REKLAMA

[OPINIA] Biniewski: Instytucje ograniczonego zaufania

[OPINIA] Biniewski: Instytucje ograniczonego zaufania

Kilka tygodni temu, chwilę po ogłoszeniu przez TSUE decyzji ws. kredytu indeksowanego do CHF, prezes Związku Banków Polskich, Krzysztof Pietraszewski zwołał konferencję prasową. Bił na niej w piersi kredytobiorców oraz polityków ówczesnego rządu, ubolewał nad ciężkim losem banków skarżąc się, że opinia publiczna okazuje niezrozumienie i krytykę, politycy dociskają kolejnymi regulacjami, a z pokaźnych zysków do kieszeni trafia niewiele ponieważ większość przeznaczane jest na rezerwy.

Kto jest winny, a kto skorzystał

Już po kilkunastu minutach cel konferencji wyraźnie się określił. Wskazać winnych i ostrzec kredytobiorców przed próbami sądowego dochodzeniem swoich praw (!).

Bezdyskusyjny jest fakt, że kredyty zaciągnięte w PLN a następnie rozliczane w innej walucie są sprzeczne z polskim prawem bankowym, bowiem kredytobiorca winien znać końcowe saldo zadłużenia ( przy kredytach indeksowanych saldo zadłużenia zmienia się codziennie ). Co więcej taki sposób rozliczania jest charakterystyczny dla instrumentów pochodnych, które nie powinny być powszechnie dostępne, a przy 20-30 letnim okresie rozliczania mogą doszczętnie zrujnować kredytobiorcę i jego rodzinę.

Prezes ZBP przedstawił „frankowych” kredytobiorców niemalże jako aroganckich cwaniaczków, którzy drwili z kredytobiorców zadłużonych w rodzimej walucie – zresztą taką „gębę” dostali już kilka lat wcześniej, kiedy przed wyborami prezydenckim złożono obietnicę przewalutowania kredytów.

Doskonale zdają sobie sprawę ( zainteresowani brakiem rozwiązania sprawy na wzór Węgierski czy Słowacki ), że zjednoczone społeczeństwo mającej wspólny cel przybiera charakter rwącej rzeki, która może ponieść każdą łódź. Dlatego dość skutecznie wzniecono resentymenty wobec frankowiczów, żeby „niefrankowa” część społeczeństwa weszła do rzeki i szła w przeciwnym kierunku. Tymczasem rzekomo chciwi frankowicze, którzy mieli rzucić się na kredyty widząc w nich interes życia mogli paść ofiarą makiawelicznego ducha przenikającego branżę bankową.

Już kilka lat po okresie rozpowszechnienia kredytow indeksowanych do CHF ( 2007-2008 ) wiadomo było, że frankowicze w zasadzie już przegrali „zakład” ( kredytobiorcy zapewne nie wiedzieli, że zawierają umowę kredytową z opcją zakładu o to w którą stronę będzie poruszał się kurs PLN/CHF ) czego konsekwencją jest dla nich bardzo niekorzystne rozliczanie umowy i nierzadko podwojenie salda zadłużenia (!)

Pan Pietraszkiewicz między wierszami ( czasami wprost ) winą za potencjalnie kryzysową sytuację obarczył poszkodowanych kredytobiorców oraz polityków. Jednak ci pierwsi padli ofiarą splotu różnych działań – poluzowanych regulacji, entuzjastycznej sprzedaży takich kredytów, uspokajających komentarzy dealerów walutowych prognozujacych mocną złotówkę i co najważniejsze sposobu oceny zdolności kredytowej, która była znacznie niższa dla kredytu w PLN.

Ci drudzy natomiast słusznie zostali wskazani bowiem pozwolili na istnienie na rynku produktu, który jest niezgodny z prawem.
Skorzystały natomiast banki i będą teraz bronić „frankowego interesu” ( np. strasząc – wyssanymi z palca – 60 mld stratami i wynikającym z tego kryzysem ekonomicznym jeśli zostałyby zobowiązane do przewalutowania kredytów – tymczasem Międzynarodowy Fundusz Walutowy ocenił, że koszty dla sektora wyniosłyby 20 mld. Co więcej te „straty” to zapewne w głównej mierze straty utraconych przyszłych korzyści z indeksowania kredytów ).

Rysy na krysztale

Od początku transformacji ustrojowej wszystkie banki działające w Polsce miały zarobić 230 mld PLN ( informacja prezesa ZBP ) na całej działalności kredytowej. Jednak jak poinformował prezes Krzysztof Pietraszkiewicz, dziewięćdziesiąt kilka procent zysków przeznaczono na rezerwy – można było odnieść wrażenie, że prezes ZBP chciał powiedzieć, że właściciele w zasadzie skonsumowali tylko okruchy.

Zapewne fakt, że konferencja miała cel zgoła  inny niż edukacyjny, powstrzymał prezesa ZBP przed prezentacją innych obszarów działalności banków, a im dalej od klasycznej bankowości tym robi się ciekawiej.
Od dawna uważam, że banki są instytucjami ograniczonego zaufania. Odkąd zatarła się granica między klasyczną kredytowo-depozytowa działalnością a działalnością inwestycyjną prowadzoną przez banki na własny rachunek, klienci wciągnięci zostali w grę ( dosłownie) zazwyczaj w której całe ryzyko przegranej zostało przeniesione na nich.

Przykładem, który uważam za dobrą analogię do sytuacji z kredytami CHF i odsłania nieco imperatyw branży ” zysk uświęca środki” jest tzw. kryzys na rynku opcji walutowych w latach 2008-2009.
Przedsiębiorcom realizującym umowy rozliczane w Euro zaproponowano zabezpieczenie na wypadek aprecjacji PLN. Zabezpieczeniem były opcje walutowe dobrane w tzw. zerokosztową strategię korytarzową
– zainteresowanych jak działa taka strategia odsyłam do internetu ponieważ, jest to temat na osobny artykuł.

W klasycznym rozwiązaniu przedsiębiorca jedynie kupuje opcje sprzedaży waluty w której rozlicza umowę. Daje mu ona prawo do sprzedaży ( np.za pół roku ) waluty po cenie wyższej niż rynkowej dzięki czemu rekompensuje sobie stratę w przypadku umocnienia złotówki.

Przedsiębiorcom natomiast dodatkowo zaproponowano wystawienie opcje kupna Euro o wartości przekraczającej niejednokrotnie roczny a nawet dwuletni przychód. To zobowiazywalo ich do wykonania opcji na żądanie banku a strata dla przedsiębiorcy w przypadku niepomyslnego trendu na parze walutowej była teoretycznie nieograniczona.
Nagle w drugiej połowie 2008r. stało się coś czego sprzedawcy opcji i analitycy rynku walutowego nie prognozowali. Trend się odwrócił i w niespełna rok polski złoty znacznie się osłabił ( z 3,2 EUR/PLN w połowie 2008r. do 4,5 EUR/PLN w połowie 2009r.).
Opcje zaczęły zbierać żniwa. Ponad 100 spółek notowanych na GPW miało „toksyczne” opcje. Dla części obowiązek rozliczenia opcji skończył się bankructwem ( np. Huta Szkła „Krosno”, fabryka mebli „Swarzędz” ). Problem był tak duży, że ówczesny premier Waldemar Pawlak próbował wprowadzić systemowe rozwiązanie problemu.

Mniej więcej dwa lata później w prasie ( w kilku amerykańskich i zachodnich dziennikach ekonomicznych ) pojawił się artykuł, w którym – po śledztwie organów nadzoru – Morgan Stanley przyznał się, że w tym okresie doprowadził do osłabienia polskiej złotówki przeprowadzając manipulację na rynku walutowym ( nie trzeba dodawać, że straty polskich firm pojawiły się po stronie zysków międzynarodowych korporacji finansowych).

Na koncie globalnie działających banków są jeszcze inne „dokonania”, m.in. manipulacja na rynku towarowym ( tzw. softy ) poprzez koncentracje w wynajętych magazynach i jednoczesne ograniczanie podaży kukurydzy ( co wpływało na korzystne rozliczenia kontraktów po stronie banków ), jednostronne zrywanie umów kredytowych i przejmowanie aktywów kredytobiorców ( na polskim gruncie „epopeja”  Mostostal Zabrze ws. Kredyt Bank ), „przepakowywanie” śmieciowych obligacji… lista jest długa.

Banki zarabiają nie tylko na udzielaniu kredytów. Organizują emisję obligacji, gwarantują emisje akcji, doradzają przy prywatyzacjach spółek, przejęciach i fuzjach, udzielają akredytyw, pośredniczą przy sprzedaży produktów finansowych, pełnią funkcję depozytariuszy dla innych instytucji finansowych, prowadzą działalność kantorową i wiele innych.

Jeśli więc spojrzymy szeroko i głęboko na branżę bankową to narracja w jakiej wypowiadał się prezes ZBP jest hipokryzją, a znajomość szerzej nieznanych czy zapomnianych faktów prowadzi nas do oczywistych wniosków, że sprzedawcom kredytów i różnych finansowych „wodotrysków” nie należy bezgranicznie ufać, a same banki traktować jak bezwzględnego egzekutora „małego druku” i następstw zdarzeń, które są wielce prawdopodobne ( czasami sprokurowane ) a mimo to często nie są prezentowane ( ukrywane ) w obszarze ryzyka dla klienta.

autor:

Marcin Biniewski
REKLAMA

Komentarze