REKLAMA

[NASZ WYWIAD] J. Zgierski: „Trzaskowski to funkcjonariusz frontu ideologicznego”

[NASZ WYWIAD] J. Zgierski: „Trzaskowski to funkcjonariusz frontu ideologicznego”

Po co warszawski ratusz finansuje szkolenia anarchistycznych bojówek? Czy „marsz przez instytucje” przechodzi przez coraz bardziej zaawansowane fazy? Czy „antykultura” na dobre zakorzeniła się w Stolicy? Czy miks marksizmu i anarchizmu może dać „ideę wolnościową”? Z Jakubem Zgierskim rozmawia Andrzej S. Połosak.

Andrzej S. Połosak (Media Narodowe): Prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski przekazał prawie 4 miliony złotych na szkolenie anarchistów z „taktyki miejskiej i ulicznej gimnastyki” w ramach instytucji kultury „Biennale Warszawa”. Czy w Twojej opinii jest to celowe i zaplanowane wsparcie dla grup marksistowskich i anarchistycznych, czy też Trzaskowski „nie wiedział, co robi”? Jak to ocenisz?

REKLAMA

Jakub Zgierski: Biorąc pod uwagę mnogość wątpliwych inicjatyw, które zdążył już wesprzeć Rafał Trzaskowski, wydaje mi się, że to polityk działający świadomie. Trudno uznać, aby po prostu się pomylił, i to setny raz z kolei. W mojej ocenie Trzaskowski reprezentuje najbardziej skrajne skrzydło Platformy Obywatelskiej, która jako ugrupowanie zdążyła na przestrzeni lat przesunąć się mocno w lewo. Nie chodzi jedynie o mariaż z Nowoczesną, bo to tylko jeden z symptomów. Cała praktyka działań PO czy szerzej Koalicji Obywatelskiej wpisuje się w trend swego rodzaju „lewaczenia”. Mogę w tym miejscu rzucić garść faktów o tym polityku: uważa się za wychowanka prof. Bronisława Geremka, wieloletniego członka PZPR i sympatyka trockizmu spod znaku KOR-u, czynnie wspiera środowiska LGBT+ oraz ma kontakty z Grupą Bilderberg. Zwłaszcza ostatnia kwestia nie powinna pozostawiać wątpliwości, że mamy tu do czynienia z wyżej postawionym „funkcjonariuszem frontu ideologicznego”, a nie byle pionkiem, instrumentalnie rozgrywanym ignorantem, który nie wie, co robi, albo oszalał.

Czy przytoczony przykład finansowania grup anarchistycznych dowodzi, że marksizm kulturowy jest już zakorzeniony w Warszawie, a proces szerzenia „antykultury” w instytucjach Stolicy – jak mawia Krzysztof Karoń – „domknięty”?

Trudno mi powiedzieć, czy proces został „domknięty”. Raczej trwa i przechodzi w coraz bardziej zaawansowane fazy. Neomarksizm (zwany marksizmem kulturowym lub antykulturowym, ewentualnie antykulturą) od lat 70. XX wieku wdraża konsekwentnie ideę długiego marszu przez instytucje, a więc powolnego wnikania do systemu i zmieniania go od środka. O ile Nowa Lewica, pisana wielkimi literami, bo chodzi o konkretną formację ideologiczną, w latach 60. XX wieku starała się przejąć władzę z pozycji antysystemowych, tak w następnej dekadzie część środowisk podjęła się prób o czysto politycznym charakterze. Należy podkreślić chociażby fakt, że niemieccy Zieloni byli zakładani przez ekstremistycznych aktywistów, swego czasu związanych wprost z tzw. lewicowym terroryzmem. Wymieńmy Joschkę Fischera z „Walki Rewolucyjnej”, który w latach 1998-2005 dorobił się nawet funkcji wicekanclerza Niemiec. Zwróćmy uwagę również na to, że polscy Zieloni oficjalnie poparli kandydaturę Rafała Trzaskowskiego na urząd Prezydenta RP, a przecież należą oni do Europejskiej Partii Zielonych. Ciekawostka: do 2019 roku jednym z przewodniczących tej zbiorowej formacji był Reinhard Bütikofer, za młodu członek maoistowskiej (!) grupy „Kommunistischer Bund Westdeutschland”. Czy muszę coś dodawać?

CZYTAJ: Trzaskowski finansuje anarchistycznych zadymiarzy.

Po co tak naprawdę szkolić anarchistów? Czy wizja burd i zamieszek, choćby takich, jakie obecnie mają miejsce w Stanach Zjednoczonych nie jest wystarczającym dla warszawskich władz sygnałem ostrzegawczym, że finansowanie lewackiej ekstremy może obrócić się przeciw nim?

Szkolenie lewicowych zadymiarzy i grup bojówkarskich ma raczej na celu użycie ich w konfrontacji z siłami tzw. reakcji, mówiąc językiem marksistowskim. To pytanie można zmodyfikować i zapytać równie dobrze, po co w XIX i XX wieku bogaci kapitaliści finansowali ruchy komunistyczne. Czy nie obawiali się, że obrócą się przeciwko nim? Cóż, takie posunięcia są obliczone na osłabienie wspólnego przeciwnika, w tym przypadku ostatków konserwatyzmu i chrześcijaństwa w stolicy, nawet jeśli mamy tu na myśli Prawo i Sprawiedliwość. W sferze ocen trudno tu mówić o jakiejś ideowej prawicy, ale w nomenklaturze skrajnej lewicy są to już faszyści, a więc tak czy inaczej wróg najgorszego sortu. Podsumowując, powiem tak: mięso armatnie wysyła się na pierwszą linię frontu, a w razie czego można przecież takich agresorów spacyfikować, jak przestaną już być potrzebni albo zaczną spoglądać złowrogo na swoich fundatorów. Prosta sprawa. Przykładów z historii mamy pod dostatkiem.

Historycznie, marksiści i anarchiści stanowili oddzielne, choć w wielu punktach taktycznie zbieżne grupy. Czy obecnie marksizm i anarchizm łączy nieformalny, strategiczny sojusz, czy stopiły się one w jedną ideologię?

Marksizm nie jest jednorodną ideologią, choćby z tego względu, że Karol Marks w czasie swojego życia przechodził wiele etapów twórczości. Mamy i Młodego Marksa, i Starego Marksa, a więc okres filozoficzny oraz okres polityczny. Przyjęło się mówić, że jego ideologia podzieliła się na trzy nurty: socjaldemokratyczny, rewolucyjny oraz neomarksistowski. Ten trzeci, identyfikowany ze szkołą frankfurcką (od lat 30. XX wieku) oraz tzw. szkołą z Birmingham (od lat 60. XX wieku), ma rys zdecydowanie bardziej anarchistyczny, można nawet powiedzieć: antyautorytarny, a przynajmniej w warstwie propagandowej, jeśli chodzi o slogany. Eksploatuje wątki z wczesnych pism Marksa, wykorzystuje aparat pojęciowy psychoanalizy, a więc krytyki mentalności mieszczańskiej, a do tego ocenia krytycznie tzw. stalinizm, czyli, prawdę mówiąc, naturalną konsekwencję zaprowadzenia komunizmu – systemu pozbawionego ekonomicznego sensu, który niechybnie upada bez wprowadzenia środków terroru. O ile w XIX wieku Marks i Bakunin musieli się rozstać, tak z czasem udało się wytworzyć nurty „wolnościowego marksizmu”, choćby autonomizm, komunizm rad, workeryzm, sytuacjonizm czy freudomarksizm. Jednak to wątki na inną rozmowę.

Jeśli marksizm jako ideologia służy przede wszystkim do zdobycia i utrzymania władzy za wszelką cenę to dlaczego właśnie lewackie bojówki miejskie są dziś jego narzędziem?

Generalnie ideolodzy posługują się rozmaitymi grupami, które mogą konfrontować z większością społeczeństwa. Szeroko rozumiana Antifa to tylko jeden z przykładów. O ile w XIX wieku komuniści koncentrowali się przede wszystkim na proletariacie, tak z czasem zaczęto zwracać uwagę na kolejne warstwy uciśnionych, doświadczających represji i wykluczenia. Zmiany w systemie kapitalistycznym i utrata poparcia wśród robotników wymusiły na teoretykach marksizmu lekką rewizję programu, oczywiście przy zachowaniu pierwotnych założeń. Schemat jest dosyć prosty. Nierozwiązywalny konflikt, bazujący na realnych problemach i tarciach interesów, musi doprowadzić do chaosu, który, parafrazując wypowiedź z pewnego popularnego serialu, „jest drabiną”. Do czego? Do władzy, rzecz jasna. Nieustanne podsycanie ognia musi doprowadzić do wybuchu pożaru. Napuszcza się na siebie kobiety i mężczyzn, przedstawicieli LGBT i heteroseksualistów, młodzież i dorosłych, imigrantów i autochtonów etc. System opresji, ofiara, kat i wizja wyzwolenia podsuwana przez nieproszonych trybunów ludu – nic się tu nie zmieniło. Marksizm przed zdobyciem władzy walczy z systemem opresji przy użyciu niezadowolonych mas, a po objęciu steru wprowadza nowy, jeszcze bardziej zamordystyczny porządek. Utopijna wizja krainy wolności to tylko propagandowa papka sprzedawana potencjalnym zwolennikom, pewne cyniczne uzasadnienie. Nic więcej.

Dziękuję za rozmowę.

REKLAMA

Komentarze