REKLAMA

PRAWNA STRONA: Ciężar biurokracji

PRAWNA STRONA: Ciężar biurokracji

REKLAMA

Znajomy właściciel fundacji opowiedział mi ostatnio swoją przygodę, która wspaniale obrazuje z jakimi biurokratycznymi absurdami musimy sobie radzić w naszym kraju. Otóż fundacja znajomego ma, jak każdy biznes w Polsce, swój numer przeważającego PKD (zadeklarowany i wpisany do Krajowego Rejestru Sądowego) – jest to numer wskazujący po prostu na to, w jakiej branży działa dana firma. Realne znaczenie tego numeru jest między innymi takie, że na podstawie PKD ustala się wysokość składki wypadkowej ZUS – na przykład dla firmy z branży budowlanej czy przemysłowej składka ta będzie wyższa (bo większe jest ryzyko wypadku przy pracy), a dla firmy z branży typowo „biurowej” – niższa. Znajomy prowadzi właśnie działalność typowo biurową, więc na podstawie swojego PKD odprowadzał za swoich pracowników składki w minimalnej wysokości.

I wszystko było w porządku do dnia kontroli ZUS, która stwierdziła, że znajomy zaniżał swoje składki wypadkowe. Jak to się stało? Otóż okazało się, że składki ZUS powinno się wyliczać na podstawie PKD podanego w rejestrze REGON, a nie w rejestrze KRS. W wypadku większości firm PKD w obu rejestrach jest takie samo, ale – nie w wypadku fundacji. Główny Urząd Statystyczny, prowadzący rejestr REGON, nie uznaje PKD podanego w Krajowym Rejestrze Sądowym – uważa bowiem, że wszystkie fundacje zaliczają się do jednej branży pod nazwą „organizacje członkowskie”, niezależnie od tego, czy w ramach swojej działalności gospodarczej prowadzą biuro rachunkowe, czy produkują rury. A dla organizacji członkowskiej (którą fundacja notabene nie jest, bo nie może mieć członków, ale kogo to obchodzi) składki wypadkowe są uśrednione – wyższe niż dla działalności biurowej, a niższe niż dla przemysłowej. I tak znajomemu został wymierzony wyższy wymiar składki wypadkowej niż wszystkim innym firmom w jego sektorze, tylko dlatego, że działa akurat w formie fundacji, a nie na przykład spółki. Nie obyło się też bez kary finansowej. Oczywiście zanim sprawa została wyjaśniona, znajomy spędził cały dzień wisząc na telefonie, dzwoniąc na przemian do GUS i ZUS, i rozmawiając z coraz ważniejszymi urzędnikami aż do poziomu dyrektora departamentu (!), zanim komukolwiek udało się zrozumieć, jak to się dzieje, że firma ma jednocześnie dwa numery przeważającego PKD.

W wypadku znajomego ta luka prawna spowodowała, że musiał zapłacić ZUSowi więcej. Ale bardzo łatwo można sobie wyobrazić sytuację odwrotną. Nie ma żadnych przeszkód, żeby wielki zakład przemysłowy prowadził działalność w formie fundacji, płacąc w ten sposób znacznie niższą składkę wypadkową od swoich konkurentów, i w pełni legalnie uzyskując w ten sposób dodatkowe 1-2% zysku. W obie strony jest to jawne naruszenie zasad uczciwej rynkowej konkurencji.

REKLAMA

Przykłady takich absurdów w polskim prawie można mnożyć. Cały rejestr REGON, prowadzony przez Główny Urząd Statystyczny jest w ogóle jednym wielkim dublowaniem pracy urzędników i przedsiębiorców. W całości mieści się on bowiem w rejestrze NIP, prowadzonym przez administrację skarbową – nie może istnieć żaden podmiot posiadający numer REGON, a nie posiadający numeru NIP. Po co w takim razie prowadzić rejestr REGON? Nikt nie wie. Od lat mówi się o jego likwidacji i ostatecznie miała tego dokonać „Konstytucja dla biznesu” wicepremiera Morawieckiego. Ale niestety po niedawnym ogłoszeniu rządowego projektu okazało się, że tak szybko (dwa lata po rozpoczęciu kadencji!) to się nie da i rząd likwidacją zbędnego rejestru zajmie się… w nieokreślonej przyszłości.

Kolejny przykład, dotykający każdego osobiście – miejsce zamieszkania i miejsce zameldowania. Od lat w Polsce funkcjonują dwa systemy rejestracji adresów mieszkańców: jeden system, w którym podaje się miejsce zamieszkania (czyli adres, pod którym się faktycznie mieszka), i drugi, w którym podaje się miejsce zameldowania (czyli adres, pod którym… właściwie nie wiadomo co). Miejsce zamieszkania w praktyce rejestrują urzędy skarbowe, natomiast bazę meldunkową prowadzi MSWiA. Istnienie równolegle dwóch systemów rodzi w praktyce idiotyczne sytuacje, w których człowiek nie wie, jaki adres ma podać na deklaracji podatkowej, jakimkolwiek formularzu urzędowym, albo na przykład przy podpisywaniu listy poparcia dla kandydata w wyborach. Jestem przeciwnikiem odchodzenia od obowiązku meldunkowego – choćby dlatego, że praktyka działania sądów pokazuje, że zamieszkanie pod nieznanym nikomu adresem jest bajecznie prostą metodą na unikanie wierzycieli (można wtedy podważyć każdy wyrok i każde zajęcie komornicze, powołując się na to, że nie wiedziało się o postępowaniu i nie miało się możliwości obrony). Lepiej byłoby zrezygnować z instytucji „miejsca zamieszkania”, zostawić sam meldunek i egzekwować faktyczne wykonywanie obowiązku meldunkowego. Ale lepiej już zrezygnować z meldunku, niż utrzymywać  równolegle dwa systemy. Tymczasem parlament uchwalił ostatnio, że co prawda obowiązek meldunkowy oczywiście ma zostać zniesiony – ale nie teraz. Kiedyś.

Dublowanie się systemów rejestracyjnych to oczywiście tylko wierzchołek góry lodowej problemów z polską biurokracją. Jednak to, że nasze rządy od lat nie potrafią sobie poradzić z tym zagadnieniem, jest znamienne – pokazuje ogólną niemoc państwa polskiego. Istnienie podwójnych rejestrów nie jest przecież czymś nierozwiązywalnym – niewielki zespół rządowych prawników, informatyków i urzędników powinien być w stanie taki problem rozwiązać jedną ustawą w ciągu kilku miesięcy (zostawiając oczywiście odpowiednio długie, nawet kilkuletnie vacatio legis wszystkim urzędom dla przystosowania swoich systemów informatycznych). Nie ma dla takiej reformy żadnych możliwych przeszkód ideologicznych, politycznych czy moralnych – kwestia jest czysto techniczna. Mamy nawet Ministerstwo Cyfryzacji, które wydaje się wręcz stworzone do walki z takimi właśnie problemami! Tymczasem latami ponosimy koszty istnienia podwójnych systemów – koszty o trudnych do oszacowania rozmiarach, bo chodzi tu nie tylko o koszty bezpośrednie (wynagrodzenia urzędników pracowicie obsługujących niepotrzebne systemy, czy utrzymanie infrastruktury informatycznej przechowującej niepotrzebne dane). Przede wszystkim obciążają nas koszty pośrednie: stracony czas obywateli na załatwianie dwa razy tej samej sprawy, czy sytuacje takie, jak przytoczona na początku historia mojego znajomego, który wszystko zrobił prawidłowo – tyle tylko, że oparł się na innym rejestrze niż ZUS.

Autor jest członkiem Zarządu Ruchu Narodowego.

REKLAMA

Komentarze