REKLAMA

[OPINIA] Kwaśniewski: Dlaczego Unia Europejska i tak zostanie zniszczona

[OPINIA] Kwaśniewski: Dlaczego Unia Europejska i tak zostanie zniszczona

REKLAMA

Ile razy uniosceptycy krytykują Unią Europejską, tyle razy odzywa się głos unioentuzjastów, że są oni przeciwko Europie. Bombarduje się przy tym opinię publiczną prounijną propagandą, że UE równa się dzisiaj Europie. Odpowiedzmy sobie wtedy na pytanie czy na pewno tak jest? Czy rzeczywiście Unia Europejska to Europa? Jeśli tak to należy wrócić do podstaw naszej cywilizacji i zredefiniować ponownie czym jest Europa, a konkretniej, czym tak naprawdę jest europejskość?

Europejskość w tradycyjnym, konserwatywnym ujęciu to Cywilizacja Łacińska, czyli dziedzictwo tradycyjnej etyki chrześcijańskiej, ortodoksyjnej filozofii greckiej i klasycznego prawa rzymskiego. W Europie nie ma drugiego takiego państwa, który zachowałby w sobie tak dużo z dziedzictwa europejskiego, jak Polska. Tak, to my, Polacy jesteśmy jeszcze prawdziwymi europejczykami.

Rozumiejąc ten fakt, powinniśmy wiedzieć, że Polacy nie są ani antyeuropejscy, ani proeuropejscy – oni po prostu są europejscy. Polacy nad tym czym jest europejskość się nie zastanawiają. Oni po prostu w tym żyją, myślą, działają. Natomiast są siły w Polsce, które pod miano europejskości ubierają rożne zjawiska, które z Europą jako fenomenem cywilizacyjnym nie mają wiele, jeśli w ogóle coś wspólnego.

Wiec jak pod względem cywilizacyjnym prezentuje się obraz dzisiejszej Europy? W Europie mamy teraz trzy modele integracji kontynentu, w tym dwa dziś funkcjonujące. Są to: Model proeuropejski, konserwatywny – „Europa Szumana”, „Europa Ojczyzn”, „Konfederacja Wolnych Narodów”, czyli to co mogłoby być najbliższe polskiej mentalności. To jedyny model proeuropejski i ten model upadł ostateczni w latach 60′ XX wieku (na kanwie tzw. rewolucji kulturowej 68′). Model stworzyli przedwojenni chadecy, ale gdy zastąpili ich tzw. młodzi (zliberalizowanie prawicy i wykluczenie z niej konserwatystów to ówczesny trend ogólnoeuropejski, trwający do dziś) to porzucili ten projekt na rzecz tzw. Kalergizmu. Spowodowało to, że dziś nie ma nikogo, a nawet jakby taki się znalazł, to i tak nie byłby w stanie tego trupa „Szumanizmu” ożywić i wypromować. Tym bardziej, że większość dzisiejszych elit ani myśli ten projekt przywrócić i wprowadzić do realnej polityki. Więc dopóki nie będzie jakiejś społecznej, radykalnej kontrrewolucji konserwatywnej, to jest to niemożliwe, aby reformy UE w kierunku wizji Szumana mogły być wdrożone w życie.

Pozostałe modele to modele antyeuropejskie, a są to: Model liberalny – Europy Kalergiego: jest to model tzw. Pan-Europy, Stanów Zjednoczonych Europy, obecnie przejęty i realizowany przez nową, europejską chadecję. Jest  popierany głównie przez Niemcy. Podstawowym celem tego projektu jest takie wymieszanie ras i narodów poprzez politykę migracyjną i prokreacyjną, aby znikły dotychczasowe naturalne granice i wspólnoty i wykształcił się jeden naród europejski (Nie przypomina wam to czegoś ostatnio? Kryzys migracyjny? Spadek dzietności u rdzennych europejczyków?). Ten projekt oddaje hegemonię na kontynencie Berlinowi, pozostawiając pozostałym krajom co najwyżej namiastkę autonomii i to w sprawach podrzędnych, i wtórnych, podobnie jak mają poszczególne stany w USA. Ponadto, w tym modelu nie ma miejsca na Wielką Brytanię, USA, Turcję, i … Rosję. Tak,  Rosję. Ponieważ wbrew temu co się sądzi Niemcy boją się Rosji, która wciąż jest przecież mocarstwem atomowym. Berlin chce mieć z Moskwą wprawdzie dobre stosunki, ale jednocześnie trzymać Rosję daleko od siebie (w przeciwieństwie do takiej Francji) i zachować swoje wpływy w Europie Środkowej, budując tu własną strefę buforową, odgradzającą ją od Rosji. Ten model (Kalergiego) przeżywa dzisiaj kryzys (celowo wywołany) i nie wiadomo czy się ostanie, czy też- UE się rozpadnie lub przejdzie w model marksistowski.

REKLAMA

Model marksistowski – Europy Spinellego – model tzw. Związku Socjalistycznych Republik Europejskich. Jest to model promowany przede wszystkim przez Francję, która w obawie przed zbytnią dominacją Niemiec, promuje model wielkiej integracji euroazjatyckiej, w bliskim sojuszu z Rosją, tzw. Unię Euroazjatycką, od Lizbony po Władywostok. Francja dziś słaba jak nigdy, po doświadczeniach historycznych ma swoistą dwubiegnówkę stoi przed dylematem czy bardziej obawiać się potęgi Anglosasów (tj.USA), odpowiedzialnej za zwinięcie ich imperium kolonialnego, czy Niemców żywiąc uraz za liczne upokorzenia wojenne z ich strony (stąd pewnie taki resentyment Francji do Rosji, którą od lat traktuje się jako sojuszniczkę i realną przeciwwagę wobec tamtych dwóch pozostałych mocarstw, tj. USA i Niemiec). Ten model integracji Spinellego prezentowany ideologicznie głównie przez socjaldemokracje i jej rożne kolorowe neomarksistowskie przystawki (tzw. Zieloni, Różowi, etc), jest modelem najbardziej skrajnym, totalnym (jak swego czasu ZSRR). Spinellizm likwiduje wszelką autonomię państw narodowych, ma on jednak zaletę (wg. jego projektodawców), że bezwzględnie podporządkowując każdego niszczy też niezależność Niemcy (i ich dominację).

Obecnie w grze liczą są tylko dwa ostatnie projekty integracji: ‚Kalergizm’ i ‚Spinellizm’ i są one jedynymi, które ścierają się dziś w UE. Co do treści – oba modele (poza detalami dla Polski drugorzędnymi, ponieważ ani w jednym, ani w drugim projekcie nie ma miejsca dla podmiotowej Polski) niczym się od siebie nie różnią. Kalergizm ma być w założeniach integracją dobrowolną, łagodną, na czasy pokoju, Spinellizm – integracją na czasy kryzysu, chaosu, no i będzie przymusowy. A przymus, wbrew woli, bez przemocy się nie obędzie. Ale cel przy obu jest jeden i taki sam. Budowa Imperium Europejskiego na gruzach państw narodowych.

Trzecia możliwość to destrukcja UE (patrząc na samobójcze trendy unijne to bardziej autodestrukcja). No, ale zniszczenie UE nie jest integracją, a raczej dezintegracją. I moim zdaniem prędzej Unia Europejska się rozleci albo w coś przepoczwarzy wypluwając nas przy tym, niż nastąpi Polexit. Po prostu siły prounijne w kraju i za granicą są tak silne, że nawet jeśli większość polskiego społeczeństwa będzie za opuszczeniem UE to sytuacja będzie podobna (albo nawet bardziej), do tego co się dzieje przy okazji Brexitu. To znaczy, że będą uruchomione tak potężne siły i tak wielka propaganda, iż nasze społeczeństwo zostanie zastraszone i przekupione, a więc zmieni zdanie w ostatniej chwili. A nawet jeśli nie zmieni to z powodów proceduralnych (np. przez niską frekwencję) wyjście Polski z UE nie będzie możliwe w sposób legalistyczny (chyba, że „na rympał”).

Moim zdaniem najbardziej realny scenariusz destrukcji UE to powolne gnicie i stopniowy zanik podmiotowości UE, tak że będzie ona przypominała coraz bardziej niemrawego, apatycznego, niedecyzyjnego kolosa na glinianych nogach (coś jak Liga Narodów, która ostatecznie straciła na znaczeniu po Konferencji Monachijskiej w 1938 roku, choć formalnie istniała aż do 1946 roku). Tak teraz, w przypadku UE, taką linią graniczną śmierci UE będzie zakończony proces Brexitu (bez względu na to czy Wielka Brytania opuści UE czy nie i na jakich zasadach się to odbędzie). Więc musimy jako Polska przygotować się na długi okres gierek politycznych, dyplomatycznych, gospodarczych i robienia dobrej miny do złej gry. Ten spektakl hipokryzji będzie musiał się odbyć głównie po to, aby w jak najładniejszym opakowaniu sprzedać opinii publicznej (ponieważ to o jej przychylność toczy się przede wszystkim gra w demokracji) historię o śmierci UE, tak by znaleźć pod to odpowiedniego kozła ofiarnego. No, bo w końcu zobowiązania zostaną, a ten kto będzie winny rozpadowi UE, ten będzie musiał za to zapłacić: finansowo, politycznie, militarnie, terytorialnie etc. Trzeba będzie więc w zabawę grać tak, aby te podejrzenia odsunąć jak najdalej od siebie, równocześnie zwalając to na jakąś drugą stronę. To jest mus i konieczność, od którego nie ma ucieczki. I oto w końcowym okresie istnienia UE, będzie się głównie toczyć ten ‚taniec godowy’ głównych sił europejskich na kontynencie.

Przymiarka i gra wstępna do tego tańca już się zaczynają. Gimnastyka przy przeczołgiwaniu Polski czy Węgier (w kwestii praworządności, demokracji, wolności, etc.) to próba generalna przed ostateczną rozprawą dotyczącą przyszłości naszego kontynentu. Europie Środkowej (w tym Polsce) wyznaczono już rolę winowajcy i płatnika. Więc czy nam się to podoba, czy nie, musimy w tej grze uczestniczyć. Ale do tego potrzeba realnego stronnictwa uniosceptycznego jak i unioentuzjastycznego, a nie idealistów po jednej czy po drugiej stronie sporu. Należy robić wszystko, aby tak negocjować swoją pozycje przy ostatniej fazie istnienia UE, żeby na końcu powstało wrażenie, że to myśmy chcieli dobrze, a druga strona miała złą wolę, jednocześnie nie tracąc z oczu najważniejszego, czyli nie ponieść za to (zniszczenie UE) realnych konsekwencji, a przynajmniej, aby były one jak najmniejsze. I ustawić się docelowo w jak najlepszej pozycji startowej, w tym nowym kształtującym się układzie sił w Europie.

To powinien być główny cel i zadanie dla patriotycznej klasy politycznej na najbliższe lata i dekady. Po to choćby, żebyśmy nie skończyli jak po II wojnie światowej, gdzie porządek jałtański zastąpił porządek wersalski, a w którego kształtowaniu Polska nie brała udziału, bo była tylko przedmiotem w rękach mocarstw i biernym obserwatorem ówczesnych zmian geopolitycznych. Nie popełniajmy drugi raz tego samego błędu. Bo być możne drugiej szansy od losu nie dostaniemy. Wtedy Polska może już się nigdy nie odrodzić. Uczmy się chociaż na własnych błędach, jeśli nie potrafimy na cudzych. Podobnych przykładów i nauczek mamy w naszych dziejach mnóstwo. Więc korzystajmy i wyciągajmy wnioski. Aby nie było za późno.

REKLAMA

Komentarze