REKLAMA

Oleśnicki: Kapitan Netanjahu |cz. 1

Oleśnicki: Kapitan Netanjahu |cz. 1

Benjamin Netanjahu jest politykiem kontrowersyjnym i budzącym wyjątkowe emocje, zarówno w swoim własnym kraju jak i poza Izraelem. Bynajmniej nie tylko w Polsce, w której stał się znany po głośnej sprawie nowelizacji ustawy o IPN. Jest też jednym z najbardziej negatywnych punktów odniesienia dla milionów muzułmanów z całego świata. Dla wielu z nich Netanjahu stanowi personifikację „oprawcy Palestyńczyków”. Co być może najciekawsze i najrzadziej podnoszone, obecny premier Izraela jest bezprecedensową postacią zagranicznego przywódcy tak silnie polaryzującego opinię publiczną i elity polityczne w Stanach Zjednoczonych. Ciężko znaleźć drugą postać, która budziłaby zarazem tak wielką niechęć ogromnej części amerykańskiej sceny politycznej oraz posiadała na niej tak silny obóz zatwardziałych zwolenników. Rozmaici prawicowi czy wojskowi dyktatorzy wspierani przez rząd USA – w rodzaju Pinocheta – nie mieli wielu obrońców wykraczających poza „wcale nie jest taki zły” i „taki jest interes USA”, a na pewno nie byli nigdy fetowani w Kongresie. Podobnie od różnego rodzaju znienawidzonych przez drugą stronę „lewicowców” typu Fidela Castro istotnie dystansowali się zawsze bliżsi im politycy, nawet tacy jak częściowo broniący Kubańczyka Bernie Sanders. 

REKLAMA

Żaden wcześniejszy premier Izraela nie był postacią tak wiele uwagi poświęcającą autopromocji na arenie międzynarodowej i żaden nie stał się do tego stopnia co Netanjahu jednym z najbardziej rozpoznawalnych polityków świata. Równocześnie udało mu się zdominować politykę wewnętrzną w Izraelu. Szefuje rządowi od marca 2009, więc wśród przywódców liczących się na arenie międzynarodowej państw, którzy muszą przejmować się wyborami i opozycją dążącą do przejęcia władzy dłuższą żywotnością pochwalić się mogą jedynie Angela Merkel w Niemczech (od 2005, ale z zapowiedzianą na 2021 emeryturą) i Recep Tayyip Erdoğan w Turcji (od 2003 de iure, od 2002 de facto, przy czym oczywiście Erdoğan umacnia swoją władzę środkami których Merkel i Netanjahu nie mają do dyspozycji). 

Netanjahu zapisał się już w historii swojego kraju na najrozmaitsze sposoby – jest najdłużej urzędującym premierem zarówno jeśli chodzi o nieprzerwane (ponad 11 lat) jak i łączne (ponad 14 lat) sprawowanie urzędu, pierwszym i jedynym dotąd premierem urodzonym w niepodległym Izraelu, a także, co ciekawe, najmłodszym szefem rządu w dziejach – w 1996, zaczynając swoją pierwszą kadencję na stanowisku, miał 46 lat. Kilka miesięcy temu został też jednak pierwszym w historii urzędującym premierem Izraela, któremu oficjalnie postawiono zarzuty. Będzie się musiał bronić w sądzie przed oskarżeniami o korupcję, oszustwo finansowe i nadużycie władzy. Sam oczywiście twierdzi, że jest niewinny, a sprawa jest próbą zamachu stanu ze strony lewicy i sądownictwa, które chcą osłabić jego i Izrael. Po rozpadzie koalicji i utracie większości w Knesecie w listopadzie 2018 wielokrotnie wieszczono rychły upadek Netanjahu. W Izraelu nastał bezprecedensowy kryzys polityczny – aż trzy razy po kolei – w kwietniu 2019, wrześniu 2019 i marcu 2020 – dochodziło do przyspieszonych wyborów, w których rządzący blok narodowo-religijny nie uzyskiwał większości. Za każdym razem Netanjahu udawało się jednak wykaraskać i utrzymać na powierzchni, by w końcu wykorzystać kryzys związany z koronawirusem do rozbicia na pół największej partii opozycyjnej i zawarcia umowy koalicyjnej z głównym rywalem w owych trzech kolejnych elekcjach, Benim Gancem, choć ten w każdej z kampanii solennie obiecywał, że nie wejdzie do rządu pod kierownictwem Netanjahu, gdy ten będzie miał postawione zarzuty. Tym samym obecny premier zagwarantował sobie pozostanie na stanowisku przynajmniej na kolejne 1,5 roku. Kim jest Benjamin Netanjahu? Czy jego błyskotliwa kariera może skończyć się w więzieniu, do którego w Izraelu trafili już i były premier (za korupcję) i były prezydent (za gwałt na podwładnej)? Jedno jest pewne – będzie walczył o przetrwanie dopóki starczy mu sił. Robił to całe życie, bezwzględnie.

Dopóki Netanjahu będzie aktywny politycznie (czyli zapewne do śmierci, a jego ojciec dożył 102 lat), będzie się starał odcisnąć swoje piętno na Izraelu. Będąc synem profesora historii i samemu całe dorosłe życie namiętnie pochłaniając biografie wybitnych polityków (zwłaszcza amerykańskich), ma silne przekonanie o doniosłości swojej roli i swojego własnego miejsca w dziejach. Ta misja do wypełnienia jest zaś zasadniczo dwojaka. Po pierwsze, pełne utożsamienie państwa Izrael z narodem żydowskim, co działa w obie strony – Izrael ma być państwem narodowym Żydów, rządzonym tylko przez Żydów i tylko w interesie Żydów, a zarazem wszyscy rozsiani po świecie Żydzi którzy nie chcą rozmycia swojej tożsamości, czym z definicji grozi żywot na obczyźnie, powinni złączyć swoje losy z Izraelem, najlepiej na stałe osiedlając się w nim. Po drugie, Netanjahu stara się odejść od wizji państwa i narodu przyświecających założycielowi i pierwszemu premierowi Izraela, Dawidowi Ben Gurionowi, którego lewicowa formacja sprawowała władzę nieprzerwanie przez pierwsze 29 lat istnienia Izraela. Dlatego (nieprzychylny, ale rzeczowy) biograf Netanjahu, arabista, historyk i doradca kilku socjalistycznych rządów Francji prof. Jean-Pierre Filiu trafnie mówi o „ponownym założeniu” Izraela przez jego obecnego premiera (po francusku Ben Gurion „żałożyciel” to fondateur, a Netanjahu refondateur, tak jak po angielsku create i recreate). Piszącemu te słowa wyraźnie nasuwa się analogia ze wspomnianym już Recepem Tayyipem Erdoğanem (bohaterem jednego z moich wcześniejszych tekstów – > https://medianarodowe.com/opinia-olesnicki-stambul-w-warszawie-szkic-na-temat-recepa-tayyipa-erdogana-i-jego-rzadow/). Obecny prezydent Turcji również postrzega swój kraj, tożsamość jego narodu i jego miejsce w świecie zupełnie inaczej niż założyciel Republiki Tureckiej i jej pierwszy prezydent, Mustafa Kemal Atatürk, a jego rządy są próbą redefinicji ich wszystkich. Wielce symboliczne było więc, gdy w lipcu 2019 Benjamin Netanjahu prześcignął Ben Guriona i stał się najdłużej urzędującym premierem w historii Izraela. Niedługo będzie miało miejsce kolejne symboliczne wydarzenie. Wskutek umiejętnej gry parlamentarnej Netanjahu doprowadzi prawdopodobnie do rozpadu lub samolikwidacji sędziwej Partii Pracy, bezpośredniej dziedziczki bengurionowskiej Mapai, w ostatnich wyborach przekraczającej próg wyborczy (w Izraelu 3,25%) tylko dzięki udziale w szerszej koalicji i wprowadzając do Knesetu ledwie trzech posłów. Ta formacja niepodzielnie rządziła Izraelem przez pierwsze 29 lat istnienia państwa, a dziś jej ostatni lider, w prostej linii następca Ben Guriona, może wyprowadzić sztandar w zamian za drugorzędne stanowisko rządowe łaskawie zaoferowane przez Bibiego. Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni.

By dokładnie zrozumieć Netanjahu i jego postrzeganie rzeczywistości, musimy cofnąć się dalej niż jego przyjście na świat. Każdy człowiek jest w pierwszej kolejności ukształtowany przez doświadczenia rodzinne (ewentualnie ich brak). W przypadku obecnego premiera Izraela ten wpływ jest szczególnie widoczny. Jego dziadek ze strony ojca Natan Milejkowski urodził się w 1879 w Krewie, miasteczku na dzisiejszej Białorusi, znanemu nam ze słyszenia dzięki zawarciu tam w XIV wieku unii Polski i Litwy. W XIX wieku było już oczywiście częścią Rosji. Milejkowski pochodził z ubogiej rodziny, ale był wcześnie rozpoznany jako zdolne dziecko i już w wieku 10 lat wysłany do religijnej szkoły w Wołożynie (na co musiało się zrzucić kilka miejscowych rodzin), gdzie spędził kolejne 8 lat zdobywając wykształcenie i został rabinem. Zaraził się popularną wśród rosyjskich Żydów nową ideologią – syjonizmem, czyli wizją budowy żydowskiego państwa na historycznej „Ziemi Izraela”, z której zostali wygnani przed wiekami. Kolejne lata, już jako dorosły człowiek, Milejkowski spędził jeżdżąc po całej Rosji (łącznie z Syberią) i przemawiając do miejscowych Żydów, namawiając ich do zaangażowania w ruch. Syjonizm, który głosił, łączył w sobie przywiązanie do tradycji religijnej z nacjonalizmem. Premier Netanjahu, choć nigdy mógł poznać dziadka, chętnie odwołuje się do niego, np. opowiadając przez dziesiątki lat podczas kampanii wyborczych ulubioną „rodzinną historię” o młodym Natanie, który był świadkiem brutalnego pobicia swojego brata przez tłum krzyczący „śmierć Żydom”. „Wtedy pomyślał, jaki to wstyd, że potomek Machabeuszy leży bezbronny w błocie. I obiecał sobie, że jeśli sam przetrwa noc pogromu, to przeniesie się z rodziną do ziemi Izraela, by zbudować nową przyszłość dla swojego narodu. Ja jestem dziś tu, jako premier Izraela, dzięki tej obietnicy, którą złożył mój dziadek”. Gdy przemawia na Światowym Kongresie Syjonistycznym, ma ze sobą zdjęcie dziadka, który sam był delegatem na ósmy Kongres w 1907 i występował na nim. Z kolei dziadek premiera od strony matki przeniósł się z Rosji do Palestyny już w 1896, gdy ta podlegała jeszcze władzy sułtana. Zamieszkał w osadzie nazwanej „Pierwsi w Syjonie”, sfinansowanej przez francuskiego barona Edmonda de Rotschilda.

Pierworodny syn Natana, przyszły ojciec Benjamina, Benzion (syn Syjonu) urodził się w 1910 w Warszawie, gdzie rabin Milejkowski uczył przez kilka lat hebrajskiego w miejscowej żydowskiej szkole. Cały czas jednak sporo podróżował po Europie i działał, zaczął też pisać do gazet pod pseudonimem „Netanjahu”, co oznacza „dany przez Boga”. Gdy po rozpadzie Imperium Osmańskiego Jerozolima i okolice stały się częścią brytyjskiego Mandatu Palestyny, przeniósł się tam wraz z żoną i siódemką dzieci, choć stamtąd dalej udawał się w podróże w celu głoszenia syjonizmu i docierając nawet do Ameryki. Nigdy jednak nie był nikim więcej niż szeregowym działaczem. W 1935 roku zmarł w wieku 55 lat. Benzion po uzyskaniu pełnoletniości przyjął Netanjahu jako swoje nazwisko, co miało oznaczać symboliczne nowe otwarcie na ziemi przodków. Już jako dziewiętnastolatek zaczął próbować angażować się politycznie w ruchu syjonizmu rewizjonistycznego, którego głównym przywódcą i ideologiem był rok młodszy od jego ojca Ze’ew (dosł. Wilk, a rosyjskie imię, gdyż rosyjski, a nie hebrajski, był jego pierwszym językiem – Władimir) Żabotyński.

Również pochodzący z Rosji Żabotyński to postać fundamentalna – ojciec założyciel ruchu, którego kontynuatorem i dziedzicem jest Likud (dosł. Zjednoczenie), czyli partia polityczna, której przywódcą w latach 1992-1999 i ponownie od 2005 jest Benjamin Netanjahu. Siedziba Likudu nosi jego imię – „Twierdza Ze’ewa”. Rewizjoniści powstali w zdecydowanej, prawicowej opozycji do głównego nurtu ruchu syjonistycznego, którego przywódcami byli Dawid Ben Gurion i Chaim Weizmann. Nie była to jednak prawica tradycyjna, ortodoksyjna religijnie, ale nowoczesny (jak na ówczesne standardy) nacjonalizm inspirowany narodowo-wyzwoleńczymi ruchami europejskimi, np. Giuseppe Garibaldim. Co ciekawe, pozytywnym przykładem dla Żabotyńskiego był też Józef Piłsudski. Udało mu się w czasie I wojny światowej przekonać Brytyjczyków do stworzenia Legionu Żydowskiego w ramach ich armii. Już w Mandacie Palestyny tworzył żydowskie organizacje paramilitarne i otwarcie deklarował, że jego celem jest utworzenie stricte żydowskiego państwa obejmującego obszar wykraczający poza terytorium Mandatu (część dzisiejszej Jordanii). O ile Ben Gurion był lewicowcem, organizującym związki zawodowe i wierzącym w kolektywną pracę w kibucach i miastach jako podstawę przyszłego państwa, o tyle Żabotyński opierał się na mieszczaństwie gotowym angażować się w organizacje paramilitarne. W 1929 został wydalony przez Brytyjczyków z Palestyny po tym jak oskarżył ich o antysemityzm i wspieranie Arabów. 

Gdy czytamy w krótkim odstępie czasu biografie Netanjahu i Żabotyńskiego, trudno oprzeć się wrażeniu, że obaj panowie mają wyjątkowo dużo wspólnego – zarówno gdy chodzi o poglądy stricte polityczne, jak i stosunek do życia w ogóle. Obaj zasadniczo są sceptyczni wobec możliwości trwałego pojednania między Żydami a Arabami i intuicyjnie uważają inicjatywy „pokojowego współistnienia” oparte tylko i wyłącznie na dobrej woli czy liberalnych wartościach za naiwne. Wspomniany Filiu zestawia wypowiedzi Żabotyńskiego i Benjamina Netanjahu z książki A Durable Peace. Israel and its Place Among the Nations (Trwały pokój. Izrael i jego miejsce pośród narodów). Przywódca rewizjonistów deklaruje w 1919: „Jestem za porozumieniem z Arabami. My im powiemy, że pod naszym zwierzchnictwem o nich również będzie się dbało. Ale nie możemy zaakceptować żadnego kompromisu jeśli chodzi o fakt, że rząd będzie całkowicie w naszych rękach”. Z kolei obecny premier w wydanej w 1993, gdy pierwszy raz został szefem Likudu, przeznaczonej dla zachodniego odbiorcy książce pisze: „sednem palestyńskiego konfliktu z Izraelem nie jest brak palestyńskiego samostanowienia, ale palestyńskie wymaganie nieograniczonego samostanowienia. (…) Jeśli pragnieniem Palestyńczyków jest po prostu kontrola i poprawa ich życia, to pragnienie może być z pewnością zrealizowane w ramach definitywnej zgody z Izraelem”. Samostanowienie nie może być nieograniczone, ponieważ władza polityczna musi należeć do Żydów. Jeśli Palestyńczycy uznają ten fakt, mają prawo żyć w Izraelu. Netanjahu i dziś, jako premier, nie ukrywa, że poglądów nie zmienił. Gdy w ostatnich wyborach jego narodowo-religijny blok zdobył 58 mandatów, zgromadzony jeszcze wówczas wokół Ganca blok centrolewicowo-świecki 47, a składająca się głównie z Arabów Zjednoczona Lista 15, Bibi deklarował, że to on powinien otrzymać misję formowania rządu, ponieważ wśród „partii syjonistycznych” ma wyraźną większość – 58 do 47. Arabowie zostali więc przez niego explicite uznani za nie mających takich samych praw politycznych jak Żydzi, z definicji nieuprawnionych do udziału we władzy.

Ważne zastrzeżenie, zanim przejdziemy dalej – stosunek Żabotyńskiego do Arabów to temat budzący ogromne kontrowersje, podobnie jak zestawianie go z Benjaminem Netanjahu, na które oburzają się niektórzy zawzięci krytycy obecnego premiera (ideowo na umowne lewo od niego), zdaniem których wybitny przywódca rewizjonistów nie zasługuje na bycie przypominanym szerokiej publiczności tylko jako „ideowy ojciec Netanjahu”, nie był wcale tak uprzedzony wobec Arabów, taki amoralny i taki bezwzględny jak Bibi itd. Oczywiste jest, że między panami istnieje też wiele różnic. Zasadnicze problemy są dwa. Po pierwsze, przy każdym zestawieniu postaci z dwóch różnych epok niezbędne są pewne uproszczenia, a problemy i wyzwania z którymi się oni mierzą są nieuchronnie znacząco odmienne. Puzzle nigdy nie pasują do siebie całkowicie. Po drugie, Żabotyński jest publicystą, pisarzem, poetą, ideologiem i działaczem, ale nigdy nie sprawuje władzy politycznej (bo i nie ma gdzie, nie dożył pojawienia się Izraela na mapie). Przez 40 lat aktywności publicznej proponował rozmaite rozwiązania tych samych problemów (np. praw Arabów w przyszłym państwie żydowskim), a żadnego z nich nie miał szans wcielić w życie. Nie mamy szans dowiedzieć się, co uważałby na temat rządów Benjamina Netanjahu tak jak nie mamy szans dowiedzieć się, co Fryderyk Wielki sądziłby o Bismarcku. Jednak zdaniem piszącego te słowa i wielu podejmujących przed nim ten temat, ruch polityczny zapoczątkowany przez Żabotyńskiego i przebogate dziedzictwo intelektualne, które za sobą pozostawił, są kluczowe w zrozumieniu politycznej ideologii i praktyki obecnego premiera Izraela. Oczywistym jest, że ten ostatni jedynie czerpie ze schedy ideologa rewizjonizmu, dobiera sobie z niej to, co uzna za przydatne dla siebie i dokonuje reinterpretacji. Co do tego, że sam Netanjahu uważa się za dziedzica Żabotyńskiego, nie ma wątpliwości. Na kolejnych etapach kariery politycznej chętnie popisywał się znajomością pism i twórczości przywódcy rewizjonistów, zwłaszcza gdy był jeszcze młody i chciał w ten sposób zaimponować starszym pokoleniom działaczy.

Obaj – Netanjahu i Żabotyński – są bardzo niechętni dominującej przez wiele lat w ruchu syjonistycznym, a potem Izraelu postępowej żydowskiej lewicy, uosabianej przez Ben Guriona, dla którego Żabotyński był głównym rywalem ideowym i politycznym. Obaj są zaimpregnowani na marksizm, uważając go za szkodliwą ideologię, która odciąga Żydów od walki o cele własnego narodu. Obaj są indywidualistami – młody Żabotyński staje w zdecydowanej kontrze do głównych trendów intelektualnych początku XX wieku, już przed kolejnymi rewolucjami w Rosji deklarując, że jednostka jest wartością najwyższą i ostrzegając, że komunistyczne hasła doprowadzą do utworzenia systemu zniewolenia nieznanego dotąd w historii. Do końca życia będzie twierdził, że nie przestał być indywidualistą, a jego walka o naród żydowski wynika z jego aktu woli, a nie zewnętrznego zobowiązania. Młody Netanjahu będzie zaś wczytywał się w Ayn Rand i całe życie kojarzył się identyfikował z typowo amerykańskimi hasłami wolności jednostki i wolnego rynku.

Obaj rzeczywiście zgodnie ze swoimi ideałami, mieli wybór – mogli spokojnie ułożyć sobie wygodne życia wśród nie-Żydów, z dala od problemów swojego narodu, bez problemu wtopić się w otoczenie. Ale obaj świadomie, jako dorośli ludzie, dokonali wyboru, by swoje życia poświęcić działalności politycznej na rzecz narodu żydowskiego. Tego właśnie „indywidualista” Żabotyński tworząc ruch wymagał od swoich sympatyków – bezwzględnego podporządkowania się aktem woli sprawie narodu. Analizie tego napięcia między wartościami, stale obecnego w życiu rewizjonisty, sporo miejsca poświęca autor bardzo dobrej biografii Żabotyńskiego, Hillel Halkin.Obaj – Netanjahu i Żabotyński – są intelektualistami, zanurzonymi w rozważaniach na temat kultury i historii, rwącymi się jednak do czynnej walki z bronią w ręku. Obaj są przekonani o swojej wyjątkowej, dziejowej misji do wykonania – uratowaniu istnienia narodu żydowskiego. Ten „pesymizm antropologiczny”, który każe obu nie wierzyć w możliwość pokojowego współistnienia z Arabami w Palestynie, łączy się z generalnym przekonaniem, że Żydzi zawsze będą żyć w stanie egzystencjalnego zagrożenia ze strony nie-Żydów, choć naiwna, postępowa czy marksizująca żydowska lewica może to bagatelizować. Trwająca już kilka dekad krucjata Netanjahu przeciw Islamskiej Republice Iranu, regularnie zestawianej przez niego i jego sympatyków (bardzo wielu prawicowych Amerykanów, zazwyczaj bynajmniej nie Żydów – co nie znaczy, że nie syjonistów) z hitlerowską III Rzeszą, powoduje częste porównywanie premiera Izraela z Winstonem Churchillem. Ta analogia jest bez wątpienia bardzo miła sercu Benjamina Netanjahu. Sugerowano nawet, że posiada kompleks legendarnego premiera Wielkiej Brytanii. Zresztą właśnie on i Churchill są jedynymi zagranicznymi przywódcami, którzy aż trzykrotnie dostąpili zaszczytu wystąpienia przed amerykańskim Kongresem. Nie można jednak zapominać o drugiej Kasandrze, która w latach 30. XX wieku bezskutecznie przestrzegała przed zbliżającym się zagrożeniem. Ze’ew Żabotyński do końca wzywał Żydów do ucieczki do Palestyny z niebezpiecznej dla nich Europy, a umierając w 1940 nie mógł jeszcze wiedzieć, czy i tym razem naród wybrany ocaleje. W 1938 (!) odwiedził również Warszawę, dramatycznie zwracając się do miejscowych Żydów – „Ratujcie się, każdy z was, póki możecie – czasu zostało wam już bardzo niewiele!”… Wiadomo, co nastąpiło potem. Obaj – Netanjahu i Żabotyński – są w dużym stopniu ukształtowani przez świat i kulturę nieżydowską, a na pewno nie tradycyjnie żydowską. Żabotyński urodził się, wychował i spędził również część dorosłego życia w Odessie, największym skupisku Żydów w Imperium Rosyjskim obok Warszawy. Stanowili oni tam najliczniejszą grupę etniczną, choć tylko około jednej czwartej mieszkańców. Obok żyły tysiące Rosjan, Ukraińców, Polaków, Mołdawian, Greków, Turków, Tatarów, Azerów, Gruzinów, Ormian – żadna grupa nie dominowała w tym niesłychanym tyglu, istniały tylko mniejszości. Ponadto Żabotyński po ukończeniu szkoły wyjechał do Szwajcarii i Włoch, gdzie doskonale się odnajdywał (zwłaszcza, że był obdarzony sporym talentem językowym). To zresztą paradoksalnie odróżniało go od wielu przywódców syjonizmu lewicowego. Ben Gurion i Chaim Weizmann (druga postać nurtu, wieloletni przywódca Światowej Organizacji Syjonistycznej, później pierwszy prezydent niepodległego Izraela) byli wychowywani w tradycji ortodoksyjnego judaizmu, ich pierwszym językiem był jidysz, chodzili do religijnych szkół, nie mieli tylu nieżydowskich znajomych. Ben Gurion powiedział kiedyś o Żabotyńskim, że był jedynym znanym mu przywódcą syjonistycznym, który nie miał w sobie ani trochę „odruchowego strachu przed gojami”. Weizmann w swojej biografii napisał z kolei, że lider rewizjonistów „miał w sobie coś nieżydowskiego”. Podobnie Netanjahu znaczną część życia spędził poza Izraelem, w Stanach Zjednoczonych. Mieszkał na zmianę to w jednym, to w drugim państwie aż do momentu, gdy w wieku 39 lat został pierwszy raz posłem. Również bywało to przedmiotem docinków i ataków ze strony jego przeciwników politycznych. Przypominali, że jako dziecko wraz z rodziną wyjechał z Izraela, oskarżali go o posiadanie nie w pełni izraelskiej tożsamości oraz sztuczne importowanie amerykańskich wartości i sposobu prowadzenia polityki. Niewątpliwie Bibi nie zrobiłby jednak takiej kariery, gdyby nie jego wyjątkowa smykałka do udanego występowania w zachodnich mediach (co robił często już jako student i później na każdym etapie kariery) oraz docierania do zagranicznego, zwłaszcza amerykańskiego odbiorcy, a także płynny angielski. Wreszcie obaj są Żydami świeckimi, swobodnie prowadzącymi się w życiu prywatnym (zwłaszcza Netanjahu), towarzyskimi, żyjącymi po zachodniemu, tradycjonalistycznych ortodoksów traktującymi z dystansem. Żabotyńskiemu zdarzyło się nawet kiedyś postulować latynizację języka hebrajskiego.

Mój profil na Twitterze – @zolesnicki1389

Moje wcześniejsze teksty:

O Éricu Zemmourze, najciekawszej dziś postaci francuskiej prawicy, pisarzu, publicyście, a w przyszłości może również kandydacie na prezydenta Francji cz.1 -> KLIK cz.2 –KLIK cz.3 -> KLIK

O rewolucji islamskiej i początkach (do śmierci ajatollaha Chomeiniego w 1989) Islamskiej Republiki Iranu -> KLIK

o rządach i wizji sprawującego od siedemnastu lat władzę w Turcji Recepa Tayyipa Erdoğana -> KLIK

o istocie rewolucji, na przykładzie Mao Zedonga, rozpatrzonego przy pomocy twórczości Fiodora Dostojewskiego -> KLIK

o prawyborach prezydenckich w amerykańskiej Partii Demokratycznej, cz.1 -> KLIK cz.2 -> KLIK

o trwającym przewartościowaniu ideowym w USA -> KLIK

REKLAMA

Komentarze