REKLAMA

SKALSKI: #AdamZjedzSnickersa

SKALSKI: #AdamZjedzSnickersa

REKLAMA

Jest rok 2016. Przed jednym z posiedzeń sejmowej Komisji ds. Łączności z Polakami za Granicą rozmawiam z posłem Adamem Andruszkiewiczem. Nagle rozmowę przerywa spieszący na to samo posiedzenie wiceminister spraw zagranicznych, Jan Dziedziczak z PiS.  – Dzień dobry, Panie Przewodniczący – kłania się ówczesnemu posłowi Kukiz’15 wiceminister z partii rządzącej. Potem nasza rozmowa toczy się dalej.

Można zadać pytanie, czemu wspominam o tej sytuacji właśnie teraz? Czy ma ona związek z niejednoznacznym, nazwijmy to dyplomatycznie, stosunkiem Adama Andruszkiewicza do słów Kornela Morawieckiego o przyjmowaniu nad Wisłę 7 tysięcy imigrantów?  Co właściwie ma wynikać z tej niepozornej sytuacji z udziałem PiS-owskiego wiceministra?

Od narodowca do PiS-owca?

Na początku obecnej kadencji parlamentu nic nie wskazywało na to, by Adam Andruszkiewicz miał dryfować w kierunku PiS-u. „Obalimy Okrągły Stół, obalimy stare układy” – zarzekał się podczas Marszu Niepodległości w 2015 młody poseł, który w Sejmie znalazł się dzięki współpracy Ruchu Narodowego z Pawłem Kukizem. Afiliacja ta sytuowała Andruszkiewicza jednoznacznie po stronie opozycji wobec Prawa i Sprawiedliwości, mającego w Sejmie większość bezwzględną oraz obstawiony urząd Prezydenta RP.

To właśnie skuteczna realizacja programu narodowego miała być powodem, dla którego Adam Andruszkiewicz wraz z innymi nominalnymi narodowcami nie wyszedł z klubu Kukiz’15, jak uczynił to Robert Winnicki. Prezes Ruchu Narodowego argumentował, iż w ramach Kukiz’15 nie jest możliwe głoszenie idei narodowej. Z kolei nowo ukonstytuowane stowarzyszenie Endecja miało dzięki pozostaniu u boku Pawła Kukiza odznaczać się skutecznością, której pozbawić się miał z kolei Winnicki. Czas miał pokazać, kto obrał korzystniejszą dla ruchu narodowego drogę, jedno było jednak pewne – dla ścieżek wybranych przez Winnickiego i Andruszkiewicza nie było alternatywy, stały one na dwóch przeciwległych biegunach.

Jednym z głównych celów stowarzyszenia Endecja ma być zmiana jakościowa w polskiej polityce – podsumował Andruszkiewicz całą obecną klasę polityczną. W krytyce polityków obecnych w Sejmie powoływał się on z kolei na Pawła Kukiza, co podkreślało strategię „endeków” polegającą na uprawomocnianiu obecności idei narodowej w polityce przez rockmana-polityka. Sam Kukiz obiecywał na konferencji prasowej anonsującej powstanie stowarzyszenia Endecja, że „duch Romana Dmowskiego będzie unosił się nad polską polityką”. Wedle Andruszkiewicza zaś, Endecja miała funkcjonować „pod egidą Kukiz’15”, o czym mówił na kongresie stowarzyszenia w Sejmie.

Musimy odbudować elity, które będą służyły nie partii, ale państwu polskiemu – mówił na wspomnianym kongresie Andruszkiewicz, posługując się charakterystyczną „anty-patriokratyczną” retoryką, stosowaną przez Pawła Kukiza.

Ostatecznie Adam Andruszkiewicz znalazł się w kole poselskim Wolni i Solidarni Kornela Morawieckiego, który już w 2015 roku publicznie opowiedział się za przyjęciem imigrantów z innych kręgów kulturowych. Jest to o tyle charakterystyczne, że to właśnie nieprzejednane stanowisko wobec narzucanego przez Unię Europejską lokowania w Polsce „uchodźców” stało się od pewnego momentu pomysłem Andruszkiewicza na funkcjonowanie w polityce. Z uwagi na to, że anty-imigrancką retorykę stosował też PiS, nastąpiło wyraźne zbliżenie Andruszkiewicza do partii rządzącej. Zostało to również dostrzeżone przez media reżimowe, opanowane przez funkcjonariuszy „dobrej zmiany”. Również i dla nich Andruszkiewicz był wygodnym rozmówcą, gdyż jako polityk nominalnie znajdujący się poza PiS, mówił zarazem to samo, co politycy formalnie do PiS przynależący. W ten sposób głos partii rządzącej wybrzmiewał co najmniej podwójnie podczas każdej z dyskusji, w której w studio telewizyjnym uczestniczył Andruszkiewicz.

Patriotyczny showman

W istocie rzeczy, Adam Andruszkiewicz zmarnował zasób, którym dysponował szeroko rozumiany ruch narodowy, w postaci objętego przez niego mandatu poselskiego. Częstotliwość zapraszania go do programów w TVP była tym większa, im bardziej wyżywał się on na politykach Nowoczesnej czy Platformy Obywatelskiej. W siermiężno-patriotycznej retoryce, którą rugał polityków „opozycji totalnej”, nie miał on sobie równych, co de facto uczyniło z niego sekundanta Prawa i Sprawiedliwości – partii bynajmniej nie będącej ani narodową, ani katolicką, ani nawet prawicową.

Andruszkiewicz nie podważył żadnego dogmatu rządzącego polityką III RP, chyba że wcześniej zrobiło to Prawo i Sprawiedliwość – partia jak najbardziej systemowa i będąca beneficjentem patologicznego systemu partyjnego ukształtowanego przez rzeczywistość post-okrągłostołową. To właśnie z uwagi na duopol, który dziś charakteryzuje się rywalizacją „dobrej zmiany” z „totalną opozycją”, tak ciężko jest narodowcom przebić się ze swoim przekazem. Jest to tym bardziej utrudnione, że skutecznie agendą narodową posługuje się właśnie PiS. Wydawać by się mogło, że głównym zadaniem jakiegokolwiek narodowca w polskim Sejmie powinno być obnażanie prawdziwego oblicza tej partii i odblokowanie potencjału dla ruchów narodowych na polskiej scenie politycznej.

REKLAMA

Tymczasem, patriotyczne „pieprzenie o Szopenie”, z którego sposób na życie (i niemal na zamieszkanie w studio telewizyjnym przy ul. Woronicza) uczynił Andruszkiewicz, może i miałoby rację bytu, gdyby było wymierzone w partię Kaczyńskiego. Andruszkiewicz być może też stałby się kimś w rodzaju Mariana Kowalskiego z okresu sprzed kolaboracji z „pastorem” Chojeckim, kimś w rodzaju sejmowego narodowego trybuna wytykającego partii rządzącej hipokryzję i zaniedbanie zasadniczych kwestii istotnych dla bytu narodowego Polaków. Jeśli bicie piany i odmienianie słowa „Polska” przez wszystkie przypadki miałoby sens, to tylko w takiej postaci, o ile w ogóle takie funkcjonowanie w polityce da się jakkolwiek pogodzić z roztropną działalnością na rzecz dobra wspólnego. Jednakże ciężko obecnie znaleźć punkt, w którym „narodowiec” Andruszkiewicz spierałby się z PiS. Wszystko to ma miejsce w momencie, gdy partia ta dzierżąc władzę od ponad dwóch lat, nie zniosła dopuszczalności aborcji, popiera agendę LGBT na forum ONZ, wprowadza do Polski obce wojska i poświęca interesy Polaków na Kresach Wschodnich w imię „sojuszu” z Litwą i Ukrainą, żeby wymienić tylko główne grzechy ugrupowania Jarosława Kaczyńskiego.

W powyższej sytuacji rzucanie gromami w polityków liberalnych nie ma większego sensu – pod warunkiem, że nie ma się intencji przypodobania się obozowi rządzącemu. Funkcjonowanie w polityce parlamentarnej jako narodowiec jest zasadne tylko wtedy, gdy będzie się recenzować Prawo i Sprawiedliwość, a nie „totalną opozycję”. Być w opozycji do opozycji to znaczy być w obozie rządzącym, choćby nieformalnie. Platforma zaś i Nowoczesna nie muszą się martwić, że zabraknie im oponentów, wszak z uciekania się do ulicy i zagranicy uczyniły one metodę na odzyskanie władzy w Polsce z rąk PiS-u. Natomiast przeciętny PiS-owiec i przeciętny narodowiec mają zazwyczaj podobny stosunek do tych ugrupowań i nie ma potrzeby licytowania się, kto użyje grubszego epitetu na określenie ich zaprzaństwa. Możemy, rzecz jasna, w ramach dyskursu suwerennościowego wytykać zaprzaństwo liberałom, ale wiarygodny polityk narodowy będzie zarazem wytykał to samo PiS-owi, który opowiada się za członkostwem Polski w UE, za obecnością obcych wojsk nad Wisłą czy też realizacją żydowskiej polityki historycznej w naszym kraju. Próżno szukać u Andruszkiewicza krytyki w tę stronę. Ukoronowaniem wstąpienia w rolę nieformalnego PiS-owca było z kolei podniesienie przez byłego narodowca ręki za votum zaufania dla rządu Mateusza Morawieckiego – czyli polityka, który sprowadził do Polski chociażby spekulacyjny kapitał JP Morgan czy też zapowiadającego dalszą inwazję ukraińskich imigrantów ekonomicznych do naszego kraju i w związku z tym zamrażanie płac Polaków.

Za wysokie progi

W czerwcu 2016 wypowiadając się dla portalu Kresy.pl, Andruszkiewicz zapowiedział, że światło dzienne ujrzy za jego sprawą audyt telewizji Biełsat. Jest to o tyle istotne, że na kongresie Endecji w Sejmie Andruszkiewicz przedstawił się jako osoba biegła w stosunkach międzynarodowych. Jednak nie dość, że żaden audyt działalności Biełsatu do dzis nie powstał, to wszystko wskazuje na to, iż Andruszkiewicz intelektualnie nie udźwignął tematyki polsko-białoruskiej.

Adam Andruszkiewicz jest bowiem współprzewodniczącym Polsko-Białoruskiej Grupy Parlamentarnej, która ukonstytuowała się po latach marazmu we wzajemnych relacjach na poziomie parlamentów. Przypomnijmy, że w 2005 roku relacje te zerwano w proteście przeciwko ingerencji władz Białorusi w działalność Związku Polaków na Białorusi, konfiskatę 15 z 16 Domów Polskich i ingerencje w zjazd Związku, w tym prewencyjne aresztowania działaczy udających się na wybór nowych władz ZPB. Członkowie bilateralnej grupy spotkali się nawet z ambasadorem Białorusi, a polscy posłowie, w tym Adam Andruszkiewicz, udali się do tego kraju. Tymczasem, grupę zawiązano bez żadnych ustępstw na rzecz Polaków na Białorusi. Jednocześnie przyjazd na Białoruś oznaczał – jak to bywa w dyplomacji – że to gospodarz spotkania rozdawał karty. Tak samo zresztą dała się ograć polska dyplomacja pod rządami PiS, idąc na rękę administracji Łukaszenki, chwilowo szukającego pola manewru w stosunkach z Moskwą. W ten sposób jednym z niewielu atutów i środków nacisku na władze Białorusi stała się… telewizja Biełsat. Wobec amatorstwa PiS-u Andruszkiewicz nie zachował się wcale lepiej, również i on autoryzował pozory odwilży, której warunkiem wstępnym nie były ustępstwa na rzecz Polaków na Białorusi. Jedynym, który podnosił chociażby kwestię szkolnictwa w języku polskim za naszą wschodnią granicą, był z kolei Robert Winnicki, który spotkanie z ambasadorem Białorusi wykorzystał jako sposób na zakomunikowanie stronie białoruskiej polskich postulatów. Niestety, Winnicki był w tym osamotniony.

Na tym, rzecz jasna, katalog zaniechań się nie kończy. Andruszkiewicz i jego otoczenie właściwie nie sformułowali też jakiejkolwiek wizji stosunków z Rosją, co ma znaczenie o tyle duże, że wszelkie prace koncepcyjne nad stosunkami z Białorusią czy Ukrainą muszą uwzględniać czynnik rosyjski. Adresatem polskiej polityki wschodniej zawsze jest i będzie Rosja (nie należy mylić adresata z beneficjentem!!), co powinno być oczywiste dla każdego, kto chce być uważany za znawcę materii stosunków międzynarodowych. Dlatego też do zagadnienia rosyjskiego należy się jakkolwiek ustosunkować, u Andruszkiewicza brak natomiast głębszej uzewnętrznionej refleksji, czym właściwie jest obecnie państwo rosyjskie dla Polski.

Oddajmy jednak byłemu narodowcowi, że na początku kadencji zgłaszał on interpelacje w sprawie promocji banderyzmu na terytorium RP, dyskryminacji Polaków na Litwie czy – o dziwo – przyczyn zawieszenia małego ruchu granicznego z obwodem kaliningradzkim. Dla porównania jednak – Robert Winnicki, którego funkcjonowanie w polityce parlamentarnej jest kontrapunktem dla modus operandi Andruszkiewicza, korzysta nie tylko z interpelacji, ale też z mównicy sejmowej, żeby rugać PiS za jego zaniechania w tej i pozostałych kwestiach. Winnickiemu przez krytykę PiS-u nie jest jednak wcale bliżej do liberalnej opozycji, w czym jednoosobowo niestety (z winy Andruszkiewicza, Chruszcza i reszty) zaznacza polityczną suwerenność Ruchu Narodowego.

Czarę goryczy przelewają jednak u Andruszkiewicza takie incydenty jak głosowanie za przyznaniem 100 milionów złotych na żydowską nekropolię w Warszawie, podczas gdy na polskie dziedzictwo na Kresach Wschodnich przeznaczany jest ułamek tej kwoty. Andruszkiewicz potrafi się z mównicy sejmowej pochwalić dziadkiem-Żołnierzem Wyklętym pochodzącym z terenów obecnej Białorusi, ale tylko wtedy, gdy trzeba było uderzyć w Platformę i Nowoczesną. To, że na wspomniany cmentarz mogą wyłożyć pieniądze chociażby bogate środowiska żydowskie na całym świecie, powiedział dopiero Robert Winnicki. Pewnie też z tego między innymi powodu lider Ruchu Narodowego nie ma co marzyć o zaproszeniu do TVP, nie mówiąc o regularnym tam bywaniu, jak to ma miejsce u Andruszkiewicza.

Woda sodowa

Wróćmy na koniec do opisanej na początku sceny. Adam Andruszkiewicz od początku kadencji Sejmu jest wiceprzewodniczącym Komisji ds. Łączności z Polakami za Granicą. Z tego właśnie powodu Jan Dziedziczak z PiS zwrócił się do niego tytułem „przewodniczącego”. Jak sądzę po dłuższej obserwacji aktywności medialno-politycznej – z naciskiem na pierwszy człon – byłego narodowca, musiał być on tym bardzo ukontentowany. Czułą struną Andruszkiewicza jest, jak się wydaje, poczucie prestiżu, którego zasmakował w nieznanych mu wcześniej dawkach. Mamy wówczas do czynienia z mechanizmem samograja – Adam Andruszkiewicz lubi być chwalony, więc wypowiada się tak, by był obiektem zachwytów patriotycznego elektoratu. Krzykliwa, czasami wręcz pompatyczna retoryka patriotyczna powoduje, że jest on zapraszany do telewizji, co powoduje z kolei, że tym bardziej się nakręca, jako że bywanie w mediach i splendor z tym związany bardzo musi mu imponować. Sam Dziedziczak zaś – doświadczony przecież polityk – celowo wziął Andruszkiewicza pod włos i zapewne nie tylko on wie, że jest to skuteczne.

Niestety, powyższe wnioski uprawdopodobniają się w sposób aż nadto widoczny. Wszak z chwilą wystąpienia z krytyką PiS-u pochwały by się skończyły, patriotyczny elektorat przynajmniej w jego „betonowej” części wymyślałby Andruszkiewiczowi z powodu krytyki poczynań rządu. A kto krytykuje rząd, ten – wiadomo – Targowica, zdrajca, zaprzaniec, malowany patriota itd.

Jeśli więc intencją Andruszkiewicza nie jest dołączenie do PiS-u, choć wszystko raczej na to wskazuje, to powinien przede wszystkim przestać gwiazdorzyć i zacząć grać na ideę. Wszak to mandat poselski ma służyć idei, a nie idea mandatowi.

autor:

Marcin Skalski
REKLAMA

Komentarze