REKLAMA

Stare warcholstwo w nowym kostiumie

Stare warcholstwo w nowym kostiumie

Deklaracja dwunastu prezydentów największych polskich miast w których domagają się oni otwarcia granic dla masowej imigracji przywołuje najgorsze widma warcholstwa i partykularyzmu, które tak fatalnie zaciążyły na historycznym losie Polaków. Nie mniej fatalne konsekwencje mogą mięć one w XXI wieku.

30 czerwca, na specjalnej konferencji Unii Metropolii Polskich w Gdańsku prezydenci Białegostoku, Warszawy, Krakowa, Rzeszowa, Bydgoszczy, Lublina, Szczecina, Gdańska, Łodzi, Poznania i Wrocławia podpisali deklarację „Miasta Integrujące. Integracja = Bezpieczeństwo”. Nie ma żadnych wątpliwości, że deklaracja została podpisana i demonstracyjnie ogłoszona w kontrze do twardego stanowiska rządu, sprzeciwiającego się zwożeniu do Polski nielegalnych imigrantów, których beztrosko wpuściły na swojej terytorium państwa Europy Zachodniej i Południowej, a odpowiedzialnością za których usiłują się teraz podzielić z pomocą, szukającej instytucjonalnego bata na nieposłusznych, Komisji Europejskiej. Włodarze wielkich miast w zasadzie równie beztrosko wzywają do otwarcia granic bowiem przyjmowanie imigrantów ma być według nich „nieuniknione, a w kontekście sytuacji społeczno-demograficznej Polski – wręcz korzystne”. Piszą nawet, niejako awansem, o „duchu solidarności i odpowiedzialności za wspólnotę, którą tworzymy wraz z imigrantami” i chwalą multikulturalizm.

Nie miejsce tu pisać, jak absurdalnie brzmią tego typu zaklęcia w dobie wybuchających bomb, czy imigranckich gett, żyjących w zachodniej Europie życiem równoległym wobec życia rdzennych narodów. Na ten temat napisano bardzo wiele. Na ten temat dyskusja aż huczy i zdaje się, że kolejne fakty nie przekonają tych, którym ideologiczne klapki na oczach do tej pory nie pozwalają tych faktów dojrzeć, a którzy szczęśliwie w naszym kraju należą do mniejszości. Co innego przykuwa uwagę w wystąpieniu prezydentów dużych miast. Najbardziej złowieszcze w tej politycznej demonstracji jest to, jak w jej prowodyrach inkarnował się fatalny archetyp anarchicznego sarmaty-sobiepana, bezwzględnie forsującego partykularne interesy i „wolności”, archetyp który niegdyś złamał historyczną karierę naszego narodu.

Konfederacja powiatów

W popularnej wyobraźni Polaków, wyniesionej z lekcji historii, jawi się nam ten archetyp w postaci posła Władysława Sicińskiego i jego liberum veto, które zakończyło posiedzenie Sejmu z 1652. Tak po prawdzie Siciński stał się symbolem politycznej gangreny, która przyczyniła się do śmierci Rzeczpospolitej szlacheckiej, nieco na wyrost. Zawetował on jedynie, na polecenie swojego magnackiego patrona Janusza Radziwiła, przedłużenie obrad parlamentu. Przed nim robili to już inni, a praktyka zrywania obrad w ich trakcie, a nawet przed rozpoczęciem, została zapoczątkowana 17 lat później. Warto też dodać, że, teoretycznie, jednomyślność obowiązywała na szlacheckich sejmach już od ich zarania, jednak w XVI wieku instynkty polityczny sarmatów były na tyle zdrowe, że potrafili wywrzeć presję na pojedynczych warchołów oponujących wobec woli powszechnej, jeśli trzeba to i szczękiem szabel.

Liberum veto nie doprowadziło do upadku państwowości I Rzeczpospolitej. Nie mogło, bo I Rzeczpospolita nie była w ogóle państwem sensu stricto. Była państwem fantomowym, jak to zauważył w swojej fenomenalnej pracy „Fantomowe ciało króla” Jan Sowa, który będąc lewicowcem, chcąc nie chcąc napisał książkę „w 80 procentach endecką”, jak to słusznie ocenił z kolei mój przyjaciel od metapolitcznych deliberacji przy lampce wina.

Wbrew utartemu przekonaniu to nie Sejm był naczelnym organem władzy nad Wisłą w wieku XVI czy XVII. Posłowie na Sejm nie byli bowiem reprezentantami całej Rzeczpospolitej ani całego narodu szlacheckiej braci. Byli jedynie realizatorami woli sejmików ziemskich, które ich do parlamentu wysłały, całkowicie związanymi instrukcjami, od lat 20 XVI wieku wydawanymi na piśmie, na realizację których posłowie byli zaprzysięgani. Ich czysto wykonawcza rola była zakreślana tak restrykcyjnie, że poseł nie tylko miał obowiązek zabrać głos w określonych w instrukcji sprawach w taki sposób, jak przykazali mu sąsiedzi z jego okolicy, ale nie mógł w praktyce debatować o niczym innym niż mu ściśle zakreślono. Logika takiego ustroju doprowadziła do tego, że sejmiki ziemskie przejęły w końcu na siebie kompetencje skarbowe, a nawet zwierzchność nad oddziałami wojskowymi opłacanymi z podatków zebranych w danej ziemi. Tak oto nasi przodkowie zamiast normalnego państwa zbudowali sobie konfederację powiatów, w której horyzonty polityczne rządzących przeważnie nie wybiegały poza powiatowe granice, a pojęcie interesu przeważnie nie wybiegało poza pojęcie interesu partykularnej zaściankowej zgrai czy magnackiej „familii”. To musiało się skończyć tak jak się skończyło, to jest gładkim wejściem nowoczesnych państw, stworzonych przez obcych, w przestrzeń w której żadnego takiego państwa nie było.

Bitwa partyjnej wojny

Dziś to prezydenci 11 miast wchodzą w kontusz dawnych sarmatów. O ile jednak ci ostatni byli w prawie, głupim prawie ale prawie, bo wszak rola sejmików ziemskich została ustalona jeszcze statutem nieszawskim z 1454 roku, o tyle deklaracja współczesnych magnatów to jawny rokosz. Polityka imigracyjna pozostaje przecież wyłączną kompetencją administracji centralnej – Ministerstwa Spraw Zagranicznych, Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, Urzędu do Spraw Cudzoziemców, urzędów wojewódzkich, których funkcjonariusze dbają o szczelność granicy, decydują o przyznawaniu wizy bądź azylu, pozwoleń na pobyt czasowy lub osiedlenie się, wydają pozwolenia na pracę, ewidencjonują cudzoziemców przebywających na terytorium Rzeczpospolitej. Podstawy prawne ich działania ukształtował parlament, a ramy działania urzędników określa ogólna polityka rządu, do którego zawsze należy ostatnie słowo w takich kryzysowych i wymagających politycznej interpretacji sytuacjach, jak fala nielegalnych imigrantów. Fala w której radośnie, do czasu, kąpali się zachodni europejczycy. Prezydenci miast, łączą w swoim ręku uprawnienia wójta i starosty, wśród nich nie ma prerogatyw do decydowania o tym który cudzoziemiec i na jakich zasadach może przebywać na terytorium państwa. Gdyby nasi miejscy prominenci posunęli się do jakiejkolwiek formy praktycznej kolaboracji z Komisją Europejską, byłaby to uzurpacja i oczywiste złamanie prawa. Na razie ich deklaracja jest buńczuczną demonstracją polityczną.

Wbrew humanitarnym sloganom, akcja prezydentów, której motorem jest znany z kontrowersyjnej działalności prezydent Gdańska, Paweł Adamowicz, jest oczywistym aktem krajowej walki politycznej. Adamowicz to prominentny przedstawiciel Platformy Obywatelskiej, choć nie tak prominentny jak Hanna Gronkiewicz-Waltz, która jest przecież wiceprzewodniczącą stronnictwa odsuniętego od władzy przez obecną partię rządzącą. Działaczem PO jest także prezydent Lublina Krzysztof Żuk, prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak, prezydent Łodzi Hanna Zdanowska i prezydent Bydgoszczy Rafał Bruski. Tadeusz Truskolaski uzyskał prezydenturę Białegostoku z oficjalnym poparciem PO. Prezydent Szczecina Piotr Krzystek zaczynał swoją karierę na tym stanowisku również jako członek PO, potem pokłócił się z partyjnymi kolegami, ale nie przeszkodziło mu to być w 2015 r. jednym z założycieli komitetu wyborczego Bronisława Komorowskiego. Współzałożycielami tego komitetu byli także wywodzący się ze środowiska Sojuszu Lewicy Demokratycznej prezydent Rzeszowa Tadeusz Ferenc oraz prezydent Krakowa Jacek Majchrowski. Z poparciem PO władzę nad Wrocławiem zdobył także Rafał Dutkiewicz, który jeszcze w latach 90 robił interesy z Grzegorzem Schetyną i przez lata kolaborował z lokalnymi strukturami tej partii. Mimo późniejszych konfliktów startował do Sejmiku Województwa Dolnośląskiego z list PO w wyborach w 2014 r. Warto zatem mieć świadomość, że za wysokim moralizatorskim tonem, stoi działalność ludzi ściśle, bądź bardzo ściśle powiązanych z dawnym układem rządzącym, którzy dzisiaj wybrali taktykę „opozycji totalnej”.

Rzecz jasna żadna taktyka partyjna nie usprawiedliwia tak jawnego stanięcia przeciw naszemu państwu, jakie by nie były jego władze, w wyraźnym geście poparcia dla polityki zewnętrznego ośrodka, próbującego ograniczyć suwerenność naszej ojczyzny. Przecież nie można mieć wątpliwości, że ta „garstka uchodźców”, jak o paru tysiącach imigrantów lubią mówić liberalni komentatorzy, to preludium systemowego mechanizmu, który ma wyjąć politykę migracyjną z suwerennych kompetencji państw narodowych. Do tego dąży w istocie Komisja Europejska.

Stronnictwo globalistów

Wydaje się jednak, że myli się ten, kto w wystąpieniu jedenastu magnatów III RP widziałby tylko kolejny taktyczny zajazd w wojnie PO z PiS. Wpisuje się ono w ewolucję ideową wyraźnie widoczną w partii Grzegorza Schetyny i jej taktycznych sojuszników. Emblematyczna jest w tym kontekście postać Rafała Dutkiewicza. Polityk, który jeszcze przed dekadą był ukazywany przez sieroty po POPiSie jako nadzieja centroprawicy, niedawno nazwał masową imigrację Ukraińców, którzy stanowią już przeszło 10 procent mieszkańców Wrocławia, „błogosławionym zjawiskiem” i „lekarstwem na polską ksenofobię”. Nie trudno w tych słowach dosłuchać się tonu, na zachodzie pobrzmiewającego w tyradach najskrajniejszych lewicowców, którzy przyznają, że w zapraszaniu imigrantów nie chodzi o żadną gospodarkę i brak rąk do pracy, ale o inżynierię społeczną, o skruszenie zastanych struktur kulturowo-społecznych, definiowanych jako „opresywne”.

Dutkiewicz znany jest też we Wrocławiu ze swojej germanofilskiej polityki historycznej, w czym zresztą jest jak najbardziej podobny do inicjatora nieszczęsnej deklaracji – Adamowicza. Ten drugi oznaczył w swoim mieście „Rondo Graniczne Wolne Miasto Gdańsk – Rzeczpospolita Polska” i odsłonił niemiecki napis „Postamt” na gmachu gdańskiej poczty, tej samej, która spłynęła krwią jej polskich obrońców 1 września 1939. Dutkiewicz był także gorliwym promotorem postmodernistycznego filozofa Zygmunta Baumana kwestionującego integralność tradycyjnych kultur i narodów. Prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak pozostaje z kolei znany z poparcia dla ruchu LGBT.

W dyskusji publicznej zdobyła sobie prawo obywatelstwa teza, że dawna klasyfikacja prawica-lewica jest już kompletnie nierelewantna dla opisu współczesnych podziałów ideowo-politycznych. Jeśli szukać dziś osi podziału wyjaśniającego nam dynamikę procesów politycznych, to będzie nim podział na lokalistów i globalistów. Ci pierwsi są przywiązani do suwerenności państw, tradycyjnych struktur społecznych, ale też i ekonomicznych, skąd bierze się ich nieufna, niegdyś charakterystyczna dla lewicy, postawa wobec globalnego turbokapitalizmu i fundującej go ideologii neoliberalizmu. Nurt globalistyczny, w który zlała się dawna zachodnia mainstremowa prawica i lewica, łączy w sobie poparcie dla postmodernistycznej rewolucji kulturowej, znoszącej tożsamości i granice narodów, a nawet płci, z pozytywną oceną kruszenia granic państw przez „wolny przepływ kapitału i ludzi”.

Jeden z naczelnych ideologów globlizmu w lewicowym wydaniu, zmarły niedawno amerykański politolog Benjamin Barber, dokonał gruntownej krytyki państwa narodowego, które „bazuje na narodowej monokulturze oraz dąży do niezależności i suwerenności, a to stoi w sprzeczności ze wspólczesnym światem, który trapiony jest problemami globalnymi i radził by w zglobalizowanym świecie dowartościować politycznie włodarzy wielkich metropolii miejskich, co było tezą jego wydanej w 2013 r. książki Gdyby burmistrzowie rządzili światem. Dysfunkcyjne kraje, rozkwitające miasta”. Wielce znamienne, że Barber jeden z głównych przejawów wyższości funkcjonowania wielkomiejskich samorządów wobec rządów narodowych widział właśnie na płaszczyźnie polityki migracyjnej, chwaląc otwartość i multikulturalizm współczesnych metropolii i ganiąc próby uszczelniania granic państwowych. Nie da się w deklaracji prezydentów z 30 czerwca nie dostrzec manifestu utrzymanego właśnie w duchu ideologii uznającej międzynarodowe migracje za konieczność dziejową i podważającej kompetencje państwa narodowego w zarządzaniu wywołanym przez napór migrantów kryzysem.

Niebezpieczne mrzonki

Partykularyzm lokalny i regionalny jest problemem Polski i Polaków od 500 lat, ale w kontekście globalistycznych tendencji stymulowanych przez rządy mocarstw, ponadnarodowe organizacje takie jak UE, globalne elity finansowe i międzynarodowe korporacje, współczesne wcielenie archetypu polskiego warchoła, jest nie mniej groźne niż dawni magnaci przekupywani przez ościenne monarchie absolutne. Kluczowym uwarunkowaniem pozostaje zresztą przynależność do Unii Europejskiej, w której samorządy ustanawiają bezpośrednie relacje z jej instytucjami, te ostatnie zaś szafują miliardami euro. Rodzi to określone wnioski. Imperia takie jak USA czy Rosja, zarządzane przez elity wychowane w szkole mocarstwowej polityki, mogą mieć strukturę federalną i nie grozi to ich wewnątrzsterowności. W kraju postkolonialnym takim jak Polska, w którym znaczna część elity pozostaje skolonizowana mentalnie, dla której suwerenność nie jest wartością samą w sobie a fetyszyzowany „Zachód” pozostaje absolutnym punktem odniesienia, należy raczej rozstać się z mrzonkami o rzekomych pożytkach płynących z decentralizacji. W naszym kontekście te mrzonki są niebezpieczne.

Autor jest publicystą portalu Kresy.pl

 

autor:

Karol Kaźmierczak
REKLAMA

Komentarze