REKLAMA

[OPINIA] Oleśnicki: Kapitan Netanjahu | cz. 3

[OPINIA] Oleśnicki: Kapitan Netanjahu | cz. 3

Przeczytaj poprzednie części artykułu „Kapitan Netanjahu”: cz. 1 i cz. 2

REKLAMA

Po porażce Netanjahu ogłosił wycofanie się z polityki, a na stanowisku szefa partii zastąpił go starszy o 21 lat Ariel Szaron, generał, były minister obrony, przez ostatni rok rządów Netanjahu szef dyplomacji. Bibi liczył, że niemłody już Szaron nie wypracuje sobie własnej pozycji i będzie tylko przejściowym liderem, którego łatwo będzie mu po kilku latach zastąpić. Niedługo potem miało miejsce wydarzenie, które w oczach zachodniego świata, a przede wszystkim wielu Amerykanów, stało się potwierdzeniem tez o zagrożeniu, jakie stanowi muzułmański terroryzm – zamachy z 11 września. Zapytany przez New York Times, co oznacza to dla relacji USA i Izraela, w pierwszej chwili wypalił „it’s very good”. Potem poprawił się na „no, nie bardzo dobre, ale to wytworzy natychmiastowe współczucie. Wzmocni więź między naszymi dwoma narodami”. Twierdził też, że przewidział atak na World Trade Center w swojej książce. Kilka miesięcy później, wciąż jako osoba prywatna, pojawił się jako ekspert przed komisją amerykańskiego Kongresu, przekonując do konieczności interwencji w Iraku. „Nie ma najmniejszych, najmniejszych wątpliwości, że Saddam Husajn dąży do wytworzenia broni jądrowej”. „Jedyne rozwiązanie to całkowite obalenie, zniszczenie obecnego rządu w Iraku”. „Jeśli obalicie Saddama, gwarantuję wam, będzie to miało ogromne pozytywne skutki dla regionu”. Dla chętnych łatwo dostępne na YouTube.

Wkrótce potem Netanjahu ogłosił powrót do polityki. Na dzień dobry dostał od Szarona stanowisko ministra spraw zagranicznych – był to sprytny ruch ze strony emerytowanego generała. Bibi próbował następnie obalić go jako szefa partii, ale przegrał, otrzymując tylko 40% głosów. Po kilku miesiącach nastąpiły wybory, w których Szaron wygrał i przesunął Netanjahu na stanowisko ministra finansów. To był jedyny moment w karierze Bibiego, w którym dostał pod swoją kontrolę konkretny dział polityki i mógł (musiał) się skupić tylko na nim. Ideowy wolnorynkowiec, Netanjahu zabrał się do realizacji swoich przekonań. Obniżył podatki dla firm (dwukrotnie, z 36% do 18%) i osób prywatnych, uciął zasiłki socjalne, zwolnił kilka tysięcy urzędników (stwierdzając przy okazji, że sektor publiczny to „grubas ciągnięty przez szczupłego” – sektor prywatny). Podwyższył wiek emerytalny. Sprywatyzował kolejne publiczne przedsiębiorstwa, m.in. państwowe linie lotnicze. Dokonał deregulacji sektora usług finansowych. Jego polityka odniosła sukces – wyraźnie spadło bezrobocie, podwyższył się wzrost gospodarczy. Po 2,5 roku podał się demonstracyjnie do dymisji w proteście przeciwko ogłoszeniu przez Szarona wycofania się Izraela ze Strefy Gazy. Niedługo potem Szaron poszedł krok dalej, ogłaszając jako szef Likudu wyjście z niego i założenie nowej, centrowej partii Kadima. Za Szaronem poszło wielu czołowych polityków z Likudu i Partii Pracy (czyli tradycyjnie dwóch największych partii), m.in. Szimon Peres. Netanjahu bez większych problemów odzyskał po 6 latach przewodnictwo w Likudzie, którego od tego czasu nie oddał po dziś dzień.

Wielkie plany Szarona zostały unicestwione przez jego zapadnięcie w śpiączkę w styczniu 2006, na kilka tygodni przed kolejnymi wyborami do Knesetu. Nie było to szokiem, w końcu mówimy o 78-latku. Szaron nigdy nie odzyskał już świadomości, zmarł po ośmiu latach w stanie wegetatywnym. Władzę w Kadimie i rządzie przejął Ehud Olmert, dawny burmistrz Jerozolimy z Likudu, kiedyś atakujący Netanjahu za miękkość i ustępliwość wobec Arabów, teraz sam próbujący swoich sił jako budowniczy pokoju i porozumienia (podobną drogę zaliczył zresztą wcześniej sam Szaron, mający na koncie autentyczne zbrodnie wojenne na cywilach w Libanie). W wyborach, przeprowadzonych kilka tygodni po zapadnięciu w śpiączkę Szarona, zwyciężyła Kadima przed Partią Pracy, a kierowany przez Netanjahu Likud zajął upokarzające czwarte miejsce, nawet za Szas, partią ortodoksyjnych Żydów sefardyjskich. Bibi utrzymał jednak kontrolę nad partią i cierpliwie czekał na swoją kolej. Olmert rzeczywiście nie okazał się wybitnym przywódcą – po kilku latach trafił nawet do więzienia za korupcję. Netanjahu krytykował go oczywiście za ustępliwość wobec Arabów, m.in. zawieszenie broni z Hamasem w 2008. Po trzech latach rząd upadł. W nowych wyborach Likud zajął co prawda drugie miejsce za Kadimą, teraz kierowaną przez dawną Likudniczkę Cipi Liwni, ale wraz z mniejszymi partiami prawicowymi to Netanjahu miał większość 65 posłów (na 120). 31 marca 2009 powrócił więc na stanowisko premiera Izraela, które zajmuje od tego momentu nieprzerwanie.

Ruch syjonistyczny, a później izraelska polityka zawsze były rozdarte między dwoma biegunami. Z jednej strony przekonani, że w interesie Żydów jest współpraca ze społecznością międzynarodową oraz dążenie do porozumienia z Arabami i tylko w ten sposób można zapewnić sobie trwałe bezpieczeństwo. Z drugiej strony stoją ci, wedle których konieczna jest zdecydowana obrona żydowskich interesów bez względu na miejscową opozycję i opinię międzynarodową. Oczywiście żaden premier Izraela nie byłby w stanie rządzić bez zawierania jakichkolwiek kompromisów i wypracowywania pośredniego stanowiska. Nawet Dawid Ben Gurion deklarował, że „nasza przyszłość zależy nie od tego, co mówią goje, ale od tego, co robią Żydzi”, a nawet Menachem Begin zgodził się oddać Synaj. Benjamin Netanjahu walcząc o władzę instynktownie zawsze dbał w pierwszej kolejności o zaspokojenie najbardziej prawicowego, niechętnego kompromisom z Arabami elektoratu, ale budując wielopartyjne koalicje starał się też zawsze mieć w rządzie przynajmniej jednego partnera na lewo od Likudu, by zrównoważyć prawe skrzydło, mieć wymówkę wobec niemożności zaspokojenia wszystkich żądań partii narodowo-religijnych i tym samym zabezpieczyć się od pójścia za bardzo na prawo i zostawienia rywalom miejsca w centrum. Optymalne z tego punktu widzenia było wspomniane już wyżej partnerstwo z Ehudem Barakiem, które trwało przez kadencję 2009-13. Prawicowa koalicja rozszerzona o Partię Pracy miała już w Knesecie bardzo wyraźną większość. W ten schemat wpisuje się także obecne porozumienie z Biało-Niebieskimi Ganca.

Oprócz Baraka i partii narodowo-religijnych koalicjantem Netanjahu była po 2009 specyficzna partia Nasz Dom Izrael. Warto w tym momencie wprowadzić wreszcie na scenę jej założyciela i szefa, Awigdora Liebermana. Urodził się on w 1958 w należącym wówczas do ZSRR Kiszyniowie, do Izraela wyemigrował jako 20-latek. Rosły mężczyzna, lubi się chwalić, że podczas studiów na Uniwersytecie Hebrajskim w Jerozolimie bił się z arabskimi studentami. Dorabiał też wówczas jako bramkarz w klubie nocnym. Nie jest jednak bynajmniej prymitywem – jak pisze Pfeffer (postępowy liberał, dziennikarz Haaretz), „niewielu izraelskich polityków, z wyjątkiem samego Netanjahu, jest tak oczytanych i intelektualnie rozwiniętych jak Lieberman”. W czym na pewno pomaga mu pochodzenie, posługuje się pięcioma językami – rosyjskim, rumuńskim, hebrajskim, jidysz i angielskim. Jest niezaprzeczalnie żydowskim nacjonalistą, a na przestrzeni lat nie ukrywał, że dla niego optymalnym „planem pokojowym” byłoby deportowanie ludności arabskiej z terytorium Izraela. Poznał ówczesnego wiceministra Netanjahu w 1988, gdy starał się, by MSZ zintensyfikowało program zachęcający do osiedlania się Żydów z chylącego się ku upadkowi Związku Radzieckiego. Panowie szybko się polubili, połączyły ich też zdecydowane poglądy. Dzięki Liebermanowi Netanjahu dostrzegł szansę, jaką są dla niego rosyjskojęzyczni Żydzi. Były bramkarz został jego prawą ręką, po części także człowiekiem od czarnej, partyjnej roboty. Gdy Bibi został w 1992 pierwszy raz szefem partii, mianował Liebermana sekretarzem generalnym. Dokonał on bardzo daleko idących czystek personalnych, bezlitośnie wyrzucając na bruk doświadczonych, ale potencjalnie nielojalnych pracowników i marginalizując niepewnych działaczy. Wprowadzona przez Liebermana grupa księgowych zajęła się uporządkowaniem będących w kiepskim stanie finansów partii, wyprzedając sporą część jej majątku. Równolegle Netanjahu stale rozwijał kontakty i zdobywał pieniądze od amerykańskich biznesmenów, sprzyjających Izraelowi lub po prostu Żydów. Sprowadzał też z USA kampanijnych doradców. Celem duetu była zamiana Likudu w profesjonalną, nowoczesną maszynę do wygrywania wyborów, wzorowaną na komitetach krajowych głównych partii amerykańskich. Zwiększono też zdecydowanie uprawnienia szefa partii. Po zwycięstwie nad Peresem w 1996 Lieberman został szefem gabinetu premiera Netanjahu.

Po wypracowaniu sobie tak wysokiej pozycji Lieberman zaczął jednak grać na siebie, a po memorandum z Wye River z 1998 pierwszy raz odszedł z rządu i Likudu, protestując przeciwko oddaniu Palestyńczykom choć piędzi ziemi. Założył własną partię – właśnie Nasz Dom Izrael – której bazowy elektorat mieli stanowić Żydzi rosyjskojęzyczni, imigranci z dawnego ZSRR, a jednocześnie nacjonalistyczni, popierający maksymalnie twardą linię wobec Arabów. Istotne, że Lieberman sam jest świeckim Żydem i jego wyborcy również – co nie dziwi, patrząc na ich pochodzenie – są generalnie niechętni tradycyjnym, religijnym ortodoksom. Jego partia zawsze przekraczała próg wyborczy, a sam Lieberman dwukrotnie obejmował stanowiska ministerialnie u Szarona (za drugim razem z hukiem wycofując się w proteście wobec ustępstw w Gazie). Później był też dwa lata wicepremierem u Olmerta, ponownie odchodząc, gdy ten zdecydował się oddać ziemię Arabom. Lieberman konsekwentnie powtarzał w takich sytuacjach – „rozmowy oparte na wymianie ziemi za pokój to kategoryczny błąd. Oni nas w ten sposób zniszczą”. W 2009 powrócił do współpracy z Netanjahu, wchodząc do jego rządu jako wicepremier i minister spraw zagranicznych. Funkcję tę sprawował z kilkumiesięczną przerwą przez 6 lat. Później znów odszedł od Netanjahu, by po roku powrócić i przez 2,5 roku zajmować stanowisko ministra obrony. W listopadzie 2018 Lieberman ponownie podał się do dymisji, znów sprzeciwiając się zawieszeniu broni z Hamasem w Strefie Gazy, i tym samym prowadząc do utraty większości przez Netanjahu i przyspieszonych wyborów. Rozpoczął w ten sposób bezprecedensowy kryzys polityczny, który trwa do dzisiaj i dopiero w najbliższych dniach ma zostać zakończony.

Ciekawe jest to, że Lieberman przez lata był postrzegany jako „skrajna prawica” na prawo od Likudu, zachodnie media nim straszyły jako człowiekiem, który ciągnie Bibiego w złą stronę, podczas gdy dziś to on właśnie spowodował długi pat, który prawie że doprowadził do upadku przywódcy Likudu. W 2009, gdy Netanjahu powrócić na stanowisko premiera, a Lieberman został ministrem spraw zagranicznych, prezydent Francji Sarkozy namawiał Bibiego, by pozbył się „radykalnego” współpracownika. Netanjahu przekonywał, że „Lieberman prywatnie jest bardzo pragmatyczny”, na co Sarkozy odparł, że „prywatnie to Jean-Marie Le Pen też jest bardzo miłą osobą”. Lieberman w 2010 jako MSZ deklarował, że „nie jest możliwy pokój z Palestyńczykami ani w tym, ani w następnym pokoleniu”. W czasie kampanii w 2015 obiecywał, że „utnie toporem głowy” Arabom nielojalnym wobec państwa Izrael. Gdy w 2016 Lieberman zostawał ministrem obrony – przypomnijmy, tradycyjnie stanowisko najważniejsze i najbardziej prestiżowe po premierze – liberalny dziennik Haaretz mówił o „czarnym dniu w historii Izraela”. Tymczasem dziś Lieberman jest dla Haaretz i innych zawziętych przeciwników Netanjahu (Polakowi nietrudno wyobrazić sobie typ postępowego, salonowego dziennikarza nawołującego do powzięcia wszelkich środków w celu odsunięcia od władzy złego prawicowego populisty) jedyną nadzieją na odsunięcie premiera od władzy.

Jak do tego doszło? Gdy pod koniec 2018 Lieberman kolejny raz odszedł z rządu, powszechnie spodziewano się jego standardowego powrotu do gabinetu starego druha Netanjahu po wyborach. Gdy w kwietniu 2019 Likud i partie narodowo-religijne zdobyły 60 mandatów, a Nasz Dom Izrael Liebermana 5, praktycznie wszystkie media izraelskie i zagraniczne komentowały wyniki jako kolejne zwycięstwo Netanjahu, który dostał wygodną większość na nadchodzące lata. W końcu rząd w takiej konfiguracji sprawował już władzę wiele lat. Bibi dostał misję sformowania gabinetu, wszystko miało być jak zawsze. Tymczasem czas płynął i płynął, a nowego rządu wciąż nie było. Wkrótce okazało się, że Lieberman stawia się ostrzej niż zwykle, a oprócz stanowiska ministra obrony (które by dostał) oczekuje także zdecydowanych kroków w stronę „świeckiego państwa” – np. wprowadzenia małżeństw cywilnych (nie ma ich w Izraelu), zniesienia przywilejów chroniących religijnych ortodoksów od obowiązkowej służby wojskowej, otwarcia sklepów i funkcjonowania komunikacji publicznej w szabat. Lieberman najwyraźniej doszedł do wniosku, że dotychczasowe dwa filary jego poparcia – Żydzi rosyjskojęzyczni i hasło ostrej polityki wobec Arabów – powoli przestają mu wystarczać do stabilnej pozycji. 5 mandatów to rzeczywiście był najsłabszy wynik jego partii od 16 lat. Postanowił więc dorzucić do tego ów mocny akcent na „świeckie państwo” i krytykę religijnych ortodoksów. Negocjacje dwóch panów znających się na wylot od ponad trzech dekad trwały do ostatniej chwili, ale porozumienia nie udało się osiągnąć. Netanjahu nie udało się też wciągnąć do rządu żadnej z partii na lewo od Likudu, albo chociaż podebrać którejś posła. Wydaje się, że do samego końca wszyscy uczestnicy rozgrywki spodziewali się, że ktoś inny pęknie, ale tak się zwyczajnie nie stało. Tym samym pierwszy raz w historii Izraela nie udało się sformować rządu. Jedynym działaniem Knesetu było samorozwiązanie się.

W wyborach z kwietnia 2019, a także tych z września 2019 i kolejnych z marca 2020 głównymi rywalami Netanjahu była nowo powstała, centrowa koalicja o nazwie Biało-Niebiescy. Jej czterech liderów to trzech byłych szefów sztabu generalnego sił zbrojnych Izraela – emerytowani generałowie Mosze Ja’alon (głównodowodzący izraelskiego wojska w latach 2002-05), Gabi Aszkenazi (2007-11) i Beni Ganc (2011-15) – oraz Jair Lapid, przed wejściem do polityki popularny dziennikarz. Lapid po dostaniu się pierwszy raz do parlamentu był przez rok (2013-14) ministrem finansów w rządzie Netanjahu, ale potem przeszedł do opozycji. Ja’alon był nawet w Likudzie, a przez 7 lat w gabinecie Bibiego sprawował m.in. funkcje wicepremiera oraz ministra obrony, ale potem odszedł i sformował własną partię. Dla Ganca i Aszkenaziego Biało-Niebiescy byli pierwszą formacją polityczną. W Izraelu zaangażowanie politycznym byłych wojskowych jest czymś normalnym. Spośród 20 szefów sztabu generalnego Izraela w latach 1948-2015, tylko siedmiu nie weszło potem do polityki (w tych dwóch, którzy podali się do dymisji z powodu swoich wyników na czele wojska, więc nie miało dobrego wizerunku), a aż trzynastu zostawało premierami, ministrami lub posłami. Biało-Niebiescy szli z Likudem łeb w łeb. W kwietniu 2019 przegrali tylko o 0,33 pkt. proc., uzyskując tyle samo mandatów co partia Netanjahu. We wrześniu 2019 udało się im natomiast wygrać o 0,85 pkt. proc i otrzymać jeden mandat więcej. Ganc – który był liderem formacji – otrzymał wtedy jako pierwszy misję formowania rządu. Jego szanse powodzenia były jednak nikłe. Co prawda blok Netanjahu wyraźnie stracił – zamiast 60 mandatów otrzymał 55 – ale alternatywna większość wymagałaby porozumienia nie tylko Biało-Niebieskich i lewicy, ale także Liebermana i – po raz pierwszy w historii Izraela – wejścia do rządu Arabów. Teoretycznie możliwe było stworzenie rządu mniejszościowego z lewicą i Liebermanem, który Arabowie tylko poparliby przy głosowaniu wotum zaufania, ale warunki wejścia w taki układ ze strony Arabów i Liebermana były bardzo trudne do pogodzenia. Trudno się dziwić – w końcu cała kariera Liebermana to krytykowanie kolejnych rządów, że są zbyt uległe wobec Palestyńczyków. W 2006 stwierdził nawet na forum Knesetu, że ma nadzieję dożyć egzekucji (!) arabskich posłów, którzy spotykali się z członkami Hamasu. On sam nazywany zaś był po wielokroć rasistą i faszystą. Nowa, „świecka” taktyka opłaciła się zresztą Liebermanowi – we wrześniu dostał 8 mandatów zamiast 5, a więc o 60% więcej, choć minęło ledwie 5 miesięcy. Zdaniem szefa Naszego Domu Izraela optymalnym rozwiązaniem była wielka koalicja Likudu i Biało-Niebieskich, do której chętnie wszedłby także z własną partią. Przedstawiał ją jako „rozsądny, syjonistyczny rząd, bez radykałów z jednej i drugiej strony”. Takim rozwiązaniem wyraźnie nie był jednak zainteresowany Netanjahu, który konsekwentnie powtarzał, że negocjuje jako reprezentant całego narodowo-religijnego bloku. Doszło więc do ponownego rozwiązania parlamentu i rozpisania trzecich z rzędu przyspieszonych wyborów.

W międzyczasie w listopadzie doszło do kolejnego istotnego wydarzenia – prokurator generalny, choć nominat Netanjahu, a wcześniej nawet przez 3 lata członek jego rządu (przy okazji barwna postać – zarazem doktor prawa, emerytowany generał wojska i ortodoksyjny Żyd z jedną żoną i szóstką dzieci) zgodził się na postawienie premierowi trzech zarzutów. Bibi stał się pierwszym w historii urzędującym szefem rządu Izraelu będącym w stanie oskarżenia. Te sprawy ciągnęły się od dłuższego czasu i były wykorzystywane przeciw niemu w kampanii. Przywódcy Biało-Niebieskich jasno deklarowali, że nie wejdą do rządu kierowanego przez osobę z zarzutami. Netanjahu ogłosił oczywiście, że zarzuty są fałszywe i są próbą zamachu stanu. Opozycja liczyła, że po kolejnych wyborach część posłów Likudu zdecyduje się zbuntować przeciw tak poobijanemu liderowi, dlatego Bibi wykonał wyprzedzający ruch i zgodził się na szybkie wybory szefa partii. Ostatecznie nie odważył się w nich jednak wystartować nikt poza jego starym krytykiem, byłym ministrem spraw wewnętrznych Gidonem Saa’rem, Netanjahu rozbił rywala, otrzymując 73% głosów szeregowych członków Likudu i tym samym zyskał jeszcze bardziej niepodważalną pozycję w partii.

W międzyczasie Netanjahu próbował naciskać, a może mścić się na Liebermanie, który doprowadził do tego kryzysu. Szef Naszego Domu Izraela wypuścił do mediów informację, że on i jego krewni zaczęli być regularnie nachodzeni przez policję, prokuraturę i urząd skarbowy. Jak miał powiedzieć, za włączanie do polityki jego rodziny „nie wybaczy Netanjahu nawet w święto Jom Kippur” i nigdy nie wejdzie już do kierowanego przez niego rządu. Bardziej pewnie jednak z kalkulacji politycznych niż osobistych urazów wynikała decyzja Liebermana, by przed trzecimi z rzędu przyspieszonymi wyborami nie stawiać już jako celu wielkiej koalicji z Netanjahu i Gancem, ale „liberalny, syjonistyczny sojusz” z Biało-Niebieskimi i lewicą. Zanosiło się na kontynuację patu – dokładnie żaden z 83 sondaży przeprowadzonych między wyborami we wrześniu 2019 i marcu 2020 nie dawał większości ani prawicowemu blokowi wokół Netanjahu, ani alternatywnej koalicji Biało-Niebieskich z lewicą i Liebermanem, ani potencjalnemu porozumieniu Biało-Niebieskich, lewicy i zasadniczo arabskiej Zjednoczonej Listy.

Kolejne wybory na początku marca tego roku przyniosły istotną poprawę wyników urzędującego premiera, który wg exit polls zdobył ze swoim blokiem aż 60 mandatów i zdążył nazwać elekcję „największym zwycięstwem swojego życia”. Tym razem powyborczy poranek okazał się jednak zawodem, gdyż wynik spadł do 58 i był lepszy niż we wrześniu, ale słabszy niż w kwietniu. Za to Likud pierwszy raz wyraźnie odstawił Biało-Niebieskich, uzyskując nad nimi przewagę 2,87 pkt. proc. i 3 mandatów. Bibiemu udało się pierwszy raz podczas kryzysu przeciągnąć dodatkowego posła na swoją stronę (ww. Orli Lewi), ale wciąż brakowało mu dwóch do większości. Wśród Biało-Niebieskich pojawił się pomysł, by odebrać Netanjahu władzę za pomocą fortelu, np. przegłosowując ograniczenie liczby kadencji premiera. Dopuszczalność takiej ustawy musiałby rozstrzygnąć Sąd Najwyższy, ale nie da się wykluczyć, że by przeszła. Z pomocą Bibiemu przyszła epidemia koronawirusa, która pozwoliła mu postawić się w roli ojca narodu chroniącego przed niebezpieczeństwem. Zaczął codziennie wygłaszać orędzia do narodu i wprowadzać kolejne ograniczenia. Poparcie dla rządów wzrosło zresztą wraz z epidemią w prawie wszystkich państwach, wszędzie na tej samej zasadzie „rally around the flag”.

Po 3,5 tygodnia od wyborów pozycja Netanjahu wzrosła na tyle, że udało mu się zrealizować swój cel i doprowadzić do rozłamu w Biało-Niebieskich. Ganc doszedł do wniosku, że nie jest w stanie sformować rządu bez Netanjahu. Co zabawne, o ponownym wejściu do jego gabinetu nie chcieli słyszeć ci dwaj z czterech liderów centrowej koalicji, którzy mają już to doświadczenie za sobą – Lapid i Ja’alon. Przekonują oni, że Netanjahu wykorzysta i oszuka Ganca tak samo jak wszystkich poprzednich koalicjantów znajdujących się ideowo na umowne lewo od niego. Wraz z Gancem do rządu powędruje natomiast emerytowany generał Aszkenazi, który ma zostać ministrem spraw zagranicznych. Łącznie z 33 posłów wybranych z list Biało-Niebieskich 17 zdecydowało się wesprzeć rząd, a 16 pozostać w opozycji. Dodatkowo do gabinetu dołączyć mogą dwaj posłowie Partii Pracy, ale nie wiadomo jeszcze, czy ta formacja w ogóle przetrwa. Mówi się o jej podziale i wchłonięciu przez formację Ganca. Nowy lider opozycji Lapid nie zostawia suchej nitki na decyzji niedawnego partnera, mówiąc że dokonał „największego oszustwa w historii tego kraju”. Ganc tłumaczy się „dobrem Izraela” oraz podwójnym kryzysem – patem politycznym i koronawirusem. Według sondażu, nowy „rząd jedności narodowej” popiera 62% Izraelczyków, a jako jego przeciwnicy deklaruje się tylko 22%. Ma to na pewno związek ze zmęczeniem niestabilnością oraz pandemią. Umowa koalicyjna obejmuje 3 lata od jej zawarcia – Netanjahu ma być premierem przez pierwsze 18 miesięcy, a Ganc przez kolejne 18. Tylko 31% pytanych w tym samym sondażu wierzy jednak, że Netanjahu rzeczywiście odda władzę zgodnie z umową. Teoretycznie przekazanie stanowiska ma nastąpić automatycznie i być zagwarantowane ustawowo. Netanjahu może jednak oczywiście po prostu zerwać wtedy umowę i pójść na kolejne wybory albo w międzyczasie wyrwać nowemu koalicjantowi minimum dwóch posłów i sformować rząd bez niego. Nawet jeśli będzie się trzymał umowy, to również przez te kolejne 1,5 roku ma zapewnione wygodne stanowisko wicepremiera i prawo weta w każdej istotnej sprawie. Nie można też zapominać o wyraźnej różnicy sił wewnątrz koalicji – blok Netanjahu ma 59 posłów, blok Ganca będzie miał 17 lub 19, ponad trzykrotnie mniej. Pytany, czy Bibi odda Gancowi premierostwo znający go od pół wieku Ehud Barak odpowiedział: „Nigdy! Zapamiętajcie moje słowa”.

Problemem dla Netanjahu może być wyrok Sądu Najwyższego, który w najbliższych miesiącach ma orzec, czy premierem może zostać osoba z zarzutami. Bibi zapewnił sobie jednak w umowie koalicyjnej, że w razie negatywnego dla niego wyroku dojdzie do rozwiązania parlamentu i będzie miał szansę uzyskać samodzielną (z tradycyjnymi koalicjantami) większość, która pozwoliłaby mu zmienić prawo w tej kwestii.

Druga sprawa to proces przed Sądem Okręgowym w Jerozolimie. Miał się on rozpocząć 17 marca, ale został decyzją ministra sprawiedliwości wraz z innymi przesunięty o kilka miesięcy (teraz ma ruszyć 25 maja). Teoretycznie póki trwa pandemia może on być pod tym pretekstem odkładany ad infinitum. Zarzuty są trzy. Dwie sprawy dotyczą przysług dla znajomych miliarderów w zamian za warte kilkaset tysięcy dolarów „prezenty” dla premiera. Trzecia rozmów prowadzonych przez Netanjahu z naczelnym nieprzychylnej mu gazety codziennej. Przedmiotem handlu miałoby być ustawowe zamknięcie wspierającego Bibiego głównego konkurenta tejże gazety w zamian za zmianę linii pisma na przychylną rządowi. Do dobicia targu nie doszło. Podstawowy do zamknięcia owego konkurencyjnego pisma rzeczywiście występowałyby – Izrael Dzisiaj, o którym mowa, to gazeta funkcjonująca w obiektywnie patologiczny sposób. Jej właścicielem jest rodzina Sheldona Adelsona, amerykańskiego Żyda, jednego z najbogatszych ludzi na świecie, a w 2016 głównego sponsora kampanii wyborczej Donalda Trumpa. Jej wydawcą jest zaś dokładnie jego żona. W 2007 Adelsonowie zaczęli wydawać mające kilkaset tysięcy nakładu (w maleńkim Izraelu) darmowe, codzienne pismo, które szybko stało się najczęściej czytaną gazetą w kraju. Od początku zdecydowanie wspierało ono Benjamina Netanjahu – i rzeczywiście, 1,5 roku po jego wejściu na rynek wrócił on do władzy i stale u niej pozostaje. Innymi słowy, Bibi miał do dyspozycji zupełnie darmową propagandę na niespotykaną skalę. Proszę sobie wyobrazić, że amerykański multimiliarder wchodzi na polski rynek i zaczyna wydawać codzienną darmową gazetę o nakładzie 1,4 miliona egzemplarzy (proporcjonalnie do ludności), jednoznacznie wspierającą jedną z partii. Trzeba jednak zaznaczyć, że w ostatnim roku Adelson i Netanjahu zaczęli gorzej się dogadywać – do mediów przedostały się informacje, że żona Adelsona zeznała policji, że żona Netanjahu oczekiwała od niej drogich „podarunków” i żądała jeszcze większego wsparcia dla męża, a także poświęcania w gazecie więcej miejsca jej samej. „Raz powiedziała mi, że jeśli Iran zniszczy Izrael bombą atomową, to będzie moja wina, ponieważ nie dość broniłam Bibiego”. Proste, czyż nie? Sam Sheldon miał oświadczyć, że więcej nie spotka się już z obecnym premierem z powodu ww. brudnego dealu, jaki ten niewdzięcznik miał negocjować w sprawie zamknięcia jego gazety. Pismo nadal jednak zasadniczo sprzyja liderowi Likudu, ostre zerwanie nie opłacałoby się pewnie żadnej ze stron.

W mediach światowych nazwisko Netanjahu najczęściej pojawia się w ostatnich latach przy okazji informacji dotyczących Iranu. Nieprzypadkowo. Obecnie to właśnie państwo ajatollahów występuje w retoryce premiera Izraela jako zło wcielone, stanowiące egzystencjalne zagrożenie dla Izraela i Żydów. Najbliżej otwartego konfliktu z Teheranem było w latach 2010-12, gdy nakładały się na siebie rządy Netanjahu w Izraelu i końcówka prezydentury Ahmadineżada w Iranie. Wraz ze swoim ówczesnym najbliższym partnerem politycznym, ministrem obrony Ehudem Barakiem, Netanjahu planował powtórzenie akcji Menachema Begina z 1981. Pierwszy w historii premier z Likudu nakazał wtedy w ramach operacji „Opera” zbombardowanie przez lotnictwo irackiego reaktora jądrowego. Izraelczycy uważali, że było to niezbędne by powstrzymać Saddama Husajna od wyprodukowania broni atomowej. Przeprowadzenie takiego działania wobec silniejszego niż Saddam Iranu było na tyle ryzykowne, że Netanjahu i Barak musieli do niego przekonywać nawet ówczesnego ministra spraw zagranicznych, znanego nam już „jastrzębia”, Awigdora Liebermana. Akcji zdecydowanie przeciwne były administracja Obamy, kierownictwo izraelskiego wojska (miał tu działać znany nam już Gabi Aszkenazi, ówczesny szef sztabu, teraz być może nowy szef dyplomacji) i prezydent Szimon Peres. Ten ostatni, nestor izraelskiej polityki, powiedział później dziennikarzom Jerusalem Post, że powstrzymał Netanjahu przed tą ryzykowną antyirańską operacją, ale informację o tym mogą podać do wiadomości publicznej dopiero po jego śmierci (tak też zrobili). Prawdopodobnie Netanjahu uznał, że takie samowolne działanie wbrew Waszyngtonowi byłoby rzeczywiście nierozsądne i zamiast tego wolał poczekać na wybory prezydenckie w listopadzie 2012. Gdy wówczas zwyciężył Republikanin Mitt Romney, krytykujący Obamę za miękkość wobec Teheranu i niedostateczne wsparcie Izraela, Bibi dostałby prawdopodobnie zielone światło.

Netanjahu ostro walczy z nielegalną imigracją z Afryki. Wybudował mur na całej długości granicy z Egiptem, przez którą przedostawało się wielu Afrykanów (chwalony zresztą potem w kampanii przez Trumpa i jego zwolenników jako „wzorcowy”). W 2012 wprowadził prawo zezwalające na trzy lata więzienia dla nielegalnych imigrantów przekraczających granicę Izraela, uzasadniając to „koniecznością zachowania żydowskiego charakteru Izraela”, ale rok później zostało ono uchylone przez Sąd Najwyższy. Netanjahu obszedł więc przepisy, umieszczając nielegalnych imigrantów w wybudowanych obok więzień nowych zakładach przeznaczonych tylko dla nich. Ponieważ Izrael w 1951 przystąpił do ONZowskiej konwencji o prawach uchodźców i nie może bez wystąpienia z niej deportować przybyłych do krajów pochodzenia, w których mogliby być zagrożeni, takich jak Erytrea czy Sudan, rząd Netanjahu podjął negocjacje z innymi państwami Afryki. Porozumienia, których treści nie podano do wiadomości publicznej, zawarto z Ugandą i Rwandą, które zgodziły się przyjmować deportowanych. Jako że państwa te nie są szczególnie demokratyczne i praworządne, Netanjahu spotkał się z ostrą krytyką obrońców praw człowieka. Przez 10 lat rządów obecnego premiera Izrael przyznał status uchodźcy tylko ośmiu Erytrejczykom i dwóm Sudańczykom.

W przeciwieństwie do wielu prawicowych Żydów, Netanjahu wydaje się czuć się związany z Zachodem jako takim. Gdy w 1993 pierwszy raz ubiegał się (skutecznie) o przywództwo w partii, konkurujący z nim Benny Begin, syn tak nielubianego przez Benziona Netanjahu Menachema oskarżył go, że chce dokonać „jogurtyzacji” Likudu – rozmycia jego tożsamości i przerobienia go według wzorców importowanych z USA. „Ja jestem przeciwko amerykanizacji” – deklarował Begin. Rzeczywiście – podstawowym elementem tożsamości politycznej Benjamina Netanjahu jest oczywiście żydowski nacjonalizm, ale istotnym punktem odniesienia jest też Ameryka. Izrael to w tej wizji obrońca Zachodu, jedyny przedstawiciel Zachodu w regionie, „bastion” Zachodu, „oblężona twierdza zachodnich wartości” na Bliskim Wschodzie. Jego pojęcie „zachodnich wartości” jest tożsame z tym głównego nurtu amerykańskiej prawicy – demokracja, wolny rynek, walka z islamem i socjalizmem. Rolą w której od dziesiątków lat odnajduje się najlepiej jest przekonywanie Amerykanów, że ich misją dziejową jest rola światowego policjanta, który walczy ze złymi, totalitarnymi ideologiami i islamskim terroryzmem, a ich najlepszym sojusznikiem, potrzebującym stałego wsparcia wojskowego, finansowego i dyplomatycznego jest właśnie Izrael. W skrócie – radykalni muzułmanie „nienawidzą Izraela, bo nienawidzą Zachodu”. I znowu – najlepsze, co można zrobić, to używać wobec nich siły. Kluczowy jest tutaj konsekwentny sprzeciw Netanjahu wobec sprowadzania problemu do „konfliktu izraelsko-palestyńskiego” – nie uważa, by istniał osobny podmiot taki jak naród palestyński. To starcie przedstawia zawsze jako część większej całości, najlepiej starcia „tej części Zachodu, który rozumie wielkość zachodnich wartości” z ośrodkiem stanowiącym realne zagrożenie dla całego zachodniego świata. W latach 80. Netanjahu jako „prawdziwego wroga”, z którym USA i Izrael walczą ramię w ramię przedstawiał ZSRR. Po jego upadku i nawiązaniu z Rosją stosunków dyplomatycznych „wielkim wrogiem Zachodu” został Irak Saddama Husajna. Znane jest nam już wystąpienie Netanjahu z Kongresu z 2002. Po upadku Saddama zagrożeniem dla całego Zachodu został Iran, stale zestawiany z Hitlerem. Palestyńczycy to zawsze tylko poboczny problem, a nadmierne skupianie się na nim jest właśnie tym, czego chce obecny wielki wróg USA, Izraela i całego Zachodu. Ta opowieść świetnie trafia do wielu zachodnich, zwłaszcza amerykańskich, odbiorców.

Kolejną, współczesną rolą w którą Netanjahu chętnie wszedł jest ta „sojusznika nowej europejskiej prawicy”, czyli partii sprzeciwiających się islamskiej imigracji. Skrajnym przypadkiem proizraelskiego polityka tego rodzaju jest Holender Geert Wilders, który przez 25 lat odwiedził Izrael 40 razy i jest bardzo chętny do współuczestnictwa w promowaniu idei „wspólnej walki między wolnym Zachodem a islamskim barbarzyństwem”. Wilders przekonuje np., że „tu na Zachodzie wszyscy jesteśmy Izraelem” a „Izrael jest pierwszą linią obrony Zachodu przed islamem”. Holenderskie media donosiły, że wsparcia finansowego partii Wildersa udzielają Amerykanie czujący się zobowiązani do popierania „przyjaciół Izraela”. Obecnie najwyżej uplasowanym w UE sojusznikiem Netanjahu jest rządzący niepodzielnie od dekady Węgrami Viktor Orban, który w czasie prezydencji swojego kraju w Grupie Wyszehradzkiej zorganizował szczyt V4-Izrael w Budapeszcie, a następnie w Izraelu (ten drugi, jak pamiętamy, bez udziału Polski, ale z premierami wszystkich pozostałych państw). Netanjahu i jego ludzie mocno bronią Orbana przed zarzutami antysemityzmu, nawet gdy ten zorganizował szeroko krytykowaną w Europie Zachodniej masową kampanię medialną przeciw George’owi Sorosowi (jak wiadomo, również Żydowi). Kilka miesięcy temu mający ewidentne ambicje polityczne syn premiera Jair Netanjahu wystąpił nawet na konferencji w Budapeszcie przekonując, że Soros to wspólny wróg, który „stara się zniszczyć Izrael od środka”. Netanjahu i Orban mają generalnie wiele wspólnego – obaj najpierw doszli do władzy na jedną kadencję pod koniec lat 90. (pierwszy był szefem rządu 1996-99, drugi 1998-2002), by następnie trwale zdominować scenę polityczną swoich krajów (pierwszy urzęduje stale od 2009, drugi od 2010). Obaj są premierami niewielkich ludnościowo krajów (odpowiednio 8,7 miliona i 9,8 miliona mieszkańców), którzy wypracowali sobie nazwisko i pozycję w znacznym stopniu dzięki bardzo sprawnemu zaangażowaniu i kreowaniu swojego wizerunku na arenie międzynarodowej. Wreszcie obaj przywódcy ostrą retorykę skierowaną przeciw zewnętrznym i wewnętrznym siłom pokazywanym jako zagrażające przetrwaniu ich państwa i narodu łączą z dużym pragmatyzmem na co dzień.

Kolejnym ważnym elementem tej układanki jest Matteo Salvini, który jako wicepremier Włoch był witany przez Bibiego w Jerozolimie jako „wielki przyjaciel Izraela”. Obecnie znajdujący się w opozycji, ale wyraźnie prowadzący w sondażach poparcia przywódca Ligi zapowiedział kilka miesięcy temu, że gdy zostanie premierem, również przeniesie ambasadę Włoch do Jerozolimy. Wszyscy ci politycy dostają w zamian glejt „nie-antysemity”, który „walczy z prawdziwymi siewcami nienawiści i uprzedzeń” w ramach wspólnej batalii kochających swoje kraje patriotów o duszę Zachodu, ramię w ramię z premierem Netanjahu. Zyskują za to możliwość oskarżania o bycie „prawdziwymi antysemitami” lewicy, zwłaszcza tej otwartej na muzułmańską imigrację i nie chcącej „bronić Izraela”, podczas gdy rząd Izraela ogłasza, że to „dzięki premierowi Orbanowi Żydzi na Węgrzech mogą czuć się bezpiecznie”. Poprzez bycie „przyjacielem Izraela” wypromować się próbują również pomniejsi przywódcy „antysystemowej prawicy” – np. Czech Tomio Okamura, którego hasłem wyborczym było „nie dla islamu i terrorystów”, również deklaruje, że jego kraj powinien przenieść ambasadę do Jerozolimy. Także niemiecka AfD próbuje reklamować się czasem jako „najbardziej proizraelska partia w Niemczech”. Jednocześnie Netanjahu antagonizuje główny nurt liberalnych mediów zachodnich, które od lat oskarżają go o udział w „normalizowaniu i legitymizowaniu skrajnej prawicy” – podobnie jak robią to liberalne media izraelskie, na które antyarabska retoryka Netanjahu czy tradycyjnie religijne poglądy jego koalicjantów działają jak płachta na byka.

Najważniejszymi politycznie i propagandowo partnerami premiera Netanjahu są jednak oczywiście przywódcy mocarstw, na pierwszym miejscu rzecz jasna z Donaldem Trumpem, który premierowi Izraela dosłownie spadł z nieba i zaspokaja od 3 lat wszystkie jego zachcianki. Przeniósł ambasadę USA do Jerozolimy, uznał okupowane od 1967 (zdobyte w czasie wojny z Syrią) Wzgórza Golan za część Izraela, odciął pomoc finansową Palestyńczykom, dał Netanjahu carte blanche na aneksję Zachodniego Brzegu, którą zgodnie z umową koalicyjną z Gancem rząd Izraela planuje rozpocząć po 1 lipca. Wycofał się z umowy nuklearnej z Iranem, nakładając na Teheran jeszcze cięższe sankcje niż poprzednio i zdecydowanie popierając narrację Netanjahu w każdej właściwie istotnej dla tego ostatniego sprawie. Nie trzeba mówić, że przez dekady Bibi nawiązał kontakty także z wieloma istotnymi ludźmi z otoczenia obecnego prezydenta, niektórych ważnych polityków amerykańskich (zwłaszcza Republikanów, ale nie tylko) znając pewnie lepiej niż sam Trump. Równocześnie premier Izraela rozwinął bardzo bliskie relacje z prezydentem Rosji Władimirem Putinem, czyli przywódcą drugiego najbardziej zaangażowanego na Bliskim Wschodzie mocarstwa. Bardzo ważnym partnerem stał się też premier Indii (od 2014) Narendra Modi, „przyjaźnią” z którym chętnie popisuje się przed kamerami, np. organizując w luźnych, „codziennych” ubraniach wspólny spacer brzegiem morza, wchodząc nawet kawałek. Nie można nie zauważyć komizmu sytuacji, w której obok siebie jako równorzędni partnerzy stoją przywódcy dwóch państw, z których jedno posiada 150 razy liczniejszą populację od drugiego. Warto odnotować, że Indie dopiero w 1992 nawiązały relacje dyplomatyczne z Izraelem, a Modi był pierwszym premierem tego kraju-cywilizacji, który odwiedził państwo żydowskie. Panowie mają zresztą sporo wspólnego – Modi jest hinduskim nacjonalistą i jego rządy również stoją w wyraźnej kontrze do tradycji świeckiego, socjalnego Indyjskiego Kongresu Narodowego, który był partią sprawującą rządy nieprzerwanie od niepodległości Indii w 1947 (7 miesięcy przed Izraelem) aż do 1977 (pierwsza w historii zmiana partii rządzącej w obu krajach dokonała się w odstępie dwóch miesięcy), a i później długo dominującej na scenie politycznej, choć stopniowo coraz słabszej. Oczywiście takie analogie trzeba zawsze traktować z przymrużeniem oka, ale nie można powiedzieć, by były zupełnie bezpodstawne.

To właśnie wielkie portrety tych trzech przywódców – Trumpa, Putina i Modiego – wywieszone zostały w czasie jednej z ostatnich kampanii wyborczej na trzech ścianach siedziby Likudu, wspomnianej już Twierdzy Ze’ewa [Żabotyńskiego]. Warto odnotować też demonstracyjnie ciepłe relacje Netanjahu z pełniącym od początku zeszłego roku urząd prezydenta Brazylii Jairem Bolsonaro, który ochoczo wpisał się w rolę kolejnego „obrońcy Izraela”. Nie jest to zaskakujące patrząc na jego wyraźnie proamerykańskie, prawicowe i wolnorynkowe sympatie. Synowie Bolsonaro (obaj zaangażowani politycznie) z przyjemnością fotografowali się w T-shirtach Mossadu i Sił Zbrojnych Izraela, a sam Netanjahu był pierwszym zagranicznym przywódcą, z którym Bolsonaro się spotkał. Te i wiele innych wypracowanych przez lata kontaktów, które składają się na pozycję międzynarodową Netanjahu, to jego podstawowy wizerunkowy atut w każdej kampanii. „Sprawdzony lider, który umie obronić Izrael”. Jego drugim atutem jest też pewna i stabilna sytuacja gospodarcza – nawet zdecydowanie krytyczny prof. Filiu przyznaje, że bilans polityki ekonomicznej Netanjahu jest bardzo dobry, jeśli chodzi o wzrost gospodarczy, poziom inwestycji i niskie bezrobocie, choć jako lewicowiec zwraca uwagę na wysokie nierówności będące efektem liberalnej polityki Bibiego.

Polityczni przeciwnicy, tacy jak Cipi Liwni, oskarżają go, że „wyprał mózgi ludności i wmówił im, że państwo Izrael jest w takim stanie jak Żydzi w Europie przed Holocaustem”. Netanjahu rzeczywiście stale, konsekwentnie buduje w ludziach poczucie zagrożenia zewnętrznego i wewnętrznego (ludność arabska, „niepatriotyczna” lewica). W dniu wyborów w 2015, mimo ciszy wyborczej, Netanjahu opublikował filmik, na którym ostrzegał: „Arabowie idą masowo głosować, zwożeni autobusami przez lewicowe NGOsy”. Kilka dni przed wyborami w 2019 z kolei Facebookowy profil premiera zaczął rozsyłać wiadomość „Arabowie chcą wymordować nas wszystkich – mężczyzn, kobiety i dzieci”. Netanjahu poinformował, że nastąpiło to w wyniku „pomyłki pracownika niższego szczebla kampanii”. Nigdy nie podano oczywiście informacji, jaki to był pracownik i czy go potem ukarano. Stałymi punktami odniesienia są oczywiście Hitler i Holocaust. Netanjahu chętnie odnajduje jednak „współczesnych nazistów” właśnie wśród muzułmanów (Palestyńczyków lub Iranu). W 1993 żądania praw Palestyńczyków do samostanowienia porównał do działań Hitlera w sprawie Niemców sudeckich w Czechosłowacji. W 2015 z kolei zaszokował świat twierdząc, że pomysł Holocaustu kanclerzowi Niemiec podpowiedział wielki mufti Jerozolimy, choć teza ta jest historycznie niewątpliwie nieprawdziwa – ale trzyma się jej konsekwentnie. Działania Netanjahu mają wpływać zarówno wewnętrznie – podtrzymywać wśród Żydów poczucie osaczenia, zagrożenia, wrogości, konfliktu – jak i zewnętrznie – uzasadniać politykę Izraela wobec Palestyńczyków, mniejszości arabskiej czy Iranu. Jednocześnie Bibi jest bardzo otwarty na polityczną i ekonomiczną współpracę z państwami arabskimi, ale oczekuje od nich w zamian nieprzesadnego akcentowania kwestii palestyńskiej. Mieszkańcy i decydenci państw Zachodu mają zaś żyć w przekonaniu, że „Izrael walczy za nas wszystkich” i istnieje wielkie, cywilizacyjne starcie między siłami dobra, wolności, demokracji, wolnego rynku a zła, tyranii, terroryzmu i opresji. A w tym starciu należy Izrael wspierać. Otwartym pozostaje pytanie, na ile to podtrzymywanie wśród Żydów stałego poczucia zagrożenia jest cyniczną kalkulacją, a na ile wynika ze szczerego przekonania, że taki właśnie jest los tego narodu, zgodnie z poglądami na świat i historię, które Bibi zaczerpnął od swojego ojca. Piszący te słowa podejrzewa, że dla Benjamina Netanjahu rozróżnienie między interesem własnym a interesem Żydów i Izraela byłoby po prostu czymś niedorzecznym.

To właśnie jako syn swojego ojca, profesora historii i żydowskiego nacjonalisty, Netanjahu wydaje się być przekonany o historycznej doniosłości swojej roli. Wiadomo, że w wolnym czasie uwielbia czytać biografie wielkich przywódców, zwłaszcza amerykańskich. Niechętnie patrzy za to od młodości na wielu amerykańskich Żydów – często lewicujących, hipisów, z rozmytą tożsamością, głosujących w przeważającej liczbie na Demokratów. Te mięczaki nie walczyły w wojnach jak on, nie umieją bić się o swoje. W Netanjahu na pewno zostało też trochę z młodego czytelnika Ayn Rand. Szanującego silnych, którzy swoją pozycję wywalczyli, a pogardzającego słabymi. Religia mojżeszowa jest dla niego raczej mało istotna, choć nierzadko instrumentalnie odwołuje się do Boga, by podtrzymywać sympatię narodowo-religijnego elektoratu i antagonizować postępowców. Dobrą okazją do tego dała mu trwająca epidemia – w czasie swoich codziennych wystąpień nie raz powtarzał hasła w rodzaju „Pokonamy koronawirusa z Bożą pomocą”. Podczas jednego z wywiadów twierdził z kolei „wszyscy musimy modlić się do Boga o koniec pandemii”. Liberalna dziennikarka robiąca z nim wywiad na to, że może powinni bardziej liczyć na naukowców z Instytutu Weizmanna, a Bibi odparł – „jedno nie wyklucza drugiego. Ci naukowcy też modlą się do Boga”. Jego minister spraw wewnętrznych (ortodoks) skrytykował dziennikarkę, mówiąc, że jest „zszokowany, że w żydowskim państwie” można się tak zachowywać. Przeprosiła, powiedziała, że nie chciała nikogo urazić. Według Pfeffera Netanjahu jest prawdopodobnie najbardziej zeświecczonym premierem w historii Izraela. Widywano go czasem, jak ze smakiem zajada jajka z bekonem. Jego byli podwładni drwią w mediach, że ich były przełożony jest tak zamerykanizowany, że „je cheeseburgery w szabat”. Ma też za sobą dwa rozwody, a i do zdradzania obecnej żony przyznał się publicznie (kilka miesięcy po ślubie zresztą), gdy szantażowano go sekstaśmą z kochanką.

Wrażliwość na punkcie swojego miejsca w historii powoduje, że Netanjahu nie pozwolił nigdy napisać autoryzowanej biografii, nie chciał się też odpowiadać na żadne pytania dziennikarzy którzy takowe pisali. Pytany o to na jednej z konferencji prasowej z namaszczeniem odparł, że „pewnego dnia sam opowie o swoim życiu”. Gdy raz widział się z przygotowującym jego biografię Pfefferem i jego przełożonymi z The Economist, uznał za wskazane poinformować ich, że „ten pan Pfeffer pisze moją biografię. To będzie karykatura, komiks, będę superzłoczyńcą”. Przy innej okazji zagadnął Pfeffera „jak tam idzie moja biografia”, na co ten odparł „dowie się pan, jak skończę, a pan kupi i przeczyta”. Tak też się stało, ponoć swoim zwyczajem szybko nabył i szybko wchłonął.

Ważnym sposobem zapisania się w historii Izraela były dla Netanjahu dwa prawa podstawowe, których przyjęcie przeprowadził przez Kneset w 2014 i 2018. Izrael nie posiada konstytucji, tę funkcję pełnią właśnie prawa podstawowe. Przyjęte za rządów Netanjahu są dwunastym i trzynastym. Najpierw postanowił zabezpieczyć Izrael przed ewentualnością ponownego dojścia do władzy sił nastawionych na transakcję „pokój za ziemię”. Wprowadził podstawowe „prawo o referendum”, stwierdzające, że odtąd każda decyzja o tym, że jakieś terytorium miałoby przestać podlegać prawu, jurysdykcji czy administracyjnej podległości rządu Izraela, wymaga zgody 2/3 ogólnej liczby członków Knesetu (80/120) lub przyjęcia w referendum ogólnokrajowym. To w praktyce oznacza, że jakiekolwiek ustępstwa terytorialne wobec Arabów może zablokować opozycja, a w razie determinacji rządu chcącego postawić na swoim musiałoby się na ten temat odbyć referendum. Opisano już wyżej, do jakich napięć i jak dramatycznych wydarzeń doprowadziły w latach 90. porozumienia z Oslo (z których decydujące, drugie, przyjęto przypomnijmy w Knesecie większością 61:59). Dwa lata temu przyjęto natomiast podstawowe „prawo o państwie narodowym”, które ustanowiło Izrael „państwem narodowym Żydów”, otwartym na „żydowską imigrację”, samostanowienie na jego terytorium jest „wyłącznym prawem narodu żydowskiego” a żydowskie osiedlenia są „narodową wartością wspieraną i promowaną przez państwo”. Chodzi oczywiście o osiedla Żydów budowane od lat na kontrolowanych przez Izrael terytoriach (w tym tych zdobytych w czasie wojny w 1967), zamieszkanych wcześniej głównie przez Arabów. Ponadto język arabski stracił status języka urzędowego – jedynym jest odtąd hebrajski.

W jednym z wierszy Ze’ew Żabotyński zwraca się wprost do Stwórcy – „Boże, ty wybrałeś nas, abyśmy panowali”. W tej frazie zawiera się również stosunek Benjamina Netanjahu do swojego narodu, państwa i własnego życia. W końcu jego nazwisko oznacza to właśnie – „dany przez Boga”. Jak to nierzadko bywa u wybitnych polityków, przekonanie o własnej misji dziejowej i utożsamienie interesu swojego narodu ze swoim własnym – wszak nikt inny nie byłby w stanie zapewnić bezpieczeństwa i dobrobytu znękanemu narodowi żydowskiemu – doprowadziło go do przyznania sobie również prawa do niemałej liczby nadużyć oraz obfitego zaspokajania potrzeb materialnych własnych i rodziny. Synonimem materialnego komfortu, a przede wszystkim ochrony przed żądnym żydowskiej krwi wrogiem jego nazwisko stało się jednak także dla setek tysięcy, a może i kilku milionów Izraelczyków. Wydaje się, że dla większości z nich dowolne nadużycia nie będą stanowiły powodu do odstąpienia od wieloletniego już przywódcy. Tym bardziej, że Netanjahu zadbał, by na horyzoncie nie było widać rywala tego formatu co on gotowego przejąć rząd dusz na izraelskiej prawicy (potencjał ma Naftali Bennett – ale nieprzypadkowo właśnie on został wypchnięty z Likudu do mniejszej partii). Z drugiej strony, druga połowa izraelskiego społeczeństwa Netanjahu nie trawi, ale jest zbyt wewnętrznie podzielona, by sformować alternatywną większość, w skład której musieliby na dziś wejść i świeccy nacjonaliści oskarżający Bibiego o miękkość wobec Arabów i… sami Arabowie. Co więcej, Netanjahu właśnie udało się jednym ruchem doprowadzić do dezintegracji obu pozostałych niechętnych mu sił politycznych – koalicji centrowo-liberalnej oraz koalicji lewicowej. W tej sytuacji wydaje się, że największe zagrożenie dla przetrwania bohatera tego tekstu stanowi wymiar sprawiedliwości i proces, który prędzej czy później będzie musiał ruszyć. Trzeba jednak pamiętać, że mając 61 głosów w Knesecie rząd może bardzo mocno manipulować ustrojem. Gdy ma miejsce „zamach stanu wrogów Izraela”, wszystkie środki są przecież dozwolone. Otwartymi pozostają pytania, na ile pozwoli mu w tej sferze nowy partner, czyli Ganc, na ile silna okaże się w praktyce kontrola tego ostatniego nad własną formacją, oraz na ile stabilna okaże się sama koalicja.

Ciężko na pewno sobie wyobrazić, by Netanjahu prędko chciał przejść na emeryturę. Póki co, po byłym komandosie nie widać śladów niemłodego wieku (jesienią skończy 71 lat, rocznik Jarosława Kaczyńskiego). Próbowano mu sugerować dostojne zakończenie kariery poprzez objęcie prezydentury w 2021, ale zdecydowanie odciął się od tych propozycji. Interesuje go realna władza, nie ceremonialne stanowisko, nawet piastowane siedem lat. Nawet jeśli o każde kolejne kilka miesięcy u steru rządów będzie musiał się szarpać z rywalami politycznymi i sądami. A przypomnijmy – jego ojciec dożył 102 lat. Niezależnie od wszystkiego nie można zaprzeczyć, że przez lata u władzy udało mu się odcisnąć bardzo znaczące piętno na historii jego państwa i całego Bliskiego Wschodu. Izrael formalnie stał „państwem narodu żydowskiego”, a w najbliższych miesiącach dojdą do tego kolejne aneksje ziemi zamieszkiwanej przez Arabów, ale sukcesywnie zaludnianej przez żydowskich osadników. Joni Netanjahu pisał o Palestyńczykach: „to troglodyci walczący o ‘wolność i postęp’, moja tożsamość jest znacznie silniejsza od ich”. Jeszcze raz na koniec Żabotyński – „Syjonizm jest moralny i sprawiedliwy. Nie ma innej moralności”.

Mój profil na Twitterze – @zolesnicki1389

Moje wcześniejsze teksty:

O Éricu Zemmourze, najciekawszej dziś postaci francuskiej prawicy, pisarzu, publicyście, a w przyszłości może również kandydacie na prezydenta Francji cz.1 -> KLIK cz.2 –KLIK cz.3 -> KLIK

O rewolucji islamskiej i początkach (do śmierci ajatollaha Chomeiniego w 1989) Islamskiej Republiki Iranu -> KLIK

o rządach i wizji sprawującego od siedemnastu lat władzę w Turcji Recepa Tayyipa Erdoğana -> KLIK

o istocie rewolucji, na przykładzie Mao Zedonga, rozpatrzonego przy pomocy twórczości Fiodora Dostojewskiego -> KLIK

o prawyborach prezydenckich w amerykańskiej Partii Demokratycznej, cz.1 -> KLIK cz.2 -> KLIK

o trwającym przewartościowaniu ideowym w USA -> KLIK

REKLAMA

Komentarze