REKLAMA

[OPINIA] Połosak: Czy coś się stanie? Komentarz do najnowszej produkcji Sylwestra Latkowskiego

[OPINIA] Połosak: Czy coś się stanie? Komentarz do najnowszej produkcji Sylwestra Latkowskiego

Szerokim echem odbiła się przedwczorajsza premiera najnowszego filmu dokumentalnego w reżyserii Sylwestra Latkowskiego, pod znamiennym tytułem „Nic się nie stało”. Czy aby na pewno? W jakim sensie?

Od kilku lat, w krytycznych momentach dla polskiej debaty społecznej i politycznej, dyskurs publiczny podgrzewany jest słowem „Pedofilia”. Tak, pedofilia jako zjawisko, mówiąc wprost – zboczenie na tle seksualnym – jest wśród Polaków odrzucana i słusznie stygmatyzowana. Moralnie słuszne jest domaganie się polskiego społeczeństwa walki z pedofilią na poziomie instytucjonalnym, ochrona dzieci przed wpływem zboczeńców, czy też podejmowanie takich działań systemowych, by nasze dzieci nie miały – choćby potencjalnych – kontaktów z molestującymi je dorosłymi. Te postulaty są słuszne. Jednocześnie jednak, w polskiej przestrzeni publicznej najbardziej zauważalny jest pogląd, że głównym środowiskiem pedofilskim w Polsce (jak nie na świecie) jest Kościół katolicki.

W tekście, jaki widzą Państwo przed sobą, chciałbym skupić się na dwóch kwestiach zasadniczych. Po pierwsze, pochylić się nad zagadnieniem, dlaczego to właśnie kler katolicki jest grupą społeczną, którą zasadniczo najłatwiej publicznie oskarżyć o czyny pedofilskie w stosunku do najmłodszych. Po drugie zaś, spróbuję odpowiedzieć na pytanie, jakie zmiany zaszły w polskim społeczeństwie na przestrzeni ostatnich 30 lat, tak, że obecnie mamy do czynienia z powszechną seksualizacją społeczeństwa, niezależnie od wieku. W filmie Sylwestra Latkowskiego pokazano bowiem przypadki, że wiele nieletnich dziewcząt z własnej woli zaczyna pracę jako (ze względu na przyzwoitość nie używam wulgaryzmów) „dziewczyny do towarzystwa”.

Ksiądz-pedofil. Dlaczego powstał ten stereotyp?

W głównym nurcie polskiego dyskursu publicznego najpopularniejszy jest właśnie stereotyp duchownego-pedofila. Dlaczego tak się dzieje? W odpowiedzi na to pytanie świadomie pomijam aspekt walki z religią. Chciałbym skupić się na „technicznych” kwestiach zrzucania na kler katolicki odpowiedzialności za gros przypadków pedofilii w Rzeczypospolitej Polskiej.

Należy wiedzieć, że większość osób, oskarżających kler katolicki o czyny pedofilskie to celebryci. Nie są to ludzie szczególnie religijni. Wielu z nich otwarcie przyznaje się do swego ateizmu a nawet wyraża dumę z tego powodu. Tak więc – praktycznie w 100% przypadków – osoby z pierwszych stron gazet, czy też szklanego ekranu, oskarżające księży o pedofilię, nie mają z nimi osobistych, częstych kontaktów, nie znając tak naprawdę kleru.

Kościół katolicki jest organizacją zwartą, nieco hermetyczną w zestawieniu z otaczającym go światem, w szczególności światem celebrytów, ludzi oskarżających go o bycie „bezpieczną przystanią” dla pedofilów. Ze smutkiem należy stwierdzić, że (nie licząc ludzi regularnie praktykujących, których liczebność wynosi obecnie około 40% ogółu społeczeństwa) dla polskiego społeczeństwa Kościół jako instytucja jest „czarną dziurą”, o której nic nie wiadomo. Taki stan rzeczy ułatwia celebrytom – jako osobom znanym – wmawianie ludziom, że za większością bezeceństw wobec najmłodszych stoją osoby, prowadzące życie konsekrowane.

Kościół katolicki nie posiada konkretnych narzędzi, umożliwiających walkę z przedstawionymi powyżej pomówieniami. Nie słyszy się o kierowaniu przez księży, czy instytucje kościelne pozwów sądowych o zniesławienie przeciwko ludziom, chętnie oskarżającym kler o pedofilię. Ponadto, nawet gdyby takie pozwy się zdarzały, to – znając opieszałość działania polskiego wymiaru sprawiedliwości – sprawy ciągnęłyby się latami, medialny efekt świeżości „zagubiłby się” po drodze i nawet, gdyby strona Kościoła wygrała, to i tak celebryci przykryliby ten fakt jakimś nowym oskarżeniem w stronę „czarnych”. Kary religijne (np. ekskomunika), nakładane na oskarżycieli na nic się nie zdadzą, gdyż, jak powiedziałem wcześniej – są to zazwyczaj osoby niewierzące.

Ostatnim powodem, dla którego Kościół jest pod względem instytucjonalnym wygodnym „kozłem ofiarnym” dla „liberałów” i celebrytów jest rodzaj zmasowanej nagonki, która w polskim dyskursie publicznym istnieje już od początku lat 90-tych. Według tego scenariusza, środowiska „liberalne” i celebryckie, a także „powszechnie szanowane autorytety moralne” stoją na straży pojmowanej liberalnie wolności, natomiast Kościół jest rozsadnikiem „zniewolenia”, gdyż próbuje on doprowadzić do sytuacji, w której „mroki średniowiecza będą rozświetlane tylko płomieniami stosów nowej inkwizycji”. W latach szaleńczego „zachłyśnięcia się wolnością” w latach 90-tych taka „liberalna” narracja trafiła na podatny grunt, zwłaszcza wśród osób, które mityczny „Zachód” kojarzyły z nieskrępowaną moralnie „wolną amerykanką”. Jedni krzywo patrzyli na próby moralnego rozliczenia ich działalności w Polsce „ludowej”, młodzież zaś ochoczo podchwycała myśl, że „nie będą Wam Czarni mówić, z kim macie się…” (wiedzą Państwo o co chodzi, nie będę kończył). Dla środowisk liberalnych Kościół stał się więc zasadniczą przeszkodą na drodze do zbudowania „nowego, wspaniałego świata”, w którym wolność kojarzona jest z samowolą, hedonizmem i degrengoladą moralną. Dlatego właśnie „salon” rozpoczął zrzucanie na kler odpowiedzialności za przejawy zła, obecne w społeczeństwie. Działo się to na mniej więcej takiej zasadzie: „ludzie nie akceptują pedofilii, więc naświetlmy jej przypadki wśród kleru”.

W tym momencie nasuwa się jeszcze jedno pytanie: dlaczego – pomimo, iż w Polsce mamy do czynienia ze współistnieniem wielu religii, a katolicyzm nie ma statusu religii państwowej, „liberałowie”, naświetlając przypadki pedofilii wśród duchownych, uderzają przede wszystkim w Kościół katolicki? Przyczyny tego stanu rzeczy są dwojakie: po pierwsze, Kościół katolicki jest w polskich warunkach organizacją masową. Nie posiada ona jednak – jak wykazałem wcześniej – twardych instrumentów do walki z pomówieniami o ukrywanie przypadków pedofilii wśród osób konsekrowanych, choć jego oddziaływanie na społeczeństwo jest spore i – jako się rzekło – nadal jest on główną przeszkodą dla realizowania w Polsce lewackich eksperymentów inżynierii społecznej. Po drugie, pozostałe religie istnieją w Polsce w mniejszości. Walka z nimi byłaby dla „liberałów” jaskrawym złamaniem postulatu „tolerancji”. Poza tym, społeczny wpływ innych religii jest w Polsce tak nikły, że aż pomijalny.

Podsumowując: na zwiększającą się w polskim społeczeństwie popularność hasła „księża-pedofile” złożyły się następujące czynniki: hermetyczność Kościoła, ateizm oskarżycieli, niemalże całkowity brak możliwości przeciwdziałania przez Kościół przypadkom zniesławienia ze strony „autorytetów moralnych” oraz występująca w polskim dyskursie publicznym „nagonka” na kler, uprawiana przez miłujących wolność „liberałów”. 

„Ukradzione dzieciństwo” – jak zmieniały się polskie dzieci przez ostatnich 30 lat?

Pedofilia jest zjawiskiem nagannym, jednak należy zauważyć, jak zmieniały się polskie dzieci przez lata istnienia III RP. Tu bowiem tkwi również przyczyna zjawisk, opisanych zarówno w tym artykule, jak też przez Sylwestra Latkowskiego w filmie „Nic się nie stało”.

Zacznijmy od początku. W latach 80-tych XX wieku, pomimo istnienia w PRL-u instytucji, propagujących wizję świata „zasadniczo odmienną” od tej, głoszonej od 2 tysiącleci przez Kościół (Towarzystwo Krzewienia Kultury Świeckiej, Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Radzieckiej itp.) dzieci wychowywano w sposób tradycyjny. Działo się tak zarówno w rodzinach, stojących w opozycji do systemu realnego socjalizmu, jak też tych, z jakich wyszły (przepraszam za „targalszczyznę”) resortowe dzieci. Co więcej – pomimo oficjalnego ateizmu – dyskurs obyczajowy, panujący w PRL-owskiej przestrzeni publicznej był na wskroś konserwatywny (tu przywołajmy choćby podnoszony wielokrotnie przez Rafała Ziemkiewicza motyw rozkazu generała Jaruzelskiego do „tępienia zdjęć gołych bab w gazetach”).

Na przełomie lat 80-tych i 90-tych XX wieku również poziom intelektualny dzieci i młodzieży był inny (nie brakuje opinii, że o wiele wyższy) niż dzisiaj. Były to czasy, gdy jedynie 8% całego społeczeństwa legitymowało się wykształceniem wyższym. Studia były więc potwierdzeniem przynależności do elity społeczeństwa. Obecnie co prawda tytułem zawodowym inżyniera lub magistra może poszczycić się jedynie 21% Polaków, ale wśród ludzi do 35 roku życia jest to już prawie 50%. Studia straciły więc swój elitarny charakter.

Począwszy od dekady lat 90-tych, nastąpiło w Polsce (podobnie jak w innych krajach byłego tzw. bloku wschodniego) swoiste „przewartościowanie celów życiowych”. Przewartościowanie to wynikło z kilku, splecionych ze sobą czynników: końca systemu tzw. realnego socjalizmu, zmian gospodarczych (tzw. dzikiego kapitalizmu) oraz wspomnianego już wcześniej „zachłyśnięcia się wolnością” przez społeczeństwo, które wydostało się „przed chwilą” z bańki systemu socjalistycznego. Należy wspomnieć, że Polacy, wraz z tymi zmianami uaktywnili w sobie skłonności atawistyczne. W latach 90-tych bowiem szary papier toaletowy przestał być luksusem, na ulicach pojawiły się „zachodnie” auta, wycieczki zagraniczne stały się dla wielu żelaznym punktem urlopów. Słowem – łatwiej było się dorobić, a pozycja społeczna (więcej: wartość człowieka), zwłaszcza wśród młodych, definiowana była przez pieniądz.

Wspomniane „zachłyśnięcie się wolnością” oraz towarzysząca temu „liberalna” narracja publiczna wywołały wśród wielu ludzi młodych pragnienie życia „jak na zachodzie”. Powszechna stała się więc seksualizacja. Nawet ludzie młodzi pamiętają ze swego dzieciństwa choćby powszechność w latach 90-tych reklam, na których – dla przykucia uwagi – występowały roznegliżowane, atrakcyjne dziewczyny. Seksowny wygląd stał się zatem gwarancją powodzenia nieomal we wszystkich dziedzinach życia. Powszechna stała się rozwiązłość seksualna, a wraz z nią rozwody, a także coraz wyższy średni wiek urodzenia pierwszego dziecka (w latach 90-tych – 24 lata, obecnie – prawie 35).

Nieprzypadkowo przytoczyłem zmiany obyczajowe jakie dotknęły Polskę na przełomie lat 90-tych XX wieku i pierwszej dekady wieku XXI. Osoby, które w wiek nastoletni weszły w latach 90-tych są dzisiaj rodzicami nastolatek, których przypadki pokazał w „Nic się nie stało” Sylwester Latkowski.

Internet zmienił życie wielu osób. Kontakty międzyludzkie stały się co prawda bardziej dostępne, jednak mniej intensywne i „płytsze”. Seksualizacja zaś postępuje coraz dalej. W dzisiejszych czasach życie służbowe, prywatne czy uczuciowe wielu ludzi (nie tylko młodych), definiowane jest przez portale społecznościowe. Posiadamy profil na Facebooku, który nierzadko definiuje nas, jako osobę (sic!), na Twittera wchodzimy, by wyrażać nasze poglądy i opinie, na Instagramie dzielimy się swymi zainteresowaniami, profilem na LinkedIn potwierdzamy, że jesteśmy dobrymi pracownikami… Wszystko okraszone wyidealizowanymi zdjęciami „po fotoszopie” i opisami, godnymi królów, specjalistów, mistrzów świata…

Szczególne miejsce zajmują w tym internetowym gąszczu tzw. portale randkowe. Oczywiście, wiele osób (w tym i konserwatystów) zapewne z nich korzysta, ale czy nie zauważyli Państwo paraleli, pomiędzy portalami randkowymi, a serwisami internetowymi, na których można kupić samochód? Podobnie jak – szukając „fury” – wpisujemy interesującą nas markę, model, przebieg, rocznik, czy wyposażenie, tak na portalach randkowych określamy płeć „wybranki/wybranka”, wiek, miejsce zamieszkania, potem wybierając spośród wytypowanych propozycji „tą jedyną/tego jedynego na kilka tygodni/miesięcy”, kierując się tylko wyidealizowanymi opisami i pozowanymi zdjęciami. Nierzadko, ludzie korzystający z tego rodzaju usług matrymonialnych mają na celu jedynie zaspokojenie własnych potrzeb seksualnych. Generalnie rzecz biorąc, portale społecznościowe, kreują dwojaki obraz ludzkości: z jednej strony młodości i atrakcyjności seksualnej, z drugiej dorosłości, nierzadko rozumianej jako skłonność do samowoli i hedonizmu.

ZOBACZ: Alergiczna reakcja celebrytów po filmie Latkowskiego.

Celebryci – słowo to musiało paść nie tylko na początku tego tekstu. Celebryci bowiem są istotnym puzzlem w całej, przedstawionej tu układance. Po zajęciu miejsca autorytetów moralnych to oni właśnie mówią nastolatkom jak żyć, jak się ubierać, jak pracować, jakie wyznawać poglądy… Słowem – wywierają największy wpływ na młodzież. A ta obecnie chce zarabiać pieniądze, dobrze wyglądać i prowadzić hedonistyczny tryb życia. Ponadto, wedle badań sprzed kilku lat, największy wpływ na dzisiejszych uczniów szkół średnich mają media masowego przekazu a wraz z nimi – celebryci, podsuwający nastolatkom obraz życia, w którym „zarabia się na czas wolny po pracy”. Według tych samych badań, rodzice mają wpływ na własne dzieci tylko w 15%, a szkoła jedynie w 5.

ZOBACZ: Brudziński po filmie Latkowskiego: „To świnie, a nie artyści!”.

W komentarzach, jakie miały miejsce po projekcji filmu „Nic się nie stało” słyszalne były głosy: „gdzie są rodzice, kiedy dzieci wychodzą w nocy z domu?”. Współcześnie, niestety, to właśnie rodzice dali własnym dzieciom taki przykład, gdyż rodzicami wielu dzisiejszych nastolatek jest właśnie pokolenie, opisane powyżej. Wchodziło ono w dorosłość w latach 90-tych.

Wielu zapyta: czemu rodzice nie odnoszą się już do dzieci, jak wcześniej? Wielu zwolennikom „skórzanej dyscypliny z klamrą” nie mieści się w głowie, że pomiędzy dzisiejszymi rodzicami i dziećmi występuje zmiana pokoleniowa, ale nie ma już różnicy w wychowaniu. Lata 90-te były granicą światów, dlatego tradycyjnie wychowani rodzice temperowali zachowania swoich dzieci. Obecnie, zarówno pokolenie 40-parolatków, jak też ich nastoletnie dzieci, wychowane są w kulcie pieniądza. Dlatego właśnie wiele dziewczyn „zarabia” w sposób opisany przez Sylwestra Latkowskiego a ich rodzice się temu nie sprzeciwiają. Co więcej – w wielu przypadkach są dumni z „zaradności i samodzielności” swoich pociech.

Rodzice nie mają czasu dla swoich dzieci. Pochłonięci karierami zawodowymi, usiłują pieniędzmi zastąpić dzieciom własną nieobecność. Dzieci natomiast – wzorem rodziców – od najmłodszych lat chcą zarabiać, a w pornobiznesie stawki są wysokie…

Podsumowując – w czasach dzisiejszego, rozbudzonego konsumpcjonizmu, miejsce honoru, autorytetów i ideałów zastąpił kult młodości, „wolność” seksualna i pieniądz. Co ciekawe, dorośli ukradli maluchom beztroskie dzieciństwo, a w wielu przypadkach wychowanie zostało zastąpione kreacją seksownego wizerunku, połączonym ze wzmacnianiem cech idealnego pracownika korporacji. Młody człowiek po przejściu takiej formacji narażony jest na niebezpieczeństwa, pokazane przez Latkowskiego.

„Nie mów nikomu” w wykonaniu show-businessu

Sylwester Latkowski dobrze ukazał, że pedofilia jest nie tylko w Kościele. Co więcej, największym jej rozsadnikiem są środowiska, mające wielki wpływ na młodzież. Można mieć wiele zastrzeżeń do filmu jako takiego, a także do komentarzy w TVP po jego projekcji – usiłujących pokazać obecny rząd i prokuratora generalnego Zbigniewa Ziobrę jako jedynego „sprawiedliwego”, walczącego z ohydnym procederem pedofilii w show-businessie. Należy jednak pamiętać, że „Nic się nie stało” jest pierwszym obrazem, jaki ukazuje obłudę środowiska celebrytów względem pedofilii. Środowiska, które mieni się być zwolennikami wolności i rozumu. Wszakże łatwiej bronić karpia przed świętami, niż wyznawać własne grzechy…

autor:

Andrzej Połosak
REKLAMA

Komentarze