REKLAMA

[OPINIA] Oleśnicki: Trump – Solejmani. O zabiciu przez USA irańskiego generała

[OPINIA] Oleśnicki: Trump – Solejmani. O zabiciu przez USA irańskiego generała

Wczoraj siły zbrojne USA na rozkaz prezydenta Donalda Trumpa zabiły koło lotniska w Bagdadzie generała Qassema Solejmaniego i dziewięciu innych towarzyszących mu wojskowych irańskich i irackich bombardując konwój którym jechali. Solejmani był bez wątpienia jedną z najbardziej wpływowych osób w Iranie, według niektórych nawet drugą po Najwyższym Przywódcy, rządzącym od czerwca 1989 (dziś już 80-letnim) ajatollahu Alim Chameneim. Był też bardzo istotną postacią propagandy wewnętrznej i zewnętrznej, a żołnierska śmierć z rąk znienawidzonego wroga zapisze go na stałe w historii Iranu. Wiemy z polskiej historii, że dramatyczny koniec życia zamienia w powszechnej świadomości nawet ludzi przeciętnych w  bohaterów. O Solejmanim można zaś powiedzieć wszystko, ale na pewno nie to, że był osobą przeciętną. By zrozumieć powagę obecnej sytuacji warto zatrzymać się nad tą postacią.

REKLAMA

Qassem Solejmani miał 62 lata. Był prostym kamieniarzem ze wsi w górach. Jego rodzina została zrujnowana podczas reformy rolnej szacha, więc w wieku lat 13 opuścił szkołę i poszedł pracować, by pomóc ojcu spłacić długi wobec państwa. Gdy miał 21 lat, wybuchła islamska rewolucja. Wstąpił do nowo powstałego Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej. To organizacja funkcjonująca równolegle do „zwykłego” wojska, mająca za zadanie bronić nie tylko Iranu, ale również systemu politycznego przed wrogami zewnętrznymi i wewnętrznymi, współcześnie mająca również ogromne wpływy w gospodarce, własne media, „własnych” polityków. Jednocześnie ma własne siły lądowe, powietrzne i marynarkę.

1,5 roku po zaciągnięciu się Solejmaniego do Korpusu, Irak Saddama Husajna dokonał inwazji na Iran. Młody żołnierz trafił na front. Tam okazał się niezwykle utalentowanym przywódcą, który wyjątkowo dobrze odnajdywał się właśnie na froncie, w misjach blisko i na terytorium nieprzyjaciela (zgłaszał się na ochotnika do takich działań, przez 8 lat wojny był na każdym odcinku). Jeszcze z czasów wojny znał się z ówczesnym prezydentem, a potem Najwyższym Przywódcą, ajatollahem Chameneim. Po wojnie Solejmani został skierowany do rodzinnej prowincji, gdzie przez 3 lata prowadził brutalną walkę z gangami narkotykowymi, które udało mu się spacyfikować.

W 1997 Solejmani został (i był do śmierci, 22 lata) przywódcą jednostki specjalnej Quds („Jerozolima” w farsi i po arabsku) w ramach Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej. To najbardziej elitarna część Korpusu i całej irańskiej armii. Wyjątkowo trudno się do niej dostać, a członkowie są starannie szkoleni, uczeni języków obcych, posługiwania się materiałami wybuchowymi czy szpiegostwa. Afshon Ostovar w książce „Vanguard of the Imam: Religion, Politics, and Iran’s Revolutionary Guards” nazywa Quds „podstawowym mechanizmem przymusowego wpływu Iranu poza jego granicami i filarem jego strategii obronnej”. Jej zadaniem jest tworzenie, rozwój i pomoc sojuszniczym grupom zbrojnym poza Iranem. Szkoli członków, wyposaża w uzbrojenie, finansuje. Do najważniejszych spośród wspomaganych grup należą Hezbollah w Libanie, Hamas w Strefie Gazy, siły zbrojne Syrii Baszara Assada, organizacja Badr w Iraku, powstańcy Huti w Jemenie. Najchętniej wspierani są oczywiście szyici, ale np. Hamas to sunnici zwalczający Izrael. Początkowo zadaniem Quds – jak sama nazwa wskazuje – miały być właśnie zadania związane z Izraelem, a deklarowanym celem odebranie Jerozolimy niewiernym. Na przestrzeni czasu – a szczególnie pod długoletnim dowództwem gen. Solejmaniego – Quds stało się jednak kluczowym elementem wojska i całego systemu politycznego w Iranie. Jednostka jest zaangażowana praktycznie w każdą operację poza granicami kraju.

Co bardzo ciekawe, Solejmani na początku swojej kariery był względnie proamerykański. Do dziś był zresztą odbierany zazwyczaj jako bezwzględny wobec wroga, ale dość pragmatyczny. Gdy w 1998 talibowie demonstracyjnie sprowokowali Iran, dokonując w Afganistanie rzezi kilkuset szyitów, a większość generalicji chciała rozpocząć wojnę – na granicy z Afganistanem zebrało się już 250 tys. wojska – Solejmani przekonał Najwyższego Przywódcę, by zamiast tego wesprzeć opozycyjne wobec talibów grupy, operując z bazy w Tadżykistanie. Model takiej konfrontacji – nie wprost – uważał za najbardziej skuteczny długofalowo. Po 11 września Solejmani uznał, że USA mogą być najlepszym sposobem by pozbyć się talibów z Afganistanu. Opowiedział się za współpracą z Waszyngtonem, kazał dyplomatom przekazywać Amerykanom informacje o położeniu sił talibów. W zamian za to Amerykanie przekazali Iranowi informacje o zagrażającej mu Al-Kaidzie. Solejmani miał wtedy powiedzieć na spotkaniu ścisłego przywództwa państwa, że „może nadszedł czas przemyśleć na nowo nasze relacje z Amerykanami”. W Waszyngtonie zwyciężyła jednak opcja interwencjonistyczna i chęć światowej krucjaty w imię demokracji. Prezydent George W. Bush zaliczył w słynnym przemówieniu Iran – m. in. obok jego naczelnego wroga, Iraku Saddama – do światowej „osi zła“.

Inwazja USA na Irak rok później wyeliminowała Saddama i zbliżyła jeszcze bardziej Iran z Syrią – oba państwa zdawały sobie sprawę, że mogą być następnym celem. Amerykanie w przeciągu kilku lat najechali dwa sąsiadujące z dwóch stron z Iranem państwa (choć w obu rządziły grupy wobec Teheranu jednoznacznie wrogie). Inwazja stworzyła próżnię w Iraku, w którym chaos i walki wewnętrzne trwają nieprzerwanie od 16 lat, a który w swojej strefie chcą mieć i Waszyngton i Teheran. Przed tym drugim otwarła się perspektywa wypracowania przyjaznego, w większości szyickiego sąsiada. Najpierw trzeba było jednak uprzykrzyć życie USA i przekonać Waszyngton, że „budowanie demokracji” na Bliskim Wschodzie nie działa. Solejmani pomógł więc Syrii wpuszczać do Iraku sunnickich dżihadystow, by utrudniać amerykańską okupację. Przede wszystkim jednak tworzył na miejscu szyickie bojówki, które operują nieprzerwanie od tego momentu – zwalczając Amerykanów, a później i radykalnie sunnickie, zagrażające Iranowi Państwo Islamskie. Bojówki te przed wycofaniem się (chwilowym, jak się później okazało) USA z Iraku 2011 zabiły setki amerykańskich żołnierzy. Charakterystyczne jest droczenie się Solejmaniego z amerykańskimi dowódcami. Wysyłał im np. wiadomości w rodzaju „mam nadzieję, że cieszyliście się ciszą i spokojem w Bagdadzie. Byłem zajęty w Bejrucie!”. W 2008 dowódca USA w Iraku gen. Petraeus dostał od Solejmaniego wiadomość tekstową (na telefon ważnego kurdyjskiego polityka, z którym współpracowali i Amerykanie i Irańczycy): „Drogi Generale. Powinieneś wiedzieć, że ja, Qassem Solejmani, kontroluję politykę Iranu na terenie Iraku, Syrii, Libanu, Gazy i Afganistanu. W rzeczy samej, ambasador w Bagdadzie jest członkiem oddziału Quds. Jego następca również będzie członkiem Quds”.

Tak rzeczywiście było – Solejmani miał swoje obszary, na których odpowiadał tylko przed Najwyższym Przywódcą. Prozachodni szef dyplomacji Dżawad Zarif często ubolewał w negocjacjach z USA (ujawnił to potem sekretarz stanu za prezydentury Obamy John Kerry, który wynegocjował z Teheranem „nuklearną” umowę JCPOA z 2015), że „ten odcinek leży po prostu poza moimi możliwościami”. Solejmani umiejętnie budował swoją legendę, chętnie fotografując się na froncie lub głęboko za liniami przeciwnika, osobiście uczestnicząc w walkach, a także pogrzebach poległych. Zachodnie media nazywały go „shadow commander” i porównywały go do Karli, szefa sowieckich szpiegów z powieści Johna Le Carré. Zwykły, prosty człowiek z wioski w górach, który bije się za Boga i swój kraj ramię w ramię z szeregowymi żołnierzami i nikogo się nie boi, a którego boją się USA i Izrael – to jego legenda. Powstawały na jego temat liczne piosenki, miał nawet być nakręcony pełnometrażowy film. W 2016 czołowy irański reżyser Hatamikia nakręcił film „Ochroniarz”, którego głównym bohaterem był dubler Solejmaniego. Sam reżyser proklamował potem publicznie „jestem ziemią, po której stąpa Generał”. Na prorządowych demonstracjach, czy np. protestach pod ambasadą Wielkiej Brytanii, ludzie często nosili jego portrety. Szczególną popularność i wzrost pozycji Solejmani zawdzięczał sukcesom w sąsiadującym Iraku. Miał ogromny udział w pokonaniu Państwa Islamskiego, co Iran wykorzystywał propagandowo na Zachodzie. Minister spraw zagranicznych Iranu Zarif napisał wczoraj właśnie, że zabicie Solejmaniego, „najskuteczniejszego dowódcy w walce z Państwem Islamskim, Al-Kaidą i im podobnymi” to „akt międzynarodowego terroryzmu” ze strony USA.

Warto zaznaczyć, że Izrael i USA miały już ponoć w przeszłości możliwość zabicia Solejmaniego, ale nawet George W. Bush (sic!) nie zdecydował się na taki krok.

Większość publicznych wystąpień Solejmaniego przez ostatnie lata miało miejsce na pogrzebach poległych żołnierzy – „dowódca jest z nimi w walce i po śmierci” – gdzie podkreślał, że „męczennicy są zwycięzcami”. Mówiono o możliwości startu na prezydenta, ale się odżegnywał. Deklarował: „jestem żołnierzem i będę jako żołnierz służył Islamskiej Republice i narodowi irańskiemu do ostatniego dnia życia” – jak widać, jego słowa sprawdziły się. Najwyższy Przywódca już w 2011 nazwał Solejmaniego „żywym męczennikiem”, otrzymał też oprócz najwyższego stopnia generalskiego wiele najwyższych odznaczeń. Można powiedzieć, że był przez państwo i swoich zwolenników otaczany kultem, z czym wiązała się również spora władza. Kiedy na początku 2019 prozachodni szef dyplomacji Zarif podał się do dymisji w proteście przeciwko swoim ograniczonym wpływom, Solejmani publicznie go poparł i Zarif pozostał na stanowisku. Gdy były prezydent Ahmadineżad po odejściu od władzy stracił na znaczeniu, próbował poprawić swoją pozycję na uroczystościach publicznych pokazując możliwie blisko generała Solejmaniego.

Kiedy Trump został prezydentem i po roku urzędowania wypowiedział umowę nuklearną z Iranem, zaczęła się wojna propagandowa. Gdy Trump wrzucił nawiązujące do „Gry o tron” swoje zdjęcie z podpisem „nadchodzą sankcje”, Solejmani odpowiedział w ten sam sposób – +- „stanę ci na drodze” (oba zdjęcia ilustrują ten artykuł). Rok temu w rzadkim, publicznym wystąpieniu Solejmani odpowiedział Trumpowi, gdy ten na Twitterze zagroził starciem Iranu z powierzchni ziemi. Zaczął od tego, że prezydent USA nie jest godzien odpowiedzi ze strony Najwyższego Przywódcy lub prezydenta Iranu, a „jego wrogiem jestem ja”. „Ostrzegam, panie Trump, hazardzisto. Nie ma jednej nocy, podczas której nie myślelibyśmy o twoich planach. Jesteśmy narodem męczeństwa. Przetrwaliśmy katastrofy. Czekamy na ciebie”. Całość jest łatwa do znalezienia w Internecie z angielskimi podpisami pod tytułem „General Qasem Soleimani, The Head Of Quds Force, Responds To Trump’s Tweet On Iran”.

Zabicie Solejmaniego mogło mieć więc dla prezydenta USA wymiar osobisty, ale wydaje się przede wszystkim wypływać z chęci zademonstrowania siły. Występuje tu pewien paradoks, od początku obecny w retoryce Trumpa już jako kandydata i później w jego działaniach jako prezydenta. Z jednej strony wygrał wybory obiecując „zakończenie wreszcie niekończących się wojen”, za które obwinia establishment pochodzący z obu partii. W republikańskich prawyborach w 2016 Trump był jedynym kandydatem, który zdecydował się mocno skrytykować prezydenta Busha juniora i otwarcie zadeklarować „nigdy nie powinniśmy byli zaczynać wojny w Iraku”. Jako prezydent stale odwołuje się do tych haseł, nimi uzasadniał np. wycofanie się z Syrii przed turecką inwazją, choć opozycja mocno krytykowała go za porzucenie Kurdów. Jest też całkiem możliwe, że przed listopadowymi wyborami Trumpowi uda się też wyjść po 19 latach z Afganistanu, w którym znów władzę przejęliby zapewne talibowie (pokazuje to skuteczność amerykańskiego „budowania demokracji”). Z drugiej strony, Trumpowi zawsze ogromnie zależało na demonstrowaniu swojej siły i prezentowaniu jako ten, który niczego i nikogo się nie boi, a którego boją się wrogowie USA. Stąd ostra retoryka i podatność na przekonanie, że inne państwa (np. Iran) można po prostu siłą zmusić do zmiany zachowania. Nie ma niczego, czego obecny lokator Białego Domu bałby się bardziej niż bycia odebranym jako „słaby” – to on oskarża wszelkich przeciwników o bycie „słabiakami” i „tchórzami”.

W kwestiach międzynarodowych Hillary Clinton, obok poparcia wejścia do Iraku, krytykowana była przez Trumpa najmocniej za śmierć amerykańskiego ambasadora w Libii w 2012. Clinton była wtedy szefową amerykańskiej dyplomacji. Podjęła decyzję o obaleniu miejscowego dyktatora, Muammara Kaddafiego, co doprowadziło do chaosu (wojna domowa trwa od tego czasu już osiem lat!), podczas którego grupa islamistów zaatakowała ambasadę USA i zabiła ambasadora – pierwszego takiego amerykańskiego urzędnika, który zginął na służbie od ponad trzech dekad. Kilka dni temu w będącym stale polem rywalizacji między Waszyngtonem a Teheranem Iraku Irańczycy zabili amerykańskiego najemnika i poważnie zranili kilku amerykańskich żołnierzy. W odpowiedzi Amerykanie zabili 25 członków szyickich bojówek, wspieranych przez Sulejmaniego. Następnego dnia tłum proirańskich demonstrantów zgromadził się pod ambasadą USA w Bagdadzie i otoczył ją, a potem zaczął szturm. Wśród wykrzykiwanych haseł były również te na cześć żywej legendy, generała Solejmaniego, np. „Wujek (on właśnie) był tutaj”. Po pewnym czasie bojówki wezwały zgromadzonych do wycofania się  – co rzeczywiście nastąpiło, ale dopiero po prawie dobie oblężenia. Bardzo możliwe, że właśnie to wydarzenie miało decydujące znaczenie dla decyzji Trumpa. Otoczenie ambasady mogło mu się skojarzyć z wydarzeniami w Libii i uznał, że nie może okazać słabości. Trzeba też pamiętać o sytuacji wewnętrznej w USA – dopiero co Izba Reprezentantów dokonała impeachmentu prezydenta, na którym ciążą zarzuty wymuszania od rządu Ukrainy działania na niekorzyść syna potencjalnego kontrkandydata (choć jest jasne, że Senat wniosek o zdjęcie Trumpa z urzędu odrzuci). Demonstracja siły może się też przydać przed wyborami. Co zabawne, 8 lat temu właśnie Donald Trump przestrzegał przed prezydentem Obamą: „nasz prezydent zacznie wojnę z Iranem, ponieważ kompletnie nie umie negocjować. Jest słaby i nieskuteczny. Mamy prawdziwy problem w Białym Domu. Uważam, że zaatakuje Iran jakoś przed wyborami, ponieważ uważa, że to jedyny sposób by uzyskać reelekcję. Czy to nie żałosne?”.

Zasadniczo dziś w USA i w ogóle na Zachodzie ścierają się dwa podejścia do Iranu. Pierwsze to negocjacje, dążenie do zwiększenia współzależności gospodarczych oraz popieranie bardziej liberalnych, prozachodnich i reformatorskich frakcji w ramach Islamskiej Republiki. Takie stanowisko prezentują generalnie Demokraci, broniący umowy JCPOA zawartej przez administrację Obamy (tegoż, który miał według Trumpa zacząć wojnę z Iranem). Wszyscy liczący się kandydaci w trwających prawyborach prezydenckich Demokratów deklarują powrót do umowy w razie wygrania z Trumpem w listopadzie. Bliska temu sposobowi myślenia jest będąca w tej sprawie po swojej stronie w wyraźnej mniejszości, ale istotna i rosnąca powoli w siłę antyinterwencjonistyczna prawica. Wyraźnie po tej stronie są też państwa Europy Zachodniej, które dziś jako sojusznicy amerykańscy stosują się do nałożonych na Iran sankcji, ale jednocześnie próbują załagodzić konflikt i utrzymać przyzwoite relacje z Teheranem. Przeciwne stanowisko to odrzucenie sensu bliższych stosunków z Islamską Republiką jako z natury złym reżimem, w ramach którego „nie ma lepszych i gorszych”, nakładanie kolejnych sankcji i konfrontacja mające na celu maksymalne pogorszenie sytuacji gospodarczej w Iranie, które miałoby w ostatecznym rozrachunku doprowadzić do obalenia istniejącego ustroju przez Irańczyków lub poparcie przez nich ew. inwazji amerykańskiej. Po tej stronie stoją przede wszystkim postbushowscy neokonserwatyści i „jastrzębie” w rodzaju Johna Boltona, tak postępuje konsekwentnie również administracja Trumpa, która po wypowiedzeniu JCPOA do istniejących przed zawarciem umowy sankcji dołożyła własne i stale dokłada nowe. W ostatnich miesiącach doprowadziło to do znacznego wzrostu napięcia na linii Waszyngton-Teheran, do czego ze swojej strony Iran przyczynił się między innymi zestrzeleniem amerykańskiego drona (który według strony irańskiej wleciał na terytorium irańskie, a według amerykańskiej był jeszcze w neutralnej przestrzeni), a później zbombardowaniem rafinerii sojusznika USA i głównego rywala Iranu w regionie, Arabii Saudyjskiej (oficjalnie przez sprzymierzonych bojowników Huti z Jemenu, naprawdę prawdopodobnie przez Korpus Strażników).

Zabicie Solejmaniego jest amerykańską demonstracją siły, która jednak prowadzi do największego wzrostu napięcia w relacjach od czasu rewolucji – jeszcze nigdy nie było tak blisko wojny, a z każdym tego rodzaju krokiem zwiększa się liczba możliwych dróg do konfliktu. Jedyną stroną która mogłaby ją rozpocząć są Stany Zjednoczone, które mogłyby próbować przeprowadzić inwazję na Iran. Wydaje się to jednak mało prawdopodobne, zwłaszcza w roku wyborczym. Znany (żyjący na Zachodzie) historyk, autor dobrych i przystępnych książek na temat historii Iranu Ervand Abrahamian ostrzega jednak, że jego zdaniem wojna jest „pewna na 110%” jeśli Trump uzyska reelekcję.  Jest też na pewno wiele innych działań, które Amerykanie mogą przeprowadzać, na przykład bombardowanie konkretnych punktów na terytorium Iranu. Pewne jest, że ich wczorajsze działanie trwale zamyka jakąkolwiek możliwość porozumienia, przynajmniej dopóki prezydentem jest Trump. Amerykański przywódca być może oczekuje, że po którymś kolejnym wrogim działaniu osłabiony Iran sam siądzie do rozmów, ale znaczyłoby to, że kompletnie nie wie z kim ma do czynienia. 

Szyici przez większość swojej historii nie mieli państwa, byli tępioną przez potężniejszych od siebie mniejszością, która musiała walczyć o przetrwanie. Współczesny Iran też w swoich słabszych latach mnóstwo wycierpiał ze strony Brytyjczyków, Amerykanów, Turków, Rosjan. Polakowi nietrudno to zrozumieć. Nic nie cementuje wspólnoty tak jak męczennicy za sprawę. Irańscy szyici wierzą w dwunastu imamów – prawowitych następców Mahometa, zwalczanych przez przeważających sunnitów. Żaden z nich nie zginął śmiercią naturalną, niektórzy właśnie z rąk wroga na polu bitwy. Dopiero dwunasty według ich wiary ukrył się i powróci w dniu sądu. Krwawa, długa i nierozstrzygnięta wojna z Irakiem Saddama z lat 1980-88 to najnowsze ciężkie doświadczenie, które wyprodukowało tysiące męczenników. Co drugi irański polityk ma „swojego”, krewnego który zginął w czasie wojny i jest dumą dla rodziny, którą można się chwalić. Brat generała Solejmaniego Ahmad również był takim męczennikiem, zginął na wojnie w wieku lat dwudziestu kilku. Brat dołącza do panteonu jako najważniejsza – najbardziej znana – od powstania Islamskiej Republiki postać w nim. Zabita nie na wojnie, ale na osobiste polecenie samego władcy „Wielkiego Szatana”, prezydenta USA.

Ciężko o lepszy materiał na zapisanie się w świadomości zbiorowej. Generał Solejmani będzie jedną z dosłownie kilku współczesnych postaci, o jakich będzie w Islamskiej Republice Iranu uczone każde dziecko. Teheran zyskał też mocny argument w propagandzie zewnętrznej – oto, jak USA traktuje swoich przeciwników, po prostu ich morduje, w ataku określonym przez ONZ jako „w oczywisty sposób nielegalny”. Oświadczenie szefa sztabu sił zbrojnych Iranu czyta się jak zachodnie informacje o zamachach ze strony muzułmanów – „amerykańscy terroryści zabili generała Solejmaniego w zaplanowanym ataku”, „Pentagon przyznał się do operacji”. W najbliższych dniach czekają nas natomiast wieloetapowe, publiczne uroczystości pogrzebowe, które już dziś zaczęły się w Bagdadzie, z którego trumna następnie ma powędrować do świętych dla szyitów miast Karbala i Nadżaf – dopiero wtedy trafi do Iranu. Można spodziewać się tłumów i wielu antyamerykańskich demonstracji.

Wobec takiego przypomnienia o zagrożeniu zewnętrznym, zapewne chwilowo przycichną trochę konflikty wewnętrzne w irańskiej klasie politycznej. Wszyscy chcą, niezależnie od bardzo ostrych podziałów, przetrwania własnego i swojego państwa. Za kilka tygodni (20 lutego) w Iranie odbędą się wybory parlamentarne. Śmierć Solejmaniego powinna wzmocnić najbardziej antyzachodni obóz, pryncypialistów, którzy ostatnie 8 lat są w mniejszości, a ostatnie 7 w opozycji do prezydenta Rouhaniego i jego prób otwarcia na Zachód. Retoryka „oto macie swoich Amerykanów, z którymi tak chcieliście rozmawiać, zamordowali naszego narodowego bohatera” zmobilizuje elektorat populistyczny, ideologicznie radykalniejszy i antyzachodni, a proreformatorski zniechęci do pójścia do urn. W maju przyszłego roku będą miały z kolei miejsce wybory nowego prezydenta – urzędującemu Rouhaniemu kończy się druga kadencja. Antyzachodni zwrot rządu w Teheranie to kolejny czynnik, który wraz z prawdopodobną reelekcją Trumpa może doprowadzić do wojny.

Oficjalnie podaną przez Amerykanów przyczyną zabicia Solejmaniego były rzekome ataki na naród amerykański, które miał przygotowywać. Zapytany o konkrety przedstawiciel Departamentu Stanu nie był jednak w stanie podać jakichkolwiek, zamiast tego zaczął kłócić się z dziennikarzem zestawiającym to ze słynnym „Saddam ma broń masowego rażenia” które posłużyło administracji Busha jako uzasadnienie do inwazji na Irak i okazało się później całkowicie nieprawdziwe. Zupełnie nietrafione jest też porównywanie Solejmaniego z Osamą bin Ladenem, autorem zamachu na World Trade Center z 11 września 2001 (niechętni Trumpowi komentatorzy mogą je uznać za kolejne świadectwo przypisywanego obecnemu prezydentowi USA kompleksu Obamy, który doprowadził w podobny sposób właśnie do zabicia bin Ladena). Bin Laden był znany praktycznie każdemu Amerykaninowi, o Solejmanim słyszeli do wczoraj tylko ludzie poważnie zainteresowani Bliskim Wschodem, ułamek procenta społeczeństwa (Iran na mapie umie w badaniach pokazać zazwyczaj około 30% dorosłych Amerykanów). Przede wszystkim zaś Solejmani nie przeprowadzał zamachów na amerykańską ludność cywilną. Ma na sumieniu grube setki Amerykanów, ale są to żołnierze stacjonujący na Bliskim Wschodzie, zazwyczaj w państwach sąsiadujących z Iranem. Można powiedzieć, że byłby bardzo zgodny i zadowolony, gdyby Trump zrealizował był hasło „zabrania naszych chłopców z powrotem do domu” – to właśnie było celem jego działań, najlepiej wypłoszyć Amerykanów z okolicy, a maksymalnie ich osłabiać póki w niej są. Odnotować natomiast można tylko groteskowy wpis Trumpa o tym, że Solejmani „zabił miliony (sic!) ludzi”, co czyniłoby go jednym z największych ludobójców w historii ludzkości.

Nie zmienia to faktu, że ta mająca wymiar historyczny demonstracja siły mocno zabolała Iran, któremu bardzo trudno będzie odpowiedzieć w porównywalny czy równie spektakularny sposób. Na rozmowy i „nową umowę” nie ma już szans – a dosłownie kilka miesięcy temu był moment, w którym brakowało tylko jednego kroku do pierwszego w historii spotkania prezydentów obu państw. Porozumienie rozbiło się o to, czy zniesienie sankcji byłoby ogłoszone przed spotkaniem czy w jego trakcie (Irańczycy obawiali się, że Trump zrobi sobie w swoim stylu „photo op”, historyczne zdjęcie z Rouhanim, a później wycofa się z wcześniejszych zobowiązań). Możliwe jednak, że Teheran mimo gromkich zapowiedzi „surowej zemsty” nie będzie chciał jeszcze bardziej eskalować sytuacji. Zostało już powiedziane, że „zemsta nastąpi w odpowiednim miejscu i czasie”. Kluczowym polem dalszej rywalizacji będzie na pewno Irak. Z drugiej strony, Trump nie mógłby chyba zrobić niczego lepszego by umocnić jeszcze wśród zwykłych Irańczyków antyamerykański resentyment, a także odwrócić uwagę od ich problemów wewnętrznych, za które mogą winić swój rząd – korupcji, nadużyć, a przede wszystkim fatalnej sytuacji gospodarczej (wywołanej w znacznym stopniu amerykańskimi sankcjami).

Na zakończenie wypada wyrazić nadzieję, że Polska będzie się trzymać z daleka od konfliktu między USA a Iranem, zwłaszcza jeśli miałoby dojść do wojny (zdaniem piszącego nie jest to mimo wszystko najbardziej prawdopodobny scenariusz). Od czasu nieszczęsnej konferencji w lutym 2019 udało się wysłać po przerwie nowego ambasadora do Teheranu, dosłownie kilka tygodni temu pierwszy raz od dłuższego czasu spotkali się też polski i irański minister spraw zagranicznych.

Moje wcześniejsze teksty:

O rewolucji islamskiej i początkach (do śmierci ajatollaha Chomeiniego w 1989) Islamskiej Republiki Iranu -> https://medianarodowe.com/opinia-olesnicki-spojrzenie-na-korzenie-i-poczatki-islamskiej-republiki-iranu-w-30-lat-od-smierci-ajatollaha-chomeiniego/

O rządach i wizji sprawującego od siedemnastu lat władzę w Turcji Recepa Tayyipa Erdoğana -> https://medianarodowe.com/opinia-olesnicki-stambul-w-warszawie-szkic-na-temat-recepa-tayyipa-erdogana-i-jego-rzadow/

O istocie rewolucji, na przykładzie Mao Zedonga, rozpatrzonego przy pomocy twórczości Fiodora Dostojewskiego -> https://medianarodowe.com/opinia-olesnicki-niech-zyje-przewodniczacy-raskolnikow/

O trwającym przewartościowaniu ideowym w USA -> https://medianarodowe.com/usa-krajobraz-ideowy-olesnicki/

autor:

Zbigniew Oleśnicki
REKLAMA

Komentarze