Krzysztof Bosak / zdjęcie: materiały prasowe Konfederacji

Krzysztof Bosak w mediach społecznościowych zwrócił uwagę na to jak wyglądają w Polsce procedury deportacji nielegalnych imigrantów. Przykładem na który zwrócił uwagę wicemarszałek Sejmu jest deportowany Senegalczyk, który wcześniej “narobił do wody na kąpielisku w Katowicach”. Poniżej cały komentarz Krzysztofa Bosaka.

Czy podobnie jak Francja mamy problem z organizacją i wykonaniem decyzji deportacyjnych wobec nielegalnych imigrantów?

Tu jeden z przykładów: Senegalczyk który narobił do wody na kąpielisku w Katowicach był zatrzymany w 2023 roku. Nie współpracował ze służbami, zachowywał się obscenicznie, przebywał w Polsce nielegalnie. Dostał decyzję że ma opuścić Polskę i… został wypuszczony. Tak obecnie wyglądają procedury.

Wiem to nie tylko z tego artykułu, ale od zajmujących się tym pracowników administracji. Nielegalni imigranci nie są automatycznie deportowani z Polski. Nasze państwo podejmuje decyzje w ich sprawie i ufa, że oni sami ją wykonają. To nie jest żadna nowość. Sprawa tego Senegalczyka zaczęła się jeszcze gdy ministrem był Mariusz Kamiński.

Bywa, że tacy nielegalni imigranci są wielokrotnie zatrzymywani i dopiero za którymś razem uruchamia jest procedura deportacyjna. Tak było w przypadku tego Senegalczyka. Prawie rok od jego pierwszego zatrzymania został zatrzymany kolejny raz i wreszcie Straż Graniczna wsadziła go w samolot i odesłała do Afryki. Przez rok ten facet żył nadal nielegalnie wśród nas i załatwiał potrzeby w kąpieliskach dla dzieci, bo TAK MAMY USTAWIONE PROCEDURY.

Zostawiam to do przemyślenia zarówno zwolennikom jak i przeciwnikom masowej, niekontrolowanej i obcej cywilizacyjnie imigracji.

https://twitter.com/krzysztofbosak/status/1828676891420569735

Materiały prasowe Konfederacji

Grzegorz Braun krótko i dowcipnie o jednym z absurdów eurokołchozowej biurokracji.

– W Strasburgu, to jest spora infrastruktura, szereg potężnych budynków w których każdy CEP, czyli MEP, czyli członek europarlamentu ma swoje biuro. I mają tam biura asystenci, ale tylko tydzień w miesiącu. Więc, żeby ta infrastruktura działała, wyobraźcie sobie Państwo, w eurokołchozie są zakontraktowani ludzie, którzy między tymi sesjami chodzą po ustępach i spuszczają wodę. Proszę sobie wyobrazić zakres obowiązków i kolor przepustki takiego gościa, który wedle specjalnego harmonogramu specjalnej marszruty spuszcza wodę w kibli.

https://twitter.com/KONFEDERACJA_/status/1828030611061125484

Sławomir Mentzen w spocie zapowiadającym konwencję prezydencką

Dzisiaj biuro prasowe Konfederacji zapowiedziało na sobotę konwencję wyborczą Sławomira Mentzena i dzisiaj również pojawił się pierwszy spot w zbliżającej się kampanii prezydenckiej.

W mediach społecznościowych został zaprezentowany spot na którym widać jedną postać na tle migających kadrów z serwisów informacyjnych. Postać przygląda się tym wszystkim newsom po czym odwraca się w kierunku kamery i poprawa krawat. Tą postacią okazuje się Sławomir Mentzen, który chwilę później odchodzi, a na ekranie widać datę 31 VIII 2024. Czyli datę konwencji rozpoczynającej kampanię wyborczą Sławomira Mentzena, która w najbliższą sobotę odbędzie się w Warszawie.

Tak więc to Konfederacja jako pierwsza nie tylko wyznaczyła swojego kandydata na prezydenta, ale również jako pierwsza wypuściła spot oraz organizuje konwencję inaugurującą kampanię wyborczą swojego kandydata.

Słąwomir Mentzen / zdjęcie: materiały prasowe Konfederacji

Jak podało Biuro Prasowe Konfederacji już w najbliższą sobotę 31 sierpnia w Warszawie będzie miała miejsce konwencja kandydata Konfederacji w wyborach na Prezydenta RP Sławomira Mentzena.

Konwencja rozpocznie się o godz. 14.00 w Gama Concept na warszawskiej Pradze, czyli w miejscu w którym miała miejsce inauguracja kampanii wyborczej Konfederacji w bardzo udanych dla tej partii wyborach do Parlamentu Europejskiego.

Na czele sztabu wyborczego Sławomira Mentzena stanie działacz Nowej Nadziei, Bartosz Bocheńczak, który stał już na czele sztabu wyborczego Konfederacji we wspomnianych wyborach do Parlamentu Europejskiego.

Taki wydawałoby się wczesny start Sławomira Mentzena z kampanią wyborczą na prezydenta musi zaskakiwać w kontekście tego, że inne partie nawet jeszcze nie wybrały swoich kandydatów. Ciągle nie wiadomo kto będzie kandydatem na prezydenta z Platformy Obywatelskiej, bo cały czas przewijają się nazwiska dwóch kandydatów, Donalda Tuska i Rafała Trzaskowskiego.

Nie wiadomo również kto będzie kandydatem Prawa i Sprawiedliwości. Najpoważniejszym kandydatem wydaje się były premier Mateusz Morawiecki. To on w sondażach prezydenckich z grona polityków PiS ma najlepsze notowania. Ale może PiS, tak jak było to w przypadku Andrzeja Dudy, pokusi się o postawienie na działacza z drugiego czy trzeciego szeregu. Sprawa ciągle jest otwarta. is cały czas robi badania i szuka najbardziej właściwego kandydata.

Sławomir Mentzen / zdjęcie: materiały prasowe Konfederacji

Sławomir Mentzen na serwisie X skomentował na przykładzie pomysłu opodatkowania fundacji rodzinnych, jak rząd Tuska nastawiony jest jedynie na łupienie Polaków, ograbianie ich z ich majątku. Poniżej pełna treść wpisu Sławomira Mentzena na serwisie X.

Dzisiaj o tym, dlaczego Polska pod rządami Tuska zmienia się w Bantustan, opresyjne, niegodne minimalnego zaufania państwo, rządzone przez zakłamanych i owładniętych manią łupienia czyjegoś majątku zawistnych małych ludzi o mentalności czysto bolszewickiej.

Ciężko w to uwierzyć, ale wygląda na to, że nawet pod względem podatkowym, obecny rząd jest gorszy od poprzedniego. Wielokrotnie mówiłem, żeby nie łapać się na kampanijne kłamstwa polityków PO, że będą upraszczać podatki. Ministrem Finansów jak zwykle został człowiek bez żadnej pozycji politycznej, bez żadnej siły przebicia i bez żadnej wiedzy o podatkach. Miałem nadzieję, że może chociaż nie będzie on szkodzić, może nic nie poprawi, za to nic nie zepsuje, ale nie. Zapowiadane zmiany będą niestety szkodliwe dla polskich przedsiębiorców. Co więcej, mają zepsuć te nieliczne dobre rozwiązania wprowadzone przez PiS.

Nie mamy jeszcze projektów ustaw (a jest już koniec sierpnia, a zmiany mają wejść od stycznia!), ale z zapowiedzi wynika, że po kieszeni mają dostać programiści na IP BOX, spółki komandytowe i fundacje rodzinne. I dzisiaj skupię się na tych ostatnich.

Fundacje rodzinne można zakładać od lata zeszłego roku. Służą one gromadzeniu majątku przez pokolenia i istnieją w wielu państwach Europy. Do tej pory majętni Polacy zakładali takie fundacje w Austrii, Luksemburgu, Andorze czy innych państwach. Kapitał, a często i przedsiębiorca ze swoją rezydencją podatkową uciekali nam na Zachód. Po latach nacisków udało się przekonać rząd PiS, że skoro takie rozwiązania i tak istnieją, to może wprowadźmy je do naszego prawa, dzięki czemu pieniądze i przedsiębiorcy zostaną w Polsce.

Udało się w zeszłym roku i od tego czasu Polacy założyli ponad 1000 fundacji rodzinnych. To był jeden z najlepszych ruchów PiS. Założenie fundacji rodzinnej wymagało jednak elementarnego zaufania do państwa. W momencie, w którym fundator wnosił majątek do fundacji, to nie mógł już go wyjąć bez wysokich podatków. Można było się obawiać, i wielu się obawiało, że wniesie się do fundacji udziały w przedsiębiorstwach wartych dziesiątki, jeśli nie setki milionów złotych, a potem państwo położy na tym łapę, chociażby poprzez zmianę opodatkowania fundacji rodzinnych.

Wydawało się to mało możliwe. Jakakolwiek negatywna zmiana w opodatkowaniu fundacji rodzinnych uderzyłaby bezpowrotnie w zaufanie do państwa i jego instytucji, a polscy przedsiębiorcy znowu wróciliby do przerzucania majątku do państw, których priorytetem nie jest łupienie majątków ludzi, którzy rozwijają ich gospodarkę. Do tego w umowie koalicyjnej rządzącej nami bandy znajduje się taki zapis:

“Koalicja zamierza jak najszybciej doprowadzić do powrotu przewidywalności w systemie podatkowym, poprzez ustabilizowanie prawa i przywrócenie dialogu z organizacjami reprezentującymi pracodawców i związkami zawodowymi. Strony Koalicji zgodnie przyznają, że stabilny, przyjazny i sprawiedliwy system podatkowy to warunek niezbędny dla zwiększenia stopy inwestycji w gospodarce”.

I jak w praktyce wygląda ta umowa? Bez żadnego dialogu z organizacjami przedsiębiorców, rząd chce dodatkowo opodatkować fundacje rodzinne w sposób, który praktycznie likwiduje korzyści z wnoszenia tam majątku. Gdyby tak to wyglądało rok temu, to prawie nikt by ich nie zakładał. Co więcej, bez zapłacenia 19% podatku, tego majątku z fundacji nie będzie dało się wyjąć! Co więcej, zmiany mają wejść od stycznia. Jak to się ma do obiecanego również w tej umowie sześciomiesięcznego vacatio legis w sprawach podatkowych?!

Jedyna negatywna zmiana, jaka powinna objąć fundacje rodzinne, to zobowiązanie osób składających oświadczenia majątkowe, do ujawnienia majątku zgromadzonego w fundacji. Tutaj rzeczywiście jest luka prawna, która umożliwia ukrywanie majątku przez polityków. Sam mam Fundację Rodzinną i zamierzam w swoim najbliższym oświadczeniu ujawnić zupełnie dobrowolnie również majątek wniesiony do mojej fundacji rodzinnej. Niestety tej luki Ministerstwo Finansów nie chce załatać, chce nałożyć na fundacje podatek pozbawiający je racji bytu!

To, co Ministerstwo Finansów planuje zrobić z fundacjami rodzinnymi, zakrawa o oszustwo, na doprowadzenie do niekorzystnego rozporządzania własnym majątkiem. To nie jest nawet standard białoruski, to jest standard dzikich krajów afrykańskich. Przedsiębiorcy ucieszyli się, że w Polsce mają wreszcie rozwiązania prawne, których wcześniej szukali na zachodzie, które ułatwiają kumulowanie majątku i utrzymanie go w rodzinie, a po roku dowiedzieli się, że zostali złapani w pułapkę. I to przez własne państwo. Jak to ma się do zapowiedzi, że system podatkowy ma być stabilny, przyjazny i sprawiedliwy? Nawet jeśli uda się ten bandycki pomysł zablokować w Sejmie czy za pomocą weta, to sama ta zapowiedź uderzyła w zaufanie do państwa i do fundacji rodzinnych.

To właśnie przez takie działania poziom inwestycji prywatnych w Polsce szoruje od lat po dnie. Nie da się inwestować w państwie, które inwestora (w sumie to tylko takiego z Polski, ci zagraniczni dostają mnóstwo zwolnień, dopłat i prezentów) traktuje jak wroga, którego trzeba złupić, oszukać i jak najszybciej się pozbyć.

Wielu przedstawicieli polskiego biznesu liczyło na to, że nowy rząd będzie traktował nas lepiej niż poprzedni. Wielu wspierało Tuska w kampanii wyborczej. To Tusk w podziękowaniu pokazuje im teraz jedną ręką środkowy palec, a drugą sięga do ich kieszeni. Mam tylko nadzieję, że chociaż niektórzy przedsiębiorcy zrozumieją ten komunikat i przestaną wspierać ten bandycki rząd.

Sławomir Mentzen / zdjęcie: materiały prasowe Konfederacji

Sławomir Mentzen na serwisie X skomentował decyzję Rady Liderów o wyborze jego osoby na kandydata na prezydenta z ramienia Konfederacji i toczące się wokół tej decyzji dyskusje. Poniżej pełny wpis Sławomira Mentzena na serwisie X.

Bardzo dziękuję Radzie Liderów za okazane zaufanie i podjęcie decyzji, że to ja będę kandydatem Konfederacji w zbliżających się wyborach prezydenckich. To dla mnie wielki zaszczyt, ale i wielka odpowiedzialność. Zdaję sobie sprawę z tego, jak wiele zależy od osiągniętego przeze mnie wyniku, więc zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby nie zawieść naszych wyborców.

Wiele osób zawiedzionych jest brakiem prawyborów i decyzją Rady Liderów. Dobrze to rozumiem.

Sam bardzo długo byłem zwolennikiem prawyborów. Niestety w polskich warunkach sprawdzają się one dużo gorzej niż w USA. Podstawową różnicą jest frekwencja. Poprzednie prawybory Konfederacji przyciągnęły 7000 głosujących. W aż 9 zjazdach wojewódzkich brało udział nie więcej niż 350 głosujących. Dla porównania, w 2020 roku w prawyborach Demokratów w USA wzięło udział 35 mln osób, a u Republikanów w 2016 roku 31 mln osób.

W prawyborach na Krzysztofa Bosaka zagłosowało około 2500 osób, a w wyborach prezydenckich 1,3 mln głosów. Przy takiej dysproporcji pomiędzy liczbą wyborców a liczbą uczestników prawyborów, nie są one testem na to, kto ma większe poparcie. Są testem na to, kto ma większe zdolności organizacyjne. Do tego, tak niska frekwencja ułatwia wpłynięcie na wynik przez inne partie lub inne zorganizowane grupy. Nawet do mnie dotarły informacje, że niektórzy politycy z największych partii planowali wpływać na wynik naszych prawyborów. Przy ich możliwościach byłoby to niestety zupełnie realne.

Prawybory generują też inne problemy. Poprzednie prawybory Konfederacji zakończyły się rozłamem z Wolnościowcami. Próbowałem też robić prawybory w NN, mające decydować o naszych jedynkach. W większości miast przebiegły spokojnie, ale Legnica skończyła oszustwami, awanturą i podziałami, które trwają do dzisiaj. Mając w pamięci problemy, jakie w sztabie i w naszych strukturach wywołała rywalizacja pomiędzy Ewą Zajączkowską a Krystianem Kamińskim, mogliśmy się spodziewać, że to tylko przedsmak tego, co mogło nas czekać w trakcie prawyborów. Mogły pojawić się podziały, których nie udałoby się już załatać. Utrudniałoby to bardzo dalszą wspólną pracę.

Dalej uważam, ze prawybory są czymś, czego polskiej polityce brakuje. Niestety z wielu powodów, z których najważniejszym jest bardzo niskie realne zainteresowanie udziałem w nich, w Polsce nie działają one tak jak w USA, czego bardzo żałuję.

Osobiście jestem przekonany, że gdyby prawybory się odbyły, to bym je wygrał. Wiem ile tysięcy członków ma moja partia, wiem, jakie poczyniliśmy do prawyborów przez ostatnie miesiące przygotowania, wiem ile głosów bym miał tylko od swoich działaczy, nie licząc sympatyków. Natomiast i tak po prawyborach w Internecie czytalibyśmy, że oszukałem, kupiłem sobie głosy, zwiozłem ludzi autobusami. Tak, zwiózłbym autobusami działaczy Nowej Nadziei do miast, gdzie odbywałyby się prawybory, planowaliśmy to zrobić, ale co w tym złego? To nie byłoby oszustwo. Natomiast dokładnie ci sami ludzie, którzy obecnie kwestionują legalność władz Konfederacji, zaczęliby twierdzić, że oszukałem, a prawybory są nieważne, bo w ankietach na Twitterze wychodziło inaczej.

Zdecydowanie wolę być wybrany na kandydata po decyzji Rady Liderów, niż po kilkumiesięcznej wewnętrznej walce, oskarżany o fałszerstwa i oszustwa. Dzięki temu, już niedługo mogę rozpocząć kampanię jako pierwszy kandydat, zamiast czekać z tym pół roku. Władze Konfederacji uznały, że ryzyko prawyborów jest zbyt duże. Rozumiem zawód tych kilku tysięcy naszych sympatyków, którzy chcieli wziąć w nich udział, ale niestety byłaby to dla Konfederacji wizerunkowo bardzo ryzykowna zabawa.

Zostaje jeszcze kwestia rezygnacji Krzysztofa Bosaka. Wbrew popularnej na Twitterze teorii spiskowej, nie szantażowałem go rozłamem, czy wyjściem z Konfederacji. Nie planowałem też samodzielnego startu na wypadek przegranej w prawyborach. Do końca proponowałem wybór kandydata przez RL lub prawybory. Decyzja Krzysztofa mnie zaskoczyła, dowiedziałem się o niej z Internetu. Uważam, że była bardzo rozsądna i dojrzała, świadcząca o sporej dalekowzroczności i cierpliwości.

Krzysztof Bosak powinien być jedną z najważniejszych osób w państwie – prezydentem czy marszałkiem sejmu. Ma do tego kwalifikacje, jest też bardzo reprezentacyjny. I myślę, że w ciągu tych 5 czy 10 lat Bosak w końcu zajmie odpowiednie dla siebie stanowisko. Ale żeby tak się stało, nie powinien sobie pozwolić na kolejne wybory, w których jest daleko od drugiej tury. Lepiej dla niego i dla nas wszystkich będzie, jeżeli za 5 lat wystartuje w wyborach prezydenckich z pozycji kogoś, kto tym razem jest bardzo pewny wejścia do drugiej tury, w której może wygrać, niż kogoś, kto ma za sobą już dwa nieudane podejścia.

A ja? Jeśli jednak nie zostanę prezydentem w 2025 roku, a wszystko inne pójdzie dobrze, to w 2030 roku będę już tym ministrem finansów i będę bardzo zajęty porządkowaniem finansów państwa i kończeniem upraszczania podatków. Pozostawienie tego dla kandydowania w wyborach prezydenckich będzie jedną z ostatnich rzeczy, który by mi przyszła do głowy.

Kandyduję więc po raz pierwszy i być może ostatni. Wiem, że nie wszyscy są z tego zadowoleni.

Przede mną ponad 9 miesięcy ciężkiej kampanii. Będę miał dużo czasu, żeby spróbować przekonać do swojej kandydatury jak najwięcej osób, zarówno ze środowiska Konfederacji, jak i spoza niego. Mam zamiar włożyć w to dużo pracy, czasu i energii, cała moja uwaga będzie teraz skupiona na tym, aby osiągnąć jak najlepszy wynik. Nie będzie to jednak możliwe bez zaangażowania liderów, działaczy, ale przede wszystkim sympatyków Konfederacji.

Głosowanie będzie dopiero w maju. Na razie nie wiadomo nawet, jacy będą inni kandydaci. Od nikogo nie oczekuję, że będzie mnie popierał w ciemno, przed rozpoczęciem kampanii wyborczej. Każdy wyborca samodzielnie podejmuje decyzje, w zależności od programu wyborczego, wizerunku kandydata czy zupełnie innego kryterium, na kogo odda swój głos. Jeżeli niektórzy wyborcy Konfederacji uznają, że wolą zagłosować na kandydatów PiS czy PO, to mają oczywiście do tego prawo. Ale niech się potem nie dziwią, że w Polsce dalej się nic nie zmienia. Ze swojej strony mogę obiecać, że wyborcy Konfederacji nie będą mieli problemu z odróżnieniem mnie od kandydatów PiS i PO, a mój program wyborczy będzie tak bardzo konfederacyjny, jak tylko się da.

Stoimy po tej samej stronie, wszyscy chcemy, aby Polska była silna, bogata i bezpieczna, aby Polacy byli gospodarzami na swoim terenie, i aby nikt nie mówił nam co mamy myśleć, mówić i w jaki sposób żyć. Przeciwko nam są największe partie polityczne, międzynarodowe korporacje i media. Jesteśmy zbyt słabi, żeby jeszcze walczyć ze sobą, zamiast tylko z nimi.

Niedługo ruszam w trasę wyborczą, mam nadzieję, że się na niej zobaczymy!

Krzysztof Bosak / zdjęcie: materiały prasowe Konfederacji

Łukasz Pawłowski, prezes Ogólnopolskiej Grupy Badawczej przewiduje, że obecny wicemarszałek Sejmu Krzysztof Bosak, ma całkiem realne szanse na to, aby już w 2027 stanąć na czele rządu.

Swój wpis w mediach społecznościowych Łukasz Pawłowski zatytułował: „Wasz prezydent nasz premier” czyli jak Krzysztof Bosak chce zostać premierem najpóźniej w 2027 roku.

Prezes OGB uznał, że wychodząc z propozycją prawyborów na prawicy, Bosak zdawać musiał sobie od poczatku sprawę, że wygrana opozycji w wyborach prezydenckich to tak naprawdę wygrana kandydata PiS, innego scenariusza po prostu nie ma. Jak zauważa Pawłowski od 20 lat zaczynając od Donalda Tuska i Lecha Kaczyńskiego a kończąc na Trzaskowskim i Dudzie w kolejnych 4 wyborach w 2 turze był kandydat PiS i PO i według Pawłowskiego wybory parlamentarne a szczególnie europejskie pokazały że nic w temacie się nie zmieni. 5 kolejne wybory to będzie walka PiS z PO o prezydenta.

Prezes OGB uważa, że temu celowi też służy wystawienia kandydatury Sławomira Mentzena w tych wyborach. Bardziej liberalny i centrowy Mentzen będzie odbierał głosy kandydatowi “koalicji 15 października”. A zabieranie głosów w 1 turze to bardzo istotna rzecz.

Łukasz Pawłowski podaje konkretne przykłady z przeszłości,. Lech Kaczyński nie zostałby prezydentem bez 15% dla Leppera w 2005, Komorowski bez 3 miejsca Napieralskiego w 2010 a Duda na pewno nie zostałby prezydentem w 2015 gdyby Paweł Kukiz najpierw nie podebrał 20% wtedy rządzącym by potem Ci wyborcy w spokoju mogli zagłosować na Andrzeja Dudę.

https://twitter.com/LukasPawlowski/status/1825944752065253681

Czyli, jak zauważa Łukasz Pawłowski, jeżeli kandydaci “prawicowi” w sumie w I turze otrzymywali ponad 50% to w II wybory wygrywał kandydat PiS. I na odwrót, jeżeli kandydaci lewicowo-liberalni w sumie otrzymywali ponad 50% głosów w pierwszej turze, to w II turze wygrywał kandydat PO. A więc to ile głosów zbierze w sumie w I turze jeden z obozów może przekładać się na wynik wyborów w II turze.

Dlatego Pawłowski uważa, że zgodnie z deklaracją Bosaka zadanie Mentzena będzie takie by jak najwięcej głosów wyborców, którzy głosowali na koalicję 15 października w wyborach parlamentarnych, oddała na niego głos tak by później w 2 turze Ci wyborcy mogli z większą łatwością wybrać kandydata PiS, a w deklaracji Bosaka należy upatrywać celu dla Mentzena a to oznacza, że Konfederacja akceptuje i pierwszy raz tak wprost deklaruje że chce by prezydentem został kandydat PiS czyli WASZ PREZYDENT.

Pawłowski analizuje dalej wypowiedzi Krzysztofa Bosaka z których odczytuje, że sama deklaracja o prawyborach [na szeroko rozumianej prawicy – przyp. red] to też sygnał wysłany do Jarosława Kaczyńskiego by kandydata wybierał tak jak gdyby wyborcy Konfederacji mieli na to wpływ bo wtedy będą mogli na niego zagłosować.

Według Pawłowskiego dla Konfederacji przyszedł czas decyzji na to, aby realnie wejść z kimś w koalicję. Szczególnie, że pretenduje Konfederację do tego to, że jeśli chodzi o poparcie to stała się trzecią siłą polityczną w Polsce.

Historie o przewracanie stolika, samodzielnych rządach i pogonieniu „bandy czworga” to ładne opowieści na TikToka a nie realny plan polityczny. Jedyny realny plan uczestniczenia w rządzeniu to bycie współkoalicjantem i to tym mniejszym współkoalicjantem. Nie oznacza to jednak, że nie z najważniejsza funkcją czyli NASZ PREMIER.
Gdyby w następnych wyborach parlamentarnych (najpóźniej w 2027 ale kto wie czy nie będzie przesilenia po wyborach prezydenckich) PiS uzyskałoby 35% a Konfederacja 15% warunkiem na współpracę mogłoby być właśnie stanowisko Premiera dla Bosaka. Zakładając że wcześniej Konfederacja lojalnie pomogłaby PiS wygrać wybory prezydenckie.

Jak pisze dalej Pawłowski liderzy obu partii to widzą i mogą się zastanawiać czy taka współpraca byłaby możliwa. Bosak składając deklarację o prawyborach, trzeba przyznać niezbyt nachalną i agresywną wysyła nie tylko do Jarosława Kaczyńskiego, ale też wyborców PiS sygnał, że w sumie to taki premier, który rośnie ostatnio w rankingach zaufania nie byłby taki straszny.

We wtorek Rada Liderów Konfederacji podjęła decyzję o tym, że kandydatem na prezydenta z ramienia tej partii zostanie Sławomir Mentzen. Tym samym nie odbędą się w Konfederacji prawybory na które liczyli niektórzy działacze i sympatycy.

Już w ubiegłym tygodniu Krzysztof Bosak zapowiedział, że będzie rekomendował Radzie Liderów, aby to właśnie Sławomir Mentzen został kandydatem Konfederacji na prezydenta. Bosak tym samym zrezygnował z pomysłu wewnętrznej rywalizacji na rzecz spójności Konfederacji. Dopuszczał jednak możliwość startu w prawyborach, ale w prawyborach szeroko rozumianej prawicy. Czyli również PiS.

Z takim pomysłem wyszła grupa profesorów i dziennikarzy, a Bosak jako pierwszy polityk podchwycił ten pomysł i oficjalnie zadeklarował możliwość udziału w takich prawyborach. Chodziło głównie o to, aby przyszłorocznych wyborów nie wygrał kandydat koalicji rządzącej. Według inicjatorów tego pomysłu tylko pójście szerokim frontem po prawej stronie pozwoliłoby wygrać kandydatowi z prawej strony.

Ten pomysł jednak szybko został przez PiS odrzucony. PiS postanowiło nie bawić się w tego rodzaju działania i uznało, że wyznaczy swojego kandydata. Tym samym, takie jasne stanowisko partii Jarosława Kaczyńskiego oznacza, że Konfederacja przystąpi do rywalizacji o fotel prezydenta samodzielnie.

A czy Sławomir Mentzen ma szansę na wygraną lub co najmniej wejście do II tury wyborów? Wydaje się, że nie jest całkowicie na straconej pozycji. Ale jak ocenił ma szansę odbierać głosy kandydatowi koalicji rządzącej.

Sławomir Mentzen i Krzysztof Bosak / zdjęcie: materiały prasowe Konfederacji

Łukasz Pawłowski, prezes Ogólnopolskiej Grupy Badawczej (OGB), przekonuje, że decyzja, aby to właśnie Sławomir Mentzen był kandydatem Konfederacji na prezydenta to jest dobry krok.

Decyzja o tym, że w Konfederacji nie odbędą się prawybory już zapadła. Poinformował o tym wicemarszałek Sejmu Krzysztof Bosak, który w Radio Zet zapowiedział, że będzie rekomendował Radzie Liderów Konfederacji, czyli ciału decyzyjnemu składającemu się z przedstawicieli partii składowych Konfederacji, aby kandydatem na prezydenta był Sławomir Mentzen. Sprawa wydaje się więc przesądzona, a decyzja Rady Liderów jedynie będzie formalnością.

Krzysztof Bosak taką decyzję argumentował tym, że on sam, jako wicemarszałek Sejmu ma wiele obowiązków związanych z pełnieniem tej funkcji, a udział w prawyborach wiąże się ze sporym zaangażowaniem czasowym. Z drugiej strony jest to decyzja podyktowana również chęcią zachowania spójności Konfederacji.

Dla wielu sympatyków Konfederacji jest ona mimo wszystko jednak zaskakująca. Wycofanie się Krzysztofa Bosaka z prawyborów w Konfederacji, w świetle ostatnich sondaży w których Krzysztof Bosak jako potencjalny kandydat na prezydenta notował bardzo dobry trzeci wynik, za Rafałem Trzaskowskim i Mateuszem Morawieckim. Bosak w sondażu uzyskał blisko 16% poparcia, przeganiając nawet marszałka Sejmu Szymona Hołownię.

Według prezesa OGB to jednak Sławomir Mentzen może przejąć więcej wyborców niż Krzysztof Bosak. Łukasz Pawłowski dokonał prostego porównania wyników wyborów parlamentarnych w 2023 z wynikiem wyborów w 2024 do Parlamentu Europejskiego. Z tych porównań widać wyraźnie, że koalicja Platformy, Polski 2050 i Lewicy procentowo straciły w wyborach do PE w porównaniu z tymi do Sejmu. I to aż 3,5%. Stracił również PiS, ale znacznie mniej. Natomiast Konfederacja mocno zyskała, ponad 5%.

I według Łukasza Pawłowskiego to właśnie “koalicji 15 października” Sławomir Mentzen ma szansę odebrać wyborców, ponieważ to właśnie stamtąd przepłynęło więcej wyborców do Konfederacji niż od PiS. Jak stwierdził Pawłowski to oznacza, że im bardziej liberalny kandydat, taki jak Mentzen, będzie miał możliwość odbierania kandydatowi z kolaicji 15 październiak.

Z analizy tej może również wynikać, że start Sławomira Mentzena może sprawić, że nie będzie sytuacji, że kandydat “koalicji 15 października” wygra już w pierwszej turze! Odbierając głosy “koalicji 15 października” może sprawić, że kandydat tej koalicji nie zdobędzie ponad 50% głosów już w I turze. A w wyborach do Parlamentu Europejskiego koalicja uzyskała w sumie 50,3%, a więc niewiele ponad ten próg 50%.

Dlatego według prezesa Ogólnopolskiej Gruupy Badawczej Łukasza Pawłowskiego większym zagrożeniem dla koalicji 15 października jest właśnie liberalny Mentzen niż konserwatywny Krzysztof Bosak, który mógłby bardziej zabierać Prawu i Sprawiedliwości.

Prof. Sławomir Cenckiewicz i kadr z filmu "Czerwone Maki" / zdjęcie" zrzut ekranowy YT , Facebook/Cenckiewicz

Profesor Sławomir Cenckiewicz w bardzo krytycznych słowach wypowiedział się w mediach społecznościowych na temat filmu “Czerwone Maki” w reżyserii Krzysztofa Łukaszewicza.

Prof. Cenckiewicz nie ma najlepszej opinii o robieniu w Polsce filmów historycznych. Polacy nie potrafią i nie powinni robić filmów historycznych. Zwyczajnie nie potrafią! Albo patos, albo ckliwość, albo dziecinada lub wymiennie: opowieść romantyczna bądź antypolska, i prawie zawsze w obu przypadkach z pogwałceniem historii. „Czerwone Maki” należą do kategorii pierwszej.

Dalej we wpisie prof. Cenckiewicza zamieszczonym na Facebooku, jest już tylko mocniej i ostrzej: To film tragiczny pod każdym względem – scenariusza, fabuły, gry aktorskiej, podejścia do historycznych realiów i rekonstrukcji historycznych postaci (Andersa, Sulima, Ducha czy Wańkowicza).

Prof. Cenckiewicz postanowił skazać na jeden, ale jego zdaniem istotny element, pokazujący nonszalancję, a może nawet arogancję wobec przedstawiania historycznych realiów: Nie będę tu pisał recenzji o kompletnym dnie tego filmu. Skupię się jedynie na tym co jest detalem lecz ukazującym stosunek reżyserów takich filmów, oraz ich historycznych konsultantów, do historii, jako takiej, pamięci i zrozumienia kontekstu historycznego. To umiejętność operowania detalem i szczegółem historycznym – jakże obca polskiemu kinu.

Posłużę się tylko jednym symbolicznym przykładem by ukazać całość tej filmowej porażki. Chodzi o fragment dotyczący mszy św. odprawianej w bazie II Korpusu. (,,,) Mamy więc rok 1944 a abp Gawlina, który zresztą umarł w 1964 r. czyli zanim nowa liturgia stała się obowiązującą, celebruje Novus Ordo Missae wg wytycznych Synodu i Pawła VI z lat 1969-1970! Czyli bez tradycyjnego ołtarza, orientacji „ku Panu”, z kapłanem za stołem, przodem do wiernych i z dwiema świeczkami na stole ofiarnym, krzyżykiem ustawionym z boku. Wszystko na co było stać konsultantów to manipularz na lewej ręce kapłana (usunięty po 1970 r. z szat liturgicznych) i polskie modlitwy mszalne z NOM (ówczesnym językiem liturgii dla obrządku rzymskiego była łacina).

Prof. Cenckiewicz nieco złośliwie do tego dodaje: To – jak rozumiem efekt polityki historycznej MKiDN oraz PISF (obie instytucje finansowały film) – z okresu rządów prawicy.

Prof. Cenckiewicz kończy swoją recenzje filmu “Czerwone Maki” podając przykład filmu “Szeregowiec Ryan”. To według profesora Cenckiewicza pokazuje różnicę w podejściu do faktów historycznych. Porównajcie „Czerwone Maki” do „Szeregowca Ryana” (także porównajcie sceny dotyczące duszpasterstwa zwłaszcza z lądowania aliantów na plaży w Normandii)! I nie mówcie, że to różnica budżetów, bo wiecie że to nieprawda, bo przecież takie błędy są wynikiem niewiedzy a nie pieniędzy!

A na sam koniec pojawia się apel ze strony profesora: Polacy, nie róbcie filmów historycznych! Szkodzicie polskiej historii i edukacji historycznej!