[OPINIA] Daniel Marek: Damy‌ ‌i‌ ‌rycerze,‌ ‌czyli‌ ‌jak‌ ‌chrystianizować‌ ‌za‌ ‌pomocą‌ ‌romansów‌

REKLAMA

Słuchając kolejnego listu pasterskiego na początek Wielkiego Postu, naszła mnie refleksja nad sposobem przekazu Ewangelii zawartym w tego rodzaju „kazaniach”. Rozmawiając w gronie rodzinnym i wśród znajomych rzadko zdarza się, by osoby słuchające „odczytów” listów i komunikatów (np. KEP) były w stanie je powtórzyć, czy nawet wskazać puentę. Wydaje się, że odeszliśmy już od wizji Grzegorza Wielkiego i próbujemy przekazywać Ewangelię za pomocą języka i obrazów nie do końca zrozumiałych dla większości współczesnych osób. Co więcej przeglądając większość serwisów z filmami i serialami, nie sposób nie zauważyć, że wartości chrześcijańskie nie są tam zbyt popularne (delikatnie mówiąc). Czyżby Kościół na polu kultury ponosił (poniósł?) sromotną klęskę? 

Dziwne to czasy, w których miłość jest idolem (bożkiem), a zdrada jedyną doń drogą. Czy ktokolwiek z Czytelników odniósłby te słowa do czasów średniowiecza? Myślę, że mała liczba osób zgodziłaby się z pytaniem, a jednak. W taki właśnie sposób można scharakteryzować okres od schyłku wieku XII, w którym tzw. miłość dworna/dworska (amour courtois) odgrywała niebagatelną rolę. Sam termin został ukuty przez francuskiego badacza (G. Parisa) w XIX w. na określenie pewnych charakterystycznych  cech późnośredniowiecznej literatury Francji i Anglii. Chociaż nie o samą literaturę tu chodzi, ponieważ „pojecie to określa pewien schemat związków między kobietą a mężczyzną funkcjonujący wśród przesiąkniętej duchem rycerskim elity dwunastego i trzynastego wieku”. W skrócie C.S. Lewis (The Allegory of Love: a Study in Medieval Tradition) opisywał amour courtois jako „miłość o wysokim stopniu skomplikowania, której charakterystycznymi cechami są Pokora, Dworność, Cudzołóstwo i Religia Miłosna”. Jak na „religię” przystało miłość dworska posiadała ustalone reguły, których należało się nauczyć i respektować. Jednakże wszystko realizowano niejako poza obowiązującym prawem, a zatem istniała tu pewna tajemnica. Rycerz miał być „niemal religijnie” oddany damie, która wyraźnie była objęta nimbem wyższości. Nie można jednak miłości dworskiej traktować jako miłości platonicznej, ponieważ podtekst seksualny był nadto wyraźny. 

Miłość średniowiecznych dworów była, czy miała być, skomplikowaną grą pomiędzy rycerzem a jego wybranką i do tego łamała jeden z fundamentów feudalizmu – wierność. W uproszczeniu możemy powiedzieć, że historia takiej miłości miała następujący schemat: młodzieniec (kawaler, młody rycerz) zakochuje się w zamężnej damie (najczęściej żonie feudała), która była ograniczona siecią zakazów społecznych. Nie mogąc jej posiąść, rycerz czci ją jedynie, prowadząc grę symboli: nosi kolory damy, poświęca jej zwycięstwo w turnieju, przekuwa uczucie w serię bohaterskich czynów, które mają zwrócić na niego uwagę wybranki i uczynić go godnym jej wzajemności. Próby zdobycia damy sprowadzają niebezpieczeństwo, któremu rycerz musi sprostać. W eposach/romansach rycerskich będącymi emanacją miłości dworskiej rycerz pokonuje męża (starego, brzydkiego zazdrośnika) swojej damy i w ten sposób para kochanków na zawsze staje się szczęśliwa. Najsławniejszym rycerzem z tego nurtu jest Lancelot z Jeziora, który miał romans z królową Ginewrą (podwójna zdrada króla Artura).

Zobacz także: [OPINIA] Zgierski: Dlaczego kolorowi popierają Trumpa? Lewica już wie – cierpią na „multiracial whiteness” (wielorasową białość)

Ale co to ma wspólnego z ewangelizacją? Nie trzeba wyjaśniać, że pochwała cudzołóstwa (grzechu, który w pierwotnym chrześcijaństwie był w zasadzie nieprzebaczalny) nie była zgodna z przesłaniem wiary chrześcijańskiej.  To prawda, że nie każdy epos rycerski kończył się szczęśliwie dla kochanków, niemniej jednak tolerowanie zachwytu nad wyłącznie zmysłowym postrzeganiem drugiej osoby, czy niejako umniejszanie znaczenia małżeństwa (które wszak nie było potrzebne kochankom) nie wywodzi się z Ewangelii. Jak sobie z tym poradzono? Na wzór słów Grzegorza Wielkiego, które kierował do misjonarzy ewangelizujących Anglów: „nie powinno się burzyć świątyń pogańskich tego narodu, a tylko niszczyć znajdujące się w nich bałwany; należy pokropić te świątynie wodą święconą, umieścić relikwie, wstawić ołtarze, bo jeśli świątynie te są dobrze zbudowane, trzeba je z miejsc kultu demonów zmienić na miejsca czci prawdziwego Boga, aby naród ów widząc, że nie burzy się jego świątyń, wyrzucał błąd z serca, a poznając i czcząc prawdziwego Boga z większym zaufaniem spieszył na miejsca, do których się przyzwyczaił […]. Bo nie ulega wątpliwości, że jest rzeczą niemożliwą pozbawić umysły surowe wszystkiego od razu; ten bowiem kto usiłuje wspiąć się na szczyt, wznosi się po stopniach krokami, nie zaś skokami”.

Jak to wyglądało w praktyce? Przyjrzyjmy się dwóm wybranym (zapewne dobrze znanym obecnie) romansom średniowiecznym. W utworze Lancelot z Jeziora czyli rycerz na podwodzie, którego autorem jest Chrétien de Troyes, żona króla Artura (Ginewra) zostaje porwana, a na jej ratunek rusza Lancelot. W drodze rycerz nie zważa na utratę honoru i dobrego imienia, ponieważ kieruje nim wielka miłość. Miłosne zbliżenie Lancelota i Ginewry opisane jest językiem religijnym (zachwyt Lancelota nad królową, porównywany jest z zachwytem nad relikwiami, a sam akt cudzołóstwa miał być rozkoszą dającą męczeńskie cierpienia). Ten sposób opisania grzechu dla ówczesnych zakrawał na herezję, którą de facto miłość dworska była (wypaczona prawda o miłości będąca lekarstwem na wszystko). Od momentu opisu zbliżenia para kochanków ukrywa swe uczucia przed światem, tak iż król Artur nie wie o podwójnej zdradzie. Najstarszą wersję opowieści o Lancelocie napisał Chrétien dla Marie de France (hrabiny Szampanii) i to ona miała nadać temat oraz sposób prowadzenia opowieści (o czym autor wspomniał na wstępie utworu). 

Inny utwór francuskiego poety Opowieść o Graalu (dedykowany Filipowi z Flandrii) zmienia sposób przedstawienia miłości dwornej. Początkowo w narracji nie odbiega ten epos od innych tego typu dzieł. Tym razem poznajemy innego bohatera – naiwnego i młodego jeszcze rycerza (Percewala z Walii). Z czasem, według kanonu, pojawiają się pojedynki, zwycięstwa, zaloty i damy. Jednak w pewnym momencie natrafiamy na Króla Rybaka (we francuskim słowo rybak [pêcheur] i grzesznik [pécheur] są prawie identyczne), a w jego zamku na relikwię Włóczni Przeznaczenia oraz na święty Graal. W poszukiwaniu rycerskiego życia młodzieniec (a wraz z nim słuchacze) odnajduje głębszą tajemnicę. Chrétien w niezwykły sposób pokazuje tragiczne konsekwencje początkowych wyborów Percewala – rycerz zrozumiał, że jego dotychczasowe życie było bezwartościowe i postanawia naprawić wyrządzone innym zło. Niestety nie idzie to łatwo. Rycerz zapomina o Bogu i w tym momencie Chrétien tłumaczy kim jest Jezus Chrystus i co się z nim działo w Wielki Piątek. Jakaż to niespodziewana zmiana względem Rycerza na podwodzie! Co więcej diagnozą niepowodzeń Percewala (wszak największego z rycerzy) jest jego ruina życia duchowego. Odrodzenie rycerza musi odbyć się na poziomie ducha. W centrum romansu rycerskiego pojawia się problem grzechu, który przynosi wielkie cierpienia. Wszystkie dotychczasowe wydarzenia nabierają innego, głębszego znaczenia. Ocalenia Percewal ma szukać w Bogu i Eucharystii jako centrum życia, pokorze i pomocy bezbronnym. Niestety romans w oryginale nie został dokończony, ponieważ Chrétien zmarł, nie dokończywszy swego dzieła. Z czasem tajemnica Graala została rozwinięta przez innych twórców i to w sposób jeszcze bardziej teologiczny i biblijny, ale o tym innym razem.

Wyobraźmy sobie reakcję średniowiecznych ludzi na dworach, którzy wsłuchiwali się w Opowieść o Graalu jak w kolejny dobrze zaczynający się romans o nieskrępowanej miłości erotycznej – czy po powrocie do swoich zajęć nie przyszła im chwila głębszej refleksji? Jakże łatwiej musiało trafić do nich przesłanie chrześcijańskie podane w formie dobrze im znanej. Oczywiście mam na uwadze, że nie można wszystkiego przekuć w „materiały ewangelizacyjne”. Zastanawiam się jedynie, czy aby nie trzeba na nowo przemyśleć sposobu docierania do wiernych, zwłaszcza młodych, którzy „miłość dworską” mają w niewyobrażalnych ilościach w dzisiejszej kulturze popularnej? W tej kulturze, która jest im bliższa, niż dawny język Kościoła (skądinąd piękny, ale często nie dość wytłumaczony w swej złożonej alegorii).

Daniel Marek

REKLAMA

Komentarze