REKLAMA

Jak działać musimy

Jak działać musimy

REKLAMA

Ostatnio znów stały się popularne porównania historyczne. Dzięki najnowszej książce Rafała A. Ziemkiewicza, pt. „Złowrogi cień Marszałka”, a także poprzez dyskusje, czy rządy Prawa i Sprawiedliwości można, czy nie można porównywać do rządów sanacyjnych, zwykły obserwator „prawej sceny politycznej” znów może odnieść wrażenie, że „Polską rządzą dwie trumny: Piłsudskiego i Dmowskiego”. Rzecz oczywista, że te porównania trzeba traktować bardzo ogólnie, a także ze sporym dystansem. Z drugiej strony, nie biorą się one znikąd, osobiście również je lubię. Jest jednak takie porównanie, którego można użyć w stosunku do obozu narodowego. W 2010 roku wszystko wskazywało na to, że narodowcy idą w dobrym kierunku. Prym przejęli młodzi działacze, zrzeszeni w dwóch ówcześnie (i obecnie) największych organizacjach narodowych: Młodzieży Wszechpolskiej, odbudowującą pod przewodnictwem Roberta Winnickiego, swoją pozycję, utraconą po upadku Ligi Polskich Rodzin, oraz w Obozie Narodowo-Radykalnym, kierowanym wtedy przez Przemysława Holochera. Obie te organizacje rozpoczęły oficjalną, formalną i ogólnopolską współpracę w roku 2010. Najważniejszym efektem tej współpracy jest oczywiście coroczny Marsz Niepodległości. Podczas zakończenia jednego z nich, w 2012 roku, utworzono Ruch Narodowy. Początkowe założenia, a obecna sytuacja, sporo się od siebie różnią. O szczegółach nie ma co pisać, przynajmniej na razie. Nie temu służyć ma poniższy tekst. Fakty są jednak takie, czy to się komuś podoba, czy nie, że obóz narodowy od jakiegoś czasu znowu istnieje podzielony. Z wielkiego ruchu społecznego, który miał szansę powstać wokół Ruchu Narodowego, wyszła tylko partia polityczna. Aktywna, ale przecież niewielka. Dosyć blisko Ruchu Narodowego wydaje się pozostawać Młodzież Wszechpolska, niewątpliwie ideowa, spora organizacja, będąca do tego oficjalną kontynuacją obozu narodowego, który powstał pod koniec XIX wieku. W ramach tzw. „Ruchu Kukiza”, kilku byłych liderów RN i MW, założyło Stowarzyszenie Endecja, mające aspiracje odwoływać się bezpośrednio do przedwojennej Narodowej Demokracji. Od czasu zaangażowania się RN w Ruch Kukiza, Obóz Narodowo-Radykalny znów działa na własne konto, będąc sztandarowym straszakiem w rękach środowisk lewicowo-liberalnych. Swoje prace prowadzi także Związek Żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych, który patronuje Marszowi Niepodległości i skupia się na ideach NSZ oraz weteranach podziemia narodowego. Mamy więc kilka nurtów, które powinny być razem, ale ze względów politycznych, a nie ideowych i organizacyjnych, razem nie są.

Wracając do porównań historycznych, można wyodrębnić, w ramach ruchu, dwa bardzo przeciwstawne sposoby myślenia: niby „narodowo-demokratyczny” oraz niby „narodowo-radykalny”, sztucznie dzielące obóz narodowy. Pierwszy sposób myślenia można, oczywiście w uproszczony sposób, scharakteryzować następująco: odrzucamy postulaty „radykalnej zmiany”, robimy „poważną politykę”, dostosowujemy się do potrzeb i problemów ludzi, a nie do ideowej „ortodoksji”, zwracamy uwagę na sondaże, nie zajmujemy się „sprawami światopoglądowymi” itd. Drugi, na odwrót, czasami prowadzi wręcz do pewnego oderwania od rzeczywistości, od uczuć i odczuć narodu, a więc „bytu”, do którego przecież się odwołujemy. Oba skraje, oba bardzo złe i szkodliwe. Od razu przychodzą na myśl porównania do przedwojennej sytuacji narodowców. Pierwszy nurt, który można porównać do przedwojennych „Starych” (lub też „grupy profesorskiej”), akceptuje w dużym stopniu obecny stan rzeczy, obecny ład polityczny, ustrój itd. Uważa, że zadaniem obozu narodowego jest stworzenie po prostu skutecznego stronnictwa politycznego, które będzie zdolne, w ramach demokracji liberalnej i parlamentarnej, osiągać sukcesy wyborcze, mierzone liczbą reprezentantów w ministerstwach oraz Sejmie i Senacie. Drugi nurt można porównać do tzw. „Młodych”, chociaż i przed wojną, jak i dzisiaj, jest to określenie bardzo szerokie, bo i ten nurt składa się z wielu pomniejszych. Aby właściwie przedstawić to, co w tym artykule chcę wyłożyć, posłużę się porównaniem najskrajniejszych opcji, a więc w przypadku „Młodych” będzie to Ruch Narodowo-Radykalny, znany powszechnie jako „Falanga”. Dzisiejszy odpowiednik tego nurtu zakłada rzeczy wręcz odwrotne wobec „profesorów”, posługuje się retoryką skrajnie radykalną, wręcz rewolucyjną, odrzucającą wszystko i wszystkich, traktując obecny ład i klasę polityczną wręcz jako „okupacyjną”. Na obecnej lewicy nie ma miejsca na formację jednocześnie antysystemową i patriotyczną, więc do obozu narodowego przychodzą też jednostki, które sto lat temu odnalazłyby się prędzej w ramach Organizacji Bojowej PPS. W tym wszystkim najzabawniejsze jest to, że wszystko pozostaje na płaszczyźnie deklaracji, retoryki czy symboliki, a nie praktyki. Na Forum Gospodarczym Endecji poseł Marek Jakubiak twierdził, że „Polsce potrzebna jest rewolucja”, a akceptowali to nie tylko zgromadzeni na sali narodowi demokraci, ale też i następni mówcy. Dzisiejsi odpowiednicy przedwojennej „Falangi” piszą tak, jakby „Przełom Narodowy” był tuż za rogiem, chociaż nikt tak naprawdę nie czyni do niego przygotowań.

Jak więc w tym wszystkim odnaleźć skuteczne wyjście? Jak znaleźć drogę, którą moglibyśmy wszyscy podążyć? Jak przede wszystkim znaleźć sposób, który okazałby się skuteczny dla nas samych, całego obozu narodowego, a co najważniejsze – dla narodu i kraju? Jak zawsze istnieje trzeci sposób, upragniona droga środka. Podobnie jak w sferach ideowych, możemy ją znaleźć w sferach działania. Przebiega ona nie tylko pomiędzy prawicą i lewicą, demokracją a totalitaryzmem, kapitalizmem i socjalizmem, ale także pomiędzy działalnością stricte polityczną i stricte społeczną, pomiędzy akceptacją obecnego ładu i postawą rewolucyjno-insurekcyjną. Jak zwykle odpowiedź daje nam historia, także ruchu narodowego. Spróbuję to więc poniżej wykazać. Przede wszystkim musimy, jako narodowcy, ostatecznie zdać sobie sprawę z tego, że III Rzeczpospolita nie jest katolickim, narodowym i niepodległym państwem. Okrągły stół nie był drugim traktatem wersalskim, a ład, w którym przyszło nam żyć, odbiega drastycznie od tego, do czego powinniśmy dążyć. Z jednej strony wszyscy, mniej lub bardziej, zdajemy się to wiedzieć. Bardzo lubimy przecież hasło „Republika Okrągłego Stołu” czy „Drugiego Okrągłego Stołu nie będzie!”. Z drugiej strony, mało z tego wynika. Skoro uznajemy, że system polityczny czy gospodarczy nie jest obmyślony przez Polaków i dla Polaków, że jest ograniczający i zwyczajnie szkodliwy dla kraju, to czemu ma nas zadowalać tylko stworzenie sprawnej partii politycznej i sukces wyborczy? Utworzenie ideowego, dobrze zorganizowanego i zjednoczonego ruchu to dopiero pierwszy etap. Zdobycie władzy, rozumianej jako rządy polityczne w ramach obecnego systemu, to etap drugi, którego od etapu pierwszego dzieli jednak wiele lat i setki etapów pomniejszych. Musimy zaakceptować fakt, że nie interesuje nas tylko władza (choć są i tacy, którzy i temu dążeniu, nie wiedzieć czemu, przeczą). Etapem trzecim, ostatecznym, jest budowa nowego państwa, państwa katolickiego i narodowego, prawdziwie niepodległego, suwerennego oraz wolnego Państwa Polskiego. Na tę wolność i niepodległość składa się suwerenność polityczna, gospodarcza, militarna, a żadnej z nich na obecną chwilę nie posiadamy. Tutaj rodzi się więc kolejne skojarzenie z historią. „Naszą” obecną państwowość możemy porównać do Księstwa Warszawskiego czy Królestwa Kongresowego. Znajdujemy się na mapie, mamy „swoich” polityków, mamy mniejsze lub większe swobody. A jednak politycznej, gospodarczej i militarnej suwerenności, a co za tym idzie samej niepodległości, nie ma.

Polska scena polityczna dzieli się na różne frakcje ugodowców, uległe wobec różnych zaborców. Można bronić PiS-u, to jasne. Jest wiele rzeczy, które robią dobrze. Szczególnie spora część aktywu partyjnego oraz elektoratu, to dobrzy narodowcy, tylko jeszcze o tym nie wiedzą. Gdyby nie to, że pisowscy specjaliści od kreowania wizerunku wyczuli nastroje społeczne ws. retoryki narodowej, czy np. w kwestii uchodźców, narodowcy osiągaliby dużo większe sukcesy wyborcze. Nie chcę jednak, by tekst ten sprowadził się tylko do krytyki Prawa i Sprawiedliwości. Krytyki tej nie starczyłoby na tekst podobnej długości. Niechaj wystarczy więc najważniejsza z perspektywy tematu tego tekstu konkluzja. PiS jest stronnictwem ugodowców wobec Stanów Zjednoczonych. Dobrym przykładem będzie szybkie ukrócenie pomysłu tzw. „Nowego Jedwabnego Szlaku”, dobrego z perspektywy interesów polskich, niepasującego jednak Amerykanom. Oczywiście, lepsza Ameryka, tam za oceanem, niż znani nam dobrze, lubiący strzelać w potylice Rosjanie czy wszechwładza Niemców. Czy szukanie lepszego Pana dla Polski ma być jednak wyrazem polityki narodowej? Dla nas, narodowców, na pewno nie. To nam nie wystarcza, podobnie jak nam nie wystarcza obecne państwo. PO jest z kolei stronnictwem „proeuropejskim”, a więc pisząc najprościej: proniemieckim. Przykładów aż nadto. Nowoczesna to z kolei partia wielkiego biznesu, zbliżona np. do ludzi pokroju słynnego już Georga Sorosa. Szczególnie ostatni zwrot w kwestiach światopoglądowych dobrze to ukazuje. Lewica, szczególnie w postaci Partii Razem, choć odwołująca się np. do patriotycznego dziedzictwa Polskiej Partii Socjalistycznej, jest jej całkowicie obca, będąc w rzeczywistości rzecznikiem kolejnej w historii lewackiej międzynarodówki. PSL jest partią zbliżoną i zdominowaną przez PO, podobnie jak ZSL zależny był od PZPR. Idąc dalszymi porównaniami historycznymi, jestem skłonny porównać tzw. „ruch wolnościowy” (korwinistów) do… Polskiej Partii Socjalistycznej z czasów zaborów. Rzecz jasna nie w sensie konkretnych postulatów. Wolność, podobnie jak PPS, mimo patriotyzmu nie rozumie zagadnień polityki narodowej, jest wręcz rewolucyjna w retoryce, „spala” politycznie kolejne zastępy roczników polskiej młodzieży, stawia sprawy ekonomiczne ponad sprawami religijnymi, cywilizacyjnymi i narodowymi. Na tym tle najbardziej pozytywnie wyróżnia się Ruch Kukiza, chociaż do samego lidera można mieć dużo zastrzeżeń, a ruch jest bardzo zróżnicowany. Nie dziwne więc, że to tam zgrupowała się część narodowców, zrażonych niepowodzeniami wyborczymi Ruchu Narodowego. „Mniejsze zło” dla katolika to jednak za mało.

REKLAMA

Znaleźliśmy więc wśród dzisiejszych ugrupowań odpowiedników z czasów zaborów. Dla każdego, znającego tamtą historię, jest jasne, że było wtedy jeszcze jedno środowisko. Ruch, który doprowadził do odzyskania przez Polskę niepodległości. Chodzi oczywiście o ruch narodowy, skupiony wtedy wokół Ligi Narodowej. Jestem, po raz kolejny, w trakcie lektury wspaniałej książki Stanisława Kozickiego, jednego z wybitniejszych polskich narodowców, niesłusznie pozostającego w cieniu Dmowskiego, Popławskiego i Balickiego. „Historia Ligi Narodowej”, bo taki tytuł nosi wspomniane dzieło Kozickiego, daje nam szereg wspaniałych odpowiedzi na zadawane przeze mnie, na początku, pytania. Oto nasza droga, nasza droga środka. Żadnego przewrotu, przełomu czy rewolucji narodowej nie będzie. Polacy są krytycznie nastawieni do wszelkiego rodzaju burzliwych rozwiązań. Póki mają ciepłą wodę w kranie i pełne półki sklepowe, nie będą wychodzić na ulice. Niemoralne jest, będąc katolikiem, narodowcem i patriotą, aby dla chęci realizacji własnych celów, życzyć Polakom kryzysu, biedy i bezrobocia. Oczekiwanie na to jest zaprzeczeniem polityki narodowej. Patrząc organizacyjne, mamy rok 2017, a nie 1934. Nie ma nas ćwierć miliona, nie ma kim robić „rewolucji”. Zaprzeczeniem idei narodowej jest przyjmowanie, jako rozwiązania, możliwości przelania bratniej krwi. Każdy średnio rozgarnięty zdaje sobie z tego sprawę, co nie szkodzi różnym głupkom „rewolucję” głosić. „Droga rewolucyjna” jest niczym innym, jak usprawiedliwieniem własnego lenistwa, poczucia własnej słabości i wynikającej z niej niemożności zajęcia się polityką narodową naprawdę. Z drugiej strony, ukrywanie własnych poglądów, programów, idei, głoszenie tego, co może się podobać, a nie tego, co Polsce potrzebne, akceptowanie obecnego ładu politycznego i próba wyrwania z niego kawałka tortu dla siebie, jest sposobem pójścia na łatwiznę, a w praktyce często zwykłą zdradą i zaprzaństwem, przejściem na stronę różnej maści ugodowców. Robota, która była wykonywana przez Ligę Narodową, trwała 40 lat. Może się okazać, że i nasza będzie tyle trwała. Jak to się powtarza: „Nikt nie mówił, że będzie łatwo”. I dzisiaj takiej Ligi Narodowej potrzebujemy. Musi istnieć organizacja kierownicza, ośrodek dyspozycyjny, centrala („centralizacja”) całego obozu narodowego, prowadząca pracę na każdym możliwym odcinku, na każdej płaszczyźnie: młodzieżowej, akademickiej, kobiecej, pracowniczej, paramilitarnej, sportowej itd. Tak, jak to miało miejsce podczas zaborów i w czasie II Rzeczpospolitej.

Potrzebujemy dzisiaj Ligi Narodowej oraz jednego, zorganizowanego i ideowego ruchu, niczym nowe wcielenie Obozu Wielkiej Polski. Praca partyjna i parlamentarna, powinna być tylko jedną z wielu innych, prowadzonych jednocześnie. Pod zaborami prowadziło ją Stronnictwo Narodowo-Demokratyczne, w II Rzeczpospolitej Związek Ludowo-Narodowy, po przewrocie majowym Piłsudskiego Stronnictwo Narodowe. Ktoś mógłby rzec, że i dzisiaj przecież mamy organizacje młodzieżowe, różne akademickie czy kobiece inicjatywy. Niestety, wiele z tych formacji działa niezależnie, a wypracowywana przez nie „para” uchodzi na boki. Problemem jest więc dzisiaj brak organizacji kierowniczej, a mówiąc dokładniej i brutalniej, mamy szereg ugrupowań, organizacji i stowarzyszeń, a nie obóz narodowy. Jeśli nie zrozumiemy tego, że trzeba działać razem, budować jeden obóz, wspólnie kształtować idee narodową, to przebudzenie polskiego narodu, a przede wszystkim polskiej młodzieży, nadal będzie „konsumował” Jarosław Kaczyński, Paweł Kukiz czy Janusz Korwin-Mikke, a Polski narodowej i katolickiej jak nie ma, tak nie będzie. System obecny nam nie odpowiada, nie jest ładem dobrym, ani polskim, ale trzeba legalnie działać w jego ramach. Dokładnie tak, jak robili to narodowcy pod zaborami. Dmowski walczył o Polskę w parlamencie rosyjskim, Wojciech Korfanty w niemieckim, trzeba walczyć o Polskę i dzisiaj, w murach Parlamentu Europejskiego, w Sejmie i Senacie Republiki Okrągłego Stołu. Trzeba prowadzić szeroką akcję narodową wśród polskiej młodzieży szkolnej, wśród studentów, środowisk kobiecych, należy próbować tworzyć narodowe związki pracodawców i pracowników, tworzyć, i współtworzyć organizacje oświatowe, sportowe, a nawet paramilitarne. Przypomnijmy w tym miejscu słowa jednego z wielkich twórców ruchu narodowego, Jana Ludwika Popławskiego: „Są ludzie, dla których patriotyzm jest jakby zastawą uczty świątecznej, ludzie, których warunki życia, jak np. przebywanie w obcym otoczeniu, pozbawiają możności realnej pracy narodowej. Pojmujemy psychologię tych ludzi, pojmujemy, że pragną zagłuszyć swoją tęsknotę, ukoić niezadowolenie ze swej bezczynności obywatelskiej, że bezwiednie pragną zamaskować jałowość swego istnienia śmiałością aspiracji, bezwzględnością programów, jaskrawością wyrażeń. Oni oddają się sprawie narodowej niemal zawsze w nastroju uroczystych obchodów, w podnieceniu świątecznym zebrań wspólnych, kiedy nerwy są napięte, wyobraźnie rozkołysane, uczucia podrażnione. Tymczasem dla nas – patriotyzm jest robotą powszednią, powinnością obywatelską, wprawdzie dobrowolną, często jednak uciążliwą, służbą zawsze ofiarną, nieraz przykrą”.

 

 

autor:

Tomasz Dorosz
REKLAMA

Komentarze