REKLAMA

Białoruś – trudny sąsiad

Białoruś – trudny sąsiad

W opublikowanym niedawno przez Media Narodowe artykule Łukasz Kowalski określa Białoruś mianem „pomijanego i zapomnianego sąsiada” Polski. Twierdzi też, że stosunki z Białorusią nie są obciążone żadnymi zaszłościami historycznymi ani poważnymi przeciwnościami interesów. We wszystkich tych sprawach się myli.

Białoruś nigdy nie była przez polską elitę polityczną „zapomniana”. Właściwie od niemal ćwierćwiecza, niemal od początku rządów Aleksandra Łukaszenki, które trwają już 23 lata, Białoruś była obiektem intensywnego zainteresowania polskich polityków, mediów, naukowców czy legionów działaczy pozarządowych. Przez większość tego okresu zainteresowanie to oznaczało spoglądanie na Białoruś przez pryzmat liberalnego giedroycizmu. Pryzmat ten dawał żałosny obraz polskiej polityki jako ideologicznej krucjaty. W tej perspektywie polska elita nie definiowała za Bugiem innego interesu, jak tylko możliwie szybkie zainstalowanie na Białorusi demoliberalnego systemu politycznego i neoliberalnego systemu ekonomicznego. Jedno i drugie miało włączyć ten kraj do zachodnich struktur integracyjnych, czyli oderwać od Rosji, a wszak maksymalne osłabienie pozycji Rosji było i jest główną przesłanką ideologii giedroyciowskiej i praktycznie jedyną sankcją słuszności polityki wschodniej w jej ujęciu. Toteż Polska była przez lata jednym z głównych promotorów polityki sankcji wobec Białorusi i głównym sponsorem instytucji dywersji politycznej wobec rządzącego nią przywódcy. I Polska poniosła klęskę.

Ocieplenie

Z klęski tej i z konstatacji faktu, że Aleksandr Łukaszenka, choć kooperujący z Rosją, to jednak gra na zachowanie maksymalnej podmiotowości wobec Moskwy, obóz Prawa i Sprawiedliwości wyciągnął w końcu wnioski polityczne, prowadzące do całkowitej zamiany polityki wobec Białorusi. Być może nie były to wnioski poczynione przez Jarosława Kaczyńskiego i jego otoczenie samodzielnie, bowiem proces normalizacji stosunków między Warszawą a Mińskiem postępował od 2015 w ślad za inicjatywami władz USA, które wyznaczyły trend. W ramach tej odwilży w Warszawie dwukrotnie gościł już minister spraw zagraniczny Białorusi Władimir Makiej. Szef polskiej dyplomacji Witold Waszczykowski  odwiedzał z kolei Mińsk, był tam także, znacznie bardziej wpływowy w rządzie Beaty Szydło, wicepremier i minister rozwoju Mateusz Morawiecki. Gościła tam w końcu polska delegacja parlamentarna, z marszałkiem Senatu Stanisławem Karczewskim na czele. O Białorusi można więc powiedzieć wszystko, ale nie to, że jest przez polskich polityków „zapomniana” i wbrew temu, co twierdzi Kowalski, można pisać o „zwrocie” na poziomie relacji najwyższego szczebla.

Inna sprawa to ocena rzeczywistych przesłanek i skutków owej odwilży. Wszystko bowiem wskazuje na to, że giedroycizm liberalny został zastąpiony przez giedroycizm neokonserwatywny. Wspomniałem już o tym, że nagła polityczna wolta nastąpiła w ramach agendy polityki Waszyngtonu. Komentarze rządowych polityków, ale też prorządowych mediów, nie pozostawiają wątpliwości, że w całej tej agendzie chodzi o zwrócenie Białorusi przeciwko Rosji. Jeśli Waszyngton i Warszawa w istocie tak definiują swoje cele, to ich politykę czeka jałowość i porażka, bowiem w ostatnim okresie, po ugodzie między Mińskiem a Moskwą w sprawie tonażu dostaw ropy i ceny gazu, stało się bardzo jasne, że Łukaszenka szuka lewarka, który podniesie jego pozycję wobec Rosji, ale z pewnością nie dąży do zerwania z nią. I nic dziwnego, bo w dalszym ciągu, w znacznej mierze centralnie planowana, państwowa i oparta na przemyśle ciężkim gospodarka Białorusi, będąca nieodzowną podstawą osobistej dyktatury jej prezydenta, jest strukturalnie powiązana z gospodarką Rosji. A jest powiązana bo tylko tam Białoruś może znaleźć niezbędne tanie surowce (które Rosjanie sprzedają z politycznym rabatem) i właśnie tam może znaleźć główny rynek zbytu dla swoich przeważnie niezbyt wyrafinowanych produktów.

Nie będzie bonanzy

Nawet jeśli Łukaszenka już podejmuje pewne kroki na rzecz gruntownej zmiany systemu gospodarczego kraju, to wyniósł on dla siebie podstawową nauczkę z krachu admirowanego przezeń Związku Radzieckiego, który nie wytrzymał reformatorskiego zapału Michaiła Gorbaczowa. A nauczka jest taka, że przekształcenie podstaw ekonomicznych, aby pozwoliło na utrzymanie stabilności systemu politycznego, musi być stopniowe i powolne. I w tym długim okresie transformacji nikt Białorusi Rosji nie zastąpi, a z pewnością nie Polska, bo nie mamy taniej ropy i gazu, i nikt w Polsce nie pali się do kupowania autobusów MAZ, ujmując rzecz obrazowo. Jak ostatnio opisywał portal Biełorusskij Partizan, Łukaszenka zezwolił na powstanie prywatnej fabryki traktorów stanowiącej konkurencję dla państwowego giganta MTZ, ale będzie to biznes powiązanego z władzą oligarchy Aleksandra Szakutina, rekrutującego menadżerów do swoich firm wprost z administracji rządowej.

Kowalski pisze o swojej zawiedzionej nadziei z powodu braku policzalnych efektów zeszłorocznej wizyty wicepremiera Morawieckiego, który obiecywał nam udział w białoruskiej prywatyzacji. Zawód może jednak odczuwać ktoś, kto niezbyt dokładnie zna realia polityki gospodarczej białoruskich władz. Mimo już kilkukrotnie szumnie zapowiadanych programów prywatyzacji, rząd Białorusi właściwie nigdy nie wystawiał do niej atrakcyjnych rynkowo przedsiębiorstw, w dodatku nie jest skłonny sprzedawać większościowych pakietów udziałów. Jednak nawet w przypadku zyskownej inwestycji perspektywa dla polskiego biznesmena jest niejasna, w istocie stałby się on bowiem na Białorusi zakładnikiem systemu wszechwładzy urzędników, niestabilności i niemiarodajności, dowolnie zmienianego prawa. Boleśnie przekonali się o tym polscy współwłaściciele spółki Pinskdrev, którzy w praktyce utracili wpływ na zarządzanie spółką po czasowym przywróceniu w 2011 r. przepisów o tak zwanej „złotej akcji”, która pozwalała urzędnikom na przejmowanie pełnego zarządzania spółką, w której państwo miało choćby tylko mniejszościowy udział. W obecnym kontekście politycznym opowieści o inwestycyjnej bonanzie na Białorusi czekającej polskich przedsiębiorców są zatem opowieściami z gatunku bajek. Białoruś nie będzie miała swojego Balcerowicza, który uczni z tego państwa takie pole dla eksploatacji przez polskich kapitalistów, jakie z Polski dla kapitalistów zachodnich czynił niemal trzy dekady temu realizator planu Jeffreya Sachsa.

Charakterystyczne zresztą, że do czasu lutowo-marcowej fali demonstracji przeciw „podatkowi od darmozjadów”, które podchwycili opozycjoniści, jedyną grupą mającą odwagę urządzać uliczne protesty byli drobni przedsiębiorcy, którzy już na początku zeszłego roku uznali dwa dekrety prezydenta za praktycznie uniemożliwiające funkcjonowanie ich firmom i wyszli na ulicę. Wiele to mówi o realiach działalności gospodarczej na Białorusi.

Nie kwestionując potrzeby współpracy ekonomicznej z Białorusi, promowania wymiany handlowej i szukania okazji do korzystnych inwestycji, nie trzeba jednak oglądać ich perspektywy przez różowe okulary. Pamiętajmy, że wzajemne relacje handlowe są obciążone nie tylko przynależnością Polski do Unii Europejskiej, ale też włączeniem się Białorusi we wspólny rynek animowanego przez Moskwę Eurazjatyckiego Związku Gospodarczego. Choć Łukaszenka realizuje integrację w ramach niego w sposób wybiórczy, to jednak na razie nic nie wskazuje na to, by chciał zakwestionować jego koncepcję jako co najmniej związku celnego.

Pamiętajmy też, mówiąc o osi tranzytowej między Polską a Białorusią, że w kontekście wielkiego projektu transkontynentalnego szlaku transportowego „Jeden pas-jedna droga”, promowanego przez Pekin, Białoruś będzie raczej czołowym konkurentem Polski w zabiegach o chińskie pieniądze na tworzenie europejskich węzłów tego szlaku. Balansując wpływy Moskwy, Łukaszenka orientuje się przede wszystkim na współpracę z Chińczykami. Zaoferował im nawet 100 km2 powierzchni pod Mińskiem na prawach specjalnej strefy ekonomicznej, gdzie ma powstać kompleks przemysłowo-mieszkaniowy, istne Chinatown na Białorusi, gdzie zatrudnienie ma znaleźć 150 tys. osób. Pekin odwdzięczył się w 2015 roku kredytem w wysokości 7 miliardów dolarów.

Postsowietland

Goszczący w Grodnie obywatel Polski chcąc trafić do miejscowego konsulatu RP, musi kierować się na ulicę Budionnego, tego samego, którego „konarmia” oblegała w 1920 roku Lwów i pustoszyła Małopolskę Wschodnią. Z kolei siedziba główna Związku Polaków na Białorusi przez lata, aż do czasu rozbicia organizacji przez interwencję KGB i białoruskiego Ministerstwa Sprawiedliwości, mieściła się na rogu ulic Dzierżyńskiego i 17 września. Ta ostatnia data jest także dniem miejskiego festynu w Grodnie, mającego upamiętniać „zjednoczenie Białorusi”, bo właśnie tak w oficjalnej białoruskiej historiografii, a także podręcznikach szkolnych, przedstawiana jest sowiecka agresja i aneksja Kresów Wschodnich w 1939 r.

Nie ma żadnej logiki w wyrzekaniu na politykę historyczną Litwy czy Ukrainy, przy jednoczesnym wysuwaniu twierdzeń, że w stosunkach z Białorusią nie istnieją napięcia na tej płaszczyźnie. Jest dokładnie odwrotnie. Oficjalna historiografia tworzona przez białoruskie kręgi akademickie oraz polityka historyczna, prowadzona począwszy od ministrów, na komitetach wykonawczych miast i wsi skończywszy, jest wciąż silnie osadzona w radzieckiej interpretacji dziejów Białorusi, jako dziejów opresji białoruskiego ludu uciskanych przez polskich panów, czy „białopolskie bandy”. Białoruś jest jedynym państwem, gdzie dawni żołnierze Armii Krajowej nie tylko nie mają uprawnień kombatanckich, ale w zasadzie nadal są uznawani za kryminalistów, bowiem białoruskie sądy odmówiły im rehabilitacji. Tak jak II RP pozostaje zaborcą „Zachodniej Białorusi”, tak Armia Krajowa i podziemie poakowskie pozostaje zakwalifikowane do kategorii bandytów. Służby państwowe utrudniają nawet dostarczanie żyjącym jeszcze akowcom wsparcia materialnego z Polski. Prezes Związku Żołnierzy AK przy ZPB pułk. Weronikę Sebastianowicz stawiano w 2014 r. przed sądem za rozdzielanie darów z Polski między dawnych towarzyszy broni.

Upamiętnienia AK są niszczone przez „nieznanych sprawców”. Tak stało się z wystawioną w 2014 r. przez ZPB na przedmieściu Grodna tablicą ku czci Mieczysława Niedzińskiego „Morskiego”, ostatniego dowódcy polskiego podziemia w okolicach miasta, który zginął w walce z NKWD w 1948 r. Błyskawicznie zniszczony został także krzyż ku czci Anatola Radziwonika ustawiony w 2013 r. wraz z tablicą w Raczkowszyźnie, gdzie ten dowódca ostatniego większego oddziału polskiego podziemia na Kresach poległ w bitwie z NKWD w maju 1949 r. Stało się tak, mimo że krzyż stanął na prywatnej posesji. W Lidzie w 2010 r. władze miejskie oficjalnie usunęły i zabrały specjalny kamień z inskrypcją upamiętniającą oficerów WP zamordowanych w Katyniu w 1940 r. oraz ofiary katastrofy prezydenckiego samolotu w Smoleńsku. Polityka historyczna władz Białorusi skutkuje więc daleko agresywniejszymi działaniami, niż to się dzieje na Litwie czy Ukrainie.

Najważniejszy w tym kontekście jest fakt, że tych działań nie sposób ująć tylko w kategoriach sporu o historyczne racje. Na Białorusi żyje bowiem najliczniejsza społeczność kresowych Polaków, według oficjalnych danych obejmująca 295 tys. osób, nieoficjalnie najpewniej jeszcze większa,. Bardzo trudno im pielęgnować polską tożsamość narodową i przekazywać ją młodemu pokoleniu w realiach totalnego osaczenia przez symbolikę i wizję historii Polskę i polskość wręcz poniżających, w sytuacji gdy system polityczny właściwie nie zostawia przestrzeni dla tworzenia nisz społecznych wyrażania i prezentowania innej wizji historii.  Wyrazem tego jest właśnie gorliwa walka „nieznanych sprawców”, a czasem całkiem znanych, z polskimi upamiętnieniami. Jak wychować dziecko na dobrego Polaka, gdy w szkole uczy się o „wyzwoleniu” 17 września 1939 r., na ulicy widzi tablicę ku czci funkcjonariuszy NKWD walczący z „bandytami”, a taką właśnie odsłonił minister spraw wewnętrznych Białorusi Igor Szuniewicz na gmachu komisariatu milicji w centrum Lidy. Na 100 tys. mieszkańców tego miasta, około 40 tys. to Polacy, a „bandytami” z tablicy odsłoniętej w 2014 roku przez ministra, jest kilkuset żołnierzy porucznika Radziwonika „Olecha”. Pisanie w tym kontekście o braku sporu między Polską a Białorusią na płaszczyźnie historycznej to niestety najprawdopodobniej przejaw całkowitej nieznajomości realiów tego drugiego kraju.

Ostra dyskryminacja Polaków

Oczywiście trudno spodziewać się, by władze białoruskie całkowicie zrezygnowały z legitymizowania w ten sposób swojego systemu politycznego czy praw do Kresów Wschodnich i czynić z tego sztywnego warunku jakiejś współpracy. Rozwiązaniem mogłoby być stworzenie przez władze Białorusi jakiejkolwiek przestrzeni, jakiejkolwiek niszy, w której Polacy mogliby wyrażać i przekazywać, w ramach własnych wspólnot lokalnych, własną wizję historii ziemi, którą od pokoleń zamieszkują. Taką przestrzeń ta biurokratyczna, aspirująca do omnipotencji dyktatura, opierająca się o neosowiecką legitymację, wydziela, w sensie dosłownym i metaforycznym, w zakresie tak wąskim, że w praktyce uniemożliwiającym reprodukcję polskiej tożsamości z pokolenia na pokolenie.

W 2005 roku władze zdelegalizowały niezależnie wybrany zarząd Związku Polaków na Białorusi. Wbrew masochistycznej teorii, Związek Polaków na Białorusi nie musiał przed 2005 r. uprawiać ożywionej, opozycyjnej działalności politycznej, by „zasłużyć sobie” na ową delegalizację. Wystarczyło, że większość członków Związku nie chciała się zgodzić, aby jego zarząd był wyznaczany przez białoruskich urzędników. Władze powołały własną strukturę o tej samej nazwie, której działacze „wsławili się” na przykład występowaniem przeciw instytucji Karty Polaka. Nota bene Białoruś jest jedynym państwem, gdzie posiadanie Karty Polaka zostało zabronione w przypadku osób pełniących określone funkcje publiczne, w tym nauczycieli.

Ubocznym skutkiem delegalizacji niezależnych struktur ZPB było przejęcie na rzecz prorządowego Związku 16 Domów Polskich, które zostały na Białorusi zbudowane lub adaptowane za pieniądze państwa polskiego. O charakterze prorządowej organizacji niech świadczy fakt, że w większości Domów Polski w niewielkim stopniu prowadzona działalność społeczna w duchu polskim. W wielu z nich, większa część powierzchni użytkowej wynajmowana jest różnym podmiotom komercyjnym.

Pozostawiając w nawiasie ZPB, także działacze organizacji społecznych nadal działających legalnie, nieoficjalnie komunikują, że władze ograniczają ich działalność, odmawiając zgody na rejestrację kolejnych oddziałów terenowych. Działalność nieformalna jest natomiast na Białorusi przedmiotem natychmiastowego zainteresowania milicji i KGB. Taka była historia licznej i żywotnej nieformalnej grupy młodzieży Polskiej w Lidzie, która od 2012 roku zbierała się by sprzątać cmentarze żołnierzy Wojska Polskiego i AK, organizowała świąteczne akcje charytatywne na rzecz żyjących w okolicy AKowców, obchodziła we własnym gronie polskie święta narodowe, czy też używała w ramach miejscowego ruchu kibicowskiego polskiej symboliki, prowadząc przy tym interesujący blog publicystyczny Polacy Grodzieńszczyzny. Nawet tego było zbyt wiele. Młodzi działacze szybko trafili na przesłuchania jako podejrzani o „niesankcjonowaną działalności”, w ich domach odbywały się rewizje połączone z przejmowaniem laptopów czy polskich gadżetów. Przeciw liderowi grupy – Mirosławowi Kapcewiczowi białoruskie służby aranżowały nawet prowokacje mające prawdopodobnie stworzyć pretekst dla postawienia ciężkiego zarzutu karnego o współpracy z wywiadem obcego państwa. Zarówno Kapcewicz, jak i czołowi działacze lidzkiej grupy mieszkają już w Polsce. Trudno znaleźć inne państwo, gdzie działalność społeczna Polaków spotykałaby się z takimi restrykcjami.

Najlepszą miarą dyskryminacji Polaków przez władze Białorusi jest sytuacja w dziedzinie oświaty. Nie ma bowiem żadnych wątpliwości, że właśnie ta płaszczyzna ma kluczowe znaczenie dla przetrwania społeczności naszych rodaków w tym państwie. Na Litwie 200 tysięcy Polaków, mimo dyskryminacyjnych praktyk lokalnych władz, ciągle ma do dyspozycji około 70 publicznych szkół nauczających w języku polskim. Nawet na Ukrainie, znacznie bardziej rozproszona na rozległym terytorium tego państwa społeczność minimum 144 tys. Polaków, ma do dyspozycji cztery pełne szkoły z polskim językiem nauczanie i dwie takie szkoły niższego szczebla. Tymczasem na Białorusi 295 tys. Polaków ma tylko dwie polskojęzyczne szkoły, powstałe jeszcze w latach 90. XX wieku. Powstanie trzeciej, w Nowogródku, łukaszenkowskie władze zablokowały jeszcze na początku ubiegłej dekady. Oprócz tych dwóch szkół istnieje na Białorusi jeszcze parę szkół społecznych, poza Liceum Społecznym Polskiej Macierzy Szkolnej w Grodnie, działających w zasadzie w partyzanckich warunkach. Efekt: w roku szkolnym 2016/17 w obu szkołach publicznych z polskim językiem nauczania oraz w polskojęzycznych klasach (I-IV) w Szkole nr 9 w Brześciu  uczyło się zaledwie 867 uczniów. Jedynie 433 uczniów uczyło się języka polskiego jako regularnego przedmiotu w szkołach publicznych. 5117 uczniów uczyło się w szkołach publicznych języka polskiego jako przedmiotu fakultatywnego. Pozostałe 4807 dzieci i młodzieży musiało się uczyć języka polskiego już za pieniądze swoich rodziców, w ramach różnych form nauczania niepublicznego. Ostatnia grupa przedszkolna prowadzona w języku polskim została zlikwidowana w Grodnie jeszcze w 2015 r.

Polskie szkoły zagrożone

Jakby tego było mało, białoruskie Ministerstwo Edukacji opracowało projekt nowelizacji ustawy oświatowej, zakładający wprowadzenie zdawania egzaminów maturalnych w szkołach mniejszości narodowych w języku państwowym (taki status mają na Białorusi język białoruski i rosyjski), wprowadzenie języka państwowego do nauczania pięciu przedmiotów oraz umożliwiający ewentualną dalszą redukcję liczby przedmiotów nauczanych w języku polskim na mocy decyzji administracyjnej lokalnych urzędników „na prośbę uczniów i rodziców”. W przypadku uchwalenia projektu w obecnym kształcie zostanie otwarta droga do stopniowej likwidacji szkół z polskim językiem nauczania na Białorusi.

Skutki dyskryminacji Polaków w dziedzinie oświaty, dyskryminacji bardziej dotkliwej niż na Litwie czy na Ukrainie, są fatalne. Spis z 1999 r. wykazał ich jeszcze 396 tys., a ostatni spis radziecki 418 tys. rodaków. Liczba Polaków zmniejszyła się więc na rok 2009 o 28,5% od 1989 roku i o 25,5% od 1999. Proporcja ludności polskiej w społeczeństwie Białorusi malała z 4,11% w 1989 r., przez 3,94% w 1999, do 3,1% w roku 2009. To skala asymilacji wyraźnie wyższa niż na Litwie. Inaczej niż na Litwie doszło również do tego, że zdecydowana większość Polaków na Białorusi utraciła kompetencje w zakresie czynnego posługiwania się językiem polskim.

Oczywiście polska polityka powinna dążyć do normalizacji relacji z Białorusią, do współpracy ekonomicznej, do utrzymania podmiotowości tego państwa wobec Rosji. Oczywiście, aby osiągnąć ten cel Polska musi zrezygnować na trwałe z prowadzenia polityki demokratycznej krucjaty przeciw Aleksandrowi Łukaszence. Nie może się to jednak odbywać kosztem polskich interesów narodowych. Niestety, na ten moment polityka Aleksandra Łukaszenki koliduje z tym podstawowym interesem narodowym, jakim jest przetrwanie zwartych społeczności Polaków na dawnych Kresach Wschodnich i utrzymanie przez nich moralnej łączności z Polską. I trzeba mieć tego pełną świadomość. Warunkiem sine qua non współpracy z Białorusią musi być rozwój sieci oświaty w języku polskim w tym kraju i zagwarantowanie swobodnego i niezależnego funkcjonowania stowarzyszeń kulturalno-oświatowych organizowanych przez miejscowych Polaków.

Tymczasem trwające obecnie „ocieplenie” we wzajemnych relacjach zostało zainicjowane przez stronę polską bez żadnych warunków wstępnych. To polscy posłowie, z Adamem Andruszkiewiczem na czele, odmrozili funkcjonowanie i kontakty Polsko-Białoruskich Grup Parlamentarnych, mimo że w 2005 roku Warszawa zawiesiła je pod wrażeniem delegalizacji struktur ZPB. Związek pozostaje nielegalny, a grupy znowu działają. W dodatku to polscy posłowie pierwsi wyruszyli latem zeszłego roku do Mińska, jakby zapominając, że w języku dyplomacji jest to demonstracja silniejszej pozycji strony-gospodarza. Stało się tak mimo tego, że realnie to Białorusinom bardziej zależało na uruchomieniu stosunków międzyparlamentarnych, tak aby legitymizować międzynarodowo wybory do Izby Reprezentantów, które odbyły się we wrześniu zeszłego roku.

Ostatecznym dowodem na to, jak dyplomacja białoruska rozegrała polskich polityków, jest właśnie sprawa polskich szkół. W czasie szumnie reklamowanej odwilży grozi im likwidacja. Nawet jeśli to tylko cyniczna zagrywka Łukaszenki i groźne zapisy nowelizacji ustawy oświatowej zostaną ostatecznie wykreślone pod wpływem protestów polskich władz, to przetarg dyplomatyczny już został ustawiony. Władze Białorusi określą anulowanie groźnych zapisów jako swoje wielkie ustępstwo, podczas gdy od dawna powinny trwać rozmowy o tworzeniu kolejnych polskich szkół, a nie łaskawym utrzymaniu dwóch ostatnich. Sytuacja ta demonstruje nam, że w stosunkach z Białorusią Polacy muszą zachować twarde stanowisko oraz dużo ostrożności i dystansu, zamiast naiwnego myślenia życzeniowego, jakie przebija z artykułu Kowalskiego.

autor:

Karol Kaźmierczak
REKLAMA

Komentarze