REKLAMA

14 sierpnia – rocznica męczeńskiej ofiarnej śmierci Św. Maksymiliana Marii Kolbe

14 sierpnia – rocznica męczeńskiej ofiarnej śmierci Św. Maksymiliana Marii Kolbe

REKLAMA

Michał Micherdziński urodził się 5 sierpnia 1919 Po wybuchu II wojny światowej brał udział w kampanii wrześniowej w obronie Warszawy. Po nastaniu okupacji niemieckiej został aresztowany przez gestapo, po czym 26 czerwca 1940 został osadzony w niemieckim obozie koncentracyjnym KL Auschwitz jako więzień polityczny. Otrzymał numer obozowy 1261. 29 lipca 1941 był świadkiem, gdy na apelu franciszkanin Maksymilian Maria Kolbe dobrowolnie wybrał śmierć głodową w zamian za skazanego współwięźnia Franciszka Gajowniczka

W 2004 roku z Michałem Micherdzińskim rozmawiał o. Witold Pobiedziński OFM Conv.

o. W. P. –  Przez 5 lat był Pan więźniem obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Spotkał Pan osobiscie św. Maksymiliana. Jakie miała znaczenie dla Pana oraz innych więźniów obecność tego franciszkańskiego zakonnika pośród Was?

M. M. – W Auschwitz dostąpiłem ogromnej łaski. Z ojcem Maksymilianem przebywałem w jednym bloku. Stałem z nim w jednym szeregu w czasie selekcji na śmierć. Byłem naocznym świadkiem jego heroicznej ofiary, która mnie i innym więźniom przywróciła nadzieję.

o. W. P. – Jakie były okoliczności tego wydarzenia, które do dzisiaj budzi tak wielkie i żywe zainteresowanie oraz inspiruje ludzi do postawienia pytania: dlaczego on to zrobił?, w imię jakich wartości?

M. M. – 63 lata temu [obecnie to 78 lat temu, w 20219 roku – przyp. red.], we wtorek, 29 lipca 1941 roku, około godziny 13:00, zawyła syrena obozowa. Wycie syren oznaczało alarm, oznaczało, że w jednej z brygad [komand – przyp. red.] zabrakło więźnia. SS-mani natychmiast przerwali pracę [komand – przyp. red.] i zaczęło się konwojowanie więźniów do obozu na apel, aby sprawdzić stan liczbowy [niekiedy miejsca pracy komand zewnętrznych oddalone były i o 10 km od obozu, do i z którego szli oni pieszo – przyp. red.]. Apel ten wykazał rzecz tragiczną: na naszym bloku 14a brakowało więźnia. Kiedy mówię „na naszym bloku”, mam na mysli, że na bloku moim, ojca Maksymiliana, Franciszka Gajowniczka i innych. Była to wiadomość przerażająca. Zwolniono resztą więźniów z apelu, a nam [wszystkim z bloku 14a – przyp. red.] ogłoszono karę: stanie na baczność bez czapek dzień i noc o głodzie. Noc była bardzo zimna. Spodziewaliśmy się najgorszego. Rano oficer niemiecki krzyczał w naszym kierunku: „Ponieważ z waszego bloku uciekł więzień, a wy nie dopilnowaliście tego i nie przeszkodziliście temu, dlatego dziesięciu z was umrze śmiercią głodową, żeby pozostali zapamiętali, że nawet najmniejsza próba ucieczki nie będzie tolerowana”. Zaczął selekcję.

o. W. P. – Co dzieje się w człowieku, kiedy wie, że mogą to być ostatnie chwile jego życia? Jakie uczucia towarzyszyły więźniom, którzy mogli usłyszeć wyrok skazujący ich na śmierć?

M. M. – Wolałbym oszczędzić sobie przypominania szczegółów tej przerażającej sytuacji… Selekcja wyglądała tak: na przedzie dwa kroki przed pierwszym szeregiem stał niemiecki kapitan. Patrzył w oczy, jak sęp. Mierzył każdego i co chwilę podnosił prawą rękę i mówił: „DU” [z niem.: TY – przyp. red.]. „DU” oznaczało, że to TY umrzesz śmiercią głodową. I szedł dalej. SS-mani wywlekali biedaka [wskazanego – przyp. red.] z szeregu, zapisywali numer i „odstawiali” pod strażą na przedzie. „DU” brzmiało jak uderzenie młota w pustą skrzynię. Każdy bał się, że za chwilę palec może pokazać na niego. Grupa „wybranych” stała szpalerem przed pierwszym naszym szeregiem apelowym w odległości jakichś 4 metrów, a pomiędzy nami i tamtymi, SS-man dalej się przechadzał, mówiąc co chwilę: „DU, DU…”. Serca waliły nam, jak młotem, w głowie szum, krew pulsowała w skroniach. Zdawało się nam wszystkim, że krew wyskoczy nosami, uszami i oczami. Coś tragicznego.

o. W. P. – Jak zachowywał się o. Maksymilian podczas tej selekcji?

M. M. – Ja i ojciec Maksymilian staliśmy w siódmym szeregu. On stał po mojej lewej ręce. Dzieliło nas może dwóch, może trzech kolegów. Gdy szeregów przed nami ubywało, zaczął nas ogarniać coraz większy lęk. Muszę powiedzieć, że jakkolwiek człowiek byłby zdeterminowany i przerażony, żadna filozofia nie jest mu wtedy potrzebna. Szczęśliwy jest ten, kto ma Wiarę, kto ma możliwość do kogoś się uciekać, kogoś prosić o łaskę. Ludzie mający Wiarę nie byli już tak przerażeni – byli gotowi przyjąć przeznaczenie ze spokojem. Kilku SS-manów przeszło obok mnie, omiatając mnie wzrokiem, przeszli obok o. Maksymiliana. Spodobał się im, stojący na końcu szeregu, Franciszek Gajowniczek – 41-letni sierżant Wojska Polskiego. Gdy Niemiec powiedział „DU” i wskazał na niego, wyrwało się biedakowi z piersi: „Jezus Maria,… moja żona,… moje dzieci”… Oczywiście SS-mani nie zwracali żadnej uwagi na słowa więźniów, tylko zapisywali numery.  Zostało wybranych już dziesięciu. Głowa bolała, jeść się chciało, nogi popuchły,… a tu naraz zrobiło się jakieś poruszenie w moim szeregu, aż tu nagle zaczął się ktoś przeciskać między więźniami. Był to o. Maksymilian. Szedł krótkim krokiem, bo w drewniakach długim krokiem iść się nie dało. Trzeba je było trzymać palcami stóp, żeby nie spadły. Szedł prosto ku grupie SS-manów, stojących w pobliżu pierwszego szeregu. Wszyscy drżeliśmy, ponieważ było to złamanie jednego z najostrzej i najbrutalniej przestrzeganych zakazów: wyjście z szeregu oznaczało śmierć. Byliśmy pewni, że ojciec Maksymilian zginie od razu, zanim zdąży się przecisnąć, ale stało się coś nadzwyczajnego, czego nie zanotowała historia siedmiuset! obozów koncentracyjnych, jakie zbudowała III Rzesza: NIGDY nie zdażyło się, aby więzień obozu mógł bez poniesienia kary wyjść z szeregu. Było to dla Niemców coś tak niewyobrażalnego, że stali, jak skamieniali. Patrzyli po sobie zdezorientowani. Ojciec Maksymilian szedł wyprostowany, świadomy wielkiej misji. Stanął spokojnie przed oficerami. Wreszcie opamiętał się kierownik obozu i wściekły zapytał swojego zastepcę: „Was will dieses polnische Schwein?” [tłum. z niem.: „Co chce ta polska świnia?”]. Tłumacz był zbędny. O. Maksymilian odpowiedział spokojnie: Ich will sterben für ihn” [tłum. z niem.: „Ja chcę umrzeć za niego] – wskazując ręką na stojącego obok Gajowniczka. Jeżeli wcześniej Niemcy stali, jak oniemiali, to teraz pootwierali ze zdumienia usta. Dla nich, reprezentujących bezbożność laicką, było to coś niepojętego, że ktoś może chcieć umrzeć za innego człowieka. Patrzyli na o. Maksymiliana z pytaniem w oczach: czy on oszalał, czy może oni nie zrozumieli odpowiedzi? Wreszcie padło drugie pytanie: „Wer bist du?” [tłum. z niem.: „Kto ty jesteś?”]. O. Maksymilian odpowiedział: Ich bin ein polnischer katolischer Priester” [tłum. z niem.: „Jestem polskim księdzem katolickim”]. Oto więzień wyznał, że jest Polakiem, pochodzi z narodu, którego Niemcy nienawidzili, do tego przyznaje, że jest duchownym. Dla SS-manów ksiądz był wyrzutem sumienia.

Ciekawe, że w tym dialogu o. Maksymilian ani raz nie używa słowa proszę”. Jest tylko jego żądanie, którym złamał Niemca. Złamał sędziego, który uzurpował sobie prawo decydowania o życiu i śmierci, zmusił go do zmiany wyroku.

Panowała wtedy cmentarna cisza, każda sekunda wydawała się trwać wieki. Wreszcie stało się coś, czego do dzisiaj nie mogą zrozumieć ani Niemcy, ani więźniowie. Kapitan SS zwrócił się do o. Maksymiliana per „pan”:  „Warum wollen Sie für ihn sterben?” [tłum. z niem.: „Dlaczego pan chce umrzeć za niego?”].

REKLAMA

Upadły wszystkie kanony, które SS-man wyznawał wcześniej. Przed chwilą nazwał go „polską świnią”, a teraz zwraca się do niego per „pan”. Stojący obok SS-mani i podoficerowie nie byli pewni, czy dobrze słyszą. Tylko jeden raz w historii obozów koncentracyjnych zdarzyło się, aby wysoki oficer, który zamordował tysiące niewinnych ludzi, zwrócił się do więźnia w ten sposób.

Maksymilian odpowiedział: „Er hat eine Frau und Kinder” [tłum. z niem.: „On ma żonę i dzieci”]. Oto cały katechizm w pigułce. On uczył wszystkich, co to znaczy ojcostwo, rodzina. On – człowiek mający dwa doktoraty obronione w Rzymie z najwyższą notą summa cum laude, redaktor, misjonarz, wykładowca dwóch wyższych uczelni w Krakowie i Nagasaki. On uważał, że jego życie jest mniej warte, niż życie ojca rodziny! Jakże to był wspaniały wykład katechizmu.

o. W. P.  – Jak zareagował niemiecki oficer na słowa o. Maksymiliana?

M. M. – Wszyscy czekali, co się dalej stanie. SS-man był przekonany, że to on jest panem życia i śmierci. Mógł kazać co najmniej ciężko pobić go za złamanie najbardziej rygorystycznie przestrzeganego zakazu występowania z szeregu. A cóż dopiero, jeśli więzień pozwala sobie na wygłaszanie nauk?! Mógł ich dwóch skazać na śmierć przez zagłodzenie. Po upływie kilku sekund esesman powiedział: „Gut” [tłum. z niem.: „Dobrze”]...

Oznaczało to, że dobro zwyciężyło zło, maksymalne zło. Nie ma większego zła, jak skazać z nienawiści człowieka na śmierć godową. Ale nie ma też większego dobra, jak oddać własne życie, po to, by drugi człowiek mógł żyć.

o. W. P. – Jakie znaczenie miało dla was, pozostałych więźniów to, czego byliście naocznymi świadkami?

M. M. – Niemcy pozwolili Gajowniczkowi wrócić do szeregu, a o. Maksymilian zajął jego miejsce. Skazańcy musieli zdjąć drewniaki, były im już niepotrzebne. Drzwi bunkra głodowego otwierane były tylko po to, by wynieść zwłoki. O. Maksymilian szedł w ostatniej parze, pomagał jeszcze iść innemu więźniowi. W zasadzie był to ich własny pogrzeb, jeszcze przed śmiercią. Przed blokiem kazano im ściągnąć pasiaki i wtrącono do celi o powierzchni ośmiu metrów kwadratowych. Zimna, szorstka, mokra posadzka, czarne ściany, światło słoneczne sączyło się przez potrójne załamanie. Wydarzył się tam kolejny cud. O. Maksymilian, chociaż od 20 lat żył o jednym płucu, przeżył wszystkich. W bunkrze głodowym żył 386 godzin. Każdy lekarz uzna to za nieprawdopodobne.

Po tym długim okresie umierania niemiecki kat w białym kitlu lekarskim podał o. Maksymilianowi śmiertelny zastrzyk [z fenolu – przyp. red.]. A on znowu nie umarł… Musieli go dobić kolejnym zastrzykiem.

Umarł w wigilię Wniebowzięcia NMP, jego Hetmanki

[14 sierpnia 1941 roku – przyp. red.].

Przez całe życie pragnął pracować i umrzeć dla Niepokalanej. To było dla niego największe szczęście.

Długo można by mówić o działaniach, jakie zainspirowała ofiara św. Maksymiliana. On umocnił działalność obozowej grupy oporu – tajnej organizacji więźniarskiej. Wielu więźniów przeżyło obóz dzięki istnieniu i działalności tej organizacji. Ocalało nas niewielu, dwóch na stu. Ja dostąpiłem tej łaski, jestem jednym z tych dwóch. Franciszek Gajowniczek nie tylko, że ocalał, ale żył jeszcze 54 lata.

Nasz święty współwięzień przede wszystkim ocalił w nas człowieczeństwo. Był duchowym pasterzem w celi głodowej, wspierał, prowadził modlitwy, rozgrzeszał i wyprowadzał umierających znakiem krzyża na drugi świat. W nas, ocalałych z selekcji, umocnił Wiarę i Nadzieję. Pośród tego zatracenia, terroru i zła, przywrócił nadzieję.

autor:

Jadwiga Zofia Langowska
REKLAMA

Komentarze