REKLAMA

[OPINIA] Oleśnicki: Progresywni pretendenci kontra obrońcy liberalnego status quo | cz. 1

[OPINIA] Oleśnicki: Progresywni pretendenci kontra obrońcy liberalnego status quo | cz. 1

W poniedziałek 3 lutego w stanie Iowa odbędą się tradycyjnie pierwsze prawybory prezydenckie Partii Demokratycznej. Kolejne głosowania, z których ostatnie zaplanowane jest na 6 czerwca, będą miały miejsce we wszystkich 50 stanach, 5 terytoriach zależnych, stołecznym Dystrykcie Columbia oraz dla Demokratów przebywających stale poza granicami kraju. Celem jest oczywiście wyłonienie rywala dla urzędującego prezydenta, Republikanina Donalda Trumpa. Wybory powszechne będą miały miejsce dokładnie 9 miesięcy po caucusie w Iowa, 3 listopada. Zanim przyjrzymy się konkretnym kandydatom, warto może poświęcić chwilę uwagi samemu systemowi ich rywalizacji – tyle tylko, by rozumieć, skąd właściwie bierze się dwóch (lub, jak ostatnio zdarzyło się po pierwszy, dwoje) kandydatów na „Przywódcę Wolnego Świata”. Nie jest to aż tak skomplikowane, jak może się w pierwszej chwili wydawać.

Organizacja prawyborów

Z perspektywy tradycyjnego konserwatyzmu same Stany Zjednoczone są państwem i narodem wyjątkowym, paradoksalnym – cudownym wytworem Oświecenia, autentycznie założonym przez konkretnych ludzi w konkretnym miejscu, na bazie konkretnych zasad. Z drugiej strony, te raz ustalone zasady i tradycje zachowują od prawie ćwierci tysiąclecia pełną ciągłość, system polityczny ulega tylko ewolucyjnym zmianom, instytucje i prawa są wytworem działania wielu pokoleń. Jest czymś oczywistym, że uchwalona w 1787 Konstytucja jest jedyną możliwą. Znaczna część uczestników sporu politycznego opiera swoje działania właśnie na umiłowaniu specyficznie amerykańskich tradycji, a zasadnicze prawa, dane raz na zawsze przez Ojców Założycieli, uważa za mający wprost legitymację boską wzór doskonałego ustroju. To jedna z głównych przyczyn, dla których niektóre konserwatywne wartości są nadal przez amerykańską prawicę bronione znacznie bardziej niż przez jej odpowiedników w Europie Zachodniej – koronnym przykładem jest tu ochrona życia nienarodzonego.

Brak obrazka

Podobnie paradoksalną i arcyamerykańską instytucją są prawybory. Można by je nieco prowokacyjnie nazwać najbardziej tradycyjnym istniejącym systemem demokratycznym. Ich szczegółowe zasady ewoluują na poziomie każdego ze stanów, regulowane przez obie wielkie partie – Demokratyczną założoną w 1828 oraz Republikańską założoną w 1854. Ogranicza je także prawo stanowe. Prezydent Trump ma wśród szeregowych Republikanów najwyższe poparcie, jakim mógł cieszyć się w swojej partii jakikolwiek prezydent od czasu Eisenhowera, dlatego prawybory republikańskie będą całkowitą formalnością. Dziś skupię się więc na Partii Demokratycznej (zatem nie wszystkie wymienione reguły odnoszą się do prawyborów Republikanów).

Każde prawybory mają z góry ustaloną liczbę delegatów do zdobycia, np. pierwsza Iowa ma 41. Liczbę tę określa Democratic National Committee (Krajowy Komitet Demokratyczny, w skrócie DNC) na podstawie poparcia dla swojej partii w trzech ostatnich wyborach prezydenckich w danym stanie oraz jego głosów elektorskich (liczba mandatów w Izbie Reprezentantów + dwa mandaty senatorskie). Podstawowym kryterium, które różni poszczególne stany, jest to, kto może głosować. Pomijając drobne rozbieżności, generalnie dzielą się one na trzy grupy. Pierwsza to 22 głosowania zamknięte – mogą brać udział tylko członkowie Partii Demokratycznej. Trzeba jednak pamiętać, że jest ich naprawdę sporo – wg danych z 2018 w skali kraju niecałe 45 milionów. Druga grupa to 11 głosowań pół-zamkniętych – w nich mogą też głosować niezależni i członkowie partii innych niż Republikańska. Trzecia grupa to 17 głosowań otwartych, dostępnych dla każdego. W 33 stanach możliwe jest głosowanie przez Internet. Najwięcej delegatów ma ogromna i zarazem mocno lewicowa Kalifornia – 415 – potem Nowy Jork z 274 i Teksas z 228.

W przeciwieństwie do Republikanów, którzy posiadają sporo stanów przyporządkowujących zwycięzcy wszystkich swoich delegatów lub przyznających mu znaczącą premię, Demokraci we wszystkich stanach dzielą ich proporcjonalnie. Warto zauważyć, że zmniejsza to przewagę prowadzącego i teoretycznie zwiększa szansę na końcowy brak większości jakiegokolwiek kandydata. W kilku najmniejszych stanach oraz w wymienionych na początku głosowaniach „niestanowych” występuje jeden podział na podstawie łącznej liczby głosów, ale w większości stanów delegaci są osobno przyznawani na podstawie wyników w poszczególnych okręgach do Izby Reprezentantów – każdy ma ich z góry przypisaną liczbę – oraz na poziomie całego stanu (ta pula to zazwyczaj około 35%, wobec 65% rozdzielanych na poziomie okręgów, ale dokładna proporcja jest oczywiście różna w różnych stanach). Żeby uzyskać jakichkolwiek delegatów, kandydat musi dostać minimum 15% głosów (ewentualnie, gdyby żaden tyle nie dostał, progiem staje się połowa głosów zwycięzcy).

No dobrze, ale skąd biorą się sami delegaci, którzy przecież są żywymi ludźmi, a nie cyferkami, które można przestawiać w tabelce? Zasady ich wyboru również różnią się w zależności od stanu, ale zasadniczo delegatem może zostać każdy członek Partii Demokratycznej, który w terminie wypełni odpowiedni formularz, deklarując w nim poparcie dla konkretnego kandydata. W niektórych stanach są oni potem osobno wybierani na miejscowych konwencjach partyjnych, w innych to uczestnicy prawyborów głosują na konkretnego kandydata na delegata. Oprócz tego określona z góry liczba delegatów z każdego stanu pochodzi z puli miejscowych urzędników – którzy jednak też muszą oczywiście najpierw zadeklarować się jako zwolennicy konkretnego kandydata, którego chcieliby reprezentować. Co ważne – każdy kandydat na prezydenta może między prawyborami a konwencją krajową skreślać z listy i zastępować „swoich” delegatów, których nie jest pewien.

Wszystkich delegatów będzie razem 4750, z czego 3979 zostanie wybranych jako „zobowiązani” (pledged), a 771 to tzw. „superdelegaci” – różnego rodzaju partyjni oficjele na czele z członkami Kongresu, gubernatorami i byłymi prezydentami. Wszyscy oni zbiorą się między 13 a 16 lipca w Milwaukee w stanie Wisconsin na Demokratycznej Konwencji Krajowej. W praktyce od 1952 roku nie zdarzyło się, by miało na niej miejsce więcej niż jedno głosowanie na kandydata na prezydenta. Zazwyczaj jest to zwykła formalność, ponieważ ktoś z wyprzedzeniem uzyskuje większość delegatów w prawyborach. Czasem zdarzało się, że liderowi niewiele do niej brakowało, a wtedy dla zasady pomagali mu delegaci „niezobowiązani”. Demokraci w przeciwieństwie do Republikanów posiadają instytucję „superdelegatów”, którzy mogą przechylić szalę na czyjąś stronę, jeśli wyborcy nie dali jasnego werdyktu. Taka sytuacja miała miejsce w 2008, gdy do ostatnich, czerwcowych prawyborów łeb w łeb szli senatorowie Barack Obama i Hillary Clinton. Szef DNC Howard Dean wezwał więc „superdelegatów”, by z góry, jeszcze przed zakończeniem ostatnich prawyborów, określili się po stronie jednego z kandydatów. Chciał w ten sposób oszczędzić sobie i partii ciągłych medialnych spekulacji i niepewności w ciągu sześciu tygodni, jakie pozostały do konwencji. O ile w głosowaniach Obama uzyskał tylko 51%, a Clinton 49% delegatów, to wśród „superdelegatów” jego przewaga wyniosła aż 66% do 34%, co zapewniło mu bezpieczną większość i nominację. Niepocieszona była pierwsza dama oficjalnie poparła przyszłego prezydenta po czterech dniach. Jako ciekawostkę można też podać, że Clinton wówczas otrzymała minimalnie więcej głosów wyborców – 17 milionów 822 tysiące wobec 17 milionów 535 tysięcy. Starcie z Trumpem nie było więc pierwszą sytuacją, gdy mimo większości popular vote przegrała z amerykańskim systemem wyborczym.

REKLAMA

W 2018 ograniczono jednak rolę „superdelegatów” – tegoroczna konwencja będzie pierwszą, podczas której większość „zwykłych” delegatów wystarczy do nominacji. Technicznie nowy przepis wygląda tak, że „superdelegaci” nie będą mogli uczestniczyć w pierwszym głosowaniu, jeśli lider uzyska w prawyborach między 1990 a 2375 delegatów – większość spośród „zwykłych”, ale nie wszystkich. „Superdelegaci” wchodzą jednak od razu do gry, jeśli tylko nikt nie będzie miał wystarczającej przewagi (albo będzie miał tak dużą, że ich udział nie powinien mieć znaczenia). Reforma była elementem „udemokratycznienia” Partii Demokratycznej i gestem pojednania po rozdzierających ją prawyborach z 2016 – ostrym starciu establishmentu, reprezentowanego przez Hillary Clinton, z socjalistyczną lewicą, na czele z senatorem Berniem Sandersem.

W tej chwili na placu boju pozostało jeszcze dwanaścioro kandydatów – a zaczynało dwadzieścia dziewięcioro. Kolejni będą się wycofywać już po kolejnych prawyborach, w których uzyskają słabe wyniki. Już po miesiącu zmagań zrezygnuje prawdopodobnie połowa z obecnych uczestników. Wielu z przegranych może jednak najpierw zdobyć dla siebie „zobowiązanych” delegatów. Wycofując się, będą zazwyczaj popierać jednego z kandydatów pozostających w grze, licząc na wdzięczność w razie jego wygranej. Nie mogą jednak formalnie zobowiązać swoich delegatów do poparcia kogoś innego – tacy delegaci stają się po prostu „niezobowiązani”, tak jak „superdelegaci”. Gdyby pierwsze głosowanie na Konwencji w lipcu nie przyniosło rozstrzygnięcia, „niezobowiązanymi” staliby się już wszyscy delegaci. Takiej sytuacji – jak już wspomniałem, niezaistniałej od 1952 – będą się starali uniknąć nie tylko sami kandydaci, ale również DNC i całe kierownictwo partii. Im później wyłoniony kontrkandydat dla Trumpa, tym gorsza jego pozycja względem Republikanina, a także tym bardziej podzielona partia i tym większa szansa, że zwolennicy przegranych Demokratów nie będą skłonni poprzeć kandydata swojej partii w listopadzie.

Tegoroczna rywalizacja

Tak jak pisałem rok temu w tekście z okazji połowy kadencji Trumpa (https://medianarodowe.com/usa-krajobraz-ideowy-olesnicki/), podstawową linią podziału, jaka przebiega przez obie amerykańskie partie, jest stosunek do wyborów z 2016. Sytuacji u Republikanów poświęcę osobne rozważania. U Demokratów mamy cały czas wyraźne dwa silne bieguny, a także sporo pośrednich między nimi. Z jednej strony bardziej centrowy i liberalny establishment, z drugiej lewica, krytykująca status quo, przede wszystkim gospodarcze (ale nie tylko). Dla pierwszych wybór Trumpa to aberracja, chwilowa pomyłka wyborców, po której powinien nastąpić powrót do starych, „sprawdzonych” rozwiązań sprzed 2016. Dla drugich obecny prezydent to świadectwo frustracji elektoratu tymi właśnie „sprawdzonymi rozwiązaniami”, na które odpowiedzią musi być zdecydowane przewartościowanie, a w najmocniejszym wydaniu – „polityczna rewolucja”, hasło powtarzane przez Berniego Sandersa tak w 2016, jak i dzisiaj.

W poprzedniej kampanii pierwsze skrzydło reprezentowała oczywiście Hillary Clinton, będąca absolutną personifikacją liberalnego establishmentu oraz ich deterministycznego spojrzenia na świat – tego samego, z którego wyrósł niesławny fukuyamowski „koniec historii”. Był „pierwszy czarnoskóry prezydent”, więc teraz koniecznością dziejową jest „pierwsza kobieta prezydent”. Argumentami za Clinton miały zaś być jej ogromne kompetencje i doświadczenie polityczne – jak powiedział w kampanii prezydent Obama, „nigdy osoba wyżej wykwalifikowana nie ubiegała się o urząd prezydenta USA”. To wszystko czyniło ją idealnym przedstawicielem liberalnych elit, swoje prawo do władzy czerpiących z „rozumności” i „eksperckości” – tyle, że teflonowym i aideowym, a w dodatku coraz częściej odbieranym jako niesympatyczny, oderwany od problemów zwykłych ludzi i skorumpowany. Wyborców Trumpa w czasie słynnej potem wypowiedzi nazwała „godnymi pożałowania” (deplorables), co stanowi chyba przypadek idealny pogardy liberalnych elit dla „niedorosłych do demokracji”. Twardzi zwolennicy obecnego prezydenta cały czas identyfikują się właśnie jako proud deplorables, a najważniejsze zdanie z przemówienia inauguracyjnego Trumpa jako prezydenta brzmiało „zapomnieni mężczyźni i kobiety tego kraju nie będą już zapomnieni” (The forgotten men and women of this country will be forgotten no more).

W 2020 kandydatem establishmentu i tym samym faworytem z urzędu, lepszą wersją Hillary Clinton, jest Joe Biden. Ma on już 77 lat i właśnie ze względu na wiek, a także z uwagi na szeroko wyznawaną cztery lata temu dziejową oczywistość „pierwszej kobiety”, w 2016 ustąpił miejsca Clinton i nie wystartował. Jest jednocześnie szóstym najmłodszym senatorem w historii USA – do wyższej izby Kongresu dostał się w 1973 w wieku ledwie 31 lat i od tego czasu zajmuje się wyłącznie polityką na najwyższym szczeblu w Waszyngtonie (z wykształcenia jest prawnikiem, ale popracował w zawodzie tylko chwilę po studiach). W Senacie spędził kolejne 36 lat, po drodze dwukrotnie bez powodzenia ubiegając się o nominację prezydencką Demokratów (w 1988 i 2008). Odszedł dopiero by zostać wiceprezydentem u Baracka Obamy, dla którego miał stanowić „doświadczone” uzupełnienie. Od momentu odejścia z urzędu w styczniu 2017 jego ewentualny start przeciwko Trumpowi był stale przedmiotem spekulacji medialnych, które rozstrzygnął w końcu niecały rok temu. Mocną stroną Bidena jest bycie kojarzonym z Obamą, które daje mu wysokie poparcie wśród czarnoskórych. Jest też często – zdecydowanie częściej niż Hillary – odbierany jako sympatyczny, ciepły i dowcipny, a także jako człowiek, który sporo w życiu wycierpiał – jego pierwsza żona zginęła w wypadku samochodowym, a kilka lat temu (gdy był wiceprezydentem) jego syn zmarł na raka.

Polskiego odbiorcę może zainteresować, że Biden był pierwszym wiceprezydentem katolikiem – jedynym prezydentem w łączności z Papieżem był Kennedy – ale to katolicyzm czysto prywatny, bez wpływu na politykę. Pomaga o tyle, że Biden może ubarwiać przejmujące historie ze swojego życia, np. „nie zdjąłem cały czas różańca, który miał na sobie mój syn, gdy umierał”. Aborcji na życzenie przeciwny jest jednak tylko „prywatnie”, choć gdy zostawał senatorem 47 lat temu mówił jeszcze, że Sąd Najwyższy „poszedł za daleko” czyniąc aborcję prawem we wszystkich 50 stanach. Gdy rozpoczynała się obecna kampania, Biden był zaś jeszcze przeciwnikiem finansowania aborcji przez rząd federalny – nie jest to legalne poza przypadkami zagrożenia życia kobiety, gwałtu lub kazirodztwa – ale po kilku miesiącach zawziętej krytyki ze strony bardziej „postępowych” kontrkandydatów wycofał się i z tego poglądu. To schemat typowy dla Bidena, który przez prawie pół wieku obecności w polityce zawsze był przedstawicielem „centrowego”, „umiarkowanego”, otwartego na parlamentarną współpracę z Republikanami skrzydła partii – tyle, że na przestrzeni tak długiego okresu oznaczało to bardzo odmienne poglądy. Jest to oczywiście przypominane przez jego konkurentów – np. na wcześniejszym etapie kampanii dwoje czarnoskórych kandydatów, senatorowie Kamala Harris i Cory Booker, atakowali Bidena za to, że w latach 70. nie popierał przymusowego dowożenia czarnych dzieci do szkoły w celu desegregacji (busing). Póki co jednak Biden wciąż jest faworytem, a dwojga wyżej wymienionych, którzy poza kolorem skóry (w przypadku Harris również płcią) nie mieli niczego do zaoferowania, nie ma już w wyścigu. Ze świeższych spraw obciąża go m. in. poparcie w 2003 wojny w Iraku (wyciągane również mocno Clinton przez Trumpa cztery lata temu). Na pewno 36 lat głosowań i wypowiedzi w Senacie to potężny materiał dla przeciwników Bidena, z którego wyciągi nie raz będą się powtarzać – również ze strony Trumpa, jeśli to były wiceprezydent uzyska nominację.

Biden stara się generalnie zaprezentować właśnie jako „umiarkowany, rozsądny, doświadczony” kandydat. Jego głównym hasłem jest „odbudowa amerykańskiej klasy średniej – ostoi naszego kraju”. Mówi też o „walce o duszę naszego kraju”, zagrożonej przez „nadużywającego władzy” i „atakującego demokrację” Trumpa, ale utrzymuje zazwyczaj względnie pozytywny ton, powtarzając slogany w rodzaju „istotą Ameryki jest to, że każdy może osiągnąć swoje marzenia, niezależnie od tego, skąd zaczyna”. Ameryka jest więc generalnie dobra – i była wyjątkowo dobra, zanim przyszedł zły zbir Trump, który zaczął „dzielić ludzi”. Biden oferuje też „odpowiedzialne przewodzenie na arenie międzynarodowej”, przypominając o swoim doświadczeniu u boku Obamy. Ma być więc niekoniecznie porywającym, ale pragmatycznym, pewnym, a zarazem sympatycznym wyborem. Na tle kandydatów lewicowych w wielu kwestiach rzeczywiście się wyróżnia – np. nie jest zwolennikiem powszechnego systemu zdrowia, dekryminalizacji przekraczania granicy USA ani wprowadzenia licencji na posiadanie broni. Wszystkie te trzy postulaty popiera jego dwoje głównych rywali, Sanders i Warren (o których więcej niżej). Wyróżnia się też wyjątkową niechęcią wobec krytyki działań Izraela, na co przedstawiciele lewicy pozwalają sobie coraz częściej.

Kwestii obyczajowych Biden specjalnie nie akcentuje, zwłaszcza że łatwo może być w nich przelicytowany – po prostu co jakiś czas dba o zgodność z rewolucyjną mądrością etapu, np. pisząc: „Powiedzmy to jasno: walka o prawa osób transgenderowych to walka o prawa obywatelskie naszych czasów” (civil rights – czyli walka taka sama jak kiedyś emancypacja kobiet, a potem czarnoskórych). Zaletą Bidena odmienianą przez wszystkie przypadki jest jego „wybieralność” w listopadzie – miałby być wyjątkowo akceptowalny dla „umiarkowanych” Republikanów niechętnych Trumpowi, a także wyborców niezależnych. Z drugiej strony ta sama „wybieralność” miała być w 2016 przewagą Clinton nad Sandersem. Demokraci stoją więc przed klasycznym dylematem – czy ważniejsza jest walka o niezdecydowanych w centrum (Biden), czy raczej mobilizacja własnego elektoratu entuzjastycznymi hasłami zmiany (ktoś bardziej na lewo od niego).

Jego oczywistą wadą jest wiek – w momencie zaprzysiężenia miałby 78 lat. Bidenowi, co już zrozumiałe, zdarza się co jakiś czas palnąć coś niezwiązanego z miejscem, w którym przebywa, albo np. zwrócić się do ekranu, stojąc plecami do widowni – ta sprawa mogłaby w wyborach powszechnych odegrać podobną rolę, co zdrowie mdlejącej publicznie i oskarżanej przez zwolenników Trumpa o najrozmaitsze ukrywane przed światem przypadłości Hillary w 2016. Póki co prezydent Trump Bidena nazywa jedynie Sleepy Joe („śpiący Joe”, „chcący spać Joe”). Sam lokator Białego Domu jest co prawda tylko cztery lata młodszy, ale zachowywanie się jak zmęczony staruszek to ostatnie, o co ktokolwiek ma podstawy go oskarżyć. „Niska energia” to obok „samo gadanie, brak działań” stały element w repertuarze zarzutów Trumpa wobec wszelkich rywali. Istnieje więc ryzyko, że podczas debat Trump zwyczajnie zakrzyczałby Bidena, obrzucając go rozmaitymi oskarżeniami i przezwiskami, a ten umiałby tylko stać i powtarzać, że „tak nie powinien zachowywać się prezydent”. O ile ten argument mógł działać w 2016, a perspektywa wyboru wielkiego znaku zapytania w postaci Donalda Trumpa na szefa rządu USA mogła wywoływać najrozmaitsze wizje, to po ponad 3 latach urzędowania dawno przestał być czymś nadzwyczajnym. Jedynym byłym wiceprezydentem, który wygrał wybory prezydenckie w historii USA był Richard Nixon w 1968, ale on za przeciwnika nie miał wtedy incubenta. Obecnie w sondażach prawyborczych w skali całego kraju Biden dostaje średnio 27,1% głosów Demokratów – prowadzi więc, ale bardzo daleko mu do bezpiecznej przewagi.

Wiceliderem ze średnią 22% jest wyrazisty przedstawiciel drugiego bieguna, żądający „politycznej rewolucji”, rok starszy od Bidena Bernie Sanders. Widzimy więc rozdrobnienie stawki – dwaj czołowi kandydaci, między którymi rozpięta jest ta kampania, a symbolicznie także przyszłość Partii Demokratycznej, razem dysponują tylko nieco mniej niż połową poparcia. Wystąpienia Sandersa są bardziej żywiołowe od tych Bidena, ale w jego wypadku również nie da się uciec od pytania o wiek. Kilka miesięcy temu musiał nawet na kilka dni zawiesić kampanię, by przejść operację serca.

Sztandarowa postać antyestablishmentowej lewicy urodziła się w 1941 na nowojorskim Brooklynie. Oboje rodzice byli ubogimi Żydami – ojciec imigrantem z Polski (urodził się w małopolskiej wsi Słopnice pod Limanową), matka dzieckiem imigrantów z Polski i Rosji. Sporo jego krewnych zginęło w Holocauście. Od wcześniej młodości jest socjalistycznym aktywistą, był też zaangażowany w ruch na rzecz emancypacji czarnoskórych. W 1963 wziął udział w słynnym „Marszu na Waszyngton” Martina Luthera Kinga, który wygłosił wtedy przemówienie „Mam marzenie” (I have a dream). Po skończeniu licencjatu z politologii imał się różnych zawodów, był m.in. cieślą i konsultantem psychiatrycznym, zajmując się jednak przede wszystkim aktywizmem politycznym, na przełomie lat 60. i 70. skierowanym przede wszystkim przeciw wojnie w Wietnamie. Pisał też artykuły, kręcił krótkie filmy zaangażowane, zaczął się ubiegać o różne stanowiska na poziomie lokalnym jako kandydat niezależny. W 1981 udało mu się o dosłownie 10 głosów (4330 do 4320) pokonać Demokratę urzędującego od 10 lat i zostać burmistrzem 38-tysięcznego Burlington w stanie Vermont. Trzykrotnie uzyskiwał reelekcję, stale określając się jako socjalista – Demokraci zawsze wystawiali przeciw niemu kontrkandydatów. Po 8 latach nie wystartował po raz kolejny, zamiast tego w 1991 zdobywając mandat posła do Izby Reprezentantów, także startując jako niezależny, przeciw Demokracie i Republikaninowi. Do Kongresu, stale z tego samego okręgu, wybierany był osiem razy, sprawując funkcję 16 lat. Trzykrotnie miał poparcie Partii Demokratycznej. W 2006 znów przeniósł się szczebel wyżej, startując do Senatu – w prawyborach Demokratów nie miał poważnej konkurencji i uzyskał 94%, a w wyborach przeciw Republikaninowi bezpieczne 65%. W 2012 dostał 71%, w 2018 67% – senatorem jest już 14 lat. W 2015 wstąpił po raz pierwszy w życiu do Partii Demokratycznej, by wystartować na prezydenta – wystąpił po porażce z Clinton rok później. Ten sam manewr powtórzył w 2019, więc dziś znów jest Demokratą.

Przegrane w 2016 prawybory uczyniły z Sandersa w oczach jego zwolenników figurę bohatera zniszczonego przez system, zwłaszcza, gdy poprzez WikiLeaks wyszło na jaw, że DNC aktywnie pomagało kandydatce establishmentu, raz posuwając się nawet do udostępnienia jej z wyprzedzeniem pytań zadawanych na debacie z Berniem. Te rewelacje doprowadziły do dymisji ówczesnej szefowej DNC. Końcowa przewaga Clinton wśród „zwykłych” delegatów była wyraźna, ale jednak nieduża – 54% do 46% Sandersa. Ten wyraźny podział na dwa skrzydła doprowadził do uchwalenia na Konwencji Krajowej kompromisowego, najbardziej wychylonego na lewo pod względem gospodarczym programu Partii Demokratycznej w historii, zawierającego m.in. postulat płacy minimalnej 15 dolarów za godzinę (następnie zwiększanej wraz z inflacją), rozszerzenia płatnych urlopów rodzicielskich i zdrowotnych, systemu emerytalnego, opieki zdrowotnej i praw związków zawodowych, reformy Wall Street, a także zniesienia kary śmierci czy legalizacji marihuany.

Sztandarowym postulatem Sandersa i z 2016 i z 2020, nieuwzględnionym wówczas przez całość Partii, jest „Medicare dla wszystkich”, czyli rozszerzenie wprowadzonej przez prezydenta Lyndona B. Johnsona państwowej opieki zdrowotnej dla obywateli powyżej 65. roku życia i osób niepełnosprawnych na wszystkich Amerykanów (i nie tylko). Proponuje też m.in. obłożenie najlepiej zarabiających podatkiem dochodowym w wysokości 52% i wprowadzenie wysokich kar dla firm, w których występowałaby nadmierna różnica płac między najniższym a najwyższym szczeblem. Czego by nie mówić o Sandersie, jest dość stały w swoich poglądach, warto jednak zauważyć jedną istotną ewolucję. Jeszcze w 2015, u progu poprzedniej kampanii, Sanders deklarował, że „otwarte granice to projekt wielkiego biznesu sprowadzającego sobie tanią siłę roboczą” „wymierzony w klasę pracującą”. W międzyczasie jednak Trump uczynił imigrację czołowym tematem swoim, a dziś już dominującej części Partii Republikańskiej. Normą wśród Demokratów stał się więc zdecydowany sprzeciw i potępianie antyimigracyjnych retoryki i działań jako niemoralnych i „nieamerykańskich”. Sanders w pełni dostosował się do normy, a dziś deklaruje, że „USA stać”, by Medicare dostał każdy chętny imigrant, ponieważ „dobra opieka zdrowotna jest prawem człowieka”. Dziś mówi, że wspomniane antyimigracyjne poglądy miał „z 250 lat temu”, obracając je w żart ze swojego wieku. Zarzut bycia „kolejnym białym mężczyzną” stara się zaś obejść znajdując własny „szklany sufit” do przebicia i nazywając siebie możliwym „pierwszym żydowskim prezydentem USA”.

autor:

Zbigniew Oleśnicki
REKLAMA

Komentarze