REKLAMA

PRAW(N)A STRONA: Opodatkowanie sztuki i sztuka opodatkowania

PRAW(N)A STRONA: Opodatkowanie sztuki i sztuka opodatkowania

REKLAMA

Nowy rok otworzył nowy rozdział w historii najpopularniejszego polskiego narzędzia do „optymalizowania” podatków, czyli umowy o dzieło z przeniesieniem praw autorskich. Słowem wprowadzenia: od wielu lat umowy o dzieło obejmujące przeniesienie praw autorskich korzystają z bardzo atrakcyjnej „ulgi” podatkowej na poziomie 50%. Przekładając to na język pieniędzy – umowa o wykonanie „artystycznego” dzieła jest realnie opodatkowana PIT na poziomie 9%. Taka umowa o dzieło jest więc podatkowo jedną z najtańszych form legalnej pracy w naszym systemie.

W pomroce dziejów giną powody, dla których w ogóle stworzono taki przywilej podatkowy. Może któryś minister miał ambicję, by Polska stała się światowym liderem w dziedzinie sztuk pięknych? Może urzędnikowi projektującemu ustawę „dzieło” kojarzyło się tylko z malarstwem i uznał, że farby są drogie, więc artystów trzeba potraktować ulgowo? A może po prostu szef ZAiKSu dobrze się znał z jakimś dyrektorem w Ministerstwie Finansów? Tak czy inaczej, do polskiego prawa na stałe weszła idiotyczna zasada, że przygotowanie np. tekstu lub grafiki jest znacznie wyżej opodatkowane, kiedy przygotowuje ją pracownik zatrudniony na umowę o pracę, a znacznie niżej – kiedy tekst jest dostarczany na podstawie umowy o dzieło.

Jak to zwykle bywa z takimi przywilejami podatkowymi – są często używane, a jeszcze częściej nadużywane. Jeżeli opierać się na ogólnej liczbie corocznie zawieranych umów o dzieło z przeniesieniem praw autorskich, Polacy są bez wątpienia najbardziej artystycznym narodem świata. Szczególnie popularne są profesje: literata (praktycznie każdy samodzielnie napisany tekst jest objęty prawami autorskimi), grafika komputerowego, i oczywiście fotografa. Zapotrzebowanie na tego typu utwory, zwłaszcza w sektorze małych przedsiębiorstw, od lat przybiera niebywałe wręcz i stale rosnące rozmiary…

Żeby było jasne: w korzystaniu z tego typu umów przez pracowników i pracodawców nie widzę nic dziwnego ani nagannego – skoro system oferuje taką możliwość, to większość ludzi będzie zachowywać zgodnie z zasadami ekonomicznej racjonalności i ograniczy swoje wydatki na podatki. Zresztą w wypadku przedsiębiorców jest to wymagane dla przetrwania – na dłuższą metę przedsiębiorca dobrowolnie płacący wyższe podatki generalnie będzie przegrywał z konkurencją, która swoje podatki „optymalizuje”. Źródłem problemu jest więc system podatkowy, który tworzy tego rodzaju potworkowate narzędzia, które już na pierwszy rzut oka świetnie się nadają do unikania płacenia podatków w normalnej wysokości.

Oczywiście urzędnicy również nie są naiwni, i od lat trwa gra między przedsiębiorcami a skarbówką, którą można najprościej opisać: „my wiemy, że wy wiecie; a wy wiecie, że my wiemy, że wy wiecie”. Wiele sporów znajduje rozstrzygnięcie na salach sądowych, gdzie trwają bezustanne dyskusje o definicjach dzieła i utworu. I tak na przykład pozornie proste zagadnienie, czy wykład może być przedmiotem umowy o dzieło oraz czy spełnia definicję utworu – ma bardzo bogate, zróżnicowane i zmienne orzecznictwo.

Administracja skarbowa nieustannie naciska też na rząd, aby ograniczyć skutki fiskalne takiego uprzywilejowania umów o dzieło. Rząd PO wprowadził górny pułap uprzywilejowania – podatnik w danym roku podatkowym mógł korzystać z niższego opodatkowania tylko do określonej kwoty (ok. 40 000 zł), a przychody ponad tę kwotę były już normalnie opodatkowane. Koncepcja ta nie rozwiązywała może problemu, ale przynajmniej była względnie prosta w zastosowaniu i nie budziła większych wątpliwości interpretacyjnych.

Trudno więc zrozumieć, z jakiego powodu rząd PiS rozwiązanie to wyrzucił do kosza, a wprowadził za to własne, polegające na stworzeniu listy rodzajów umów, jakie mogą korzystać z niższego opodatkowania. Mianowicie 9-procentowy podatek przysługuje od początku roku wyłącznie, kiedy umowa o dzieło dotyczy działalności (art. 22 ust. 9b ustawy o PIT):

1) twórczej w zakresie architektury, architektury wnętrz, architektury krajobrazu, urbanistyki, literatury pięknej, sztuk plastycznych, muzyki, fotografiki, twórczości audiowizualnej, programów komputerowych, choreografii, lutnictwa artystycznego, sztuki ludowej oraz dziennikarstwa;

REKLAMA

2) badawczo-rozwojowej oraz naukowo-dydaktycznej;

3) artystycznej w dziedzinie sztuki aktorskiej i estradowej, reżyserii teatralnej i estradowej, sztuki tanecznej i cyrkowej oraz w dziedzinie dyrygentury, wokalistyki, instrumentalistyki, kostiumografii, scenografii;

4) w dziedzinie produkcji audiowizualnej reżyserów, scenarzystów, operatorów obrazu i dźwięku, montażystów, kaskaderów;

5) publicystycznej.

Rozwiązanie to otwiera oczywiście gigantyczne pole do interpretacji. Żeby użyć tylko kilku przykładów zapytań, z jakimi zwrócili się do mnie klienci:

– czy „sztuki plastyczne” obejmują grafikę komputerową?
– czy „muzyka” obejmuje przygotowanie zapisu nutowego ćwiczeń wokalnych?
– czy „dziennikarstwo” albo „publicystyka” obejmuje artykuły na temat zdrowego odżywiania?
– czy „działalność twórcza w zakresie literatury pięknej” obejmuje też tłumaczenie cudzej powieści?

I tak dalej… Tam, gdzie do tej pory były tylko dwa sporne pojęcia („dzieło” i „utwór”) teraz mamy ponad trzydzieści kolejnych. I teraz podatnicy będą ciągnąć w swoją stronę, a urzędy skarbowe w swoją, zaś sądy administracyjne będą rozstrzygać kolejne spory, tworząc olbrzymie i (bez wątpienia) wewnętrznie sprzeczne orzecznictwo. Prawnicy i urzędnicy będą poświęcać (w skali kraju) dziesiątki i setki tysięcy godzin, żeby wywalczyć swoje; a zapłaci za to i budżet, i gospodarka narodowa.

Znowu ucierpi też poczucie bezpieczeństwa prawnego. Jest to instytucja niewymierna, ale na dłuższą metę bardzo istotna, i nieprzypadkowo w wielu badaniach to właśnie skomplikowanie, niejasność i zmienność przepisów prawnych są wymieniane jako najważniejsze bariery dla przedsiębiorczości w Polsce. Fakt, że zmiana przepisów dotyczących umów o dzieło nie była przedmiotem szczególnego zainteresowania i namysłu ze strony żadnej z największych partii parlamentarnych, pokazuje po raz kolejny, że polska klasa polityczna funkcjonuje w zupełnym oderwaniu od potrzeb i realiów biznesu.

Autor jest członkiem Zarządu Głównego Ruchu Narodowego.

autor:

Michał Wawer
REKLAMA

Komentarze