REKLAMA

[OPINIA] Michalczyk: Prawo a prawidłowość

[OPINIA] Michalczyk: Prawo a prawidłowość

Są w Polsce od kilku już lat. Obserwowałem ich na ekranie telewizora. Teraz pomyślałem, żeby przyjrzeć się im z bliska osobiście. W ten sposób można przecież wyrobić sobie najlepiej zdanie na jakiś temat. Przyjechałem więc do Warszawy i skorzystałem z zaproszenia znajomych. Gdy zdradziłem im swój zamiar spytali czy dobrze się czuję. Nie miałem żadnych problemów ze zdrowiem, więc trzeba wziąć byka za rogi. Przyglądałem się z okna ich mieszkania, jak w dole zbiera się kolorowy tłum z tęczowymi flagami i innymi wystrojami i ustawia za platformą, gotowy do marszu. Potwierdzali gotowość również głośnymi okrzykami  – pewnie radości. Zszedłem na dół, aby dołączyć do maszerujących i odczuć równość na własnej skórze.

Przecisnąłem się przez kordon policjantów stojących na skraju jezdni po jej lewej i prawej stronie. Między nimi szli kolorowo przystrojeni i wymalowani, przeważnie młodzi ludzie, albo i jeszcze młodsi. Było gwarno, wesoło, swobodnie. Wyglądało, jakby niczego im nie brakowało, że są zadowoleni z życia. A jednak co jakiś czas ktoś inicjował hasło, a pozostali przekrzykując się, skandowali: „Równe prawa; równe prawa; równe prawa…” Zastanowiło mnie to. O jakie prawa im chodzi, które jakoby są nierówne. Postanowiłem spytać o to idącą nieco dalej ode mnie wysoką blondynkę. Przyspieszyłem kroku. Będąc obok niej zagadnąłem: „Przepraszam panią czy mo….” – i nic więcej nie zdołałem wykrztusić z siebie. Spojrzenie moje miotało się między twarzą blondynki gustownie wymalowaną, a jej gołym torsem, który zdobił czarny, cienki pasek łączący jej – albo tego coś – prawy bark z lewym biodrem. Wyglądała jak amazonka. Ale zastanawiał mnie ten absolutnie płaski tors. O ile pamiętam, amazonki ponoć obcinały sobie jedną pierś by łatwiej było posługiwać się łukiem. A tu ani lewej ani prawej piersi, równa płaszczyzna na dodatek owłosiona. Cóż to za hybryda? Ta wyrwała mnie z konsternacji szerokim, białozębnym uśmiechem i roześmianym makijażem słodko przemówiła: „Spoko stary. Dziś jestem Lola.” Wydukałem tylko: „no jasne, cześć” – i pospieszyłem dalej do przodu, by znaleźć paradującego osobnika bardziej jednorodnego przynajmniej w wyglądzie. Rozglądając się wokół, by zagadnąć jakiegoś nie-hybryda, żałowałem, że dałem się aż tak speszyć. Ciekawe co ta tleniona hybryda właśnie miałaby do powiedzenia na temat równego prawa. Jako Lola dziś, a Lolek jutro, którym się pewnie staje. Niestety już się nie dowiem. Ale nie załamałem się pierwszym niepowodzeniem. Zanim zagadnąłem kolejnego paradacza, taksowałem najpierw postać dokładnie z przodu i oceniałem tożsamość. Dopiero wtedy rozpoczynałem rozmowę. W ten sposób udało mi się trafić bezbłędnie na postać kobiecą, z wyglądu przynajmniej. W rozmowie okazało się, że ona jest przyjezdna i nie należy do tego grona. I jest kobietą, choć dorastającą jeszcze. Przyjechała, by wspierać tych, którzy walczą o równe prawa, bo ci ludzie u nas nie mogą żyć normalnie. Boją się tych hetero, bo homofobia zabija – ale nie wyjaśniła jak ona to robi. Bo nie mają prawa zawierać związków jak ci hetero, nie mają prawa do dziedziczenia ani odwiedzin w szpitalu. I chcieliby mieć dzieci, a prawo im nie pozwala. Z tym się zgodziłem, bo prawo naturalne jest w tym wypadku niestety bezwzględne i prawem pisanym obejść się tego nijak nie da. Ale przecież próbować mogą. Nie wiem jak to w przypadku lesbijek, ale przynajmniej pedałom bogaty człowiek już dawno temu obiecał, że da tej parze milion dolarów, jeżeli chłop z chłopem zajdzie w ciążę. Kiedyś nawet jedna z par gejowskich ogłosiła w świecie, że partner jest w ciąży, bo mu zaczął brzuch rosnąć. Rockefeler był gotów już wypłacić obiecaną kwotę, ale okazało się, że była to ciąża urojona. Nie udało się, ale zamiast chodzić w paradach, powinni wziąć się do roboty i próbować, próbować… Zresztą dla tęczowych sprawa seksu nie zna tabu. Wręcz przeciwnie. Moja rozmówczyni stwierdziła, że to dla nich wolność i swoboda, ba – bułka z masłem. Więc nie bez powodu niosła namalowany na kawałku tektury  emblemat Dzieci Kwiatów. Okazała się być w tej kwestii ekspertem – kwestii seksu każdego z każdym i to od najmłodszych lat. Z jej długiego wykładu na ten temat niestety niewiele zrozumiałem. Prawdopodobnie Lew Starowicz, a nawet i Michalina Wisłocka też by byli przy niej bezradni. Gdy zdołałem wtrącić moją dezaprobatę, by uczyć dzieci seksualności już w czwartym roku życia, ofuknęła mnie i stwierdziła krótko i autorytatywnie – „Na tym to ja się dużo lepiej znam.” – Nie zaprzeczyłem. A co z innymi dziedzinami życia? – Nie dopytywałem. – Ponieważ rozmowa zaczynała stawać się zbyt porno, pożegnałem się i ruszyłem szybkim krokiem dalej do przodu, ciekawy nowych wrażeń.

Musiałem pokonać spory odstęp, jaki powstał między maszerującymi. Dochodząc do drugiej grupy nie widziałem jeszcze czoła marszu. Ta grupa różniła się od tej, którą zostawiłem z tyłu. Szeregi tworzyli w większości mężczyźni trzymający na ramionach duże, tęczowe chorągwie. Przypominali nieco pochód pierwszomajowy z lasem szturmówek zmierzający prężnie do trybuny władz partyjnych dawnego PRL-u. Zauważyłem, że tu niebo spochmurniało, słońce ledwie przebijało się gdzie nie gdzie. Daleko z przodu maszerujących, niebo było coraz ciemniejsze. Na razie nie padało. Chciałem zapytać jedną z par w pierwszym szeregu, do którego doszedłem, jakie są ich postulaty, jaki cel im przyświeca. Para obok zmierzyła mnie z góry na dół krytycznym spojrzeniem i jeden z nich odburknął: „Ty nie jesteś jednym z nas, wynoś się.” Nic nie powiedziałem wobec takiej uprzejmości i oddaliłem się. Ci dwaj nieśli też transparent, który głosił: „Wszyscy rodzą się równi i piękni, ale i tak wiadomo, że geje i lesbijki, to najpiękniejsi ludzie.” – Zgadza się, aż tak piękny nie byłem. Odeszła mi ochota zadawania jakichkolwiek pytań. Ale zaciekawiło mnie, co było napisane na planszach, które nieśli dalej inni. Kilka metrów dalej zauważyłem platformę poruszającą się razem z demonstrującymi. Gdy podszedłem blisko, nie widziałem na niej nikogo. Był tylko duży ekran. Pojawił się na nim obraz przedstawiający wycięty z czerwonego płótna kształt granic naszej Rzeczypospolitej z niebieską linią Wisły i Bugu. W animacji tej chwytają brzegi sukna dwie dłonie, jedna przy zachodniej granicy, druga przy wschodniej. I ciągną mocno, każda w swoją stronę. Tak mocno, że w końcu czerwone sukno rozrywa się wzdłuż niebieskiej linii, a za nim ukazuje się napis: „Jeszcze różni będą z różnymi”. Obraz powtórzył się, i znowu… aż tęczowo kolorowe flagi zasłoniły mi widok. Ruszyłem dalej. Znowu grupę maszerujących w milczeniu oddzielała kolejna platforma. Nad nimi górował napis: „Bez strachu, bez problemu, bez majtek.” Nie zrozumiałem znaczenia ale też nie zdecydowałem się zapytać o to idących obok. Zbliżyłem się do kolejnej platformy. I tu podobnie duży ekran, na którym wyświetla się obraz. Sala sądowa, przesłuchiwany generał Fieldorf „Nil”, przy nim nieco z tyłu położywszy mu dłoń na ramieniu stoi oj. Maksymilian Kolbe w oświęcimskim pasiaku. Teraz ukazuje się napis przy generale: „”Czy wiesz dlaczego mnie skazali? Bo odmówiłem współpracy z nimi! Pamiętaj, abyś nie prosiła ich o łaskę”. Obraz się zmienia i teraz widać na ekranie mężczyznę w obcym mundurze, który wykrzykując coś groźnie, uderza obcasem buta o stół, za którym siedzi. Postać to znana – to młody sędzia Szechter. Przy kolejnym uderzeniu butem obraz rozsypuje się i ukazuje się wulgarny napis: „Tęczo napierdalaj”. Podobnie jak wcześniej, sceny te powtarzają się i powtarzają…

Niebo spochmurniało tak mocno, że nie dopuszcza na dół ani jednego jasnego promyka słońca. Jest ciemno. Przed czołem pochodu ciemną zasłonę nieba rozjaśniają od czasu dio czasu rozbłyski zbliżającej się burzy. Jeszcze nie pada.  Już niedaleko ode mnie widać oświetloną monitorem następną platformę. Mijam szybciej kolejne szeregi tęczowych sztandarów maszerujących teraz miarowo. Nad tą grupą widnieją dwa transparenty. Na jednym: „Zieloni za równością” a na drugim: „Polska dla pedałów.”   Dochodzący do platformy szereg za szeregiem skłania przed nią drzewce z tęczową materią ku ziemi i rozchodzi się na boki. Monitor platformy wyświetla dumnie: ”Gazeta Wyborcza, Google, Discovery, MTV Pride, Nielsen, IBM, Microsoft”. – To sponsorzy parady. A niebo zaczyna groźnie już grzmieć.

Błyskawice rozjaśniają coraz częściej i silniej ostatrnią platformę. W kolejnym mocnym rozbłysku,  w jasnym świetle, ukazały się białe mury klasztoru jasnogórskiego, a na murach, wsparty pod boki, stoi dumny jego obrońca, pan Kmicic. Zanim widok ten rozpłynął się w ciemności burzy, potężny grzmot wyładowania ogłuszył mnie prawie.

Pani natura wyraziła swoje zdanie tak gwałtownie, że aż usiadłem z przerażenia. Rozejrzałem się w koło. Za oknem wzmagał sie ulewny deszcz dźwięcząc energicznie o szyby okna. Już świtało, gdy burza wyrwała mnie z koszmarnego snu. Obrazy senne jeszcze powracały do mojej świadomości. Jeszcze wyraźnie widzę białe mury Klasztoru. A co z nim, czy obroniony? Włączam komputer, sprawdzam najnowsze relacje z marszu równości w Częstochowie. Uspokojony opadam na poduszkę, po chwili ponownie zasypiam.

Klasztor obroniony.

autor:

Adam Józef Michalczyk
REKLAMA

Komentarze