REKLAMA

BANAŚ: „Miałeś, chamie złoty róg…” – o aktualności Wesela S. Wyspiańskiego

BANAŚ: „Miałeś, chamie złoty róg…” – o aktualności Wesela S. Wyspiańskiego

Akcja dramatu Stanisława Wyspiańskie jest silnie osadzona w klimacie Krakowa przełomu XIX i XX w. – wymowy niektórych scen nie sposób wręcz zrozumieć, nie zasięgnąwszy bliższych informacji o realiach epoki. Zwłaszcza w akcie pierwszym, który składa się ze strzępków niepowiązanych ze sobą rozmów o błahej tematyce. Zagłębiwszy się jednak w treść i znaczenie utworu odkrywamy jednak zaskakującą świeżość i aktualność. Rozterki, obawy i nadzieje gości zgromadzonych w bronowickiej chacie są dla nas niemal równie zrozumiałe, jak dla pierwszych widzów Wesela sprzed stu lat.

„… a my dzisiaj w psiej niewoli…”
Co prawda nie możemy sobie uzmysłowić równie jasno, jak ówcześni, czym są zabory – było nie było posiadamy własne, suwerenne państwo.
Niewola, pomimo iż uciążliwa i upokarzająca dla światłych umysłów, jest jednak dla wszystkich wygodną wymówką dla zajęcia się partykularnym interesem – wszystkie kwestie związane z podtrzymaniem państwa spoczywają wszak na barkach rządu zaborczego. Kanarek chowany w klatce co prawda nigdy nie zazna radości swobody, ale też nie musi borykać się z powszednimi trudnościami, jak choćby zdobywanie pożywienia lub obrona przed drapieżnikami. Smutna prawda jest taka, że kanarek jest skazany na los niewolnika, gdyż na wolności czeka go pewna śmierć – nie potrafi walczyć o przetrwanie. W tym miejscu Wyspiański zadaje czytelnikowi pytanie: w jaki sposób pokolenie niewolników ma zbudować wolny kraj?

Naród tkwiący od pokoleń w kajdanach niewoli nie jest gotów do samodzielnego funkcjonowania, jak o tym pisał Norwid: „Niewolnicy zawsze będą niewolnikami, jeżeli dasz im skrzydła, to będą bruki zamiatać skrzydłami”.
Powyższa kwestia nurtowała co wybitniejszych Polaków, którzy z jednej strony słyszeli serwilistyczne deklaracje konserwatystów galicyjskich („Przy Tobie Najjaśniejszy Panie stoimy i stać chcemy”), a z drugiej obserwowali poczynania socjalistów, dla których rewolucyjna Polska miała być falochronem rewolucyjnej Rosji.

„Sami swoi, polska szopa…”
Goście zgromadzeni w bronowickiej chacie wywodzą się ze wszystkich grup społecznych. Są artyści, publicyści, ale i rolnicy. Jest ksiądz, Żyd i Dziad – połączeni bardzo osobliwymi więzami. Jest szlachta, mieszczaństwo – i chłopi, wokół których koncentruje się uwaga wszystkich. Jedni spoglądają na nich z fascynacją japońskiego turysty, inni z nadzieją lub lekceważeniem.

Słowem, bohaterowie „Wesela” uosabiają cały naród od Bałtyku po Tatry i od Poznania po Kijów. Naród krzepnący w lochach niewoli, ale jeszcze nieuformowany, nieprzygotowany na wyzwania stawiane przez niepodległość. Polacy z „Wesela” są narodem, w którym wzbiera duchowa moc. Narodem, którego coraz boleśniej uwiera niewola i coraz śmielej zerkającym ku samostanowieniu. Kajdany krzepko trzymają, choć dzwonią i trzeszczą.

„Chłop potęgą jest i basta!”
Chłopi z „Wesela” stanowią ogromną zagadkę – energiczni, odporni na przeciwności zawadiacy, skorzy do pitki i do bitki. Po ludowemu pobożni i prostoduszni jednak już ciekawi świata i spraw istotnych społecznie. W ich dyskusjach słychać jurność i pociąg do kielicha, ale również komentarze do ostatnich wyborów. Drzemie w nich ogromny potencjał i zdają sobie sprawę, iż zjednoczeni pod sztandarem Ojczyzny stanowią nieposkromioną siłę. Brakuje im przywódcy, który by ich pod tym sztandarem zjednoczył. Tragedia polega na tym, że inteligencja, jako elitarna i oświecona część narodu nie jest w stanie go spośród siebie wyłonić.

Inteligencja jest rozteoretyzowana i pogrążona w niemocy, zainteresowanie chłopstwem jest tylko przejawem chwilowej mody, nie są zdolni do przewodzenia narodowi. Szukają taniej egzaltacji, która ubarwi nieco szarzyznę dnia codziennego. Widać to w zachowaniu Poety i Dziennikarza, którzy pod wpływem wizji zrywają się do działania, jednak ich zapał prędko wygasa i jak gdyby nigdy nic powracają do swej codziennej bierności. Tworzy to analogię do roku 1989, gdy Polacy pragnęli pozbyć się komunizmu natychmiast i na zawsze, zaś „tuzy” opozycji byli zalęknieni i gotowi na wszelką ugodę z systemem. I oczywiście uważali się za ludzi per se mądrzejszych od ogółu Polaków.

„Miałeś chamie złoty róg…”
Główny wątek dramatu Wyspiańskiego osnuty jest wokół wizyty Wernyhory – dawnego wieszcza, który przykazał Gospodarzowi wesela zwołanie i uzbrojenie wszystkich mężczyzn zdolnych do noszenia broni – mają ruszyć do kolejnej walki o wolną Polskę. Tym razem do walki zwycięskiej – bo z pomocą niebios, o którą modliło się tyle pokoleń matek Polek. Na znak prawdziwości tych słów Gospodarz otrzymuje złoty róg, którego dźwięk rozbudzi serca Polaków i przyzwie na pomoc zastępy anielskie. Nic takiego nie następuje – Gospodarz przekazuje tę spektakularną misję młodemu parobczakowi, sam zaś usypia zapominając o Bożym świecie. Parobek gubi róg podczas szaleńczej nocnej jazdy i obiecana pomoc nie przybywa. Przybywa za to Chochoł, który swym graniem usypia zebranych i wprowadza w stan letargu. Rozbudzone nadzieje znowu okazały się płonne…

„Ty Wid!”
Przez pryzmat historii Polski Wyspiański jawi się wizjonerem, jasnowidzem niemalże. Wizja narodu pogrążającego się w marazmie, bo spadło nań wyzwanie ponad siły, spełniła się w stu procentach w 1989 roku. W perypetiach ostatnich lat dostrzec można to samo co w pomniejszonej skali pod bronowicką strzechą.: małostkowe charaktery, szlachetne porywy i zmarnowane szanse. I finał: błędny krąg w chocholim tańcu bez celu i bez końca. Brak jakiejkolwiek wizji. Finał, ale nie koniec.

Wtedy to (w 1989 r.) stanęły przed nami widoki na prawdziwą wielkość i suwerenność. Lud, który od lat jednoczył się i przygotowywał do zrzucenia kajdan pod sztandarem „Solidarności” pragnął kraju wolnego od komunizmu. Jednak tak jak w „Weselu” te szanse zostały w znacznej mierze zaprzepaszczone przez słabość elit, które nie były w stanie dać Polakom przywódców na miarę ogromnych szans i wyzwań.

„…boby sie Pon usroł na niem!”
Osobistości pokroju Mazowieckiego, Wałęsy i Kuronia nie były w stanie poprowadzić narodu drogą, na której umieściła go historia. Bo wcale nie chcieli! Nieco starsi pamiętają, jak po wyborach 4 czerwca 1989 przerażony Bronisław Geremek strofował Polaków za to, że masowo zagłosowali na listę „S” skreślając kandydatów partyjnych, podważając w ten sposób okrągłostołowy „dil”. On i jego koledzy byli totalnie nieprzygotowani na upadek komunizmu. Byli przekonani, że rządy PZPR będą trwały długie dziesięciolecia, a sami nie mogli wylizać ran po stanie wojennym i tak dogorywali. Nie rozumieli, że gdyby istniał, choć cień szansy na podtrzymanie status quo, komuniści nie zapraszaliby ich do obrad. Że to nie był żaden akt łaski z ich strony (jak rozumowała większość ówczesnej opozycji) tylko ostatnia deska ratunku. Że jeszcze kilka miesięcy, a zdesperowane społeczeństwo powywieszałoby na latarniach partyjnych aparatczyków, przy aplauzie wojska i MO oraz bierności Kremla. W drastycznie prosty sposób rozwiązany zostałby problem lustracji. Prawda historyczna o prawdziwych intencjach polityków znacznej części opozycji dopiero teraz jest powszechniej znana. Dopiero teraz wiemy, że większość z nich bardziej obawiała się własnych obywateli, niż SB i WSI…

I w postaci przerażonego wynikiem kontraktowych wyborów Bronisława Geremka widzimy zdębiałego Gospodarza, który wezwał lud pod broń, ale gdy widzi Czepca, który stanął w gotowości bełkoce: „Coście, kumie, coście, chłopie”. I my wzorem pana wójta możemy odpowiedzieć: „Pon se ino serce ziębi tym myśleniem, sumowaniem; boby sie Pon usroł na niem!”

„Ostał ci się ino sznur…”
Zgubiliśmy nasz złoty róg, zmarnowaliśmy nasze szanse na wielkość i suwerenność, bo powierzyliśmy je w ręce osób niepowołanych. Elity, które nami przewodzą nie są zdolne nas poprowadzić ku wielkości ani zapewnić sprawiedliwego państwa, bo tak jak Pan Młody, Poeta i Dziennikarz z „Wesela”: zajmowali się intelektualnymi dywagacjami na kanapie, zamiast obserwować świat i przygotować plan dla Polski.

Letarg trwa po dziś dzień, Chochoł rzępoli na swych skrzypkach, a złoty róg gdzieś zaginął. Jednak w każdej chwili ktoś może go odnaleźć, a jego dźwięk obudzi Polaków.

Zatem nie wszystko stracone. „Niech żywi nie tracą nadziei”, jak by to ujął Słowacki. Gospodyni skrzętnie ukryła złotą podkowę – symbol dostatku i powodzenia, którą w „Weselu” gubi koń Wernyhory. Szczęście kiedyś nadejdzie – choć na razie jest ukryte, gdzieś głęboko pod szpargałami, na dnie domowej skrzyni.

autor:

Łukasz Banaś
REKLAMA

Komentarze