REKLAMA

Według inwestorów wygra Joe Biden. Ale szybko możemy się tego nie dowiedzieć, a niepewność jest najgorsza

Według inwestorów wygra Joe Biden. Ale szybko możemy się tego nie dowiedzieć, a niepewność jest najgorsza

Donald Trump po raz drugi czy Joe Biden? Średnia z sondaży w dniu wyborów prezydenckich w USA wskazuje na kandydata Partii Demokratycznej. Na taki scenariusz liczą też najwyraźniej giełdowi inwestorzy.

REKLAMA

Sondaże wyborcze potrafią mocno się różnić od późniejszych wyników, szczególnie w przypadku Stanów Zjednoczonych, gdzie system wyborczy jest niezwykle skomplikowany i ostatecznie można wygrać zdobywając mniej głosów niż rywal. Takie sytuacje miały miejsce w ostatnich latach dwa razy. Ostatnio, w 2016 roku, zwycięstwo miało przypaść Hillary Clinton (zdobyła 3 mln głosów więcej w wyborach powszechnych), ale to Donald Trump został prezydentem Stanów Zjednoczonych (dostał więcej głosów elektorskich 306 vs 232). 

Wybory w USA. Donald Trump vs Joe Biden

Rynki finansowe powitały go najpierw ze sporą dozą niepewności (w noc wyborów kontrakty terminowe na amerykańskie indeksy traciły nawet 5 proc.) – jako przede wszystkim niespodziewanego (wygrać przecież miała kandydatka demokratów), ale ostatecznie po wyborach rozpoczęły marsz w górę (już na drugi dzień były wzrosty), w ostatnich miesiącach sięgając najwyższych poziomów w historii. Pomógł im w tym częściowo sam Trump, obniżając podatki, na czym skorzystali przede wszystkim duzi podatnicy i korporacje.

Dlatego przez długi czas pojawiały się głosy, że przegrana Trumpa w tegorocznych wyborach może być przez rynki odebrana negatywnie – bo Joe Biden obiecuje, że podatki podniesie, poza tym, Trump jest już postacią „oswojoną” przez inwestorów, do której się przyzwyczaili, a demokrata to jednak w części niewiadoma. Są tacy, którzy nadal tak uważają – na przykład według JP Morgan zdecydowana wygrana Trumpa oznaczać może wzrosty indeksów. Z drugiej strony, rynki może wesprzeć potężny program odbudowy gospodarki, a na to można liczyć w przypadku wygranej Bidena. Do tego dochodzą jeszcze inne wybory – do Kongresu (w USA odbywają się co dwa lata, przy czym Izba Reprezentantów odnawiana jest w całości, a Senat w 1/3). Ale po kolei. 

Po pierwsze: sondaże

Najpierw sondaże: w średniej zbieranej przez portal FiveThirtyEight widać wciąż wyraźną przewagę Bidena nad Trumpem, na poziomie ponad 8 punktów procentowych (51,8 proc. vs 43,4 proc.). Wprawdzie w połowie października była większa, ale 8 pkt proc. to nadal znacznie więcej, niż cztery lata temu miała Hillary Clinton (koło 3 pkt proc.). Portal przeprowadził też symulację wyborów w kilkudziesięciu tysiącach prób. Z tej symulacji wynika, że Joe Biden ma znacznie większą szansę na wygraną – choć w przypadku Trumpa nadal ona istnieje i wynosi według FiveThirtyEight 1:10. 

Sondażownia YouGov w swoim ostatnim badaniu przed wyborami wskazuje na 10-proc. przewagę kandydata Partii Demokratycznej. W nieco wcześniejszym (sprzed około doby) przelicza też poparcie na głosy elektorskie – to one decydują o wygranej. I tutaj również Biden ma wyraźną przewagę (by wygrać, należy zdobyć 270 głosów elektorskich). 

Wiele zależy, jak zwykle w Stanach Zjednoczonych, od tak zwanych swing states, czyli stanów, które nie mają twardo określonego koloru sympatii politycznych. Wśród nich zwykle była m.in. Floryda, która daje dużo głosów elektorskich. W tym roku sondaże dają tam przewagę Bidenowi, ale nie jest ona duża. Jako swing states, czyli stany, które mogą zdecydować o wyniku wyborów wymieniane są: Wisconsin, Michigan, Pensylwania, Arizona, Georgia, Iowa, Karolina Północna, Teksas (kiedyś tradycyjnie republikański) i wspomniana Floryda. Średnia poparcia w sześciu kluczowych w tym kontekście stanach wskazuje jednak na wygraną Bidena. 

Niemniej, panuje przekonanie, że wygrana Joe Bidena jest scenariuszem bardzo prawdopodobnym. Ekonomiści z ING Banku w Polsce uzasadniają to pisząc, że Donald Trump ma istotny, większy niż przed czterema laty deficyt poparcia w sondażach, wyborców niezdecydowanych jest mniej niż wtedy, a do tego Joe Biden ma mniejszy elektorat negatywny nie tylko w porównaniu z Trumpem, ale i z Hillary Clinton. 

Po drugie: rynki finansowe

Ogólnie, taki scenariusz, czyli wygrana Bidena, na rynkach mógłby wywołać spadki. Kandydat demokratów chce, jak już wspominaliśmy, podnosić podatki najbogatszym i wprowadzać dodatkowe regulacje, co inwestorom może nie bardzo się na dłuższą metę spodobać. Niemniej we wtorek na giełdach mamy dość wyraźne wzrosty, w Europie wczesnym popołudniem były to poziomy około. 2 proc., choć później nieco wyhamowały. Także indeksy na Wall Street zaczęły wtorkową sesję na plusach.  

Do tego osłabia się dolar wobec euro, co również jest znakiem mniejszej niepewności. Dolar amerykański postrzegany jest jako jedna z tak zwanych bezpiecznych przystani, w których inwestorzy „parkują” swoje pieniądze w czasach zwiększonego ryzyka. 

Dla inwestorów najgorsza jest wspomniana niepewność. W sytuacji, w której znajdują coraz więcej przesłanek dla jednego scenariusza, często reagują optymizmem. Zwłaszcza, że oczekiwane jest nie tylko zwycięstwo Bidena, ale i wygrana demokratów w dwóch innych ważnych głosowaniach – wyborach do Izby Reprezentantów oraz przejęcie większości w Senacie. Szczególnie Senat jest tu istotny, bo gdyby kontrolę w nim utrzymali republikanie, mogliby – i zapewne by to robili – blokować reformy Bidena. 

Po trzecie: nietypowe wybory w USA. Koronawirus, poczta i uznanie wyniku 

Ten scenariusz tak zwanej „błękitnej fali” wcale nie jest przesądzony (niebieski to kolor demokratów, czerwony republikanów). Do tego dochodzi jeszcze jeden element niepewności: termin podania wyniku. W USA można oddać głos wcześniej, w niektórych stanach wyborcy mogą to zrobić od tygodni. Ale tych głosów możemy szybko nie poznać.

Liczenie w wielu stanach zacznie się dopiero po zamknięciu lokali wyborczych, dziś w nocy. A przedterminowo w wyborach powszechnych zagłosowało już ponad 90 milionów Amerykanów. Z sondaży wynika, że przeważają wśród nich zwolennicy Partii Demokratycznej. Wśród wyjaśnień pojawia się to, że wyborcy demokratyczni bardziej przejęli się pandemią koronawirusa i w związku z tym byli bardziej skłonni, by oddać głos wcześniej, za pomocą poczty, z kolei wyborcy republikańscy, postrzegani jako bardziej skłonni do kontestowania ryzyka i wierzący wypowiedziom Trumpa, chętniej mają głosować w dniu wyborów.

Głosy oddawane w lokalach wyborczych są zliczane dość szybko, ale liczenie tych korespondencyjnych może długo potrwać. W związku z tym, wyraźnego zwycięzcy możemy nie poznać od razu, albo co gorsza, przydział głosów może się w najbliższych dniach zmieniać. To będzie dawać paliwo Trumpowi do powtarzania podejrzeń o nieuczciwość „pocztowych wyborów”, nie jest też wykluczone, że nie będzie chciał wyniku od razu uznać. Powtarzanie liczenia i przeciągające się rozstrzygnięcie może wywołać spadki na rynkach akcji. Niepewność podsyciłaby też sytuacja, w której następuje pewien polityczny klincz: czyli władza podzielona jest między dwie partie, z Senatem utrzymanym przez republikanów (to najbardziej prawdopodobny „klinczowy” scenariusz). 

Po czwarte: gospodarka

Donald Trump, którego zamiłowanie do komentowania rzeczywistości na Twitterze jest po tych kilku latach powszechnie znane, lubił przypisywać sobie w postach między innymi wzrosty na giełdzie. Nie przepuszczał też okazji, by uzasadniać swoją prezydenturą dobre dane z gospodarki. Gospodarka trzymała się nieźle, choć nie do końca tak różowo, jak zaplanował, ale PKB rósł w granicach 2-3 proc. rocznie. A potem przyszła pandemia, lockdown i załamanie, które można porównać tylko do największych kryzysów gospodarczych.

Wprawdzie trzeci kwartał przyniósł rekordowe odbicie PKB, co dla Trumpa było idealną pożywką w kampanii. Tyle że jest ono rekordowe po rekordowym spadku, druga fala pandemii może jeszcze na koniec roku mocno namieszać w gospodarce, a ogółem ten rok Stany też najpewniej zakończą na minusie. Według październikowej prognozy Międzynarodowego Funduszu Walutowego, amerykański PKB spadnie w 2020 r. o 4,3 proc. Jeśli tak się stanie, będzie to spadek głębszy niż w czasie ostatniego kryzysu. 

Niezbyt pochlebnie dla Trumpa wyglądają też inne gospodarcze wskaźniki, które obiecywał poprawić, w tym deficyt handlowy, którym uzasadniał prowadzenie wojny handlowej z Chinami. Deficyt w handlu USA wprawdzie mocno spadł na początku tego roku, ale tutaj za główny czynnik można uznać pandemię koronawirusa. Potem znów wzrósł, nie pomagając jednocześnie w poprawie sytuacji w amerykańskim przemyśle (co Trump obiecywał m.in. wyborcom z tzw. pasa rdzy). 

Do tego powiększył się deficyt budżetu USA. Nie widać wyraźnego wpływu pieniędzy od firm, które skorzystały na obniżeniu podatków (na co liczyli republikanie). Dziura w amerykańskim budżecie powiększała się z roku na rok. W ubiegłym zbliżyła się do biliona dolarów. W tym roku mocno dorzuciły się ogromne środki przeznaczone na wsparcie gospodarki w pierwszej fali koronawirusa i deficyt zwiększył się  do rekordowego ponad 3 biliona dolarów (gdyby nie pandemia, przekroczyłby bilion). 

Dług publiczny, który, jak obiecywał niegdyś Trump, miał zniknąć, nie tylko nie zniknął, ale i się powiększył. Zamiast spłacania są pożyczki na kolejne biliony dolarów – w ostatnim czasie oczywiście spowodowane koniecznością walki z koronawirusem. 

Jaki pomysł na gospodarkę miał Trump w obecnej kampanii? Raczej kontynuację wcześniejszego podejścia – choć w jego wypowiedziach, w czasie debat, trudno było znaleźć wiele konkretów. Zostaną więc obniżone podatki, zapewne i wojna handlowa z Chinami. Trump chciałby dużego planu dla infrastruktury, jednak nie przedstawił jego założeń, zapowiadał też wygraną amerykańskich firm w wyścigu po 5G. Nie bardzo ma z kolei ochotę popierać kolejny ogromny covidowy pakiet pomocowy dla gospodarki, w jego wykonaniu byłby on więc zapewne mniejszy niż to, na co jest skłonny zgodzić się Biden. 

„Czysta” wygrana demokratów, czyli zgarnięcie zarówno prezydentury, jak i przejęcie większości w obu izbach Kongresu, oznaczałaby, że do gospodarki amerykańskiej mogą popłynąć ogromne pieniądze. Po pierwsze, rozwiązałby się problem ze wspomnianym nowym pakietem fiskalnym, co do którego jak na razie obie partie nie mogą się dogadać (to też mógłby być pozytywny argument dla rynków). Obserwatorzy szacują, że taki pakiet mógłby sięgnąć nawet 3 bilionów dolarów. Biden w programie ma też plan na „zielone” inwestycje w infrastrukturę, który w ciągu 10 lat miałby pochłonąć 1,3 biliona dolarów, zapewnić pracę klasie średniej i doprowadzić do gospodarki zeroemisyjnej do 2050 roku. Dla rozwiązania sporu z Chinami Biden chciałby stworzenia koalicji międzynarodowych sojuszników. 

Obaj kandydaci stawiają na tworzenie miejsc pracy poprzez infrastrukturę, choć Trump podkreśla przede wszystkim „nacjonalizację” miejsc pracy w przemyśle, czyli zwiększenie ich w tym sektorze w USA, a Biden mocno stawia na inwestycje, które mają związek z klimatem. W przypadku obu z nich nie ma chyba co liczyć na to, że deficyt budżetowy i dług publiczny istotnie spadną. 

Źródło: gazeta.pl

REKLAMA

Komentarze