznego króla Szkocji, który dowiedział się, że jest „rasistą”, „BLM”, „obalić pomnik” (hasła nabazgrane na rzeźbie i cokole). Równie dobrze w Polsce groźnym rasistą mógłby się okazać Władysław Łokietek – w końcu był chyba uprzedzony i nietolerancyjny wobec niemieckich mieszczan i wójta Alberta.

Akceptowanie przez główny nurt polskiej prawicy „małżeństw homoseksualnych” wychowujących dzieci dziś wydaje się wizją z Kosmosu, ale równie z Kosmosu byłaby dla wyborców generała de Gaulle’a informacja, że jego obóz polityczny za x lat nie będzie widział nic zdrożnego w takich „małżeństwach” i oddawaniu im dzieci czy importowaniu do Francji milionów algierskich muzułmanów, explicite wbrew słowom i działaniom Generała, który dał niepodległość Algierii, bo nie wierzył w możliwość zintegrowania jej arabskich i muzułmańskich mieszkańców z Francuzami.

Naiwne jest patrzenie z wyższością na mieszkańców „zgniłego Zachodu”.

Polska nie jest z definicji ani lepsza ani gorsza od innych państw, a Polacy od innych narodów. Już dziś pojawiają się coraz częściej takie sugestie – tu właśnie sympatyzujący od ponad 20 lat z Jarosławem Kaczyńskim Piotr Zaremba proponuje swojemu obozowi rozważenie związków partnerskich. Oczywiście w ramach „kompromisu”, który ułatwi utrzymanie się u władzy. Przykład jest bardzo typowy – „umiarkowany intelektualista” sugerujący partii z którą sympatyzuje „rozsądny kompromis”, oczywiście pojedynczy i taktyczny. W imię większego dobra, w imię zachowania władzy. Dokładnie tak, jak było na Zachodzie.

Naiwne jest patrzenie z wyższością na mieszkańców „zgniłego Zachodu”. Decyzje o systematycznej destrukcji tradycyjnej struktury społecznej na czele z instytucją rodziny czy otwarciu się na masową imigrację spoza Europy nie były im nigdy stawiane tak jasno, jak wydaje się post factum. Nikt nie zapytał Francuzów z 1965, czy życzą sobie małżeństw homoseksualnych wychowujących dzieci czy kilku milionów muzułmanów w swoim kraju. Ci ludzie byli przez dekady urabiani przez swoje elity polityczne, medialne i finansowe. Zamazywano im możliwość wyboru, tresowano ich irracjonalną, odwołującą się do uczuć papką o „tolerancji i otwartości”. Uczono wstydu z powodu posiadania poglądów innych niż „przyjęte”, wpajano poczucie winy i wstyd z powodu przynależności do danego narodu.

A potem oświadczano im, że nie da się już inaczej, mleko się rozlało, trzeba się dostosować. Tak samo nie stawiali tego sobie wprost ci politycy zachodniej centroprawicy, którzy decydowali o kolejnych „kompromisach”, czy po prostu pozostawali wobec nich bierni. Ci ludzie nie podejmowali strategicznych, przemyślanych pod kątem długofalowych skutków decyzji – po prostu kalkulowali sobie, że „no dobra, jeszcze to jedno ustępstwo, to wygramy wybory”. Czy Charles de Gaulle chciałby, by jego ukochana Francja, nad którą miał 11 lat pełną władzę polityczną, której nadał nową konstytucję, wyglądała w 2020 tak, jak wygląda?

A jednak to on wydaje się za to w dużym stopniu odpowiedzialny. Jasno sprzeciwiał się propozycjom ułatwień w rozwodach (a osobiście ani do Pałacu Elizejskiego, ani do swojego domu nie zapraszali z żoną osób rozwiedzionych) czy legalizacji aborcji, ale zasadniczo utrzymywał stan zastany. Nie sprzeciwił się więc temu samemu, nienaruszalnemu także dla rządzących dziś Polską paradygmatowi – „albo liberalizacja obyczajowa, albo status quo”. Ponadto mimo początkowego sprzeciwu dał się w 1967 namówić jednemu z „umiarkowanych” (zawsze i wszędzie ci sami „letni” podpowiadacze kompromisów i „pójścia z duchem czasów”!) przedstawicieli swojego obozu na legalizację antykoncepcji. Nie trzeba dodawać, że – oprócz oczywistych skutków w postaci katastrofy moralnej i cywilizacyjnej, a w dłuższej perspektywie dziury demograficznej i sprowadzania milionów muzułmanów – nie przyniosło to żadnych korzyści de Gaulle’owi ani jego programowi. Kilka miesięcy później wybuchła słynna rewolta z maja 1968, prowadzona przez nienawidzących personifikującego stary porządek i figurę ojca Generała ośmielonych buntowników, odrzucających dorobek zachodniej cywilizacji. Kilkanaście miesięcy później przywódca wolnych Francuzów przegrał referendum i stracił władzę.

Jego następcy po jego śmierci poszli już na pełnowymiarowe „uwspółcześnienie”. De Gaulle myślał, że do zachowania Francji od przyszłych zagrożeń wystarczą silne, sprawne państwo ze scentralizowaną, decyzyjną władzą (które stworzył inaugurując V Republikę), jego osobisty autorytet i zdecydowane przywództwo oraz umiejętność doboru kadr. Po kilku dekadach widzimy jasno, że nie wystarczyły. Polscy politycy – czy dziś rządzący, czy jacykolwiek, którzy przyjdą po nich – nie mają podstaw zakładać, że są postaciami posiadającymi w swoim narodzie większy autorytet czy politycznie sprawniejszymi niż de Gaulle. De Gaulle umierający ostatecznie jako człowiek odrzucony i przegrany. Uwielbiający go bohater jednego z moich poprzednich tekstów Éric Zemmour pisał – „Wyobrażam sobie w ośnieżonej, źle ogrzewanej rezydencji La Boisserie starego Generała [de Gaulle’a], nieszczęśliwego i rozczarowanego, ratowanego tylko przez nadzieję chrześcijanina”.

Tematyka „światopoglądowa” przez zdecydowaną większość historii III RP była praktycznie nieobecna w głównym nurcie debaty publicznej

Podobnie każdy z nas będzie kiedyś odchodził, by zdać Sędziemu Sprawiedliwemu rachunek ze swoich poczynań. Ilu z nas będzie mogło wtedy powiedzieć – tak, zrobiłem co mogłem, by ludzie żyli zgodnie z danym im przez Boga prawem natury? By myśleli o zbawieniu swoich dusz, a nie krótkotrwałych ziemskich rozkoszach? A ilu będzie cierpieć zgryzoty, wiedząc, że dostali niemało talentów, zdolności, szans, mogli zdziałać znacznie więcej, ale w decydujących chwilach nie znajdywali w sobie odwagi, by powiedzieć „tak, tak, nie, nie”? A wszak powiedział Pan nasz – „Nie sądźcie, że przyszedłem pokój przynieść na ziemię. Nie przyszedłem przynieść pokoju, ale miecz. Bo przyszedłem poróżnić syna z jego ojcem, córkę z matką, synową z teściową; i będą nieprzyjaciółmi człowieka jego domownicy. Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. I kto kocha syna lub córkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. Kto nie bierze swego krzyża, a idzie za Mną, nie jest Mnie godzien. Kto chce znaleźć swe życie, straci je. A kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je”.

Przy okazji stajemy wobec innego problemu PiSu, formacji stale i niepodzielnie rządzącej, mającej zdecydowanie największy wpływ na kształt polskiej sceny politycznej. Tematyka „światopoglądowa” przez zdecydowaną większość historii III RP była praktycznie nieobecna w głównym nurcie debaty publicznej. W 1993 zawarto tzw. kompromis aborcyjny, którego utrzymanie do niedawna łączyło zgodnie wszystkie partie parlamentarne – choć w 1996 SLD podjęło próbę zniesienia go, zatrzymaną przez Trybunał Konstytucyjny na czele z prof. Andrzejem Zollem. Tematyki homoseksualnej też nie brał na sztandary żaden z liczących się graczy, choć przecież po 8 lat rządziły SLD i PO, dziś gardłujące w obronie „prześladowanej mniejszości”. Ruchy, z których wyrósł PiS, a potem sama partia Jarosława Kaczyńskiego, też definiowała się wobec tego w pierwszej kolejności na innych polach. Najważniejszym hasłem był antykomunizm i kontestacja porozumienia zawartego przez liberalną, kosmopolityczną, „salonową” część opozycji, uosabianej przez diabolicznego Adama Michnika, z „reformatorskim” skrzydłem PZPR, uosabianym przez Aleksandra Kwaśniewskiego. Ich strategicznej współpracy oraz skutków transformacji. Drugim po antykomunizmie najważniejszym hasłem była i jest zaś Rosja, postrzegana jako następca Związku Radzieckiego i podstawowe, silne zagrożenie dla polskiej niepodległości. Tym bardziej, że dla sympatyzujących zazwyczaj z PiSem umownie centroprawicowych elit często ważnym elementem tożsamości jest tradycja prometejskiej polityki na Wschodzie. Na tym projekcie skupiona była też prezydentura Lecha Kaczyńskiego, którego tragiczna śmierć odnowiła te sentymenty i ugruntowała pozycję Rosji jako drugiego obok postkomunistów naczelnego wroga i negatywnego punktu odniesienia dla obozu skupionego wokół PiS i jego sympatyków, przy okazji cementując ich poparcie dla partii dziś rządzącej. Po kilku latach swoje dołożyła też aneksja Krymu i rozpoczęcie przez Władimira Putina wojny na wschodzie Ukrainy.

PiS będzie rządzić niepodzielnie aż przez (co najmniej) pełne 8 lat. Nigdy wcześniej żadna partia w Polsce nie miała takiej władzy tak długo

To paliwo jednak nieuchronnie się wyczerpuje. Po pierwsze – nie da się podtrzymywać w nieskończoność poparcia straszeniem poprzednikami. PO miała prezydenta i premiera przez 5 lat i 4 miesiące. PiS – w tej chwili przez 4 lata i 8 miesięcy. Andrzej Duda wybory wygrał, więc wiemy, że najprawdopodobniej PiS będzie rządzić niepodzielnie aż przez (co najmniej) pełne 8 lat. Nigdy wcześniej żadna partia w Polsce nie miała takiej władzy tak długo. Dziś jeszcze mroczny Donald Tusk to stosunkowo świeże wspomnienie, a najstarsi górale pamiętają nawet, że Rafał Trzaskowski był przez pewien czas ministrem w jego gabinecie. Ale podczas kolejnych wyborów, jesienią 2023, od jego rządów będzie nas dzieliła już prawie dekada. Zupełnie odległym wspomnieniem jest zaś świat „starej” III RP sprzed 2005. To PiS, jako partia już tyle rządząca, jest dziś centralnym punktem odniesienia dla wszystkich wyborców oraz dla swoich konkurentów. Po drugie – dorastają kolejne pokolenia, których formatywne doświadczenia i mapa mentalna są zupełnie inne niż ich poprzedników. Pokolenia ukształtowane już po PRL, dla których wódka Michnika z Kiszczakiem jest często czymś obojętnym, a spory o Okrągły Stół dyskusją akademicką, którą można prowadzić hobbystycznie, tak jak dziś ludzie namiętnie spierają się o Piłsudskiego czy Becka. Odległą od ich życia i dzisiejszych problemów ich kraju. Także pokolenia, które nie pamiętają sowieckich czołgów, więc obawa przed Rosją zazwyczaj nie jest dla nich pierwszoplanową sprawą w polityce, a ich stosunek do Rosji jest mniej nacechowany emocjonalnie (co nie znaczy, że jest pozytywny). Pokolenia, wśród których ci mający prawicowe czy patriotyczne odruchy bynajmniej głównego zewnętrznego zagrożenia dla przetrwania Polski i jej tożsamości nie muszą dostrzegać na wschód od naszych granic. Oczywisty punkt napięcia to stosunek do USA, które dla wielu ludzi uformowanych w kontrze wobec PRL nadal są bohaterskim obrońcą cywilizacji zachodniej, a Trump nowym Reaganem. Tak jak Rosja jest dla nich po prostu przedłużeniem ZSRR, a Putin wprost dziedzicem Stalina i Breżniewa. Tymczasem działania ambasador Mosbacher, sprawa ustawy 447 i gorące spory o ruch LGBT, którego postulaty popiera na arenie międzynarodowej rząd amerykański, pierwszy raz po 1989 rozbudziły w Polsce istotny, zupełnie już niemarginalny społecznie sentyment antyamerykański.

To, co uderza, to że pierwszy chyba raz przed II turą walka między dwoma rywalami nie toczyła się według świętych prawideł demokracji liberalnej o elektorat najbardziej centrowy, „umiarkowany”, niewyrazisty ideowo

Długo wydawało się, że wyjściem z tej sytuacji – ominięciem „światopoglądówki” umożliwiającym trwanie przy władzy – będą dla PiS programy socjalne. Taka była zapewne kalkulacja Jarosława Kaczyńskiego w 2019. O ile jednak w maju wybory do PE przyniosły jego partii najwyższy wynik w historii III RP – 45% – o tyle w październiku kolejna „Piątka” nie podziałała. Zamiast 47-48%, na które liczyło bardzo wielu polityków i sympatyków PiS, udało się uzyskać jedynie 43% i niewielką większość, taką samą jak w 2015. Było widoczne, że wynik ten stanowił zawód także dla Jarosława Kaczyńskiego. Dodatkowo powstała, a następnie dostała się do Sejmu Konfederacja, której znaczna część przekazu to właśnie krytyka PiSu za „miękkość w sprawach zasadniczych”. Dziś to będący u władzy PiS jest dla wszystkich swoich konkurentów w naturalny sposób głównym punktem odniesienia. Swoje zrobiła też decyzja strategów partii rządzącej, by z nowo powstałym ruchem iść na ostrą konfrontację, starając się za wszelką cenę zepchnąć się go poniżej progu wyborczego, a dzięki temu utrzymać hegemonię na szeroko pojętej prawicy – co dziś odbija się czkawką. W 2015 w II turze wyborów wg exit poll Andrzeja Dudę przeciwko Bronisławowi Komorowskiemu poparła zdecydowana większość wyborców wszystkich ówczesnych kandydatów z I tury, których środowiska tworzą dziś Konfederację – 85,6%  Grzegorza Brauna, 74,7% Mariana Kowalskiego, 70,1% Janusza Korwin-Mikkego, 56,6% Jacka Wilka. Po prawie 5 latach rządów PiS w II turze na tego samego Andrzeja Dudę chciało zagłosować według różnych badań ledwie 20-30% wyborców Krzysztofa Bosaka.

Ostatecznie było to wg late poll 52,3% spośród tych jego zwolenników, którzy wybrali się na II turę. To i dużo, i mało. Na pewno byłoby mniej, gdyby nie „światopoglądowa” kampania PiSu, a także poparcie udzielone Andrzejowi Dudzie przez część środowiska narodowego. Na pewno byłoby więcej, gdyby wcześniej PiS podszedł do nowo powstałej formacji z mniejszą wrogością i zwalczał ją mniej zawzięcie. To, co uderza, to że pierwszy chyba raz przed II turą walka między dwoma rywalami nie toczyła się według świętych prawideł demokracji liberalnej o elektorat najbardziej centrowy, „umiarkowany”, niewyrazisty ideowo. Zachwiany został paradygmat „wygrywa ten, kto pójdzie na największy kompromis, będzie najbardziej centrowy i letni”. To jasna zmiana zasad gry między dwoma dominującymi obozami. Na razie zbyt wcześnie, by oceniać, na ile trwałe jest to przesunięcie.

Stąd też wzięła się decyzja partii rządzącej, by przed wyborami rozgrzać jeszcze bardziej tematykę światopoglądową. Wywołało to naturalnie niechęć sympatyzujących z nią publicystów widzących się jako „umiarkowani”, „centrowi” itp., bliskich PiS przede wszystkim ze względu na krytykę PRL i III RP. Piotr Zaremba wydaje się tu wręcz archetypicznym przykładem takiej postawy. Jak możemy się dowiedzieć z jego biografii Jarosława Kaczyńskiego „O takim jednym”, wydanej w 2010 – między katastrofą smoleńską, a wyborami prezydenckimi, w których z Komorowskim rywalizował właśnie prezes PiS – wobec „radykalnych” haseł swojego bohatera Zaremba był zawsze odruchowo sceptyczny, ale stosunkowo przekonywał się do jego punktu widzenia. W 1997 pierwszy raz zagłosował właśnie na Jarosława Kaczyńskiego. Publicysta „Rzeczpospolitej” zawsze, czy PiS był u władzy, czy w opozycji, nie ukrywał swojego zasadniczego poparcia dla tej formacji, jednocześnie często krytykując ją i jej przywódcę za różne konkretne działania. Ubolewał też, że prezes Kaczyński generalnie niespecjalnie ceni sobie niezależność dziennikarską i oczekuje przede wszystkim poparcia, naganiania sympatyków. Można by powiedzieć, że w popieraniu PiSu Zaremba też był zawsze letni – co wielokrotnie wypominali mu i dziś wypominają ci zdecydowanie bardziej oddani zwolennicy partii rządzącej. Ta postawa pewnie też doprowadziła do jego rozstania z tygodnikiem „Sieci”, mimo wieloletnich, bliskich i osobistych związków z kierującymi nim braćmi Karnowskimi.

W postawie Zaremby piszącemu te słowa ciężko jednak dostrzec specjalną ewolucję, jest po prostu konsekwentnie letni. Dziś jest stosunkowo często krytyczny wobec PiS, bo to PiS jest u władzy – podobnie było w latach 2005-07. Krytyka Zaremby czasem dotyczy kwestii praktycznych, z którymi można się zgodzić niezależnie od poglądów ideowych – np. skupiania się partii Kaczyńskiego na zmianach kadrowych, a nie instytucjonalnych. Jeśli jednak dotyczy tych słynnych „kwestii światopoglądowych”, zawsze jest to ten sam ton – ubolewanie nad zbędnym radykalizmem, wzywanie do umiaru, kompromisu. Zasadniczo dostosowanie się do głównego nurtu i traktowanie tych kwestii jako drugo-, trzeciorzędne, jako opium dla mas. Jeśli w czymś publicysta „Rzeczpospolitej” nie jest letni, to właśnie w tropieniu zimnych i gorących, również w szeregach bliskiego mu obozu. Dlatego w wielkanocnym numerze tygodnika „Sieci” w 2016 (gdy jeszcze w nim pracował) ostro zaatakował prof. Sławomira Cenckiewicza, stwierdzając jednoznacznie, że ten nie powinien zostać prezesem Instytutu Pamięci Narodowej. Zarzuty? Oczywiście niebezpieczny radykalizm. Między innymi to, że Cenckiewicz jest tradycjonalistą katolickim i zdecydowanym krytykiem polskich powstań narodowych. I Cenckiewicz, jak wiadomo, rzeczywiście prezesem IPN nie został.

W przypadku Zaremby na pewno znaczenie tak dla jego postawy, jak ogólnie dla jego sympatii dla PiS, ma zdecydowanie „prospołeczna” wrażliwość publicysty „Rzeczpospolitej”. Czy z jego opasłych i bardzo dobrych książek na temat historii Stanów Zjednoczonych, czy z ww. biografii prezesa Kaczyńskiego jasno wynika, że Zaremba przychylnie patrzy na programy socjalne i interwencjonizm państwowy. Sympatyzuje z ich zwolennikami tak w Polsce jak za Oceanem. W jednym z bardziej emfatycznych fragmentów wspomnianego „O jednym takim” publicysta rozważa, czy Jarosław Kaczyński nie mógłby być polskim Franklinem Delano Rooseveltem, który pozostawił po sobie słynny New Deal. W innym opisuje z kolei – już beznamiętnie – jak „za pierwszego PiSu” w odpowiedzi na działania Marka Jurka, dążącego do przeforsowania poprawki do Konstytucji wprowadzającej pełną ochroną życia od poczęcia, Marek Suski „publicznie darł kartki z listem jednego z biskupów, rozłożone na poselskich stolikach. Było oczywiste, że robią to z woli Kaczyńskiego. Podczas wymiany zdań Jurka ze starymi pecetowcami z ich strony pada argument: My jesteśmy partią centrową”.

Za degenerację cywilizacji zachodniej nie są w największym stopniu odpowiedzialni rewolucjoniści, głoszący hasła postępu i snujący kolejne ideologiczne wizje „budowy lepszego świata”.

Zaremba nieco ubolewa nad tym, że Jurek odszedł z PiS, bo uważa, że stanowiłby dla niego wartość dodaną. Zasadniczo proponuje jednak partii, której dobrze życzy, by szła po prostu drogą zachodniej centroprawicy, płynąc z głównym nurtem, „wystrzegając się radykalizmów”. Nieprzypadkowo w „O jednym takim” dziennikarz kilkukrotnie akcentuje szczególnie wyraźny dystans Lecha Kaczyńskiego wobec retoryki narodowo-katolickiej, którą z czasem zaczął się posługiwać jego brat. Zaremba przypomina, że późniejszy prezydent na początku lat 90. nie był zwolennikiem delegalizacji aborcji, a jako poseł I kadencji nie chodził na głosowania dotyczące tej sprawy (również to wprowadzające w 1993 tzw. kompromis), by nie musieć wybierać między własnymi poglądami a niechęcią do „robienia problemu” partii Jarosława. Opisując późniejsze lata Zaremba także zawsze zaznacza ten dystans – np. pisząc, że koalicja PO-PiS z 2002 była ważna dla Lecha, który chciał się odróżnić od nowoprzyjętych „radykałów” w rodzaju Jurka, któremu nigdy nie ufał. W wizji Zaremby dla PiS zapewne najlepsze byłoby trwanie u władzy jako „rozsądne, umiarkowane centrum”. Można odnieść wrażenie, że żałuje, że bez „hamulca” w postaci brata Jarosław sięga częściej po „radykalną” retorykę. Boli go każde odchodzenie od dogmatycznej letniości.

Tak samo argumentowano w przeszłości za każdą kolejną rewolucyjną zmianą, która coraz bardziej topiła dostojną, niegdyś potężną budowlę Zachodu w nieprzyjemnie pachnącym bajorze permisywizmu, hedonizmu, patologicznego samozwątpienia i relatywizmu moralnego. Tak, to właśnie ta postawa jest „główną przyczyną kryzysu rodziny czy wartości”. Niezależnie od tego, jak inteligentni, oczytani, zniuansowani i wysublimowani są ci przedstawiciele elit, którzy ją przybierają, czy jak godne i moralne życie prowadzą osobiście. Personifikujący figurę „umiarkowanego centroprawicowca”, idącego zawsze i wszędzie na kompromisy i zwalczającego „skrajnie prawicowy radykalizm” (ewentualnie na czas wyborów używającego ostrzejszej czy bardziej patriotycznej retoryki) Jacques Chirac przeżył 63 lata z jedną żoną, był praktykującym katolikiem. I co z tego, gdy jego katolicyzm był „prywatny”, a jako premier zalegalizował aborcję na życzenie? Inna sprawa, że w normalniejszych czasach taki Chirac zostałby po prostu ekskomunikowany i nie mógłby nazywać się katolikiem do czasu odprawienia ciężkiej publicznej pokuty. Ale w przewidywalnej przyszłości na takie działania ze strony hierarchii kościelnej nie ma niestety podstaw liczyć. Wielu duchownych również wydaje się zalęknionymi, bez odwagi wyjścia ponad kurczowe trzymanie się społecznego status quo. Ponad ten sam paradygmat – „status quo albo liberalizacja”.

W tym wszystkim ważne, by nie popadać w przesadę ani rozpacz – sytuacja w Polsce nie jest prostą kopią sytuacji w państwach Europy Zachodniej sprzed x lat. Tysiące ludzi z różnych środowisk ideowych i politycznych są świadome zagrożeń, które płyną do nas z zachodu. PiSowi też dziś bardzo daleko do centroprawic zachodnich. Piotr Zaremba jest na zapleczu intelektualnym partii rządzącej jednym z bardzo niewielu głosów, który otwarcie głosi postulat „pójścia z duchem czasów”, a jego wpływ jest ograniczony poprzez stale zachowywany „letni” dystans wobec kierownictwa własnego obozu.

Za degenerację cywilizacji zachodniej nie są w największym stopniu odpowiedzialni rewolucjoniści, głoszący hasła postępu i snujący kolejne ideologiczne wizje „budowy lepszego świata”. Oni zawsze w historii byli i dziś są nadal tylko głośną, krzykliwą, ale silnie zideologizowaną i głęboko oddaną swojej sprawie mniejszością. Za degenerację cywilizacji zachodniej odpowiadają przede wszystkim ludzie tacy jak Piotr Zaremba, którzy za każdym razem przekonują, że „mleko się już rozlało”, „nie ma powrotu do przeszłości”, a następnie podpowiadają politykom, by „zawrzeć rozsądny kompromis”, przyjmując wybrane postulaty rewolucjonistów jako własne. Otóż z rewolucją nie da się zawrzeć kompromisu. Rewolucjoniści nie są zainteresowani kompromisami, tylko dalszym marszem w stronę tego, co widzą jako „nowy, wspaniały świat”. Każde kolejnego ustępstwo każdego kolejnego Piotra Zaremby to dla nich tylko kolejny dowód na to, że mają rację, a sprawiedliwość dziejowa jest po ich stronie. Spory o LGBT, jakkolwiek intelektualnie jałowe, a często potwornie nudne i toporne, będą przez najbliższe lata stale obecne w polskiej polityce. Ktoś będzie musiał zwyciężyć. Możliwości są tylko dwie – albo utrzymanie rodziny składającej się z kobiety, mężczyzny i ich dzieci jako podstawowej komórki zdrowego społeczeństwa, albo importowana z Zachodu dyktatura permisywizmu, za jakąkolwiek krytykę programu politycznego rewolucji seksualnej wyrzucająca na społeczny margines. Bo „dla mowy nienawiści nie ma miejsca w przestrzeni publicznej”. Chodzi nie tylko o cenzurę za poglądy, ale także o normalizację wyrzucania z pracy zwykłych ludzi (vide sprawa pracownika Ikei) czy usuwania z uczelni winnych myślozbrodni wykładowców i studentów.

To przez ludzi letnich, obojętnych, cywilizacja Zachodu, najwspanialsza jaką stworzył rodzaj ludzki – jakkolwiek pojęta, o ile tylko przyznajemy, że jej korzenie sięgają dalej niż Oświecenie – pogrąża się i degeneruje. Ludzie odchodzą od Boga, a zbawienie duszy przestaje być dla nich podstawowym celem życia. Narody tracą swoją tożsamość. Przestają pielęgnować pamięć swoich bohaterów i dziedzictwo pokoleń swoich przodków, na których również stają się obojętni, których często zaczynają się nawet wstydzić, traktować jak nieprzyjemne obciążenie, coś od czego chcą uciec. Tak, jak chcą w ogóle uciec od odpowiedzialności. Ludzie przestają stawiać swoim dzieciom za wzór tychże bohaterów Historii czy świętych, często przestają w ogóle wpajać im jakiekolwiek jasne wzorce, które mogłyby pomóc im odnaleźć się w rzeczywistości. Rodziny się rozpadają, w coraz większym pozbawiając kolejne pokolenia młodych ludzi trwałego punktu oparcia. Nowo stawiane budynki są coraz brzydsze i coraz bardziej jednakowe, nieodróżnialne od siebie, tak samo zresztą jak coraz bardziej miałkie i nieodróżnialne od siebie stają się „dopuszczalne” poglądy uczestników debaty publicznej. Przez ludzi obojętnych na Prawdę, Dobro i Piękno te wartości zanikają, pogrążając się w bagnie nihilizmu i hedonizmu. Za wszystkie te zjawiska odpowiadają właśnie ludzie letni, ludzie którzy racjonalizują własną obojętność, zachęcają do niej innych i rozmywają sprawy fundamentalne w potoku pięknie brzmiących słów. A którzy powinni starać się być świadomymi członkami elity swojego narodu. Właściwie wykorzystywać w ten sposób talenty, które niewątpliwie posiadają.

Tylko życie, na które nie jesteśmy obojętni, może mieć sens. Albo chce nam się o coś walczyć, o coś się starać, mieć powód, by zmagać się ze słabościami własnymi i tych, na których mamy wpływ, albo popadamy w letnią obojętność. Na poziomie jednostek oznacza to smutne, puste, monotonne, banalne życie. Na poziomie narodów czy cywilizacji – bycie zastępowanymi. Nierzadko z pewną radością, bo tak jak współczesnych ludzi masowo prześladują ciągłe wątpliwości, czy ma jakikolwiek sens i wartość ich istnienie jako jednostek – tym bardziej, im bardziej są wykorzenieni – tak samo tysiące tysięcy coraz łatwiej uznają, że nie ma żadnej wartości w pielęgnowaniu dziedzictwa i tożsamości wspólnot, w których się urodzili – Kościoła, rodziny, narodu i innych. „Och, gdyby tylko nie istnieć!” – mówi doktor Czebutykin w Trzech siostrach Czechowa, i w tym zdaniu zawiera się egzystencjalna sytuacja współczesnego człowieka Zachodu. Dziś bowiem wstydzi się on samego siebie, hamletyzuje, przeprasza za to, że żyje, i z radością przywita bycie zastąpionym. Tym chętniej, im więcej spełnia warunków z mrocznej listy win – mężczyzna, biały, heteroseksualista, katolik.

Tak jak słusznie stwierdza mnich Tichon u Dostojewskiego, powołując się na Pismo – zatwardziały ateista może być bliższy autentycznej wierze niż człowiek letni, obojętny. Moglibyśmy dodać, że także człowiekowi aktywnie walczącemu w obronie sprawy polskiej czy sprawy katolickiej bliższy na swój sposób jest kipiący nienawiścią do zastanej rzeczywistości rewolucjonista, który podporządkowuje swoje życie temu, co w jego mniemaniu doprowadzi do budowy lepszego świata – a w rzeczywistości do destrukcji i gruzów, z których obiecana utopia bynajmniej się nie wyłania, cierpienie się nie kończy, a poczucie krzywdy nie znika. Takiego „zimnego” człowieka „gorącemu” łatwiej pojąć, zrozumieć, nierzadko też szanować. Wydaje się też, że takiego człowieka łatwiej nawrócić na właściwą drogę – czy w sensie stricte religijnym, czy w sensie politycznym. Gorzej z wytrąceniem z obojętności, z letniości. Z płynięcia zawsze z nurtem i proponowania od siebie jedynie niewielkich, zawsze „umiarkowanych” korekt, postulowania kolejnych „kompromisów z tym, co nieuchronne”. Z uciekania od zasadniczej odpowiedzi na fundamentalne pytania lub proponowania zawsze tego samego płytkiego permisywizmu, abdykacji ze starań o konkretne dobro wspólnoty i jednostki. Z braku wiary w możliwość wywarcia na rzeczywistość silniejszego wpływu, wyrzekania się z zasady prób mocnego oddziaływania na nią.

Mamy ogromne szczęście, mogąc podejmować świadome wybory i wyciągać wnioski z doświadczeń innych narodów i państw. Albo pokażemy, że Polak umie być mądry przed szkodą, albo Polskę czeka ten sam proces autodestrukcji co innych. Bierność to wywieszenie białej flagi. Dlatego należy jednoznacznie odrzucić dyktat „zachowania status quo lub nowych kompromisów”. Jedyna droga to szukanie pozytywnych rozwiązań, które pozwolą Polsce zachować własną tożsamość. Dążenie do oparcia naszej Ojczyzny na fundamencie konkretnych wartości, które umożliwią przetrwanie. Szczęście mamy również dlatego, że jesteśmy dziedzicami ponad tysiąca lat wspaniałych, bogatych, we właściwym tego słowa znaczeniu różnorodnych tradycji i postaci. Ale nie tylko ich. Jak pisał Kazimierz Wierzyński w 1941 w wierszu Via Appia, odnosząc się do wojennego trudu polskiego żołnierza:

„Bijemy się o cały świat,
Biją się polskie pułki
O Nike samotracką,
O stare ateńskie zaułki,
O tysiące minionych lat.
O akropol i Kapitol,
O Grecję i Rzym
Uderza ułańskie kopyto,
artyleryjski dym”. 

Dziś tymi pułkami jesteśmy my.

Mój profil na Twitterze – @zolesnicki1389

Moje wcześniejsze teksty:

o Benjaminie Netanjahu, najdłużej urzędującym premierze w historii Izraela, jego karierze i światopoglądzie
cz.1 -> https://medianarodowe.com/olesnicki-kapitan-netanjahu-cz-1/
cz.2 -> https://medianarodowe.com/olesnicki-kapitan-netanjahu-cz-2/
cz.3 -> https://medianarodowe.com/opinia-olesnicki-kapitan-netanjahu-cz-3/

o Éricu Zemmourze, najciekawszej dziś postaci francuskiej prawicy, pisarzu, publicyście, a w 2022 potencjalnym kandydacie na prezydenta Francji
cz.1 -> https://medianarodowe.com/opinia-olesnicki-ostatni-muszkieter-cz-1/
cz.2 ->https://medianarodowe.com/opinia-olesnicki-ostatni-muszkieter-cz-2/
cz.3->https://medianarodowe.com/opinia-olesnicki-ostatni-muszkieter-cz-3/

o rewolucji islamskiej i początkach (do śmierci ajatollaha Chomeiniego w 1989) Islamskiej Republiki Iranu -> https://medianarodowe.com/opinia-olesnicki-spojrzenie-na-korzenie-i-poczatki-islamskiej-republiki-iranu-w-30-lat-od-smierci-ajatollaha-chomeiniego/

o rządach i wizji sprawującego od siedemnastu lat władzę w Turcji Recepa Tayyipa Erdoğana ->https://medianarodowe.com/opinia-olesnicki-stambul-w-warszawie-szkic-na-temat-recepa-tayyipa-erdogana-i-jego-rzadow/

o istocie rewolucji, na przykładzie Mao Zedonga, rozpatrzonego przy pomocy twórczości Fiodora Dostojewskiego ->https://medianarodowe.com/opinia-olesnicki-niech-zyje-przewodniczacy-raskolnikow/

o prawyborach prezydenckich w amerykańskiej Partii Demokratycznej, cz.1 -> https://medianarodowe.com/opinia-olesnicki-progresywni-pretendenci-kontra-obroncy-liberalnego-status-quocz-1/
cz.2 ->https://medianarodowe.com/opinia-olesnicki-progresywni-pretendenci-kontra-obroncy-liberalnego-status-quo-cz-2/

o trwającym przewartościowaniu ideowym w USA -> https://medianarodowe.com/usa-krajobraz-ideowy-olesnicki/

o życiu i śmierci generała Solejmaniego -> https://medianarodowe.com/opinia-olesnicki-trump-solejmani-o-zabiciu-przez-usa-iranskiego-generala/

autor:

Zbigniew Oleśnicki
REKLAMA

Komentarze