REKLAMA

Marcin Skalski: Stosunki polsko-litewskie. Dość milczenia

Marcin Skalski: Stosunki polsko-litewskie. Dość milczenia

Wielu przeciętnych obywateli RP miało do niedawna prawo wyrażać szczerze zdziwienie z powodu dochodzących niekiedy z mediów informacji o dyskryminacji Polaków na Litwie. Od pewnego już czasu większość newsów dotyczących wydarzeń w tym kraju dotyczy właśnie sytuacji naszych rodaków tam żyjących, przy czym trendowi temu sprzyjają same działania władz litewskich, o których donoszą największe media nad Wisłą. Nie byłoby więc zaskakujące, gdyby okazało się, że Litwa kojarzy się dziś przeciętnemu Polakowi ze zbitką „dyskryminacja Polaków”, chociaż badań w ostatnim czasie na ten temat nie przeprowadzano.

Do tej pory Litwa kojarzona była niemalże po mickiewiczowsku, z przestrzenią terytorialnie odległą (niczym mityczne „kresy”), ale w jakimś sensie bliską, gdyż nawet największy ignorant jest w stanie skojarzyć pierwszy wers „Pana Tadeusza”, a niekiedy prawidłowo przypisać jego autorstwo Mickiewiczowi. Dlatego między innymi, chociaż dzisiejsze niełatwe położenie Polaków-obywateli Litwy pod względem przestrzegania ich praw narodowych to żadne novum, skojarzenia z Litwą i Litwinami musiały być na ogół pozytywne, co akurat badania z ostatniego dwudziestolecia generalnie potwierdzają.[1] Tworzyło to solidną podstawę dla rozległej publicystyki, deklaracji politycznych, a nawet działalności eksperckiej lub quasi-eksperckiej, by lansować tezę o „strategicznym partnerstwie” (jak twierdzi jeden z badaczy – zbitka-klucz w sytuacji, gdy nie ma się pomysłu na stosunki z danym państwem, stąd być może III RP tworzy „strategiczne partnerstwo” prawie ze wszystkimi swoimi sąsiadami[2]) z Litwą, które ma mieć głęboko zapuszczone korzenie we „wspólnej przeszłości”, „wspólnym dziedzictwie” i t. p. Trzeba przyznać dziś uczciwie, że w przypadku ludzi pełniących we współczesnej Polsce funkcję elit były to frazy wynikające albo z ogólnego lekceważenia spraw polskich, albo z niewiedzy wyrosłej z autentycznej wiary w te hasła. Efekt ich działania jednak zawsze był ten sam.

Należy wobec tego zadać sobie pytanie – skoro padło z polskiej strony tyle tego typu deklaracji, a po podpisaniu dwustronnego traktatu w 1994 roku Polska ani razu nie wystąpiła przeciwko interesom Litwy, niekiedy je praktycznie bezinteresownie forsując, to w czym leży problem z obiektywnie istniejącymi trudnościami dla Polaków na Litwie? Skoro taka postawa nie zaradziła żadnemu problemowi naszych rodaków tam żyjących, to w czym tkwi źródło owych problemów? Widać bowiem jaskrawo, że nie jest tym źródłem bieżąca polityka, aktualny w danej chwili stan stosunków polsko-litewskich ani cokolwiek innego, co brałoby swój początek w okresie od upadku komunizmu.

Mit „polskiej okupacji”

Czas niewoli komunistycznej możemy z założenia pominąć, gdyż ani Republika Litewska, ani Rzeczpospolita Polska nie dysponowały wówczas podmiotowością w stosunkach międzypaństwowych. W przypadku Rzeczypospolitej istniał polski rząd emigracyjny, który do samego końca stał na stanowisku granic z 1939 roku (a więc z Wilnem, które Litwini pod władzą II RP uznają do dziś za okupowane), jednak jego funkcjonowanie było czysto symboliczne. Polskim głosem, dużo bardziej donośnym, a w sprawach wschodnich wypowiadającym się szczególnie kategorycznie, było niezależne emigracyjne pismo „Kultura”. Forsowało ono imperatyw bezwarunkowego zrzeczenia się centralnych i wschodnich województw Rzeczypospolitej anektowanych przez Związek Sowiecki na rzecz mających powstać bądź odrodzić się niepodległych państw: Ukrainy, Białorusi i Litwy w powojennych granicach odpowiadających im sowieckich republik. Trzeba przyznać, że władze III RP w pełni zrealizowały testament „Kultury” oraz jej redaktora naczelnego, Jerzego Giedroycia, chociaż same uznały się za kontynuatora II RP. Efektem wdrożenia doktryny wspomnianego Giedroycia – jak zwykło się nazywać myśl wschodnią redaktora naczelnego „Kultury”[3] – było zawarcie z Litwą traktatu w 1994 roku, w którym Rzeczpospolita Polska wyrzekała się roszczeń terytorialnych wobec Litwy w jej odziedziczonych po Litewskiej SRS granicach, a więc jednocześnie zupełnie bezwarunkowo oddano część polskiego terytorium, na którego gruncie przynależności do RP stały legalne władze kolejnych rządów emigracyjnych. Dodajmy, że kwestię mniejszości polskiej (przy czym „mniejszości” należałoby – zważywszy na liczebną przewagę Polaków choćby w samym rejonie wileńskim – brać w cudzysłów) uznali kontynuatorzy państwowej tradycji II RP za na tyle nieistotną, że ogólnikowo sformułowano prawa narodowe mniejszości w obydwu państwach jako integralną część traktatu.[4] Że można było inaczej, pokazuje przykład Węgier, które nawiązując stosunki chociażby z Ukrainą przeforsowały uregulowanie kwestii mniejszości węgierskiej w tym państwie w osobnym traktacie, nie zadowalając się frazami o „dobrym sąsiedztwie” i t. p [5]. Trzeba przy tym pamiętać, że tereny Zakarpacia, gdzie żyją Węgrzy, odpadły od węgierskiego państwa nie na mocy konferencji mocarstw w Jałcie czy też agresji sowietów, a w wyniku traktatu pokojowego w Trianon, który był przez przedstawiciela Węgier sygnowany. Uznany jednak za wielką krzywdę ożywiał cały czas pamięć i mobilizował Węgrów do zniwelowania jego skutków. Różnie się to dla Węgier kończyło, ale jak widzimy, nawet po 70 latach inspirował węgierską politykę nawet na poziomie relacji międzypaństwowych. Sytuacja mniejszości węgierskiej na Zakarpaciu jest dziś znacznie lepsza od położenia jej polskiego odpowiednika na Litwie.

Kontynuatorzy władz II RP tymczasem zachowali się, jakby rzeczywiście Polska okupowała w okresie międzywojennym Wilno, zrezygnowano całkowicie z postulatów, które oparte by były na całkowicie uzasadnionej podstawie, że miasto to zupełnie legalnie leżało w granicach RP, że było wraz z całym regionem krajem stricte polskim pod każdym względem (historia, dziedzictwo kulturowe, skład etniczny i inne), a utracono je nie w wyniku sprawiedliwości dziejowej czy też „wyzwolenia” (jak lubią sobie żartować Litwini, nazywając tak zagrabienie Wileńszczyzny Polsce i jej okupację od października 1939 do czerwca 1940, kiedy to na chwilę z łaski komunistycznego ludobójcy Stalina mogli objąć rządy w mieście, w którym ich odsetek wynosił 2%), a z powodu nieuzasadnionej z punktu widzenia prawa międzynarodowego grabieży części polskiego terytorium, co przypieczętowały kolejne konferencje mocarstw, na które przedstawicieli Polski, rzecz jasna, nie zaproszono.

Rewizja granic po upadku Sowietów to oczywiście mrzonki[6], ale albo się wychodzi z założenia, że z tytułu zrzeczenia się części swojego terytorium należy się pewne zabezpieczenie praw narodowych byłych obywateli polskich i ich potomków, albo się wychodzi z założenia, że z tego tytułu Polsce nie należą się żadne prawne gwarancje zabezpieczenia praw narodowych jej byłych obywateli. Ewentualnie wchodziła w grę opcja oficjalnego uznania przez kontynuatorów władz II RP, że Wilno było okupowane, więc w ogóle wtedy nie ma o czym mówić. Wiemy dziś, że ówczesne kierownictwo MSZ negocjujące traktat akurat odmówiło przeprosin za „bunt Żeligowskiego”, ogólnikowo stwierdzono, że obie strony mogą różnie interpretować historię, zaś równie ogólnikowe sformułowania traktatowe miały z kolei załatwić sprawę mniejszości, więc summa summarum Polacy na Litwie powinni czuć się zadowoleni. Poza kwestią odmowy przeprosin (na którą chyba nikt tak naprawdę na Litwie nie liczył, chociaż litewski upór i przeciąganie ratyfikacji traktatu do 1994 roku mogłoby świadczyć o tym, że jednak żądania te były wysuwane zupełnie poważnie) za akcję Żeligowskiego spełniono w zasadzie wszystkie warunki Litwinów, Polska wykazała więcej niż wiele dobrej woli i wyrozumiałości, przez kolejne lata forsowała także litewskie interesy, m.in. w sprawie członkostwa tego państwa w NATO. Wcześniej zaś Rzeczpospolita wycofała się z poparcia dla polskiej autonomii narodowej w granicach Republiki litewskiej. Czy Litwini czuli się wobec tego w jakiś sposób zobowiązani, by choćby w granicach ogólnikowych sformułowań traktatowych dać Polakom swobodę (nawet nie przywileje, ale swobodę właśnie) rozwoju ich kultury narodowej? Odpowiedź na to pytanie jest oczywista.

Problem, jak się rzekło, nie leży więc w bieżącej polityce i stosunkach międzypaństwowych, bo sytuacja Polaków na Litwie była taka sama nawet w momencie, gdy deklaratywnie owe stosunki miały być rzekomo doskonałe, a nasze interesy zupełnie zbieżne. Ostatnie „dokręcenie śruby” tamtejszym Polakom trochę naruszyło ten ideał, znaczące było też odrzucenie przez litewski Seimas ustawy przewidującej pisownię nazwisk obywateli litewskich w innej formie niż zapisywana jedynie literami litewskiego alfabetu, do czego doszło akurat w dniu wizyty prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Wilnie 8 kwietnia 2010. Nikt nawet nie ukrywał, że głównymi beneficjentami tych zmian w prawie mają być Polacy na Litwie i wszyscy o tym doskonale wiedzieli. Dwa dni później okazało się, że była to ostatnia wizyta zagraniczna prezydenta Kaczyńskiego przed tragiczną śmiercią. Jest to bardziej niż wymowny symbol. Niemniej wielu ekspertów, para-ekspertów czy też bardziej poczciwych publicystów „kresowych” żywi nadzieję, że trudności są jedynie przejściowe, mają charakter tymczasowy, że potrzeba „wzajemnego zrozumienia” (kolejna zbitka-klucz) i t. d. Na ile ta wiara o „przejściowości” jest uzasadniona, możemy się dowiedzieć z historii, która jest nauczycielką życia, a stosunków międzypaństwowych w szczególności.

Czym jest współczesna Litwa?

Kiedy mówimy „Litwa”, to na zasadzie skrótu myślowego we współczesnych stosunkach międzypaństwowych na myśl przychodzi od razu Republika Litewska. Koniec końców ten skrót myślowy okazał się bardzo zwodniczy i położył fundamenty pod piramidę złudzeń, jakie przez lata żywiono w Polsce wobec sąsiada. Utożsamiono bowiem litewską Republikę z Litwą, jaką znamy wszyscy z polskiego poematu narodowego, z całą tradycją bliskiego Polakom za sprawą Wieszcza (chociaż większość miałaby pewnie trudności z umiejscowieniem ziem dawnego WKL w konkretnej przestrzeni i terytorium) Wielkiego Księstwa Litewskiego. Współczesna republika miałaby być bowiem spadkobiercą dawnej Litwy, a więc kraju nam bliskiego, zatem w domyśle Polakom włos nie może tam spaść z głowy. Rzekło się przecież, że Polacy i Litwini to bracia, świadczy o tym przecież historia, zawierane unie, wspólne państwo, a potem insurekcje, powstania i t. d. Jak więc może być w tym bratnim kraju dyskryminowany jakikolwiek Polak, o ile są tam w ogóle jacyś Polacy – no bo skąd niby na Litwie mieliby się wziąć? Przecież na Litwie – co logiczne – mieszkają Litwini.

Oczywiście taki sposób myślenia musiał dominować w społeczeństwie polskim, póki nie otworzono mu trochę oczu ordynarnymi wręcz zabiegami lituanizacyjnymi na Wileńszczyźnie, jeśli wcześniej pośrednio utwierdzane ono było w tym przez ekspertów od „wspólnego dziedzictwa” i im podobnych. Trudno było skojarzyć przeciętnemu Polakowi w dzisiejszej Polsce, że Polacy na Litwie są ludnością autochtoniczną, jeśli nikt nigdy publicznie nie wyjaśnił w pełni genezy współczesnej litewskiej tożsamości narodowej i koncepcji państwowości litewskiej. Utożsamianie tychże bezpośrednio z Wielkim Księstwem Litewskim stało się źródłem nieporozumień, złudzeń i w efekcie tego generalnym traktowaniem w Polsce sprawy Rodaków na Litwie jako marginalnej.

Republika litewska – co może się z początku wydać Czytelnikowi dziwne – to nie kontynuacja, przedłużenie, modyfikacja, adaptacja do dzisiejszych warunków idei i tradycji Wielkiego Księstwa Litewskiego. Dzisiejsza Republika litewska to całkowite zaprzeczenie Wielkiego Księstwa. Tym bardziej trudno tę oczywistą w gruncie rzeczy tezę forsować publicznie i na innych forach, że posłużono się przecież imieniem Litwy w oficjalnej nazwie państwa. Terminologia ta sprzyja złudzeniu, że mamy do czynienia z kontynuatorem państwowości, z którą łączy nas rzekomo autentyczna wspólna przeszłość i więzi kulturowe.

Bardzo polskiej sprawie na dzisiejszej Litwie szkodzą sformułowania o „polsko-litewskim” państwie, uniach, historii i t. d. Skoro na tej samej płaszczyźnie stawia się Polskę i Litwę, to od razu w domyśle Litwa (WKL) nie jest Polską, depolonizujemy na własne życzenie historię tego kraju i maskujemy fakt autochtoniczności Polaków w Republice litewskiej, która obejmuje drobny skądinąd fragment dawnego WKL. Nie jest bowiem prawdą, że I Rzeczpospolitą tworzyli przodkowie zarówno dzisiejszych Polaków, jak i przodkowie dzisiejszych Litwinów, a w skład I Rzeczypospolitej (jakiej? czyżby przypadkiem polskiej?) wchodziła Polska i Litwa. Źródła mówią, iż Zygmunt August w r. 1564 na sejmie walnym w Warszawie, zaniechawszy wszelkiej dziedzicznej sukcesji na w. xięstwo Litewskie, dobrowolnie Rzeczypospolitej, sławnej koronie polskiej odstępuje, i wyrzeka się na wieczne czasy.[7] Ponadto przyjrzyjmy się terminologii: urzędy mamy koronne i litewskie, wojska – również koronne i litewskie, a nie: polskie i litewskie. Litwa częścią Polski była, a jej tradycję siłą rzeczy przejmuje Polska.[8] Przodkowie dzisiejszych Litwinów ani nie pochodzą od szlachty Wielkiego Księstwa, ani też nie mieli żadnego wkładu w kulturę tych ziem. Dość powiedzieć, że żadnego dokumentu po litewsku sprzed 2. połowy XIX wieku historia nie odnotowała, wydawano jedynie katechizmy i to w narzeczu znacznie się różniącym od współczesnego litewskiego, tworzonego niekiedy niczym esperanto przez litewskich intelektualistów w typie Jonasa Jablonskisa na przełomie XIX i XX wieku, co polegało na odgórnym i sztucznym usuwaniu slawizmów i wymyślaniu w ich miejsce nowych słów. Jak pisze Ryszard Radzik, co najmniej do powstania styczniowego w określeniu ‘Litwin’ nie było niczego niepolskiego.[9] Z kolei Robert Daniłowicz podkreśla, że określenie Litwin przestało być desygnatem przynależności etnicznej. Sama Litwa była uważana za jedną z polskich dzielnic, jak Pomorze czy Mazowsze.[10] Sam Mickiewicz pisał w „Księgach narodu i pielgrzymstwa polskiego”: „Litwin iMazur [tutaj chodzi o Mazowszanina – M.S.] bracia są; czyż kłócą się bracia o to, iż jednemu na imię Władysław, drugiemu Witowt?Nazwisko ich jedne jest: nazwisko Polaków.”

Trudno o wymowniejsze potwierdzenie tego, kto jest autentycznym spadkobiercą WKL. Potomkami tych historycznych Litwinów są właśnie zamieszkujący dziś Republikę litewską Polacy, ale też cały naród polski, którego są oni integralną częścią.

Właśnie o koncepcję i pojęcie Litwina, a wraz z tym całą koncepcję historii toczy się dzisiaj decydująca w moim przekonaniu rozgrywka o Polaków na Litwie. Ograniczenie wpływów języka i kultury polskiej władze litewskie, a wraz z nimi wielu intelektualistów (często przedstawianych dzisiaj w Polsce jako sympatyzujących z naszym krajem) uzasadniają obawą o wchłonięcie własnego języka przez polszczyznę, tak jak już miało to miejsce kiedyś. Trudno jednak takie obawy pogodzić z jednoczesnym szczyceniem się wielowiekową historią WKL, którą Republika litewska skutecznie do tej pory monopolizuje. Skoro stoi za nimi bogata historia, to chyba nie ma podstaw do obaw – wydawałoby się. Tak naprawdę te działania są podszyte lękiem nie tyle o polonizację Litwinów, bo mniejszość polska nie ma dziś aż takiej siły przebicia, ale o to, żeby Litwini mogli sami naprawdę wierzyć w to, co głoszą. Skoro to oni są – jak twierdzą – rzekomymi kontynuatorami WKL (w czym usiłują się utwierdzić m.in. wieszając w katedrze wileńskiej stylizowane na zabytkowe epitafia po litewsku – zwykle w miejsce starych autentycznych epitafiów polskich), to co robią w Wilnie i wokół niego autochtoniczni Polacy?

Tę nieścisłość Litwini wyjaśniają prosto – Polacy na Litwie to nie żadni Polacy, to „spolonizowani Litwini”. Nawet jak twierdzą, że są Polakami, to tak naprawdę po prostu są „nieuświadomieni”. Nie są to wymysły autora, takie tezy padają naprawdę w Republice litewskiej i nie są wygłaszane przez ludzi z łatką kontrowersyjnych czy też „oszołomów”, a przez poważane persony. Stąd prosta droga do tezy o „polskiej okupacji Wilna” i t. p. Rzecz nie idzie więc tylko o Polaków na Litwie, a o to, czy damy sobie narzucić kłamliwą i stawiającą Polaków jako naród w złym świetle wersję historii. Przyjrzyjmy się – Litwini „odzyskali” Wilno, a mimo wszystko antypolonizm jest tam nadal fundamentem ideologicznym całej państwowości. Ta dziwna hybryda – odcięcie się od polskiej kultury WKL przy jednoczesnym odwoływaniu się do tej historii wymaga mocnego wsparcia ideologicznego, w którym miejsca dla Polaków na Litwie, jako zakłócających ten przekaz samym swoim istnieniem jako świadomych swej polskiej tożsamości, po prostu nie ma.

Depolonizacja etnicznie polskiej Laudy (Kowieńszczyzny) w okresie międzywojennym przez I Republikę Litewską to bardzo wiele mówiący epizod wzajemnych stosunków. Przemilczanie tego faktu – którzy przecież powinien rozwiać wszelkie złudzenia co do tego, z kim mamy do czynienia – również szkodzi sprawie polskiej na Litwie i każdy dzień milczenia  na ten temat to kolejny stracony dzień dla sprawy polskiej. Niestety, mało kto w ogóle na ten temat mówił, o ile ktokolwiek sobie ten fakt uświadamiał. Dzisiaj może wygląda to groteskowo, ale dla osób temu procederowi poddawanym nie było to wcale zabawne. Zachowały się bowiem przekazy o tym, jak na tzw. Litwie kowieńskiej czyniono z obywateli polskiej narodowości „prawdziwych” (czytaj: niespolonizowanych) Litwinów. Postanowiono dobrać się do świętego przymiotu, jakim jest dla wielu przekazywane z ojca na syna nazwisko. Przeanalizowano historię dawnej Litwy i stwierdzono, że nazwiska naszych Rodaków na Kowieńszczyźnie to spolonizowana wersja zrutenizowanych z kolei „autentycznych” nazwisk litewskich sprzed wieków (przy czym tego, po co były w zamierzchłych czasach przedstawicielom prostego ludu – jakim byli wówczas Litwini – nazwiska, nikt nie wyjaśnił). Do tego trzeba dodać litewską obsesję z międzywojnia na punkcie „odzyskania” Wilna, w którym Litwini – jak już wspomniano – nie stanowili więcej niż 2-2,5% ludności. Żeby nie brnąć w opis absurdów, a także nie opisywać szczegółu represji administracyjnych, jak również przypadków spontanicznych pogromów ludności polskiej (m.in. ataków na procesje kościelne) i innych szykan, trzeba stwierdzić otwarcie, że podstawą nowoczesnej (choć to słowo również powinno być w cudzysłowie) tożsamości litewskiej nie jest tradycyjny i typowy dla normalnych narodów patriotyzm. Nie ma on fundamentu w miłości do ziemi, do jakiegoś ojczystego terytorium, do „ziemi i grobów”, jego osnową, rdzeniem jest fundament ideologiczny, inspirowany celowo przez zaborcę w duchu antypolskim w ramach polityki „dziel i rządź” stosowanej przez carat po upadku powstania styczniowego. Gdyby był to typowy tradycyjny patriotyzm, to Litwini – czy też dziś właściwie neo-Litwini – musieliby pójść drogą swoich przodków-Żmudzinów, którzy szli do powstania z hasłem „będziemy wolnymi Polakami” (busime lenkais valais), czemu nie przeczą współcześni litewscy historycy (a niektórzy, jak np. L. Kondratas, przyznają to wprost). Jednakowoż waliłaby się w tym wypadku cała ideologiczna koncepcja Republiki litewskiej, której to koncepcji – jak już wspomniano – autochtoniczna ludność polska na Wilenszczyźnie stoi dziś na przeszkodzie. Na to Litwini nie chcą sobie pozwolić, stąd zgodnie z logiką, jaka leży u podstaw litewskiej Republiki, dążą do lituanizacji naszych Rodaków.

Zabiegi lituanizacyjne nie są zatem wypadkiem przy pracy, efektem chwilowego (no, może trochę przeciągającego się) niezrozumienia przez Litwinów sensu „wspólnej historii”, którą wkrótce przecież sami z siebie pojmą, a logiczną konsekwencją obranej (bądź też wyznaczonej mu) już dawno przez ruch nowolitewski drogi, na końcu której nie ma miejsca dla ani jednego autochtonicznego Polaka na terytorium, które Litwini uznają za swoje. I choćby Polacy na Litwie byli lojalni wobec Republiki litewskiej (a mimo wszystko są) i znali perfekcyjnie język państwowy (a znają, młode pokolenie litewskim posługuje się nim bez zarzutu), to i tak nie będzie dla nich miejsca na etnicznej mapie Republiki. Zgodnie z litewską ideologią narodową dobry Polak to były Polak, czyli „uświadomiony”, a niegdyś „spolonizowany” Litwin. I przyjęcie tych faktów do wiadomości to najlepsza rzecz, jaką możemy teraz zrobić dla naszych Rodaków mieszkających w granicach Republiki litewskiej. Kolejną rzeczą jest zrobienie użytku z tej wiedzy.

Następnym etapem nieuchronnie musiałoby więc być ideologiczne rozbrojenie Republiki litewskiej. Nawet gdyby zrealizować pełnię polskich praw do Wilna, to i tak zawsze będziemy mieli za sąsiada państwo ufundowane na podstawach antypolskiej ideologii. Czasami to zaślepienie ideologią bywa zgubne dla samej Republiki litewskiej, np. od skutków jej bezmyślnego sojuszu z bolszewią w 1920 uratowało ją tylko zwycięstwo Polaków w Bitwie Warszawskiej. Słowa litewskiego prezydenta Antanasa Smetony z 1939 o „odzyskaniu” Wilna „dzięki długotrwałej przyjaźni, jaka łączy ją[Republikę litewską – M.S.] z Sowietami” napisane w broszurze „Witaj Litwo” z 29 października 1939 powinny owiać hańbą tę postać i reprezentowaną przez nią politykę, tymczasem dzisiaj powtórzenie za Smetoną tej oczywistej przecież prawdy, że Republika litewska zawdzięcza Wilno sowietom, jest w złym tonie, chociaż ten niewątpliwy fakt powinien być w ogóle punktem wyjścia w negocjacjach z Litwą nad traktatem z 1994 roku.

W dłuższej perspektywie czasowej Litwę trzeba zdelegitymizować jako państwo odwołujące się bezprawnie do nienależnej jej tradycji, a także punktować wyraźnie zarysowujące się sprzeczności w jej programie ideologicznym. W sytuacji Polaków na Litwie, poza pomocą doraźną i lobbingiem na ich rzecz, trzeba zwalczać źródło dyskryminacji, a nie tylko skutek. Jest to również gra o to, czy będziemy mieli za sąsiada państwo, którego antypolonizm uda się spacyfikować, czy też spadkobiercę „chlubnej” tradycji sojuszu z Leninem i Trockim w 1920, a chwilowo w 1939 także ze Stalinem. Położenie Polaków to tylko i aż probierz tego, jakim w zasadzie sąsiadem litewska Republika w stosunku do Polski jest. Tu też pozostaje dorzucić dygresję na temat, ile sensu mają pseudo-geopolityczne kalkulacje, w których poświęca się świadomie Polaków na Litwie na rzecz „sojuszu” z małą Republiką. Warto ten fragment zadedykować choćby dr Przemysławowi Żurawskiemu vel Grajewskiemu, który – jak zakładam – w dobrej wierze sformułował kiedyś taki postulat (co miałoby nam przynieść poświęcenie Polaków dla państwa, które nie ma żadnego strategicznego znaczenia, tego nie wiem).[11]

Pozostaje wierzyć w polskie soft power, że potrafimy forsować własną wersję historii, której przecież jako Polacy nie musimy fałszować, żeby pokazać, iż mamy rację. Przykład naszych stosunków z Republiką litewską pokazuje, że o tej racji milczeliśmy zbyt długo.

Marcin Skalski

[1] Wyniki badań CBOS z 2006 wskazują, że 36% badanych ma stosunek do Litwinów pozytywny, 33% obojętny, a 24% niechętny. Opcję „trudno powiedzieć” wybrało 7% badanych. Średnia ocen plasuje Litwinów w pierwszej połowie zestawienia narodów, do których mamy pozytywny stosunek. w: Stosunek Polaków do innych narodów. Komunikat z badań, Warszawa 2006 [w:] http://www.wolnabialorus.pl/pdf/COBOS_badania_XII_06.pdf, dostęp w dn. 10.09.2012

[2] „Pewien rosyjski analityk, zajmujący się stosunkami międzynarodowymi, rzucił uwagę, że określenia ‘strategiczne partnerstwo’ używa się w sytuacji, kiedy dwa państwa właściwie nie wiedzą, jaką wagę nadać swoim wzajemnym stosunkom.”,w: T. Marczak, Geopolityczne determinanty polsko-ukraińskiego partnerstwa strategicznego [w:] M. Wolański, Ł. Leszczenko (red.), Polska – Ukraina. Coś więcej niż sąsiedztwo, Wrocław 2006 s. 18

[3] Chociaż znaczny wkład w tworzenie doktryny miał też chociażby Juliusz Mieroszewski.

[4] Traktat między Rzecząpospolitą Polską a Republiką Litewską o przyjaznych stosunkach i dobrosąsiedzkiej współpracy z 26 kwietnia 1994, Dziennik Ustaw (nr 15, pozycja 71) z dnia 20 lutego 1995 roku.

[5] Ethnic Hungarian Minorities in Central and Eastern Europe, [w:] http://www.refworld.org/docid/3ae6a6c34.html

[6] Chociaż nasi wschodni przyjaciele w negocjacjach traktatowych nie ograniczali się specjalnie w dywagacjach nad roszczeniami terytorialnymi wobec III RP, szczególnym przypadkiem jest Białoruś, która wedle relacji ówczesnego szefa MSZ, Krzysztofa Skubiszewskiego, pod rządami nacjonalisty Stanisława Szuszkiewicza podniosła temat uregulowania statusu Białostocczyzny, mającej rzekomo być przedmiotem nieuprawnionego przekazania Polsce przez Stalina w 1945. Wielkoduszność naszych mężów stanu doprowadziła do tego, że w czasach, gdy Szuszkiewicz pełnił już rolę opozycjonisty, udostępniono mu mównicę w Sejmie RP, kiedy to oficjalnie, uroczyście i jednomyślnie potępiono reżim Łukaszenki 25.02.2011. Czy Łukaszenko stanie się przez to łatwiejszym dla Polski partnerem, np. w grze politycznej o swobody dla Polaków na Białorusi, tego nie rozstrzygnięto.

[7] A. Przeździecki, Podole, Wołyń i Ukraina, Lwów, 1862, s. 99

[8] Zastanawiające jest zresztą, czemu odrodzona po rozbiorach Rzeczpospolita nie włączyła do swojej heraldyki również litewskiej Pogoni, skoro przed rozbiorami i podczas powstań przedstawiający Koronę Orzeł Biały zawsze występował obok niej – ewidentnie zabrakło nam konsekwencji w kontynuowaniu dzieła Przodków z 1830 i 1863 – w tę próżnię po dawnej polskiej Litwie szybko weszła Republika litewska z określonymi żądaniami terytorialnymi.

[9] R. Radzik, Ewolucja narodowa społeczności Kresów Wschodnich, [w:] Kultura i społeczeństwo, t. 35, nr 2, s. 59

[10] R. Daniłowicz, Narodów pomieszanie[w:] „Polityka”, nr 51, (2787), 18 grudnia 2010, s. 51

[11] Przemysław Żurawski vel Grajewski, W polityce liczą się skutki, a nie najlepsze nawet intencje [w:]http://kresy.pl/publicystyka,opinie?zobacz/w-polityce-licza-sie-skutki-a-nie-najlepsze-nawet-intencje–

źródło:

Polityka Narodowa
Polub fanpage Polityka Narodowa na Facebooku
REKLAMA

Komentarze