REKLAMA

[FELIETON] Advocatus diaboli czy wyrachowany adwokat diabła?

[FELIETON] Advocatus diaboli czy wyrachowany adwokat diabła?

REKLAMA

Adam Józef Michalczyk || „Rozmaitości moje”

Pierwsze nauki odebrał w Krasnymstawie, a następnie został wysłany na studia do Paryża, skąd po kilku latach przeniósł się do Strasburga, a następnie do Padwy. Tam też napisał po łacinie swe dzieło De Senatu Romano Libri II („O Senacie Rzymskim Księgi Dwie), broszurę o starożytnym Rzymie, w której doszukiwał się odniesień zasad konstytucyjnych republiki rzymskiej do Korony Królestwa Polskiego. Od początku studiów poważnie interesował się polityką. Jego działania przeciwstawiały się tendencjom zmierzającym w kierunku absolutyzmu. Tendencje absolutystyczne były właśnie charakterystyczne dla pozostałych państw Europy.

Humanista-mecenas, filolog i mówca. Jan Saryusz Zamoyski – bo o nim tu mowa – urodził się 19. marca 1542 roku w Skokówce, a jego rodzicami byli Stanisław, kasztelan chełmski i Anna Herburtówna z Miżyńca. W 1589 r., w celu utrzymania pozycji rodu i zapobieżenia rozdrobnieniu majątku, utworzył Ordynację Zamojską, którą zarządzało po nim kolejno piętnastu ordynatów i która przetrwała do 1944 r. W 1580 r. założył miasto Zamość. W 1595 r. ufundował Akademię Zamojską. Jako senator brał udział w sejmach: 1601, 1603 i 1605 roku. Wspierał politykę Batorego przeciwną Habsburgom i imperium osmańskiemu oraz opowiadał się po stronie Batorego w jego dążeniach do wzmocnienia władzy królewskiej i osłabienia magnaterii.

– Tyle krótkich wspomnień z historii o senatorze polskim z przełomu wieków XVI-go i XVII-go. Wróćmy do senatorów nam współczesnych, z przełomu XX-ego i XXI-go wieku. Nie da się porównać politycznych warunków tych dwóch okresów, ale postawy i cechy, jakie powinny charakteryzować wybieranych senatorów przez ogół społeczeństwa dzisiejszego, już można.

Demokracja w obecnej dobie przede wszystkim – bez względu na wagę sprawy, czy chodzi o „rzeź niewiniątek”, czy prokuratorskie zarzuty wobec polityka – pokazuje, że podejmowane tu i ówdzie zmiany w sprawowaniu władzy między innymi, różne mają imię, a sprawiedliwość musi być po stronie Koguta. Wszak senator senatorowi łba urwać nie może. Tak się nie godzi, jak mniemają zapewne niektórzy. W końcu nie po to uchwalono immunitet dla ochrony wszelkiej nim obdarowanego, by teraz każdy kto chce, jeździł na parlamentarzyście jak na łysej kobyle. A koń to darowany. Jaka więc owa lansowana zmiana jest, każdy widzi. I jak tu mieć pretensję do przysłowiowego konia?

Jan Zamoyski był bezkompromisowy wobec przedstawicieli klasy społecznej z której sam się wywodził. Przede wszystkim wbrew owej większości zwalczał wśród nich tych, którzy dopuszczali się zdrady ojczyzny w imię partykularnych interesów. Interesów magnaterii dbającej wyłącznie o własne prawa, a nie powszechne prawa ówczesnej Rzeczypospolitej. Senator Zamoyski w swej bezkompromisowości nie bał się odpowiedzialności. Dzisiejsi senatorowie preferują natomiast odpowiedzialność demokratyczną –  czyli niczyją, co stanowi powtórkę z okresu w Polsce, kiedy to dominował tzw. ustrój klasy proletariackiej – a wszystko to  w imię niedzielenia Polaków, by z kolei senatorowi Kornelowi Morawieckiemu nie było smutno. Jednak z tą „niepodzielnością” też nie jest prawda, bo czyż społeczeństwo nie dzieli się na obywateli i tych nietykalnych? Ci drudzy obecnie – bo za czasów pana Jana Zamoyskiego było nieco inaczej pod tym względem, gdyż brakowało wtedy komuny w naszym rozumieniu – wywodzą się z klasy walczącej z owąż komuną, a część z nich z racji mianowania na walczących, też z jakiejś ważnej klasy się wywodzą, co często zwie się kastą. Właśnie ci autoryzowani obywatele wiedzą lepiej od pozostałych, co jest prawem, a co bezprawiem. Nie ważne przy tym, kto i gdzie ustanawia zasady prawa zgodnie z tym, jak nakazuje Konstytucja Rzeczypospolitej. Ważne jest to, kto był bojownikiem po właściwej stronie – i łapy precz od Frasyniuka i jemu podobnych Bolkowojów!

Stąd można wysnuć wniosek, że Jan Zamoyski ze swoją bezkompromisowością, również wobec „swoich”, nie miałby czego szukać w senacie nam współczesnym. Chyba że byłby tylko wybiórczo bezkompromisowy, albo demokratycznie bezkompromisowy. Tu może ktoś postawić zarzut, że szczególnie w polityce nie da się być „bezwzględnie” bezkompromisowym, bo ważna jest sztuka kompromisu. To też prawda, ale pod warunkiem wszak, że rzeczywista sztuka kompromisu nie sprowadza się do sztuki uległości dla uzyskania kompromisu za wszelką cenę, bo są wartości w życiu społeczeństwa jak i pojedyńczego człowieka, gdzie brak miejsca na jakikolwiek kompromis. Problem tak rozumianej bezkompromisowości wiąże się z tematem, który jest stale na nowo poruszany zarówno w kręgach sprawujących władzę jak i tych „innych” obywateli i wzbudza różne emocje –  najczęściej skrajne. Najpierw kilka przykładów z życia tak zwanych zwykłych obywateli, którzy mieliby w trybie demokratycznej debaty współdecydować w tworzeniu prawa powszech-nego. Tu zaznaczyć należy, że owo prawo stanowione powinno mieć zawsze odniesienie do niepisanego prawa moralnego i wartości uniwersalnych, właściwych każdemu człowiekowi, bez względu na to czy się z nimi zgadza, czy nie. A może się nie zgadzać, bo na przykład takie jest jego w danej sytuacji i momencie widzimisię, miara wychowania osobowego, lub stan jego wiedzy w tym względzie. Z częstych codziennych doniesień w różnych mediach możemy dowiedzieć się na przykład, że – dwaj mężczyźni z Aleksandrowa Łódzkiego podpalili 59-o letnią kobietę, która wkrótce zmarła. Tym samym owi dżentelmeni wyrazili swój pogląd w sprawie.

Opierając się na źródle wiadomości Telewizji Republika: „sportowe fakty wp” z dnia 14 lutego 2018 można dowiedzieć się, że:

„Kanadyjka Kim Boutin była czwarta na mecie wyścigu na 500 m w short tracku. Po tym jak Choi Minjeong, miejscowa faworytka została zdyskwalifikowana, awansowała na podium. Rozwścieczyło to kibiców z Korei Południowej, którzy zaczęli wysyłać kanadyjskiej zawodniczce wiadomości z pogróżkami…

… W mediach społecznościowych Boutin była obrażona przez koreańskich fanów, niektórzy z nich grozili jej nawet śmiercią.”

I reakcja władz olimpijskich:

„Na tę sytuację zareagował Międzynarodowy Komitet Olimpijski: – Nikt z nas nie może kontrolować mediów społecznościowych, a ludzie mają prawo powiedzieć to, co myślą, ale chcielibyśmy prosić każdego o szanowanie sportowców i wspieranie ich pracy – powiedział rzecznik MKOl Mark Adams.”

REKLAMA

Tak też – jak donosi Sebastian Moryń, również z dnia 14 lutego 2018 na łamach wiadomości Telewizji Republika, niejaki Adrian z Warszawy wziął komentarz rzecznika MKOl dosłownie i gdy: „Paweł K., który przechodził ze znajomymi ulicą Trębacką, usłyszał wulgarny komentarz i zareagował, zwracając Adrianowi uwagę na chamskie zachowanie. „ – ów Adrian dla wyegzekwowania soich praw…” – bo przeceż ludzie mają prawo powiedzieć to, co myślą: „… wyciągnął nóż i zaatakował Pawła K, zadając mu trzy ciosy nożem – dwa pod serce i jeden w brzuch.” – Czyli debatujesz publicznie i masz!

A że niedaleko pada jabłko od konia – jak trawestował Bertold Brecht – to też po owocach ich poznacie. Młodzież szkolna w tej materii szybko się uczy i naśladuje. Jak donoszą media, zgodnie z orzeczeniem sądu, gimnazjalistki z Gdańska – dopuściły się czynów karalnych. Nastolatki wiosną 2017 pobiły koleżankę przed szkołą, a także znęcały się, biły i groziły kilku innym nastolatkom.

Ataki nożowników, wyłudzenia, wymuszenia, znęcanie się, handel ludźmi, stręczycielstwo, i tak dalej. Czyż ten patologiczny sposób pojmowania istoty życia drugiego człowieka da się skorygować poprzez tzw. społeczny kompromis? Jeżeli senator Kornel Morawiecki, oraz podobnie myślący chcą prowadzić debatę, na temat problemu zabijania lub nie, w trybie demokratycznym z ogółem społecznym, musi liczyć się z tak pojmowaną argumentacją, jak w przedstawionych powyżej przykładach. A pan senator smuci się, że w istotnych kwestiach aż tak naród się podzielił! – Czyż nie jest to efekt forsowania kompromisów tam, gdzie ich być nie powinno? Wszak vox populi, vox dei. Oto lud pragnie zabijać. Jak na razie te nienarodzone. Dyskutujmy zatem, by nie rozzuchwalił się lud nasz i nie zażądał prawa do eutanazji. Na Zachodzie Europy niektórzy już je sobie wydebatowali i pomagają odchodzić człowiekowi przez wstrzyknięcie śmiercionośnego specyfiku. – Co pan na to panie senatorze, Pan, którego członkowie Rodziny byli w stanie przeżyć niemiecką okupację dzięki pomocy polskich rodzin. W czasie, gdy najeźdźca niemiecki uzurpował sobie prawo do decydowania o życiu lub śmierci drugiego człowieka, a w Generalnej Guberni zwłaszcza, żyć mieli prawo tylko ci, którzy sprostali warunkom niewolników.

Dziwny więc to smutek z powodu braku społecznej debaty nad tym, które z poczętych dzieci będzie miało prawo żyć, a które zadowoli się łaską aborcji.

Senator – ten z XVI-go wieku – Jan Zamoyski napominał również, iż takie Rzeczypospolite będą, jakie ich młodzieży chowanie, bo wiedział że przykład idzie z góry, a ryba psuje się od głowy. Natomiast senator XXI-go wieku chce iść na kompromis w sztucznie stworzonym dylemacie wyboru między życiem a śmiercią. I nie ma tu znaczenia, czy poczęte życie już ujrzało nasz świat, czy nie. Głosiciele takiego zgniłego kompromisu wydają się nie pojmować istoty problemu, że raz przyjęty kompromis – nie tylko w tym względzie – prowadzi do wymuszania kolejnych ustępstw, czego przykładem jest wspomniany już proceder eutanazji na życzenie.

Poruszony tu temat był podejmowany i z pewnością jeszcze nie raz bedzie, ale nie jest to podstawa do debaty dla rozstrzygnięcia przez tzw. ogół społeczny lub filozofów, jak chciałby tego pan Kornel Morawiecki, bo ani jedno ani drugie gremium nie może stawiać się w roli Boga. Jeśli ktoś deklaruje się jako ateista i nie uznaje stwórczej roli Boga, to też nie ma prawa moralnego pozbawiać życia drugiej istoty, gdyż nie on jest sprawcą zaistnienia tego życia. Dywagowanie nad tym, od kiedy uznajemy płód za nowe życie jest tak absurdalne, jak deliberowanie, czy z zygoty człowieka może narodzić się np. żaba, a może jakiś inny stwór. Natomiast, jeśli nawet materia cielesna narodzonego okaże się w mniejszym czy większym stopniu zdeformowana, wadliwa, to czy jest to podstawą do pozbawiania człowieczego życia? – Poczęci, ale jeszcze nie narodzeni nie są w stanie na to pytanie odpowiedzieć, ale ci którzy żyją, mogą.

Sami orędownicy teorii smierci cierpią niewątpliwie na groźną chorobę miłości własnej. Choć dziś sprawni fizycznie – ale z wadą psychiczną samolubstwa, z choroby której nie zdają sobie najwyraźniej sprawy – czy rzeczywiście mogą być pewni, że ich ciało bez skazy dziś, jutro może okazać się być z defektem – i co wtedy? Według ich własnej teorii, takie ciało należałoby unicestwić. Ale czy oni w ten sposób o sobie myślą? Szafarzom życia i śmierci wydaje się, że tu na ziemi uczestniczą w grze komputerowej, w której mają do dyspozycji kilka „żyć” danych im przez autorów gry. Gdy nie osiągną celu gry i monitor wyświetli „game over”, taką grę można jeszcze dowolną ilość razy powtórzyć. Wychowani na takich przykładach myślą, że w życiu rzeczywistym też tak można i zachowują się jak niezniszczalni bohaterowie kreskówek. Mało biedy, jeśli sami bawią się z sobą w takie gierki. Gorzej, gdy wciągają w to myślenie innych lub też ich sposób myślenia wykorzystywany jest przez ideologiczne cwaniactwo posługujące się aborcyjnymi krzykaczami i różnymi mędrcami od sztuki zabijania.

Zamiast zdecydowanego działania i koniecznej tu bezkompromisowości senator Kornel Morawiecki – i podobnie myślący – postuluje, by nie zajmować się ustawą chroniącą życie poczęte i pozostawić dotychczasowy jej wydźwięk na „jakiś czas”. Na jak długo, tego nie zdradza. Czyż w ten sposób nie podważa sam parlamentarzysta swej wiarygodności jako mąż powołany przez ogół społeczeństwa, gdy publicznie głosi zaniechanie działań w imię li tylko niedzielenia społeczeństwa na zadowolonych i niezadowolonych? Czyż nie jest to unikanie odpowiedzialności? – Niewątpliwie jest to przykład zgniłego kompromisu, gdzie zapalamy Panu Bogu  świeczkę, ale i diabłu ogarek, tak na wszelki wypadek, właśnie tam, gdzie konieczna jest zdecydowana, jednoznaczna i bezkompromisowa postawa – na miarę senatora Jana Zamoyskiego. Zasłanianie się wątpliwym kompromisem, prowadzi do zmiany proporcji w uleganiu i w ostateczności to diabłu przypadnie świeczka. Oto senator współczesny – świadomie lub mimowolnie – staje się orędownikiem wszelkiej maści adwokatów diabła. Poprzez czyn zaniechania występuje przeciwko piątemu przykazaniu. Zamiast obnażać szatańskie rodem działania zwolenników aborcji, eutanazji i karania drugiego człowieka śmiercią i pełnić w ten sposób funkcję advocatus diaboli, który ma szatańskie zamiary demaskować, staje się jego faktycznym adwokatem, sprzymierzeńcem zła.

Politycy niestety często, a niekiedy też chętnie zapominają o tym, że oprócz wartości relatywnych, charakterystycznych dla ich grupy społecznej, istnieją wartości absolutne, bezwzględne – istotne dla każdego człowieka, jeżeli nawet nie zdaje on sobie z nich bezpośrednio sprawy. Są to między innymi takie wartości jak prawda, dobro, sprawiedliwość, czy życie. To są wartości absolutne, o których profesor Wojciech Chudy pisał w: „II śniadanie u Sokratesa”:

Mówi się tak o nich odkąd człowiek zaczął się zastanawiać nad sobą i wartościami. To one stanowią aksjologiczną sól życia ludzkiego. Dla nich ludzie poświęcają swój czas (bywa, że cały, jakim dysponują), spokój, zdrowie, wolność, a nawet życie – bez względu na cokolwiek innego. Istnieje opinia, że te warości to mrzonka, że to czysta gonitwa za ułudą. Ale życie codziennie zadaje kłam temu sądowi. Dopóki człowiek będzie się pochylał nad słabym, bronił bezinteresownie tego, kto bronić się sam nie da rady, póki będzie kochał, a ucisk traktował jako coś, co uwłacza godności ludzkiej, dotąd wartości absolutne będą zaświadczać swoją rację bytu w świecie ludzkim.

I dalej opinia Profesora jakże aktualna nadal, niestety i dziś:

Również społeczeństwo, aby sensownie bytować, musi być zakotwiczone w wartościach nierelatywnych. W pytaniu o prawdziwe wartości narodu i społeczeństwa polskiego chodzi o racjonalny wybór takich wartości, które gwarantowałyby nam bezpieczny rozwój (gospodarczy, kulturalny itp.) i które zarazem nie przekreślałyby naszej tożsamości narodowej (a więc wartości ewangelicznych i dziedzictwa historycznego). Dziś w sferze politycznej obydwa kryteria wyboru jawią się jako zachwiane.

Cóż więcej możnaby tu dodać? – Chyba tylko to, że nie samą demokracją żyje człowiek, bo ta w swej historii – ponad dwa i pół tysiąca lat temu – w sprawie Sokratesa, jako jedyny przekonujący argument o jego winie, była zastosowała nawet cykutę. – Byle tylko sprawiedliwość była po demokratycznej stronie.

autor:

Adam Józef Michalczyk
REKLAMA

Komentarze