REKLAMA

Prawicowy język pogardy a imigranci

Prawicowy język pogardy a imigranci

Kilka dni szykowałem się do skomentowania ostatniej awantury w sprawie tzw. uchodźców. Mam na myśli wyłamanie się z prawicowej retoryki zakładającej, że Polska nie powinna uginać się pod dyktatem Niemiec i UE w sprawie przyjmowania imigrantów.

REKLAMA

Komentarze redaktora naczelnego „Nowej Konfederacji” pana Radziejewskiego oraz publicysty „Gazety Polskiej Codziennej” pana Wójcika spotkały się z brutalną i niejednokrotnie chamską reakcją części prawicowego Internetu (tej, która czyta coś więcej niż memy). W sukurs przyszli im zarówno lewicowcy jak pan Okraska („Nowy Obywatel”), jak i konserwatyści z Klubu Jagiellońskiego, piórem pana Brzyskiego. I to właśnie tekst tego ostatniego publicysty wzbudził moje największe zainteresowanie.

Nie zamierzam skupiać się na samej argumentacji w sprawie tzw. uchodźców, czy powstania dość osobliwego ideowego „sojuszu ekstremów”. To, co uderzyło mnie najbardziej, to wykorzystanie zjawiska internetowego — języka pogardy wobec drugiego człowieka, jako pałki do bicia tych, którzy nie zgadzają się na żadne ustępstwa w sprawie imigrantów. Skupienie się na jednej stronie medalu, przy tak ważkim zagadnieniu, nie może się obronić przed zarzutem stronniczości. Nie bez powodu, tekst Bartosza Brzyskiego spotkał się z tak ciepłym przyjęciem ze strony wszelkich „antyfaszystów”, lewaków i liberałów. Tekst jest jedną wielką intelektualną manipulacją. Pod pozorem słabo wyeksponowanej symetrii, uderza i piętnuje tylko wyselekcjonowaną grupę ludzi, którzy w obelżywy sposób komentują problem z tzw. uchodźcami.

Warto przeczytać komentarze pod tekstem i opisy, tych, którzy je udostępnili. Ewidentnie zostało to odebrane jako próba wykluczenia głosów innych niż stanowisko prezentowane przez wymienionych wyżej publicystów.

Powtórzę jeszcze raz – nie neguje tego, że w internecie pojawia się dużo nagannych komentarzy ludzi, którzy chyba nie do końca zdają sobie sprawę z wagi słów, które piszą pod własnym imieniem i nazwiskiem. Nie jest jednak tak, że to prawica ma monopol na ową mityczną „mowę nienawiści”. Z tym problemem mamy do czynienia od dawna i nie jest to specyfika polskiego społeczeństwa, tylko narzędzi, które umożliwiły każdemu człowiekowi wypowiadanie się na każdy możliwy temat. Często w momencie, w którym nie ma nic wartościowego do powiedzenia. Pamiętam jak 10 lat temu, za czasów koalicyjnego rządu PiS-Samoobrony-LPR, młodzież szkolna masowo uczestniczyła w „spontanicznych” wydarzeniach, które były wyrazem sprzeciwu wobec polityki ówczesnego ministra edukacji narodowej Romana Giertycha. Wtedy to, ku uciesze rzesz lewicowo-liberalnego mainstreamu palono kukły ministra, a zawrotną karierę zrobiło hasło „Giertych do wora, wór do jeziora”. Nie mówiąc już o późniejszych żarcikach z tragicznej śmierci pasażerów lotu z 10 IV 2010 do Smoleńska. Nienawiści i poniżaniu w wykonaniu obrońców demokracji. Antykatolickiej krucjaty młodych, wykształconych z wielkich miast. I można tak wymieniać bez końca. Degrengolada języka w debacie publicznej nie nastąpiła wraz z pojawieniem się kwestii tzw. uchodźców, tylko była obecna całe lata, zanim państwa członkowskie UE otworzyły się na ubogacenie kulturowe.

Kwestia migracji wzbudza, co nie powinno dziwić, dużo emocji. Szczególnie że dochodzi do niemal codziennych zamachów w państwach Europy Zachodniej. Owszem, można pisać, że przecież w Europie tak naprawdę nigdy nie było spokojnie, bo funkcjonowały i funkcjonują różne organizacje terrorystyczne, narodowo-wyzwoleńcze etc. To wszystko prawda. Jednak skala i efekt w postaci strachu, z jakim mamy do czynienia dzisiaj jest nieporównywalny z tym, co działo się wcześniej. Nie ma tutaj prostej symetrii. Fakty są takie, że społeczeństwa europejskie żyją w strachu przed tym co przyniesie kolejny dzień i nie, nie jest to spowodowane przez hejt w internecie, nazistowskie bojówki, czy stare europejskie grupy terrorystyczne. Powodem jest muzułmański terroryzm, o niespotykanej dotąd skali, a przyniesiony tutaj przez konkretnych ludzi, zaczadzonych zbrodniczym fanatyzmem powstałym w obrębie konkretnej cywilizacji. Strach, na który odpowiedzi nie mają europejskie elity, poza „przyzwyczajeniem się do zamachów”, przeradza się w gniew i frustracje, która to przejawia się w formie ostrych komentarzy, a pewnie w przyszłości w formie obywatelskiego zastępowania państwa w roli obrońcy ludności rodzimej przed najeźdźcami. Manipulacją jest głoszenie, że radykalizacja rdzennych Europejczyków, w tym przyglądających się problemom zachodu Polakom, jest efektem jakiegoś rodzimego faszyzmu czy innej wygodnej i stawiającej poza debatą łatki. Wzrastanie w siłę nastrojów antyimigranckich i rosnące znaczenie ugrupowań określanych jako skrajnie prawicowe to wyłącznie efekt zwyczajnie głupiej, naiwnej i antyeuropejskiej polityki rządzących Europą.

I pomimo obrzydliwości komentarzy pisanych w przestrzeni internetowej przez część prawicowych internautów nie ma również symetrii między słowem pisanym a planowym mordowaniem z zimną krwią w wykonaniu muzułmańskich fanatyków. A niestety, rozważania prowadzone w komentarzach zwolenników przyjmowania imigrantów cechuje bardzo prosta i fałszywa logika – hejt w internecie -> katolicki ciemnogród -> prześladowania właścicieli kebabów -> obozy zagłady -> masowe ludobójstwo. To jest wariactwo w najczystszej postaci i nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Poza tym uprawomocnienie tego typu ciągów (nie)logicznych jest po prostu szkodliwe, jako forma cenzury prewencyjnej, stosowanej wobec osób, które odrzucają jakiekolwiek możliwości kompromisu w sprawie tzw. uchodźców. Czy tacy ludzie nie mają do tego prawa? Czy naprawdę w tym pro imigranckim szaleństwie każdy musi szukać jakiegoś kompromisu? Przecież w tym przypadku kompromis, może kosztować konkretne życie – naszego sąsiada, kolegi, kogoś z rodziny, a nawet i nasze. To nie jest kolejny pojedynek erystyczny na to kto ładniej potrafi uargumentować swoje stanowisko, tylko kwestia bezpieczeństwa narodowego.

W całej tej manipulacji jest jeszcze jeden wątek, o którym muszę napisać. Otóż, kiedy występuje się w roli samozwańczego obrońcy humanizmu, poziomu debaty i godności drugiego człowieka, publicysta przestaje być zwykłym publicystą, a staje się moralizatorem. Samo to w sobie nie jest niczym złym, wręcz przeciwnie. Bardzo brakuje nam ludzi krystalicznych, którzy z perspektywy wysokich norm etycznych i moralnych tłumaczą, co jest dobre, a co złe. Jednak wzięcie na siebie takiego ciężaru wymaga zachowania obiektywizmu, czego panu Brzyskiemu zdecydowanie zabrakło. Niechlujne, niejako „na alibi” włączenie w tekst języka pogardy stosowanego przez lewicę, wygląda jak zabieg, na który autor od samego początku chciał się powołać w sytuacji, w której ktokolwiek wytknie mu wybiórczość i przymykanie oka. No bo przecież napisał, że to nie jest tylko problem prawicy. Tyle że od moralizatora, bo już nie publicysty wymaga się czegoś więcej niż pisania pod tezę i przemilczania tego, co do tezy nie pasuje.

Przykładów hipokryzji, jakie wypływają przy okazji tego dość zręcznego i nie wprost sformułowanego wrzucenia wszystkich do jednego wora podpisanego „antyimigranccy radykałowie” nie trzeba daleko szukać. Prawdziwą kopalnią cytatów są nie tylko nieznani społeczeństwu internauci, ale… także znani publicyści, którzy stanęli w obronie panów Radziejewskiego i Wójcika. W świecie pro imigracyjnych humanistów rząd PiS jest rządem… nacjonalistycznym, a telewizja publiczna „nakręca psychozę antymuzułmańską”. Ci, którzy sprzeciwiają się przyjmowaniu tzw. uchodźców to „bełtający nienawiścią faszyści” i „brunatne spierdoliny”, z którymi rozmawiać powinno się tylko za pomocą list proskrypcyjnych. Zaś Polskę zalewa „podła i brunatna fala”, więc przyzwoici ludzie stoją tam, gdzie opcja pro uchodźcza, przeciwko tym, którzy stoją tam, gdzie „NSDAP i pomagierzy”. I tak można by wymieniać i wymieniać. To już nie jest dehumanizacja i życzenie śmierci, tylko popis prawdziwej tolerancji. To prawdziwy „język miłości” obrońców godności ludzkiej. Jestem przekonany, że każdy, kto funkcjonuje w przestrzeni publicznej pod własnym imieniem i nazwiskiem spotyka się z różnymi przykrościami, groźbami i hejtem. Przykładem z mojego otoczenia może być Justyna Helcyk, której to rozmaici trolle regularnie wypisują groźby, życzenia śmierci czy obietnice gwałtu. I nikt o zdrowych zmysłach nie posunąłby się do wysnucia wniosku, że tacy ludzie to reprezentanci jakiegokolwiek środowiska ideowo-politycznego w Polsce, tylko zwykli debile, jakich pełno. To zjawisko nie ma konotacji ideowych i fałszowaniem rzeczywistości jest niczym niepodparte ustanowienie dorozumianej (bo przecież niewyrażonej przez nikogo i nigdzie oficjalnie) proporcji, że zwolennicy prawicy w Polsce są pod tym względem bardziej aktywni niż liberałowie czy lewicowcy.

Jak powszechnie wiadomo, każdy medal ma dwie strony, szkoda, że niektórzy grający do tej pory racjonalnych, stonowanych i obiektywnych, w zależności od sytuacji eksponują tylko pasującą im pod tezę stronę. Na koniec dodam raz jeszcze, że jako reprezentant „brunatnych spierdolin”, które odpowiadają w opinii niektórych publicystów za hejt w sprawie uchodźców, chcę podkreślić, że uważam komentarze życzące śmierci niewinnym ludziom za niedopuszczalne. Rozumiem jednak przyczyny takiego stanu rzeczy w następujący sposób — strach, jaki wywołał islamski terroryzm w Europie oraz frustracja, jaką przynosi nieudolna polityka elit europejskich – to są przyczyny radykalizacji postaw i języka rdzennych Europejczyków. Wypadałoby o tym pamiętać, zanim dołączy się do pro uchodźczych piewców multikulturalizmu, bo to właśnie tam teraz stoją ci, którzy, z różnych przyczyn, zamienili racjonalizm na „racjonalizm” w kwestii tzw. uchodźców.

autor:

Aleksander Krejckant
REKLAMA

Komentarze