[OPINIA] Langowska: System edukacji jako najostrzejszy miecz indoktrynacji marksistowskiej (ex equo z mediami)

REKLAMA

Edukacja (łac. Educatio – wychowanie, wykształcenie) – ogół procesów i oddziaływań, których celem jest zmienianie ludzi, przede wszystkim dzieci i młodzieży – stosownie do panujących w danym społeczeństwie ideałów i celów wychowawczych… – idąc za Wikipedią.

I tyle nam póki co i w ogóle na potrzebę tego artykułu wystarczy. I jest to aż nadto…

„Oświata zalicza się do wyjątkowo istotnych dziedzin życia społecznego. Nie jest przecież żadną nowością stwierdzenie, że o tym, w jakiej sytuacji będzie naród polski za kilkadziesiąt lat – decyduje się już dzisiaj w szkołach i na uczelniach. Taka właśnie myśl przyświecała pierwszym narodowcom w drugiej połowie dziewiętnastego wieku, których działalność dotyczyła po pierwsze i przede wszystkim właśnie edukacji. Wiedząc o tym, trudno zrozumieć, jak rządy wybierane przez Polaków mogły doprowadzić system oświaty do tak fatalnej sytuacji, w jakiej dzisiaj się on znajduje” – czytamy w programieRuchu Narodowego.

Szkolnictwo w naszym kraju w ciągu całego okresu trwania naszego państwa miewało różne perypetie. Każdy z nas pamięta przecież lekturę (bądź chociaż jej ekranizację) „Syzyfowe prace” i właśnie skupmy się na tej stronie aspektu edukacji – na uporczywym, agresywnym, nieznośnym, gwałtownym, rewolucyjnym, wynaradawiającym, demoralizującym szeregu działań na dalekosiężną szkodę społeczeństwa.

Zaczniemy trochę, wyrwawszy z kontekstu, od wydarzeń z niedalekiej przeszłości, które pokazują, co się dzieje obecnie.

Połowa 2007 roku:

Platforma Obywatelska wygrała wybory – zapanowała atmosfera ulgi i nadziei. W środowisku polskiej oświaty nadzieje były tym większe, im boleśniejsze wspomnienia pozostawił po sobie ówczesny minister edukacji z LPR – mecenas Roman Giertych i jego prawa ręka – Mirosław Orzechowski. Zdaniem lewackich środowisk zasłynęli on czymś wręcz niebywałym i strasznym, a mianowicie wprowadzeniem mundurków w szkołach z powrotem. Kazali liczyć ciężarne uczennice, budować ośrodki dla krnąbrnych uczniów i walczyli z, jak to określali, propagandą homoseksualną w oświacie – to przecież było niedorzeczne, absurdalne i niewyobrażalne!

W najdłuższym exposé w historii Polski chyba nawet, Tusk wreszcie wycedził: „Edukacja żeby spełnić swoją rolę musi być z jednej strony dopasowana do zdolności i zainteresowań poszczególnych uczniów, a z drugiej, do oczekiwań rynku pracy. Dlatego dzieci kończące szkołę podstawową będą uzyskiwać diagnozę swoich uzdolnień i możliwości, a gimnazjum, zamiast przechowalnią dzieci w trudnym wieku, stanie się miejsce rozwijania i pogłębiania zainteresowań, zaś koncepcja kształcenia zawodowego i ustawicznego będzie doskonalona we współpracy ze środowiskiem pracodawców. (…) Podobnie samorządy lokalne będą potrafiły lepiej niż władza centralna efektywnie prowadzić finansowanie edukacji i najlepiej dostosowywać polskie szkoły do lokalnych możliwości i potrzeb.. Ich wiedza o potrzebach jest większa niż wiedza na ten temat urzędów centralnych. Nie musimy decydować za nich w każdej sprawie. Chcemy projekt wprowadzenia bonu edukacyjnego wprowadzić poprzez bardzo poważną debatę i konsultacje, nie urzędników między sobą, ale konsultacje właśnie ze środowiskami samorządowymi i nauczycielskimi. Chcemy doprowadzić do sytuacji, w której rodzice będą decydowali jak wydać pieniądze na edukację swoich dzieci. (…) Najlepsze projekty edukacyjne nie udadzą się oczywiście bez nauczycieli. (…) To jest moje i mojego rządu zobowiązanie. Od przyszłego roku zmieniona zostanie Karta nauczyciela w sposób pozwalający na ustalenie w budżecie państwa odrębnej kwoty bazowej dla nauczycieli. Oczywiście wyższej niż w 2007 r. Bezpośrednio przełoży się to na podwyższenie wynagrodzeń nauczycieli w 2008 r.

Efekty i realizacja obietnic Tuska

Po roku pracy rząd oceniano najczęściej z umiarkowanym entuzjazmem. W raporcie Rząd Donalda Tuska. Pierwszy rok funkcjonowania, opublikowanym przez Instytut Jagielloński (Warszawa 2008), można znaleźć zestawienie celów deklarowanych w exposé premiera i ocenę ich realizacji. W zakresie edukacji wyszczególniono tam 12 pozycji zadań (pozycje od 76 do 87 w tabeli nr 1). Tylko trzy z nich zostały skwitowane jako zrealizowane. Były to: Poz.76 – większe środki budżetowe na edukację, Poz.77 – upowszechnienie edukacji przedszkolnej, zwłaszcza na terenach wiejskich i poz. 83 – podniesienie zarobków nauczycieli. W zasadzie potem była tylko stagnacja, rosnące niepokoje, rosnący gniew, zażenowanie, niechęć, irytacja, niesmak, zawiedzenie… Przepychanki. I nic.

6 sierpnia 2015 roku następuje zaprzysiężenie nowego prezydenta, Andrzeja Dudy i… zaczyna być ciekawie.

25 września 2015 roku Polska przyjęła Agendę 2030,

a wraz z nią – 17 celów i 169 związanych z nimi zadań, co zbiegło się w naszym kraju w czasie z pracami nad średniookresową strategią (nowy model) rozwoju kraju – Strategią na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju oraz jej wdrażaniem.  Premier Morawiecki powiedział: „Ambitna wizja świata wolnego od ubóstwa, gdzie każdy człowiek może korzystać i korzysta z rozwoju społeczno-gospodarczego, zawarta w Agendzie 2030, jest też naszą wizją i naszym celem. Polska jest zdeterminowana do realizacji Agendy 2030 i osiągnięcia celów zrównoważonego rozwoju” – utopijna wizja świata wolnego od ubóstwa, znaną z wizji komunistycznych ideologów, nazywana „ambitną”.

No cóż. Wszystkie 17 celów i 169 zdań mają zostać osiągnięte do 2030 roku. 

28 kwietnia 2015 roku – jeszcze przed podpisaniem Agendy 2030 i porozumienia klimatycznego – w Watykanie odbyło się ważne spotkanie współfinansowane przez oenzetowską grupę SDSN (Sieć Rozwiązań na rzecz Zrównoważonego Rozwoju), która wezwała watykańskich urzędników do prowadzenia propagandy na temat wpływu zmian klimatycznych i potrzeby zrównoważonego rozwoju. W konferencji wzięli udział między innymi ówczesny sekretarz generalny ONZ Ban Ki-moon.

Ban Ki-moon pochwalił uczestników sympozjum za podnoszenie świadomości na temat pilnej potrzeby przeciwdziałania zmianom klimatycznym i promowanie zrównoważonego rozwoju. „Owocem” konferencji było oświadczenie, w którym stwierdzono, że zmiany klimatu wywołane działalnością człowieka są faktem naukowym i ich zdecydowane łagodzenie jest moralnym oraz religijnym obowiązkiem ludzkości.

Ogromne zaangażowanie Watykanu w propagowanie neomarksistowskiej koncepcji zrównoważonego rozwoju zadziwi niejednego katolika. Oficjalnie koncepcja ta głosi, że wszelkie aspekty działalności człowieka nie tylko powinny, ale wręcz muszą być podporządkowane warunkom środowiska, by nie szkodzić planecie i nie umniejszać szans przyszłych pokoleń na zaspokojenie ich potrzeb. Zakłada ona radykalne przekształcenie obecnego porządku społecznego tak, aby – zgodnie z terminologią oenzetowską – powstał nowy porządek ludzki. Za tym „nowym porządkiem” w istocie skrywa się stara maltuzjańska ideologia depopulacji.

Cele Agendy 2030 to między innymi:

Cel 4, dotyczący edukacji przez całe życie, przewiduje indoktrynację nie tylko dzieci i młodzieży, ale całego społeczeństwa na potrzeby Agendy 2030,  choć próbuje się to przykryć poprzez pomniejsze cele, takie jak aktywizacja całego społeczeństwa do wolontariatu. Ale uwaga, do wolontariatu na rzecz realizacji założeń Agendy!

Tu również warto dodać, że na razie w polskim raporcie nie wspomina się nic o permisywnej edukacji seksualnej i gender, co także jest wymogiem i wyznacznikiem edukacji wysokiej jakości. Docelowo każde państwo zaangażowane w realizację Agendy 2030 musi zrealizować ten wymóg. Co wydarzy się więc, gdy PiS, realizujący dziś Agendę na tak wielu polach, straci kiedyś władzę? Cóż, postępowi politycy będą mieli przygotowany idealny grunt do potwierdzenia tych kilku pozostałych założeń Agendy.

Cel 5, dotyczący równości płci, rząd planuje osiągnąć między innymi poprzez zachęcanie ojców do brania urlopów tacierzyńskich i walkę z przemocą w rodzinie, wzmacnianie agend państwowych, a także zachęcanie kobiet, które urodzą dzieci do szybkiego powrotu na rynek pracy. Ale w raporcie jest również mowa o tajemniczym zwiększeniu opieki instytucjonalnej nad dziećmi!  Co może to oznaczać, i jak wpływie na prawo rodziców do wychowywania dzieci – jeszcze nie wiadomo.

Twórcy Agendy 2030,

a za nimi przedstawiciele polskiego rządu, planują między innymi wprowadzenie szeregu podwyżek (według założeń mają ograniczyć ubóstwo), ograniczenie prawa własności (działanie ma przyczynić się do… eliminacji głodu), narzucić Polakom wymianę pieców (początkowo przy partycypacji finansowej państwa, później już bez niej), zakazać poruszania się samochodami spalinowymi po centrach miast, zaprowadzić politpoprawną indoktrynację na modłę ONZ i zaprzęgnąć całe społeczności do działalności na rzecz Agendy 2030, wdrożyć dość tajemniczo brzmiące „zwiększenie opieki instytucjonalnej nad dziećmi”, ograniczyć możliwości zatrudniania ludzi na umowy inne niż pełnoetatowe (sic!), czy jeszcze podwyższyć opłaty parkingowe! Nie brakuje też oczywiście zapewnień realizacji celów dotyczących „zmian klimatycznych”. Polski rząd ochoczo przystąpił do realizacji tych postanowień, choć uczciwie trzeba przyznać, że w planach przygotowanych przez ekipę Mateusza Morawieckiego nie znalazła się realizacja najgorszych założeń Agendy 2030 – tj. zrównoważonej reprodukcji oraz zdrowia seksualnego, co w praktyce oznacza dostęp do aborcji, antykoncepcji i edukacji seksualnej. Ale sam fakt braku zainteresowania posłów PiS obywatelskim projektem zakazującym w Polsce aborcji eugenicznej może sugerować, że wynika to właśnie z troski o relacje z ONZ.

Z programu Ruchu Narodowego czytamy w odpowiedzi:

„Należy zakończyć lewicowo-liberalny eksperyment indoktrynowania dzieci ideami obyczajowego permisywizmu. Wychowanie opiera się przede wszystkim na wskazywaniu młodym umysłom wzorców godnych naśladowania, dlatego w procesie edukacji nie możemy przedstawiać dewiacji seksualnych jako czegoś naturalnego, dobrego i normalnego. Osoby o zadeklarowanej odmiennej orientacji seksualnej lub z innymi widocznymi zaburzeniami tożsamości płciowej powinny mieć zamkniętą drogę do zawodu nauczyciela, wychowawcy, trenera czy opiekuna przedszkolnego. Ze szkół należy wykluczyć także tzw. ideologię gender, czyli programowe relatywizowanie różnic pomiędzy płciami. Propagatorzy „genderyzmu” celowo zacierają granicę pomiędzy badaniami akademickimi nad płcią, a implementacją zupełnie nowego, eksperymentalnego podejścia do wzorców płciowych do procesu edukacji i wychowania. Wolność badań naukowych nie oznacza swobody do eksperymentowania przez wychowawców z seksualnością nieświadomych tego dzieci. Tendencje do podważania tradycyjnych norm co do ról płciowych i zachowań seksualnych mogą wyrządzać szkody w sercach i umysłach uczniów, dlatego należy je bezwzględnie izolować od placówek edukacyjnych. Nie możemy pozwolić, by dzieci i młodzież były poddawane zgorszeniu podszywającemu się pod wychowanie.”

Zaczęto przebąkiwać na temat reformy edukacji

i powrotu to nauczania w systemie 8 + 4-5 (8 klas podstawówki, 4-5 klas szkoły ponadpodstawowej – średniej i technikum). Według niezrzeszonego posła Roberta Winnickiego, ustawa o reformie oświaty nie jest rewolucyjna. Zdaniem prezesa Ruchu Narodowego zmiany w szkolnictwie są kosmetyczne. W Popołudniu Wnet (16 grudnia 2016) twierdził, że największą bolączką nowej reformy jest centralizacja zarządzania strukturą oświaty.

– Ta ustawa jeszcze bardziej centralizuje zarządzanie szkolnictwem, bo daje większą władze kuratorium oświaty. (…) Przy tym rządzie jakoś to jeszcze będzie. Problem polega na tym, że tworzy się takie mechanizmy, które oddają [oświatę w ręce władzy – red.], a nie wzmacniają naturalnych i tradycyjnych postaw w społeczeństwie – podkreślał.

Stwierdził, że obecna reforma edukacji tworzy narzędzia, które mogą zostać wykorzystane w przyszłości przez liberalno-lewicowe partie… Wieszcze słowa!

Prezydent Andrzej Duda podpisał w poniedziałek (09.01.2017) ustawy reformujące system szkolny w Polsce. Oznacza to likwidację gimnazjów, powrót do 8-letnich szkół podstawowych, 4-letnich liceów ogólnokształcących i 5-letnich techników. W miejsce zasadniczych szkół zawodowych powstaną dwustopniowe szkoły branżowe.

Dodał, że nigdy nie miał „żadnych wątpliwości, że polski system edukacji wymaga naprawy i wymaga zmiany. Zresztą miliony Polaków od wielu lat mówią to samo – potrzebny jest dłuższy okres kształcenia w poszczególnych szkołach”.

– Rozumiem, że to powrót sentymentalny do ośmioklasowej podstawki, ale na takich sentymentach nie da się budować przyszłości – podkreśla Włodzimierz Kosiniak-Kamysz, przewodniczący PSL.

Przeciwko wprowadzanym przez rząd zmianom w edukacji protestowała opozycja, w tym Nowoczesna oraz Związek Nauczycielstwa Polskiego z panem Broniarzem na czele.

Dyktatura testów – mówi Robert Winnicki podczas pikiety pod gmachem MEN w Warszawie, 12 grudnia 2016 roku – „to jest hodowanie bezmózgów. To się podoba większości dzieci i młodzieży, bo testy są lekkie, łatwe i przyjemne, ale jeśli nie powrócimy do kształcenia ogólnego, klasycznego, to naprawdę będziemy hodowali niewolników (…) Mówią nam dzisiaj, że wszystko jest w internecie, wobec tego nie ma potrzeby, by uczniowie uczyli się geografii, historii, żeby uczyli się pamięciowo różnych rzeczy (…), bo wszystko znajda w internecie. Miejmy świadomość, że w internecie przydatne materiały może znaleźć tylko ten, kto wie, gdzie i jak szukać, czego ma szukać. Jeśli ktoś nie ma pojęcia o geografii, nie ma ogólnej wiedzy o świecie, to nie będzie wiedział, jak znaleźć informacje, nie mając przekrojowej znajomości historii czy literatury, a przynajmniej nie będzie myślał kategoriami epok. (…) To dotyczy każdej dziedziny (…)”

Reformę edukacji wprowadzamy po to, by polska szkoła była szkołą ambitną, otwartą, nowoczesną, ale też taką, która czerpie z tradycji i kultury polskiego narodu – mówiła premier Beata Szydło, rozpoczynając rok szkolny 2017/2018.

Na różnych forach internetowych

REKLAMA

można spotkać z mnogością komentarzy odnośnie zresztą każdej wszechświatowej i kosmicznej rzeczy, zatem również w sprawach prób wprowadzania jakiejkolwiek reformy, ale skupmy się jednak na próbach [przekształcania systemu oświatowego. I tak na przykład w połowie czerwca 2017 roku można było przeczytać takie głosy, jak „Szkoła powinna być obowiązkowa i finansowana z pieniędzy publicznych [co jest zrozumiałe], inaczej pogłębiłby się podział na klasy w społeczeństwie (mniej kasy – słabe bądź żadne wykształcenie, więcej kasy – dobre wykształcenie)” oraz „(…) a co z dzieciakami z marginesu społecznego – czy obowiązek szkoły do 18 r. ż. Byłby utrzymywany?” Wykażmy zatem nielogiczność powyższych argumentów (w kwestiach finansowych), cytując Konrada Daniela z vlogu na platformie YT – podziemnaTV (nagranie z 22 czerwca 2017 roku):

„Jeżeli ktoś pyta, co z dziećmi z marginesu społecznego, czyli ten margines społeczny istnieje dzisiaj, a od pokoleń mamy system centralny państwowej edukacji. To właśnie jest dowód na to, że [obecny] centralny system państwowej edukacji nie zapobiega powstawaniu, a w konsekwencji utrzymywaniu się marginesu społecznego. Przecież od lat, od pokoleń!, mamy państwowy system edukacji i znamy doskonale takie zjawisko, jak margines społeczny właśnie, czyli [logicznie rzecz rozumując] jest on między innymi produktem obecnego państwowego systemu edukacji. I to samo dotyczy tego, komentujący nazwał podziałem na klasy w społeczeństwie: biedni – mniejsze wykształcenie, bogaci – lepsze.). Przecież takie podziały znamy z życia [z codzienności], one istnieją MIMO centralnego państwowego systemu edukacji w Polsce, OD POKOLEŃ. (…) Jeżeli uważacie, że są wśród nas „Karyny i Sebixy o IQ ameby”, to zwracam tylko uwagę, że oni są PRODUKTEM obecnego systemu edukacji – państwowego, centralnego, obowiązkowego, przymusowego, który jest w Polsce od lat, OD POKOLEŃ”.

Pozwolę sobie odnieść się w tym miejscu znów do programu Ruchu Narodowego,

gdzie czytamy:

„Należy przywrócić szkolnictwu zawodowemu cykliczne przeglądy programów nauczania pod kątem potrzeb rynkowych. (…) Większy nacisk na sytuację szkół zawodowych i specjalistycznych sprawi, że ten typ kształcenia będzie bardziej atrakcyjny dla osób wybierających swoją przyszłą ścieżkę zawodową. (…) Uważamy, że szkoły muszą konkurować ze sobą, zwiększając poziom nauczania, natomiast rodzice powinni mieć swobodę w wybieraniu placówki edukacyjnej dla swoich dzieci. (…) Należy postawić szczególny nacisk na uproszczenie procedur powoływania małych szkół z uprawnieniami do finansowania publicznego. Szkoły takie mogłyby być prowadzone na uproszczonych zasadach przez zrzeszenia rodziców, stowarzyszenia lub fundacje. W szkołach takich obowiązywałaby autonomia organizacyjna i programowa. Natomiast tak samo jak w przypadku edukacji domowej istniałby nadzór jakości kształcenia w postaci odgórnych, państwowych egzaminów pozwalających dzieciom na zaliczanie kolejnych etapów edukacji. (…) Zwiększyć należy władzę dyrektora w dziedzinie zarządzania placówką, a zwłaszcza w dziedzinie wprowadzania przedmiotów nieszablonowych. Mowa tutaj o umożliwieniu dyrektorom organizowania dodatkowych zajęć takich jak np. nauka filozofii czy sporty walki lub nauka większej ilości języków obcych (w tym łaciny). Pozwoli to placówkom na przedstawienie ciekawszej oferty edukacyjnej. Autonomia dyrekcji przejawiałaby się także w prawie powoływania klas niekoedukacyjnych, rozdzielania klas ze względu na poziom nauczania, bądź w możliwości wprowadzenia w całej szkole chrześcijańskiego charakteru wychowania.”

Ostatni zacytowany akapit niejako przyczyniałby się do niezrównywania na chama (w dół!), jak to ma obecnie miejsce (i miało przez dziesięciolecia) poziomu nauczania, podtrzymując jak dotąd istny kipisz charakterów, umiejętności poznawczych, zdolności asymilacji czy sposobu oraz tempa przyswajania wiedzy. Klasy mogłyby być podzielone na uczniów tych mniej zdolnych i tych bardziej, przy czym trzeba przywołać jedną z ważniejszych w tym miejscu kwestii: kwestię dyscypliny, by nie dochodziło do zbędnych utarczek, wyzywań, wyśmiewań, np. podczas przerw lub nawet poza szkołą czy po lekcjach już:

„Szkoła od ostatnich lat (czytamy dalej w programie Ruchu Narodowego) przeżywa kryzys dyscypliny. Uczniowie nie szanują pedagogów i podważają ich autorytet. Należy odświeżyć wachlarz kar dyscyplinarnych nakładanych na uczniów i rodziców: chodzi tu o wprowadzenie możliwości ukarania ucznia nakazem pozostawania po lekcjach, pracami społecznymi dla dobra szkoły, a nawet nakładaniem kar finansowych. W uzasadnionych przypadkach kary mogłyby się odbywać pod nadzorem rodziców. Karą ostateczną byłoby dla uczniów pełnoletnich wyrzucenie ze szkoły, a dla uczniów niepełnoletnich i wciąż objętych rygorem obowiązku szkolnego – przeniesienie do szkoły o podwyższonym rygorze dyscyplinarnym z internatem. W takiej szkole większość pracowników powinni stanowić wojskowi. Obawa przed dostaniem się do takiej placówki sama w sobie stanowić będzie środek poprawiający dyscyplinę.”

Konrad Daniel z podziem,naTV mówi dalej:

„Szkoła nie jest darmowa

(…) Różne szkoły , na różnym etapie życia dzieci wymagają wyższych nakładów finansowych, mimo że są teoretycznie bezpłatne. (…) I już tutaj jest to rozróżnienie, że jednych stać na więcej, innych stać na mniej. Druga rzecz – są dzieci, które nie czerpią z tej szkoły tak, jak inne dzieci z różnych względów i tych różnic nie jesteśmy w stanie wyeliminować. Zawsze będą ludzie biedniejsi i bogatsi, mniej i bardziej rozwinięci w danej dziedzinie, np. intelektualnie. Nie da się tego wyrównać ani żaden system państwowy tego nigdy nie zrówna – jest to mrzonka, utopia”

I znów wracamy do

odpowiedzi Ruchu Narodowego

na to zagadnienie: wg tego programu szkoły powinny „konkurować ze sobą, zwiększając poziom nauczania, natomiast rodzice powinni mieć swobodę w wybieraniu placówki edukacyjnej dla swoich dzieci. Najlepszą metodą osiągnięcia tego celu jest wprowadzenie mechanizmu bonu oświatowego. Zgodnie z tym mechanizmem każdy uczeń miałby przypisaną określoną kwotę pieniędzy, która byłaby wypłacana comiesięcznie z budżetu państwa szkole, do której uczęszcza dziecko – niezależnie od tego, czy byłaby to szkoła państwowa czy prywatna. Dzięki temu rodzice niezadowoleni z poziomu edukacji w jednej szkole mogliby łatwo przenieść swoje dziecko do innej, a przypisane uczniowi pieniądze z budżetu „przenosiłyby się” razem z nim. W takich warunkach dyrektorzy i nauczyciele musieliby dbać o zwiększenie w różny sposób atrakcyjności swoich szkół, a rodzice – świadomi kontroli nad pieniędzmi z bonu oświatowego – stawialiby szkołom większe wymagania. W długiej perspektywie podniosłoby to ogólny poziom edukacji w całym kraju”

Niestety… Obecne systemy nauczania w Europie sprowadzają się do jednego – do wprowadzenia we wszystkich krajach członkowskich jednolitego, identycznego, na tych samych zasadach programu nauczania, zgodnego z wytycznymi ONZ, WHO i innych tego typu marksistowskich WTF… Idąc za przykładem – najbardziej, moim zdaniem, adekwatnym do cytowania w tej kwestii jest wręcz „klasyk gatunku”, pan Krzysztof Karoń, który powiedział:

„Powiedzmy, że hodujemy świnkę. Bardzo to nieładnie, ale powiedzmy sobie szczerze – los większości świnek jest dość… perspektywiczny, dość średnio przyjemny [wyłączywszy te u Orwella…]. Trzeba odżywić, żeby miała odpowiednie parametry i trzeba doprowadzić do takiego stanu, żeby była na tyle zadowolona, żeby nie mąciła, nie kwiczała [nie buntowała się, nie upominała o swoje, nie negowała, wreszcie – żeby nie przewidywała swojego losu – przyp. Mój], nie rozrabiała, ewentualnie pójdzie w ruch jakiś zastrzyk uspokajający albo włączymy jej do codzienności inne przyjemności. Taki jest cel produkcji mięsa. Dlaczego nie miałoby to być mięso armatnie albo inaczej formułowane? Mięso to mięso”.

Tutaj tytułem swojej skromności (a poważniej – tytułem wyjaśnienia, dlaczego akurat tego, powyższego cytatu użyłam), zapraszam do zapoznania się z pobieżną, ale konkretną analizą zagadnienia GENDER

Dlaczego akurat taki zabieg przekierowywania do innej treści?

Fundacja Życie i Rodzina zaapelowała do MEN (Ministerstwa Edukacji Narodowej) o natychmiastową kontrolę szkół pod kątem wprowadzania w ramach zajęć „deklaracji warszawskiej” , która jest polityką miejską na rzecz społeczności LGB. Obecna pani minister, Anna Zalewska, zadeklarowała, iż nie dopuści do tego, żeby jakieś środowiska LGB instalowały się w szkołach.

A w samej Warszawie – mówi Kaja Godek w udostępnionym 26 lutego 2019r. Na kanale platformy YT wywiadzie telefonicznym, przeprowadzonym dzień wcześniej – mamy do czynienia z ewidentnym przekraczaniem uprawnień przez pana prezydenta, Rafała Trzaskowskiego, gdyż nie jest on właścicielem warszawskich szkół, natomiast podpisał „kartę LGBT”, która bardzo mocno ingeruje w sferę edukacji w taki sposób, ze szkołom zaleca się wprowadzanie tzw. „edukacji równościowej” i tzw. „edukacji seksualnej” według standardów Światowej Organizacji Zdrowia [WHO] (…) oraz wprowadzenie do szkół tzw. „latarników” – osoby, które byłyby dedykowane do wprowadzania w danych szkołach postulatów LGBT, mające ich niby wspierać [młodych ludzi odmiennych tożsamością od tych dwóch podstawowych, w zamyśle bożym]”.

Trzeba dać odpór homopropagandzie.

(…) Trzeba dać odpór indoktrynacji i seksualizacji dzieci od najmłodszych lat. Trzeba nad tym debatować, dyskutować, a zaprosiliśmy bardzo szerokie grono. Zaproszony jest prezydent Rafał Trzaskowski, jego przedstawiciele, MEN, kuratorium oświaty, Rzecznik Praw Dziecka, instytucje społeczne, organizacje, ale również warszawskie kurie diecezjalne, jak również przedstawiciele zgromadzeń protestanckich, które również się wypowiedziały nt. tej karty – mówił w marcu tego roku, 2019, poseł Robert Winnicki.

Deklaracja LGBT+ zakłada działania w takich obszarach, jak: bezpieczeństwo, edukacja, kultura i sport, administracja, a także praca.

W dziedzinie edukacji w deklaracji zapowiedziano m.in. wprowadzenie tzw. edukacji antydyskryminacyjnej i seksualnej w każdej szkole, uwzględniającej kwestie tożsamości psychoseksualnej i identyfikacji płciowej.

„W każdej klasie jest co najmniej jeden uczeń lub uczennica LGBTQI*. To jak młode lesbijki, geje, osoby biseksualne, transpłciowe, queer i interpłciowe czują się w szkole zależy przede wszystkim od ich nauczycieli i nauczycielek, którzy swoją postawą i zachowaniem tworzą atmosferę zaufania i bezpieczeństwa. Przyjazna szkoła to szkoła, do której młodzież chodzi z przyjemnością i może w pełni się realizować. Chcesz takiej szkoły? Zorganizuj Tęczowy Piątek (…)” – czytamy na stronie kph.org.pl – Kampania Przeciw Homofobii, z dnia 20 września 2018.

Z kolei 26 października 2018 roku prezes Robert Winnicki w wywiadzie dla Mediów Narodowych mówił: „Faktycznym celem [wprowadzania różnych udziwnień do edukacji] jest indoktrynacja w duchu dewiacji seksualnych, po prostu; w duchu deprawacji dzieci i młodzieży (…)

Oczywiście – te tęczowe piątki, ta homopropaganda, ma w tle jeszcze szereg innych rzeczy, które się odbywają w tym czasie [równolegle – [przyp. mój], bo mamy chociażby naruszenie ustawy o ordynacji wyborczej. Pojawiają się watki – na broszurkach, które KPH rozdaje – agitacji do głosowania na tych, którzy popierają postulaty lobby LGB. Czyli jest jawna propaganda polityczna, agitacja polityczna, agitacja wyborcza wręcz”.

Zdaniem pani Joanny Skoniecznej z kph,org.pl „problem homofobii w szkołach istnieje i nie da się temu zaprzeczyć. Na szczęście mamy dostęp do narzędzi edukacyjnych, które dają nadzieje na zmianę” – zacytował panią koordynator do wdrażania udziwnień Tomasz Kalinowski, na co Robert Winnicki odpowiada: „Homofobia jest czym…? Niechęcią wobec formy jakiegoś dewiacyjnego zachowania? To NIE jest żaden PROBLEM, to jest NORMA KULTUROWA i trzeba ot jasno powiedzieć. Bez kwestionowania oczywistych, moralnych norm, nie da się przeprowadzić homopropagandy. Narzędziami edukacyjnymi, mającymi posłużyć Kampanii Przeciw Homofobii, są zajęcia w szkole, są lekcje – mowa jest otwarcie o lekcjach, które prowadzą nauczyciele lub są prowadzone przez jakichś aktywistów i tu wchodzi kompetencja dyrekcji danej placówki, kuratorium, Ministerstwa edukacji Narodowej i tutaj mamy do czynienia z agresją ideologiczną, wchodząca jako rzeczywisty przedmiot do szkół”.

Na zakończenie kolejny cytat, których w tym artykule wiele, ale mimo, iż natrafiłam nań „za pięć dwunasta” pisząc ów artykuł, postanowiłam go tu zamieścić. Na koniec:

„Coraz częściej, zastanawiając się nad polską polityką, przypominam sobie teorię wybitnego polskiego psychologa i psychiatry – Kazimierza Dąbrowskiego. To była teoria, mówiąca o rozwoju osobistym; teoria, która została wprowadzona do powszechnego obiegu pod nazwą dezintegracji pozytywnej. (…) Chodziło o to, że ktoś, kto ma świadomość, ład wewnętrzny, ułożony na poziomie młodzieńczym, musi przeżyć moment kryzysu, załamania się tego wszystkiego, żeby przejść na wyższy stopień integracji wewnętrznej. (…) Czy takiej teorii nie można odnieść do naszego życia politycznego?” – pyta sam siebie oraz swoich widzów, jak i „wodzów” naszego Narodu pan Witold Gadowski, w swym cyklicznym „Komentarzu tygodnia” na platformie YT.

Zgodzę się, można by, jeśli…

… jeśli do tej pory byłby JAKIŚ ład.

autor:

Jadwiga Zofia Langowska
REKLAMA

Komentarze