REKLAMA

[OPINIA] Matysiak: Prezydent Joe Biden?

[OPINIA] Matysiak: Prezydent Joe Biden?

Jeśli wybory odnoszą się do przyszłości to w Ameryce nie wygląda ona najlepiej, najbardziej obiecująco. Bardziej kojarzy się ten spektakl z wyborami w Domu Pogodnej Starości (zarządzony przez jego administrację), no cóż, nawet cywilizacje się starzeją, co dopiero ludzie.

Więc już po Super Wtorku i na deskach wśród pozostałych zawodników, kandydatów Partii Demokratycznej do  prezydenckiej nominacji jest nieco przestronniej. W poprzednim tekście ostrzegałem, że establishment Partii Demokratycznej będzie musiał przyspieszyć ruchy blokujące komucha (wnuczka Ziemi Beskidzkiej) 77-letniego Berniego Sandersa i oczywiście tak się stało. Ameryka (w wielu wymiarach) nie jest gotowa na socjalizm/komunizm!

Na placu boju pozostali (świeżo po zawale) socjalista Sanders i politycznie reanimowany również 77-letni były senator i były wiceprezydent (w administracji Baracka Husseina Obamy) uchodzący za poczciwego wujka Joe, niestety widocznie często tracący  poczucie rzeczywistości. Przez prawie pół wieku Biden funkcjonuje w Kongresie, w 1988 roku i 2008 roku bezskutecznie ubiegał się o prezydenturę.  Według “gorącej” książki  (Peter Schweizer, “Profiles of corruption”, 2020 r) cała rodzina Bidenów (rodzeństwo i dzieci) jest mocno skorumpowana dzięki rozmaitym lewym dealom ustawianym od Chin po Kostarykę i Ukrainę.

W zasadzie komentatorzy już dużo wcześniej pożegnali szanse Joe Bidena na odegranie większej roli w tegorocznych prezydenckich wyborach. Zawalił wszędzie w prawyborach, w każdym z pierwszych stanów. Obiecywał, że jego murem, twierdzą będzie Karolina Południowa i tak się stało! Biden jest kandydatem rozpaczy ośrodków kierujących Partią Demokratyczną pragnących za wszelką cenę odrzucić  i zatrzymać idącego jak burza rewolucyjnego trockistę Sandersa. Tak naprawdę to właśnie Sanders i jego zwolennicy reprezentuje energię oraz entuzjazm dzisiejszej skomunizowanej  Partii Demokratycznej. Podobnie było 4 lata temu, kiedy bossowie Partii Demokratycznej pozbawili Sandersa szansy na zdobycie nominacji na reprezentowanie  Demokratów przeciwko Trumpowi. Wtedy Partia zdecydowała się na Hillary Clinton i oszukany (głosy super delegatów) Sanders położył po sobie uszy. Zobaczymy jak będzie tym razem, czy coś “po sobie” położy.

Partia Demokratyczna (na odcinku umiarkowanym), aby skończyć z rozbiciem głosów wyborców, na którym dotąd korzystał trockista Sanders, dokonała konsolidacji przekonywując uczestników wyborczego peletonu do wycofania się z zawodów i udzielenia poparcia właśnie Joe Bidenowi. Tak też się stało, odszedł młody gej Pete Butiigieg, Amy Klobuchar, miliarder Tim Steyer, następnie super miliarder syjonista Mike Bloomberg zawiesił kampanię i wreszcie po wielkich oporach usunęła się też słynna Pocahontas, senator Elizabeth Warren ze stanu Massachusetts, w którym zresztą przegrała z Bidenem (i nawet z Sandersem).  A wszystko to w konsekwencji udanego zwycięstwa Bidena w Karolinie Płd.

Na dziś na placu pozostał stary komuch Sanders i niestety tracący orientację na jakim świecie żyje równie stary (77 lat) Joe Biden. Można chyba wyciągnąć wniosek, że sen. Warrer była w zmowie z establishmentem Partii Demokratycznej i pozostawała w grze, aby rozpraszać głosy, które otrzymałby Sanders. Czyli właściwy taniec między ideowymi komuchami dopiero się rozpocznie.

Establishment Partii Demokratycznej przy okazji każdych wyborów bezwstydnie wykorzystuje swoje komunizujące skrzydło (Antifa, Black Lives Matter, Occupy Wall Street, czy dzisiejsi socjaliści Sandersa, który nawet nie należy do Partii Demokratycznej) jako naganiaczy lewacko “uduchowionych” wyborców do urn wyborczych. Teraz brutalnie mówiąc, świnki podrosły i żądają dostępu do szerszego koryta. 

Pewnie niepotrzebnie pobłądziłem na dalekich preriach życia politycznego, więc postaram się powrócić do komentowania aktualnej prezydenckiej bieżączki przedwyborczej w USA. Weźmy takiego Bidena, nową po chrześcijańsku zmartwychwstałą kandydaturę na prezydenta USA. Niby to chwalebne, że człowiek, który pół wieku swojego życia spędził w polityce po grecku (starożytne Ateny i Areopag) winien być doświadczony i mądry i przez to potrzebny dla reprezentowania interesów państwa, ale w tym przypadku nie jest jednym z doradców Rady Starszych, ale sięga po koronę.Oczywiście 73 letni prezydent Trump nie jest młodzieniaszkiem, ale ku zaskoczeniu wszystkich, takąż przejawia energię.

Więc na ringu pozostali dwaj zawodnicy, Bernie i Joe. Zastanawia, czy Bernie będzie ostro walczył przeciwko Bidenowi, czy też już został dobrze finansowo przekonany przez establishment Partii Demokratycznej, że ma tylko prowadzić walki odwrotowe, aby doprowadzić poczciwego biednego wujka Joe do mety. Co inteligentniejsi komentatorzy zadają już tylko jedno pytanie: “Kto w tandemie Bidena zostanie wyłoniony jako kandydat na wiceprezydenta?” Znawcy problemu obawiają się, że Biden nawet wybrany prezydentem nie jest osobą, która będzie właściwym prezydentem. Plotki szaleją, wskazując nawet na Hillary Clinton, czy bardzo popularną w demokratycznych kręgach żonę Baracka Husseina Obamy, Michelle…

Dlaczego piszę o tych spekulatywnych dywagacjach? Otóż uważni obserwatorzy zdają sobie sprawę, że mówiąc ordynarnie Biden się “już” sypie. Niedawno na wiecu przedstawił swoją żonę jako swoją siostrę, na innym wiecu mówi, że ubiega się o urząd senatora (nie prezydenta!), zaś przemawiając w stanie New Hampshire, powitał  zgromadzonych ze stanu Vermont (akurat rodzimy stan senatora Sandersa). Joe od wielu lat już ma kłopoty z “łączeniem”, ale teraz u części wyborców jest traktowany swojsko jako przeciwwaga ostrego, precyzyjnego w atakach prezydenta Trumpa.

Być może uda się akcja z pompowaniem wizerunku Bidena, którego wcześniej wyposzczony wyborczy portfel w ciągu tygodnia zdobył następne $10 mln! Być może ‘głośniej” do akcji wejdzie Mike Bloomberg (kolejny polityk bez cienia charyzmy), który wydał ok. 500 mln (w ciągu kilku tygodni) na swoją kampanię prezydencką wygrywając jedynie żałośnie w terytorium American Samoa! Nawiasem mówiąc, Bloomberg w swojej krótkiej i przegranej kampanii prezydenckiej wydał  więcej w miesiącu lutym niż poprzedni prezydent Obama w całej swojej zwycięskiej kampanii. Więc obywatele:  może jest jeszcze nadzieja i nie wszystko można kupić za sterty dolarów?

Dywagacje jedno, a liczby drugie, więc spójrzmy na aktualne dane na wyborczych deskach. Wiadomo, że aby otrzymać nominację na kandydata do starcia w wyborach prezydenckich z prezydentem Trumpem trzeba zdobyć 1,991 delegatów (z dostępnych wszystkich 3,979 delegatów). Konwencja Partii Demokratycznej odbędzie się w Milwaukee w dniach 13-16 lipca. Dotychczas rozdysponowano 38% dostępnych delegatów.  Przypomnijmy, że Konwencja Partii Republikańskiej (GOP) będzie miała miejsce w Charlotte, w Północnej Karolinie między 24-27 sierpnia. Odnośnie sił zawodników: Biden zgromadził dotychczas 626 delegatów, Sanders 550, (ci którzy zawiesili kampanię Warren 64, Bloomberg 60). Jeśli chodzi o poparcie Biden ma 34,3% poparcia Amerykanów, natomiast Sanders 27%.

Wydaje się, że w obecnym układzie sił z Sandersem zwycięży Joe Biden jeśli nie popełni jakiegoś demolującego błędu. Okazało się, że ten były wiceprezydent Obamy może ciągle liczyć na poparcie czarnych wyborców, którzy kojarzą go z Obamą i stanowiąc ok. 13% populacji mogą z łatwością przechylić szalę zwycięstwa.

Wśród komentatorów z lewej strony pojawiają się plotki, że Trump aby wygrać wybory pozbędzie się bladego wiceprezydenta  Mike Pence (Irlandczyk  z pochodzenia, były katolik, syjonista) na rzecz oczywiście kobiety powiedzmy byłej gubernator Karoliny Płd. Nikki Haley (córka indyjskich Sikhów z Punjabu). Do tego powyższego bałaganu w polityce amerykańskiej dochodzą ostatnio śmiertelne w skutkach tornada i oczywiście paniką podszyta globalna epidemia koronawirus, na której jak na zimowych sankach w nasze życie i nasze wolności chciałby wjechać  głodny wszechwładzy i kontroli NWO.

autor:

Jacek Matysiak
REKLAMA

Komentarze